Garść refleksji – o czytniku i skostnieniu umysłowym

Garść refleksji – o czytniku i skostnieniu umysłowym

Dziś garść refleksji Bałwochwalicy Jednej o tym i o tamtym!

Wynalazek ten początkowo w ogóle mnie nie obszedł. Wzruszeniem ramion powitałam tę nowość techniki. Po latach kilku, gdy się upowszechnił, pomyślałam, że czas coś takiego sobie sprawić. Od pomysłu do realizacji minęły kolejne lata. Widać tak mi zależało 😉 . Jednak od późnej wiosny jestem (szczęśliwą?) posiadaczką tegoż wynalazku. Od późnego zaś lata jednak dopiero korzystam z niego. Musiał cierpliwie poczekać. Teraz jest moim codziennym towarzyszem w poczekalni do snu. Bez niego nie zasnę!

O czym mowa? O czytniku e-booków oczywiście! Jest kilka kwestii z nim związanych, które mnie nurtują, z każdym dniem coraz bardziej, a że jestem łasa na okołoczytelnicze tematy, to zdecydowałam, że tym razem dam temu upust.

Książka a czytnik

Nie będzie to jednak wysyp zdań pochwalnych, bo sprawa nie jest dla mnie jednoznaczna…

Książka to przedmiot kultu! A biblioteki, biblioteczki, księgarnie, antykwariaty, półki i całe regały z książkami to sanktuaria! Dla niektórych mieszkanie czy dom bez roślin są martwe, dla innych martwe są bez książek. Jak więc jakiś techniczny wynalazek może zastąpić te przedmioty uwielbienia? Jest to niemożliwością w przypadku tych wszystkich fetyszystów, bałwochwalców literatury, którzy poza treścią mają na uwadze też inne wartości dodane. Koniec, kropka.

Z czasem jednak taki fetyszysta, po latach gromadzenia, po latach kurczenia się jego „kawałka podłogi”, czytaj życiowej przestrzeni, czytaj metrażu, w zalewie produktów książkopodobnych i kurczeniu się leśnych połaci, może dojść do przekonania, że pewne książki to tylko treść i nie są obiektem jego westchnień, więc mogą przybrać formę mniej namacalną. Może więc dojść do przekonania, że czytnik e-booków jest urządzeniem, które może go ocalić.

I tak właśnie było ze mną. Jak wspomniałam wyżej, dojście do tego przekonania trochę 😉 u mnie potrwało, ale w końcu się stało. Wybierałam pieczołowicie, długo, biorąc wszelkie rzeczy pod uwagę – techniczne i estetyczne w równym stopniu. Bo kiedy posiadłam już taki, który te warunki spełnił i mój zachwyt nie miał końca, okazało się, że dojść do przekonania, że jest potrzebny i praktyczny, a zacząć go użytkować, to dwie różne rzeczy. Musiało minąć trochę czasu, bym zaczęła z niego korzystać, a jeszcze więcej, by to korzystanie weszło mi w nawyk i stało się przyjemnością.

Ograniczenia percepcji

Wszystkie te etapy mam już za sobą! Wątpliwości moje jednak wciąż narastają, z każdą kolejną przeczytaną publikacją w formie wirtualnej. W czym rzecz? W percepcji. Jakoś chyba tępo z nią u mnie w przypadku e-booków. Moja wyobraźnia (która zawsze wydawała mi się dość wybujała) chyba tego nie ogarnia. Trudno wejść mi w świat przedstawiony, w jego czas i przestrzeń.

Bezpośrednim bodźcem do niniejszych refleksji była lektura powieści Elizabeth Strout Mam na imię Lucy. Dlaczego? Publikacja ta jest bardzo ceniona, też przez krytyków, została nawet uznana przez kwartalnik „Książki. Magazyn do czytania” za Książkę Roku 2016. Oczywiście, to nie jest żaden argument. Że jest ceniona przez część, nie znaczy, że musi być uznana przez innych, przez wszystkich, przeze mnie.

Powieść przeczytałam, ale w ogóle jej nie poczułam. Nie obeszła mnie. Przeleciała przeze mnie po prostu. Nie wywołując niczego. Oczywiście, książka, która budzi zachwyt jednych, wcale nie musi budzić zachwytu drugich. Tyle, że w tym przypadku przeczuwam, że tu nie o różnicę gustów chodzi. Obawiam się, że przysłowiowy pies pogrzebany jest gdzie indziej. Obawiam się, że chodzi o skostnienie! Chyba umysłu! Mojego umysłu!

Skostnienie umysłowe

W powieści Strout istotą jest treść, ale ta treść za sprawą formy ma dotrzeć do czytelnika. Jest to tekst niewielkich rozmiarów, nie ma w nim potoku słów, rozbudowanych, drobiazgowych opisów. Lakoniczność jest tu cechą nadrzędną. A waga tematu ogromna. I teoretycznie wszystko się zgadza – ważny temat pozbawiony tego, co zbędne. Ale co z tego, skoro do mnie nie dotarł? Dlaczego? Czy przypadkiem nie z powodu mojego nieprzystosowania umysłowego, umysłowego lenistwa? Nieumiejętności odbioru formy, do której nie nawykłam (wirtualnej)? A może też od której odwykłam?

Człowiek raczy się tomami, które liczą setki stron, które współtworzą odnowiony realizm, w których mamy wiwisekcję bohaterów najrozmaitszej maści, często z historią świata w tle. A przecież XX wiek udowodnił, że można inaczej, nie wprost. Co wymagało od odbiorcy zupełnie innego zaangażowania, na innym poziomie intelektualnym, emocjonalnym, estetycznym. Ta intelektualna gra twórcy z czytelnikiem chyba wszystkim na dobre wychodziła, bo wymagała otwartości umysłowej. Powrót do realizmu ten umysł jakby przytępił. Mój przynajmniej, jak wnioskuję. Kawa na ławę musi być wyłożona. Jeśli nie jest, to dochodzi do nieporozumienia, do niezrozumienia, do rozczarowania. A jeśli jeszcze zapakuje się to na/ do czytnik(a) (???) e-booków to niestety okazać się może, że o percepcji nie ma mowy. Ofiarą padła Lucy. Jednak sprawa ta tak bardzo mnie nurtuje, że z pewnością powieści tej dam drugą szansę – w formie analogowej oczywiście.

Tyle! Dziękuję za uwagę 😉 !