American dream. „Dziewczyny” – Emma Cline

DziewczynyTytuł – Dziewczyny

Autor – Emma Cline

Tłumaczenie – Alina Siewior-Kuś

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla wielbicieli fikcji, która lekko zahacza o fakty, klimatów lat 60. XX wieku i kultury amerykańskiej w ogóle, dla entuzjastów niespiesznych zdań
  • PO CO – by poczuć się tu i teraz, by delektować się chwilą – lekturą
  • MOJA OCENA – 5/6
Pierwsze wrażenie

Powieści Emmy Cline Dziewczyny* minęła się z moimi oczekiwaniami, uznałam nawet, że nie warta jest uwagi i nie zasługuje na notę. Taka decyzja zapadła po sto którejś stronie. A biorąc pod uwagę fakt, że książka ma tylko 360 stron, uznałam, że jest to decyzja ostateczna. Ale z każdym kolejnym akapitem ta decyzja traciła na ostrości. Z końcem lektury zmieniłam zdanie. Doświadczenie to swoiste i choćby z tej przyczyny już warte odnotowania. Ale po kolei…

Dziewczyny i ich ulotność

Książka zwraca na siebie uwagę swą krzykliwą okładką. Każdy rzuci na nią okiem. Do tego ascetyczny tytuł, który w zasadzie niczego nie mówi, ale przez swoją prostotę, takie „po prostu”, zaczyna intrygować. I jeszcze te zapowiedzi wydawnicze… Nic tylko dać się złapać. Czy może raczej nabrać? Moje oczekiwania, za sprawą promocyjnych sugestii, były bardzo konkretne. Co zaowocowało niesmakiem – poczułam się w pewnej chwili po prostu oszukana. W czym rzecz?

Intryguje mnie kultura amerykańska. Skąd się to wzięło? Chyba za sprawą muzyki. Później i literatury. Dziś o amerykańskiej kulturze zwykle mówi się w sposób lekceważący, nieco nawet pogardliwy, jako o tej, która nie niesie ze sobą żadnych wartości, od której wieje pustką, tandetą. Każdy zaś, kto choć trochę zagłębił się w zagadnienie, wie, że nic bardziej błędnego, mylnego. Ta nieoczywistość jest dla mnie też magnesem. I te moje upodobania popchnęły mnie w stronę Dziewczyn.

Symbole Ameryki

Era hippisowska, to okres, który niewątpliwie w sposób znaczący wpłynął na wizerunek kultury amerykańskiej drugiej połowy XX wieku, zaś Charles Manson ze swoją ferajną (sektą zwaną Rodzina) to jeden z jego wręcz symboli. Dlatego powieść, która jest promowana, jako historia zanurzona w tamtym świecie (autorkę, która dorastała w Kalifornii, miejscu grasowania Manson, intrygował tamten czas) musiała przykuć moją uwagę. Przyznam, że dość naiwnie spodziewałam się sfabularyzowanej wersji faktów sprzed dekad, dostałam zaś… Zgoła coś innego. Właśnie ta rozbieżność sprawiła, że powieść zdyskwalifikowałam. Pochopnie zbyt, jak wkrótce się okazało.

Kameralność, intymność, ulotność, uniwersalność

Gdy pogodziłam się z faktem, że nie będą spełnione moje oczekiwania, poddałam się narracji Cline i dalsza lektura pochłonęła mnie zupełnie, będąc już tym, czym tylko może być czytanie – przyjemnością, której z niczym innym nie da się porównać. Po prostu się zapomniałam. Dziewczyny zyskały na „urodzie” tak bardzo, że zmieniły kategorię. Z półki NIE POLECAM przeniosłam książkę na półkę POLECAM.

Co zatem dostałam, jeśli nie fabularną wersję jednego lata z życia członków legendarnej sekty? Coś znacznie bardziej kameralnego, intymnego, ulotnego i uniwersalnego.

Dawno temu powstał film, który z czasem stał się kultowy. Ja jednak obejrzałam go chyba nie w porę, gdyż mnie nie przekonał. Przekonała mnie jednak książka, na podstawie której powstał filmowy obraz. Lektura uzmysłowiła mi czym jest opowieść o pięciu nastoletnich siostrach. Mowa o Przekleństwach niewinności (powieści Jeffreya Eugenidesa i filmie Sofii Coppoli). Książka dopiero sprawiła, że za sprawą słowa (a nie film za sprawą obrazu) weszłam w tamten świat. Wspominam o Przekleństwach, bo powieść ta jest tu jak najbardziej na miejscu. Ten kontekst jest według mnie znacznie bardziej słuszny, uzasadniony, adekwatny, niż ten dotyczący Mansona.

Przekleństwa niewinności[1]

Owszem, czas i miejsce się zgadzają. Mamy tu też bohaterów nieco na modłę słynnej Rodziny (Russell nieco na modłę samego Mansona i Suzanne nieco na modłę Susan Atkins), zamieszkujących upadłe ranczo, którzy pod przywództwem swego guru dokonali rzezi (nieco na modłę tej w domu Romana Polańskiego i jego żony Sharon Tate), wprowadzając w czyn swe „idee”. Jednak czy ta fabularyzowana wersja wydarzeń z końca lat 60. XX wieku jest istotą powieści? Gdy się przekonałam, że nie, poczułam zawód, rozczarowanie. Brnęłam jednak dalej i wkrótce odkryłam co nią jest. Wówczas dopiero odsłoniła się dla mnie wartość opowieści. Faktyczną istotą są tu cienie dojrzewania, właśnie owe „przekleństwa niewinności”.

Poczuliśmy do głębi, jakim więzieniem jest być dziewczyną, kiedy twój umysł jest zarazem aktywny i rozmarzony, lecz mimo to wie, jakie kolory do siebie pasują[2].

Powyższy cytat ze wspomnianego utworu Eugenidesa wydaje się oddawać istotę i atmosferę powieści Cline. Mamy tu portret dziewczyny z okresu dojrzewania, jakże wnikliwy, niejednoznaczny i uniwersalny. To jednak nie wszystko. Mamy tu też ukazany mechanizm działania psychiki nastoletniej dziewczyny, która z każdą chwilą zatraca się coraz bardziej. Mając przy tym świadomość albo raczej podskórnie przeczuwając, że konsekwencje przyjdzie jej ponieść niemałe. Mimo to poddaje się temu. Przypadek tylko sprawił, że nie sięgnęła dna – totalnego wykluczenia i zniewolenia, zatem w gruncie rzeczy tego, przed czym uciekała.

Ból istnienia

Stany Zjednoczonej Ameryki, Kalifornia, koniec lat 60. XX wieku, upalne lato, wolny czas i w tym wszystkim zanurzona nastoletnia niewinna dziewczyna, która nie wie co ze sobą począć. Na nikim jej jakoś szczególnie nie zależy, nikomu też szczególnie nie zależy na niej. Jest sama, nie przynależy. Tu ujawnia się tragizm jej sytuacji – z jednej strony nie chce współbyć z kimś, bo inni nie są warci jej uwagi, z drugiej jednak pragnie przynależeć, by nie być samotna, by z kimś tworzyć jakąś komunię dusz.

Wszyscy wokół żyją swoim życiem – rozwiedzeni rodzice, przyjaciółka, znajomi. Ona zaś za kilka tygodni zostanie wyrwana z tego, czego, choć nienawidzi, to dobrze zna i wrzucona w coś zupełnie jej obcego, być może jeszcze gorszego. Próbuje jakoś to wszystko przetrwać. Wałęsa się więc po mieście, mając nadzieję, że może czegoś się uchwyci… Może coś znajdzie…

I znajduje! O zgrozo! W parku spotyka dziewczynę, jakże inną od tych, które zna – piękną, pewną siebie, swobodną, arogancką, którą otacza aura tajemniczości – i przepada. Główna bohaterka, zbuntowana, wrażliwa, inteligenta, bystra i rozsądna, zafascynowana sposobem życia nowo poznanej, staje się uległa i zależna, bo dzięki temu, może otrzymać to, czego pragnie – poczucie bycia wśród swoich, swobodę, wolność, akceptację, tożsamość i przynależność. Wszystko jednak zmierza w stronę nieuniknionego.

Kalifornijski klimat

W powieść Cline to jednak nie wszystko. Jest tu coś jeszcze, co odgrywa rolę najważniejszą – sposób prowadzenia narracji. Niespieszny, senny, duszny. Dzięki temu opowieść nabiera wagi, znaczenia. Dzięki temu wytworzony został nastrój, który ciąg zdarzeń, fabułę całą spycha do roli tła (choć plan wydarzeń jest bardzo konkretny, to właściwie nic tu się nie dzieje, a może odwrotnie – choć nic tu się nie dzieje, to właściwie plan wydarzeń staje się bardzo konkretny), wydobywając tym samym na powierzchnię istotę powieści – przekleństwa niewinności.

*Tytuł oryginalny – The Girls, rok pierwszego wydania – 2016, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Jeffrey Eugenides, Przekleństwa niewinności, Kraków 2013.

[2] Ibidem, s. 44.

BIBLIOGRAFIA
  • Bugliosi Vincent, Gentry Curt, Helter Skelter. Sprawa Mansona, Warszawa 1999.
  • Eugenides Jeffrey, Przekleństwa niewinności, Kraków 2013.