Podsumowanie roku 2016

Podsumowanie roku 2016

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie roku!!!

Rok 2016 odchodzi do lamusa!!! Czas zatem na roczne podsumowanie. Spojrzałam więc wstecz, na rzeczy przeczytane, obejrzane, usłyszane, wydarzone i rozpoczęło się głosowanie… 😉

Na efekt nie trzeba było długo czekać. Werdykt był jednogłośny 😉 .

Oto bardzo subiektywne, podyktowane upodobaniami Bałwochwalicy Jednej, podsumowanie roku 2106!!!

LITERATURA

Wydarzenie roku 2016

Literacki Nobel dla Boba Dylana

Książka roku 2016

Małe życie – Hanya Yanagihara

FILM

Wydarzenie roku 2016

Śmierć Andrzeja Wajdy

Film roku 2016

Ostatnia rodzina – reż. Jan P. Matuszyński

MUZYKA

Wydarzenie roku 2016

Śmierć Davida Bowie

Płyta roku 2016

Skeleton Tree – Nick Cave & The Bad Seeds

Podsumowanie miesiąca – grudzień 2016

Podsumowanie miesiąca - grudzieńCzas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Nie ma mnogości tytułów, ale przecież nie o ilość tylko o jakoś chodzi 😉  , choć w przypadku filmu, to tak naprawdę niestety ani ilości nie ma, ani jakości – zdecydowanie to nie był filmowy miesiąc. Muzyka zaś była na najwyższym poziomie, choć bez zadęcia.

Co do wydarzenia, to cóż…

Wydarzenia:

Na początek cytat: „Niestety i w tym miesiącu zdarzyło się coś smutnego, co sprawi, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Pocieszeniem musi być, że artyści żyją wiecznie!” – tymi słowami zaczęłam listopadowe podsumowanie, które nawiązywały także do podsumowania październikowego. Szybko okazało się, że są adekwatne też i w tym miesiącu. Niestety:

  • Śmierć Georga Michaela – jego twórczość to nie moja bajka, co nie zmienia faktu, iż odegrał w świecie popkultury niemała rolę i stał się jej ikoną, która właśnie odeszła.
Książki:

W tym miesiącu poległam 😉 . Nie zrealizowałam grudniowego harmonogramu lekturowego i tym samym nie zrealizowałam w 100% jesiennego rozkładu jazdy. Aj 🙁 🙁 🙁 . Źle mi z tym bardzo. Pokusa natychmiastowej lektury powieści Nino Haratischwili była po prostu silniejsza.

Grudzień to także czas świąteczno-noworocznych lektur i tu też nie wypadło to najlepiej. Plan był konkretny – coś odmiennego. Zwierał w sobie kryminał (nie jestem wielbicielką tego gatunku, więc rzadko po niego sięgam) i reportaż (od którego ostatnio odeszłam). Jeśli chodzi o kryminał, to chęci miałam ogromne, ale zdołałam przeczytać tylko sześćdziesiąt stron – no cóż, najwidoczniej to wciąż nie moja bajka! Za to wybrany powiedzmy reportaż (bo trudno tu o jednoznaczną klasyfikację), podyktowany chęcią bliższego poznania Gruzji (powieść Haratischwili do tego się przyczyniła) połknęłam z przyjemnością.

A konkretnie wyglądało to tak (kolejność alfabetyczna):

  • Gaumardżos! – Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller.
  • Królowa śniegu – Michael Cunningham.
  • Mam na imię Lucy – Elizabeth Strout.
  • Ósme życie, tom 1-2 – Nino Haratischwili.

Ach, nie ma jak dobrze skrojona powieść w tradycyjny sposób! Polecam szczególnie!

Filmy:

Na filmy w tym miesiącu zabrakło natchnienia. Obejrzałam tylko dwa, które nie powaliły, ale czas był przyjemnie spędzony:

  • Smażone zielone pomidory – reż. Jon Avnet, USA, 1991.
  • Subtelność – reż. Christian Vincent, Francja, 2015.

Mam nadzieję, że dla filmu nadejdą lepsze czasy!

Muzyka:

Piękne dźwięki w tym miesiącu się sączyły (nota Błyski 2 ujawnia w czym rzecz). Jakie? Otóż:

  • Parsley – Julia Pietrucha.

Podsumowując – grudzień 2106 był cudny za sprawą jednej książki! Powieść gruzińskiej autorki przysłoniła całą resztę… Oby co miesiąc trafiała się taka perełka! 

Błyski 2

Błyski 2Julia Pietrucha – Parsley

Zdaje się, że późną wiosną ją odkryłam. Owszem, wcześniej wiedziałam, że takowa dziewczyna istnieje, ale jakoś nie miałam powodów, by śledzić jej działania. Aż któregoś dnia, z grającego w tle radia wydobyły się dźwięki, które przykuły moją uwagę. I nie mogłam dać wiary radiowej informacji, że właśnie wysłuchałam kawałka tejże dziewczyny – Juli Pietruchy! Byłam zaskoczona! Bo ktoś znany z rzeczy raczej mało wyszukanych, gdzieś po cichu, kątem, zrobił coś, co jest jedyne w swoim rodzaju. Coś oryginalnego, skromnego, mało komercyjnego, choć lekkiego i przyjemnego, co brzmi na wysokim poziomie, nie lokalnym, ale globalnym.

Zosia Samosia

Zaczęłam więc szukać informacji i moje oczy coraz szerzej otwierały się ze zdumienia. Swoją debiutancką płytę artystka wydała sama, na ukulele gra sama i zarejestrowane na płycie utwory są jej autorstwa. A wszystko w niecodzienny sposób promowane i sprzedawane. Płyta bowiem ukazała się w całości w serwisie YouTobe, a kupić ją można tylko na stronie artystki (autorka sama też płytę pakuje, adresuje i wysyła 😉 ).

Dzięki wspomnianemu serwisowi płyty namiętnie słuchałam całe lato. Jesienią zrobiłam sobie przerwę, zimą otrzymałam prezent – ową płytę Parsley. No i znów zdumnienie. Jestem estetą, więc na wszystko, chcąc nie chcąc, patrzę z tej pozycji i na widok podarowanej płyty oczy mi się zaśmiały. Samo opakowanie jest tak pięknym przedmiotem, że najchętniej po prostu nosiłbym je przy sobie, bo takimi właśnie rzeczami lubię się otaczać. Opakowanie zawiera w sobie książeczkę z… kolorowymi akwarelami męża artystki, z tekstami piosenek, napisanymi jakby odręcznie oraz ze wskazówkami jak stawiać pierwsze kroki w grze na ukulele i z chwytami do poszczególnych utworów na tenże instrument!

Istota

Płyta zawiera piętnaście kawałków. „Słychać tu różne muzyczne klimaty, od jazzu, przez kabaret a la Tiger Lillies i folk, po bałkańskie szaleństwa i brzmienia w stylu Motown z lat 60.”[1], mamy tu „[…] wzruszające Tonight ze smyczkami, taneczne Swing Boy i Ship of Fools w retro stylu czy nieco mroczne Growl It[2]. To wszystko jednak nie ma tu znaczenia, dlatego że płyta jest po prostu do słuchania, nie do analizowania. Wiem, pozbawiam ją w ten sposób czegoś, co ma istotne znaczenie, co może umieścić ją w kontekście, tak istotnym przecież, by móc przetrwać i zaistnieć, ale nie mogę się powstrzymać…

Tak, ta płyta jest do słuchania! Po prostu. Jest tym czym słuchanie muzyki być powinno – czystą wewnętrzną przyjemnością, czerpaniem radości z tu i teraz, uważnością, bez przeintelektualizowanej analizy. Czy to przy przyciszonych kawałkach, czy tych głośniejszych, pełnych energii chce się po prostu płynąć razem z docierającymi do nas dźwiękami. Lekko unosząc się nad ziemią, ze spokojem i radością z bycia po prostu. A ciało chce snuć się albo tańczyć. Ta muzyka „zakrzywia […] czasoprzestrzeń”[3].

Polecam gorąco! Daj się ponieść!

Ps. Moje ulubione kawałki to Growl It i Tonight  😛 !!!


[1] Wojciech Przylipiak, Z ukulele po Azji. Znakomita płyta Julii Pietruchy, opublikowano 06.05.2016, http://kultura.gazetaprawna.pl/artykuly/941361,julia-pietrucha-plyta-parsley-recenzja.html, dostęp 28.12.2016.

[2] Ibidem.

[3] Dorota Kutnik, Julia Pietrucha – Julia Parsley, opublikowano 28.04.2016, http://allaboutmusic.pl/julia-pietrucha-julia-parsley-2016-recenzja-doroty-kutnik/, dostęp 28.12.2016.

Garść refleksji – o czytniku i skostnieniu umysłowym

Garść refleksji – o czytniku i skostnieniu umysłowym

Dziś garść refleksji Bałwochwalicy Jednej o tym i o tamtym!

Wynalazek ten początkowo w ogóle mnie nie obszedł. Wzruszeniem ramion powitałam tę nowość techniki. Po latach kilku, gdy się upowszechnił, pomyślałam, że czas coś takiego sobie sprawić. Od pomysłu do realizacji minęły kolejne lata. Widać tak mi zależało 😉 . Jednak od późnej wiosny jestem (szczęśliwą?) posiadaczką tegoż wynalazku. Od późnego zaś lata jednak dopiero korzystam z niego. Musiał cierpliwie poczekać. Teraz jest moim codziennym towarzyszem w poczekalni do snu. Bez niego nie zasnę!

O czym mowa? O czytniku e-booków oczywiście! Jest kilka kwestii z nim związanych, które mnie nurtują, z każdym dniem coraz bardziej, a że jestem łasa na okołoczytelnicze tematy, to zdecydowałam, że tym razem dam temu upust.

Książka a czytnik

Nie będzie to jednak wysyp zdań pochwalnych, bo sprawa nie jest dla mnie jednoznaczna…

Książka to przedmiot kultu! A biblioteki, biblioteczki, księgarnie, antykwariaty, półki i całe regały z książkami to sanktuaria! Dla niektórych mieszkanie czy dom bez roślin są martwe, dla innych martwe są bez książek. Jak więc jakiś techniczny wynalazek może zastąpić te przedmioty uwielbienia? Jest to niemożliwością w przypadku tych wszystkich fetyszystów, bałwochwalców literatury, którzy poza treścią mają na uwadze też inne wartości dodane. Koniec, kropka.

Z czasem jednak taki fetyszysta, po latach gromadzenia, po latach kurczenia się jego „kawałka podłogi”, czytaj życiowej przestrzeni, czytaj metrażu, w zalewie produktów książkopodobnych i kurczeniu się leśnych połaci, może dojść do przekonania, że pewne książki to tylko treść i nie są obiektem jego westchnień, więc mogą przybrać formę mniej namacalną. Może więc dojść do przekonania, że czytnik e-booków jest urządzeniem, które może go ocalić.

I tak właśnie było ze mną. Jak wspomniałam wyżej, dojście do tego przekonania trochę 😉 u mnie potrwało, ale w końcu się stało. Wybierałam pieczołowicie, długo, biorąc wszelkie rzeczy pod uwagę – techniczne i estetyczne w równym stopniu. Bo kiedy posiadłam już taki, który te warunki spełnił i mój zachwyt nie miał końca, okazało się, że dojść do przekonania, że jest potrzebny i praktyczny, a zacząć go użytkować, to dwie różne rzeczy. Musiało minąć trochę czasu, bym zaczęła z niego korzystać, a jeszcze więcej, by to korzystanie weszło mi w nawyk i stało się przyjemnością.

Ograniczenia percepcji

Wszystkie te etapy mam już za sobą! Wątpliwości moje jednak wciąż narastają, z każdą kolejną przeczytaną publikacją w formie wirtualnej. W czym rzecz? W percepcji. Jakoś chyba tępo z nią u mnie w przypadku e-booków. Moja wyobraźnia (która zawsze wydawała mi się dość wybujała) chyba tego nie ogarnia. Trudno wejść mi w świat przedstawiony, w jego czas i przestrzeń.

Bezpośrednim bodźcem do niniejszych refleksji była lektura powieści Elizabeth Strout Mam na imię Lucy. Dlaczego? Publikacja ta jest bardzo ceniona, też przez krytyków, została nawet uznana przez kwartalnik „Książki. Magazyn do czytania” za Książkę Roku 2016. Oczywiście, to nie jest żaden argument. Że jest ceniona przez część, nie znaczy, że musi być uznana przez innych, przez wszystkich, przeze mnie.

Powieść przeczytałam, ale w ogóle jej nie poczułam. Nie obeszła mnie. Przeleciała przeze mnie po prostu. Nie wywołując niczego. Oczywiście, książka, która budzi zachwyt jednych, wcale nie musi budzić zachwytu drugich. Tyle, że w tym przypadku przeczuwam, że tu nie o różnicę gustów chodzi. Obawiam się, że przysłowiowy pies pogrzebany jest gdzie indziej. Obawiam się, że chodzi o skostnienie! Chyba umysłu! Mojego umysłu!

Skostnienie umysłowe

W powieści Strout istotą jest treść, ale ta treść za sprawą formy ma dotrzeć do czytelnika. Jest to tekst niewielkich rozmiarów, nie ma w nim potoku słów, rozbudowanych, drobiazgowych opisów. Lakoniczność jest tu cechą nadrzędną. A waga tematu ogromna. I teoretycznie wszystko się zgadza – ważny temat pozbawiony tego, co zbędne. Ale co z tego, skoro do mnie nie dotarł? Dlaczego? Czy przypadkiem nie z powodu mojego nieprzystosowania umysłowego, umysłowego lenistwa? Nieumiejętności odbioru formy, do której nie nawykłam (wirtualnej)? A może też od której odwykłam?

Człowiek raczy się tomami, które liczą setki stron, które współtworzą odnowiony realizm, w których mamy wiwisekcję bohaterów najrozmaitszej maści, często z historią świata w tle. A przecież XX wiek udowodnił, że można inaczej, nie wprost. Co wymagało od odbiorcy zupełnie innego zaangażowania, na innym poziomie intelektualnym, emocjonalnym, estetycznym. Ta intelektualna gra twórcy z czytelnikiem chyba wszystkim na dobre wychodziła, bo wymagała otwartości umysłowej. Powrót do realizmu ten umysł jakby przytępił. Mój przynajmniej, jak wnioskuję. Kawa na ławę musi być wyłożona. Jeśli nie jest, to dochodzi do nieporozumienia, do niezrozumienia, do rozczarowania. A jeśli jeszcze zapakuje się to na/ do czytnik(a) (???) e-booków to niestety okazać się może, że o percepcji nie ma mowy. Ofiarą padła Lucy. Jednak sprawa ta tak bardzo mnie nurtuje, że z pewnością powieści tej dam drugą szansę – w formie analogowej oczywiście.

Tyle! Dziękuję za uwagę 😉 !

Więcej niż epopeja. „Genialna przyjaciółka” – Elena Ferrante

Genialna przyjaciółkaTytuł – Genialna przyjaciółka

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Alina Pawłowska-Zampino

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2014

 

Genialna przyjaciółkaTytuł – Historia nowego nazwiska

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Lucyna Rodziewicz-Doktór

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2015

 

Genialna przyjaciółka

Tytuł – Historia ucieczki

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Lucyna Rodziewicz-Doktór

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2016

 

Genialna przyjaciółkaTytuł – Historia zaginionej dziewczynki

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Lucyna Rodziewicz-Doktór

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2016

 

  • DLA KOGO – dla kobiet ciekawych siebie; nie tylko dla kobiet (dowód: zachwyt Marcina Mellera 😉 )
  • PO CO – by poszerzać horyzonty empatii
  • MOJA OCENA – 6/6
Sza…

Cykl powieści Eleny Ferrante, którego całość nosi tytuł Genialna przyjaciółka* (zwany cyklem neapolitańskim, czy tetralogią neapolitańską), składa się z czterech części – tom 1 – Genialna przyjaciółka, tom 2 – Historia nowego nazwiska, tom 3 – Historia ucieczki, tom 4 – Historia zaginionej dziewczynki – i na naszym rynku zaczął pojawiać się od roku 2014. Wiosną zaś 2016 roku dobiegł końca.

Dwie pierwsze części umknęły mi, nie zostały przeze mnie zauważone (jak przez wielu, bo nie dano nam na to szansy). Dopiero, gdy ukazał się tom trzeci, dotarły do mnie na ten temat jakieś wieści. Nie wiedząc na czym polega cykl i sugerując się opinią Justyny Sobolewskiej[1], która jest zdania, że nie trzeba wcale cyklu zaczynać od początku, sięgnęłam od razu po tom jeszcze ciepły, czyli po Historię ucieczki. No i rzeczywiście nie odczułam podczas lektury tego trzeciego tomu dyskomfortu nieznajomości wcześniejszych części. I gdybym moją przygodę z Ferrante na tym zakończyła, nie byłoby sprawy. Ale że powieść Historia ucieczki zaintrygowała mnie na tyle, że chciałam więcej i sięgnęłam po tom pierwszy, to wraz z jego lekturą przekonałam się, że nie podzielam opinii wspomnianej krytyk literackiej.

Kolejne tomy, całość, tylko mnie w tym utwierdziły. Owszem, każda powieść cyklu jest pełna, autonomiczna, skończona, ale tylko razem, tylko w zestawieniu, w ciągu, ujawniają czym są w istocie. Co sprawia, że cykl neapolitański po prostu zachwyca. Osobno są to po prostu dobre powieści, razem ukazują fenomen Ferrante, fenomen tej tetralogii.

Genialna przyjaciółka razy dwa

Więcej niż epopeja

No, dobrze, ale czym w istocie jest ta seria? Najpierw jednak zarys fabuły:

Sześćdziesięcioletnia Elena Greco dowiaduje się, że Lila, jej przyjaciółka z czasów dzieciństwa, zniknęła bez śladu. Elena przypuszcza, że przyjaciółka wprowadziła w życie swoje odwieczne pragnienie zniknięcia ze świata, w którym żyła, usunąwszy przedtem wszelkie ślady swego istnienia. Chcąc znaleźć wytłumaczenie dla tego gestu, Elena postanawia opowiedzieć niezwykłą historię ich przyjaźni. I tu rozpoczyna się podróż w przeszłość, która przeniesie czytelnika w lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, na przedmieścia Neapolu[2].

Ten krótki cytat niby doskonale mówi o czym jest cykl – epopeją jak nic, a zatem utworem przedstawiającym obraz społeczeństwa w przełomowych momentach historycznych[3].

To wszystko prawda, ale jakby wypowiedziana tylko do połowy, gdyż nie ujawnia tego, co w gruncie rzeczy najistotniejsze. A najistotniejsze według mnie nie tylko w tej serii, ale i najistotniejsze dla mnie w literaturze w ogóle. W tym przypadku w owej „historii ich [kobiet] przyjaźni” skrywa się sedno.

Co mnie w opowieściach najbardziej interesuje? Ludzie! A dokładniej? Relacje międzyludzkie! A jeszcze bardziej ukonkretniając – relacje między kobietami. Nie spodziewałam się, że w tej epopei znajdę tak dokładną, głęboką i fascynującą analizę tego zjawiska. A wszystko to z historią w tle, historią powojennych Włoch, w dekoracjach głównie neapolitańskich. Mnie niczego więcej nie potrzeba, dlatego zachęcam od lektury tej epopei, bo „serce roście”.

Jakby tego było mało, powieści te mówią o czymś jeszcze, co znajduje się w kręgu moich czytelniczych zainteresowań. Opowiadają o tym, jak człowiek staje się pisarzem, a takie kulisy to dla mnie prawdziwe rarytasy (bo jak już przy innej okazji wspomniałam jestem pasożytem 😉 , który tylko czeka na takie smaczki), którymi się delektuję bez opamiętania 😉 .

Ferrantowska powieść

Cykl Genialna przyjaciółka (używam tego tytułu w odniesieniu do całości, a nie do pierwszego tomów) ma charakter nieco autobiograficzny czy quasi-autobigraficzny. Zaciera się tu bowiem granica między autorem a narratorem. Pisany jest w pierwszej osobie, a główna bohaterka – narratorka – ma na imię Elena oczywiście, która na naszych oczach staje się pisarzem. I tu mogę już wspomnieć o porównaniach z Moją walką Karla Ove Knausgårda czy z – co jest największym chyba z możliwych komplementów, największą nobilitacją – W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta[4]. To dla niektórych może być dodatkową zachętą, ale należy mieć na uwadze fakt, że ta proza jest na wskroś Ferrantowska. 

Realizm odnowiony

Nastał dla opowieści znów dobry czas (znów, bo przecież tak już kiedyś było), co jest ciekawym zjawiskiem, rzekłabym nawet, że paradoksalnym, bo wydawałoby się, że czasy sprzyjają raczej migawkom, błyskom, fragmentom, skrawkom, a nie narracjom, które ciągną się przez setki stron (cykl Ferrante liczy ponad dwa tysiące), co wymaga samozaparcia, samodyscypliny, zaangażowania i sporego poświęcenia. Widać potrzeba nam jakiejś stałości, punktu constans, zakorzenienia po prostu, pewności, a to wszystko przecież sprowadza się do jednego, do poczucia bezpieczeństwa, którego teraz jest jak na lekarstwo. Tego chyba poszukują i dzisiejsi twórcy, i dzisiejsi książkoholicy, choć podejrzewam, że większość, że każdy, jeśli nawet nie do końca to sobie uświadamia.

I opowieść o dwóch przyjaciółkach, początkowo dziewczynach później kobietach, urodzonych w latach czterdziestych XX wieku, które razem wychowały się na peryferiach Neapolu, jest odpowiedzią na te poszukiwania. Odpowiedzią idealną. Odpowiedzią, która przyczynia się do odnowienia realizmu[5].

Wspólnota korzeni

Wróćmy jednak do fabuły. Nie będę tu rozbijać cyklu na poszczególne powieści – tomy – gdyż dla mnie to po prostu jedna wielka powieść. Zatem… Ferrante snuje opowieść o dwóch genialnych przyjaciółkach, które połączyło dzieciństwo na przedmieściach Neapolu. Z czasem ich drogi się rozeszły, ale przyjaźń wciąż trwała.

Pewnego dnia, ta, która pozostała w Neapolu – Raffaella Cerullo zwana Lilą – w wieku 66 lat zniknęła. Jej syn nie znalazł najdrobniejszego śladu po istnieniu matki. Jakby nigdy nie żyła. Elena (narratorka), poinformowana o tym fakcie, podejrzewając, że przyjaciółka w końcu wcieliła w życie swój plan – nie być, poczuła się sprowokowana do tego, by opowiedzieć o łączących je relacjach.

Rywalizacja

Relacjach jakże szczególnych, niejednoznacznych. I tu zaczyna się ta właściwa i fascynująca opowieść o historii przyjaźni dwóch kobiet, które z jednej strony wszystko łączyło, z drugiej zaś wszystko dzieliło. Pochodzenie, status majątkowy, szkoła, rodzina, ambicje, marzenia – obu jednakowe. Widzenie rzeczywistości, jej percepcja, usposobienie – już zgoła odmienne. 

Elena skrupulatnie, rok po roku, w kronikarski niemalże sposób, przedstawia nam ich dzieje. Po co? Akt ten jest podyktowany tym, co determinowało tę przyjaźń – rywalizacją. Czyje tym razem będzie na wierzchu, kto wygra. Mamy tu opowieść o tym wszystkim, co dzieje się w życiu człowieka w ogóle, a kobiety w szczególności. Zatem zabawy wczesnego dzieciństwa, naukę w szkole, relacje z rówieśnikami, stosunki rodzinne, dojrzewanie, pierwsze miłości, fascynacje, odkrywanie siebie, stawanie się sobą, zyskiwanie tożsamości, małżeństwo, macierzyństwo, rozwój zawodowy. Słowem każdy etap ludzkiej egzystencji. To wszystko w konkretnym czasie i w konkretnej przestrzeni – na tle Włoch drugiej połowy XX wieku, które stale się przeobrażają (z politycznymi rozgrywkami lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z rewolucją obyczajową, lewicowym terroryzmem, narodzinami ruchu feministycznego).

Cała ta narracja Eleny osnuta jest w gruncie rzeczy na antagonizmie i jednocześnie, paradoksalnie, symbiozie. Bo te dwie kobiety, przez prawie całe swe życie, bo od najmłodszych lat, toczyły ze sobą walkę. Ich relacja to ciągła rywalizacja. Rywalizacja najbliższych przecież sobie osób. Nawet wtedy, gdy już każda poszła w swoją stronę, gdy wydawało się, że są już niezależnymi, dobrze usytuowanym kobietami.

Symbioza idzie w parze z antagonizmem

Ale to nie wszystko, bo też faktem jest, że jedna bez drugiej nie mogła się obejść. Na każdym etapie swojego życia, przy najistotniejszych dla siebie wydarzeniach, najważniejszych chwilach. Były od siebie uzależnione, jedna drugą stymulowała do życia. Potrzebowały siebie nawzajem po to, by móc przetrwać trud codzienności, ale też obecność drugiej, czy to dosłowna czy duchowa, była wręcz nie do zniesienia.

Ich wspólną historię poznajemy z jednego punktu widzenia – z relacji jednej z nich. Dlatego to właśnie ona – Elena – wysuwa się na plan pierwszy. Ona przez to staje się główną bohaterką powieści (mówiąc „powieść”, podkreślam, że mam na myśli cały cykl). To z jej punktu widzenia poznajemy obie przyjaciółki. To sprawia, że opowieść nie jest obiektywna. Okazuje się jednak, że właśnie dzięki temu jest bardziej realna, bo pokazuje w sposób bardziej wiarygodny na czym ta przyjaźń polegała.

Relacja z bycia kobietą

Z opowieści tej wyłaniają się precyzyjne i wnikliwe psychologicznie portrety tych dwóch konkretnych kobiet, a w ogólności kobiety w ogóle. Dopełniają to pozostałe bohaterki, bo powieść Ferrante rozsadzają wręcz kobiety. Za Eleną i Lilą stoi cały ich tłum – różnorodny, barwny, silny, choć niekiedy bezradny (można to potraktować nawet jako osobny temat cyklu). Dlatego ta opowieść o relacji kobiet, a raczej po prostu relacja z bycia kobietą, relacja z tego, co jest istotą kobiety, zyskuje cechy uniwersalności – zatem wartość bezcenną.

Kobiety pochodziły z najbiedniejszej i najgorszej części miasta, ale były zdolnymi, inteligentnymi, ambitnymi i najlepszymi uczennicami w szkole. Były nierozłączne. Tyle że jedna z nich – Lila – była silna, agresywna, dzika, żywiołowa, bezkompromisowa, uparta, pewna siebie, zawsze z podniesioną głową i zawsze pierwsza, Elena zaś, uległa, niepewna, nieco z boku, ze spuszczonym wzrokiem, zawsze krok za Lilą, z obsesją, by nie stać się taką jak matka.

Niejednoznaczna przyjaźń kobiet

Elena podziwiała swą przyjaciółkę, choć podziw ten miał swego wiernego towarzysza – smutek. Bo choć kochała swą towarzyszkę życia, to kierowała nią zawiść, zazdrościła jej pierwszego miejsca, tego jak radzi sobie z innymi, tego że bez wahania przekraczała kolejne wyznaczone przez otoczenie granice, łamała konwenanse, reguły, że zawsze zdobywała to, czego zapragnęła. Uznanie dla Lili wiązało się więc ze smutkiem Eleny, bo była inna – gorsza. Szczerze więc nienawidziła Lili, bo przez nią nie mogła oddychać, żyć po swojemu, wolna i swobodna. Lila zawsze była obecna w życiu Eleny, nawet wtedy, kiedy była odległa fizycznie i często mentalnie. Zawsze jak cień wędrowała za nią i oceniała jej poczynania, jej wybory. Zawsze krytycznie, bez najcichszej pochwały. Stale więc Elena czuła się przez przyjaciółkę upokarzana, przez to gorsza i w ciągłym poczuciu niższości wobec tej, którą podziwiała, której paradoksalnie tak potrzebowała. Dramatycznie wręcz brzmi refleksja Eleny:

Czy zawsze musi robić to co ja, wcześniej i lepiej ode mnie? Zostawiać mnie z tyłu, gdy gonię za nią albo deptać mi po piętach, żeby zaraz potem mnie przeskoczyć? (Genialna przyjaciółka, s. 191)

Przyjaciółki rywalizowały ze sobą na każdym etapie swojego życia – o wszystko. Uogólniając można pokusić się nawet o stwierdzenie, że ich życie podporządkowane było jednemu celowi – pokazaniu, że jest się lepszą od tej drugiej. Rywalizacja determinowała tę ich trudną, osobliwą więź. Ona to tę przyjaźń definiowała.

Stać się kimś

Opowieść o genialnych przyjaciółkach jest też opowieścią o stawaniu się kimś. I Elena, i Lila był nad wyraz ambitnymi dziewczynkami później kobietami. Marzyły, by wyrwać się ze tej tłamszącej je dzielnicy. Obie chciały od życia więcej niż to, co oferowały peryferia Neapolu. Ich działania były tymi pragnieniami podyktowane. Lili nie udało się jednak wyrwać, co wcale nie oznaczało porażki. Stała się kimś cenionym, szanowanym, powszechnie podziwianym, autorytetem dla całej dzielnicy – stała się więc kimś. Elena natomiast została sławną pisarką. Swoją pracowitością, gorliwością, determinacją i ambicją pokonała wszelkie przeciwności, by móc zrealizować nie tylko swoje, ale i przecież Lili marzenia.

Dzięki temu, że narracja należy do Eleny, możemy przekonać się na czym proces stawania się kimś, tu twórcą, polega, jak przebiega i czym w istocie jest. To szereg porażek i stałe upokorzenie, ciągłe poczucie niższości, zmaganie się z otoczeniem i z samym sobą przede wszystkim. W nagrodę zaś można usłyszeć jedynie uwagę matki „nie jesteś taka jak Lila, bierz z niej przykład”.

Neapol

Tetralogia neapolitańska ma jeszcze jednego bohatera. Jest nim Neapol – miejsce przeklęte, znienawidzone, ale i kochane. To w jego dekoracjach, raczej wulgarnych, aroganckich, agresywnych, brudnych, zniszczonych, toczy się życie XX wieku. Ono też determinuje niewątpliwie życie obu kobiet. Lila tkwiła w nim całe życie, Elena szybko, jak tylko nadarzyła się okazja, z niego uciekła, mimo to nie zdołała wyplenić z siebie dzielnicy (jak przyjaciółki nazywały przedmieścia Neapolu – miejsca swego urodzenia, dzieciństw i życia).

I jeszcze jedno. Ta neapolitańska seria paradoksalnie przywraca też, podobnie jak Małe życie, wartość przyjaźni, tu tej szczególnie zdewaluowanej, zdegradowanej do banalnej powierzchowności, odartej współcześnie z tego, co cenne, bo łączącej kobiety. Po tej lekturze, słowo „przyjaciółka” można wypowiadać bez dyskomfortu. Dumnie znów jest być przyjaciółką, dumnie znów jest mieć przyjaciółkę.

Anonimowość twórcy

I na koniec… Tożsamość Eleny Ferrante jest już legendą[6] i nie będę jej tu przywoływać, bo przyznam, że kwestia ta po pierwsze nieco mnie już nudzi (mimo że jestem wścibskim odbiorcą kultury i podglądanie twórców to mój chleb powszedni 😉 ), a dwa wydaje mi się po prostu marginalna. Faktem jest, że nikt nie wie kim Elena Ferrante jest. Autor(ka) neapolitańskiego cyklu wybrał(a) anonimowość. Każe żyć swym powieściom swoim życiem, usuwając się w cień, bo wszystko co miał(a) do powiedzenia, zawarła w Genialnej przyjaciółce. I nie ma ochoty wychodzić na przeciw masowych potrzebom. Nie ma ochoty stać się pożywką dla powierzchowności współczesnej kultury i zgodnie z ideą postmodernistycznych teoretyków wykonał(a) przekorny gest, bo w pewnym sensie uśmiercił(a) autora[7].

Estetyka

Na sam koniec odniosę się do polskiego wydania cyklu, który mnie zachwyca. Lubię książki ładnie wydane, które jednocześnie spełniają moje praktyczne potrzeby. I neapolitańska tetralogia spełnia moje oczekiwania i estetyczne i użyteczne – odpowiedni format, waga, tzw. zintegrowane okładki. Właśnie, okładki. Mówią, że tandetne, jak na romansidła przystało. Nie dla mnie. Dla mnie ich przytłumiona barwa odziera je z kiczowatości, zdradza drugie dno.

A i jeszcze jedno… Nie, już nie będzie ani jednego… Bo tak można w tym przypadku bez końca. Sam(a) sobie przeczytaj  😉 !

Ps. Cytaty, które wkrótce się pojawią zdradzą urok serii.

*Tytuły oryginalne – t. 1 – L’amica geniale, t. 2 – Storia del nouvo cognome, t. 3 – Storia di chi fugge e di chi resta, t. 4 – Storia della bambina perduta, rok pierwszego wydania – t. 1 – 2011, t. 2 – 2011, t. 3 – 2013, t. 4 – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – t. 1 – 2014, t. 2 – 2015, t. 3 – 2016, t. 4 – 2016.


[1] Justyna Sobolewska, Moja walka kobiet, „Polityka” 23 lutego 2016, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/ksiazki/1651488,1,recenzja-ksiazki-elena-ferrante-historia-ucieczki.read, dostęp 16.12.2016.

[2] Oficjalna strona wydawnictwa Sonia Draga, http://www.soniadraga.pl/produkt/2199/genialna-przyjaciolka-pakiet.html, dostęp 16.12.2016.

[3] Hasło, epopejaSłownik terminów literackich, red. Janusz Sławiński, Wrocław 2002.

[4] Juliusz Kurkiewicz, Homer z Neapolu, „Gazeta Wyborcza” 2016, nr 44.

[5] Ibidem.

[6] Włoski dziennikarz ujawnił prawdziwą tożsamość Eleny Ferrante?, opublikowano 3.10.2016, http://booklips.pl/newsy/wloski-dziennikarz-ujawnil-prawdziwa-tozsamosc-eleny-ferrante/, dostęp 16.12.2016.

[7] Kurkiewicz, op. cit.