Osobliwe czytanie. „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” – Anna Król

Iwaszkiewicz intymnieTytuł – Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie

Autor – Anna Król

Wydawnictwo – Wilk&Król

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską; dla wrażliwców; dla tych, którym wspólne dobro nie jest obojętne; dla ceniących pamięć, tradycję, przeszłość; dla entuzjastów życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć, zrozumieć, współbyć, współodczuwać
  • MOJA OCENA – 6/6
Igła w stogu siana

Ta książka długo musiała na swoją kolej czekać. Mimo że uznałam ją za pozycję obowiązkową, którą znać po prostu muszę, ze względów chociażby zawodowych, to leżała, bo pomysł powołania do życia takiej publikacji wydawał mi się po prostu naciągany, co skutecznie mnie zniechęcało. Nadszedł jednak moment, że postanowiłam odbębnić zaległą lekturę. Szybko przekonałam się, że będzie to piękna przygoda. Zrewidowałam też pogląd na temat tego typu publikacji. Że trzeba uważać, gdyż wśród nich, tych obliczonych jedynie na zysk, są takie książki jak Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie Anny Król – wartościowe, które nie są chwytem marketingowym.

Iwaszkiewicz intymnie

Anny Król czytanie intymne

Jarosław Iwaszkiewicz to pisarz zaczytany, zapisany można rzec dość dokładnie. To autor powszechnie znany. Prześwietlono jego życie i twórczość na wiele sposobów. Anna Król postanowiła zrobić to po swojemu. Zdecydowała się opowiedzieć o Iwaszkiewiczu przez pryzmat rzeczy, które twórca po sobie pozostawił. Ta jej metoda nie wydawała mi się dość oryginalna ani mająca uzasadnienie, rację bytu. Słowa „opowieść o Iwaszkiewiczu poprzez jego osobiste rzeczy” w zasadzie charakteryzują książkę Król i oddają jej sens, w istocie jednak tylko sprowadzają na manowce. I całe szczęście, bo otrzymujemy zgoła coś innego, coś więcej. Znacznie więcej.

Metoda, którą zastosowała autorka okazała się znacznie bardziej skomplikowana i uzasadniona, też wyjątkowa. I dzięki niej udało się osiągnąć niepowtarzalny efekt, którego mogą pozazdrościć inni, którzy żerują na cudze życie, czytaj biografowie.

W czym rzecz? Przymiotnik „intymnie” wydaje się tu kluczowy. Idzie o mniej formalne życie twórcy Brzeziny, intymne właśnie, ale i o intymność Anny Król, jej prywatny świat.

Debiut

Rzeczy czytałam jak literacki debiut pisarki, która musi wypowiedzieć kilka myśli, odcinając się od przeszłości, by móc ruszyć, by iść dalej. Debiut dobry, podkreślę, w myśl opinii Anny Marchewki, której zdaniem dobry debiut „to jest coś takiego, co sprawia, że przestaję być krytykiem a staję się znów czytelniczką, że chcę przeczytać jeszcze raz tę książkę i że coś się we mnie wydarzyło. Debiut przynosi coś nowego. Gdy rozmawiamy o debiucie, to mówimy o czymś wyjątkowym, czymś mocno dotykającym, poruszającym, o czymś, na co czekamy. Dobry debiut to jest coś, co mnie wytrąca z równowagi i sprawia, że przestaję pracować a zaczynam przeżywać”[1]. I ja, podczas lektury książki Król zapomniałam się. Całą sobą weszłam w opowiadany przez nią świat, w jej świat. Bo Iwaszkiewicz z kart Rzeczy, to nie Iwaszkiewicz obiektywnie pojmowany, tylko Anny Król. To ona na nowo, po swojemu, przez pryzmat swoich doświadczeń, swojej osobowości, tworzy go, zarysowuje jakże subiektywny, zindywidualizowany portret, lepi z fragmentów rozproszonych. Z rzeczy właśnie. Ale nie tylko. Bo i ze wspomnień, zdjęć, ze słów wypowiedzianych, zapisanych, z dialogów wyobrażonych, z miejsc, zwierząt  i ludzi.

Fabularyzowany zarys egzystencji

Z czym mamy do czynienia jeśli chodzi o przynależność gatunkową? Nie jest to dokument ani powieść sensu stricto. Bo choć są tam fakty, to są i zmyślenia. Dlatego chyba najtrafniejsze wydaje się określenie „fabularyzowana biografia”. Choć może „biografia” to za dużo powiedziane. Może lepiej „zarys egzystencji”, gdyż oddaje istotę przedsięwzięcia – w myśl samego Iwaszkiewicza, który w swych Dziennikach zanotował:

Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii ponieważ w swoim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom[2].

Istnieją wprawdzie popularne fabularyzowane biografie, będące jednak tradycyjnie pojętym powieściami, których jestem wielką entuzjastką, to w tym przypadku mowa jest o czymś znajdującym się znacznie bliżej literatury non fiction, chociażby przez sam sposób prowadzenia narracji. Narratorką jest z jednej strony Anna Król, badaczka życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, która po reportersku przemierza Polskę, tropiąc ślady przeszłości i skrupulatnie wszystko notując, z drugiej zaś, jednocześnie, Anna Król, wielbicielka twórcy i niejako jego wychowanka, która daje wyraz swoim doświadczeniom, upust intymnym przeżyciom i doznaniom. I tytułowe rzeczy, które artysta po sobie pozostawił są dla niej tylko pretekstem, do indywidualnego odczytania jednego z największych polskich twórców XX wieku.

Iwaszkiewicz Król

Z tego czytania Iwaszkiewicza przez Król wyłania się postać człowieka – dyplomaty, światowca, prezesa Związku Literatów Polskich, redaktora naczelnego „Twórczości”, posła, poety, pisarza – z krwi i kości, bardzo złożonego, jednak chyba tylko pozornie pełnego sprzeczności. Dla którego bycie wybitnym twórcą i politykiem jednocześnie nie było zaprzedaniem duszy diabłu, tylko możliwością. Wyłania się postać człowieka czułego, wrażliwego, niepewnego, samotnego, nierozumianego, targanego namiętnościami, dalekiego od zimnego polityka, czy człowieka zdystansowanego, może nawet wyrachowanego. Dotykając intymnego świata Iwaszkiewicza, autorka odkrywa przed odbiorcami zakamarki jego duszy, byśmy go zrozumieli i mogli z nim współodczuwać.

Najbardziej ujmujące są te migawki z życia pisarza, które ukazują relację z innymi. Z żoną, kochankiem czy choćby z sekretarzem/ kierowcą. Odsłania się nam wówczas Iwaszkiewicz mąż, kochanek, przyjaciel, towarzysz. Fragmenty dotyczące romansu z Jerzym Bełczyńskim, romansu podszytego tragizmem (kochanek-gruźlik), są niezapomniane[3]. Te zaś odnoszące się do małżeństwa z Anną, małżeństwa także naznaczonego dramatem (powracająca choroba psychiczna żony), składają się niewątpliwie na jedną z ciekawszych opowieści o życiu literackim polskiego XX wieku.

Odchodzenie

Rzeczy, podobnie jak Mahatma Witkac Joanny Siedleckiej, jest nie tylko opowieścią o danym twórcy, jest też uniwersalną narracją o odchodzeniu. Otwiera ją śmierć pisarza i jego pogrzeb, by później, cofając się w przeszłość, tropić znaki przemijania. Przemijania ludzi, rzeczy, świata. Ich starzenia się. Istnienie naznaczone tragizmem, tak obecne w całej twórczości Iwaszkiewicza, obecne jest i tu, gdy choroba zżera kochanka, też krewnego – Karola Szymanowskiego, gdy umiera żona, gdy starzeje się ciało, umysł, gdy niszczeją rzeczy.

Misja

Anna Król swoją publikacją jakby mimochodem wypełnia swą misję. Autorka Rzeczy jest animatorką kultury, pomysłodawczynią i dyrektorką Big Book Festival, a przede wszystkim jest autorką projektów literackich i edukacyjnych promujących – tu jej misja – literaturę i czytanie. Jest przy tym entuzjastką życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza. I poprzez powołanie do życia Rzeczy niewątpliwie zaraża innych i Iwaszkiewiczem, i czytaniem w ogóle.


[1] O czym mówimy, kiedy mówimy o debiucie literackim?, zapis audycji radiowej, 22.04.2015, Radio Kraków, http://www.radiokrakow.pl/rozmowy/o-czym-mowimy-kiedy-mowimy-o-debiucie-literackim/, dostęp 30.04.2017.

[2] Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, cyt. za, Anna Król, Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie, Warszawa 2015, s. 366.

[3] Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego, Warszawa 2017.

Kartoteka 17

Kartoteka 17 - Gertruda Stein - przedstawiciel literatury amerykańskiej
Gertruda Stein, 1935*

Gertruda Stein

3 lutego 1874 – 27 lipca 1946

Amerykańska pisarka, teoretyk literatury, poetka, feministka, najsłynniejsza amerykańska emigrantka w Paryżu.


*Autor Carl van Vechten – Van Vechten Collection at Library of Congress, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=36601, dostęp 25.04.2017.

Dzień Książki – życie bez książek jest możliwe/ życie bez książek jest niemożliwe*

Światowy Dzień Książki

Poeta to na pewno ktoś

Słuchajcie głosu poety

Choćby ten głos

był cienki jak włos

Jak jeden włos Julietty

Jeśli się zerwie włosek ten

to nasza nudna kula

upadnie w ciemność

Czy ja wiem

albo się zbłąka w chmurach

Słyszycie Czasem wisi coś

na jednym włosku wisi

Dziś włoskiem tym poety głos

Słyszycie

Ktoś tam słyszy**

Hymnu czas

Od dziś powyższy wiersz – Włosek poety Tadeusza Różewicza – nie jest zwykłym wierszem. Jest uroczystą pieśnią pochwalną, światowym hymnem książki UNESCO, autorstwa dwóch polskich twórców, poety – Tadeusza Różewicza i kompozytora – Jana Kantego Pawluśkiewicza. Przyznam, że duma mnie rozpiera, bo że z Polski, ale też dlatego, że odkąd poznałam List do ludożerców Różewicz jest moim ulubionym poetą, stale, niezmiennie, wiecznie, i odkąd poznałam Szaloną lokomotywę, to pokochałam Pawluśkiewicza (który był współtwórcą musicalu wraz z Markiem Grechutą, w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, na motywach utworu Witkacego) również miłością bezdenną. Dlatego też wybór tych właśnie twórców na autorów hymnu książki jest mi szczególnie bliski.

Dzień Literatury

Światowy Dzień Książki to dla mnie po prostu Dzień Literatury. Bo, powiem za Ryszardem Koziołkiem, „Mam skłonność do przyznawania literaturze rangi najważniejszego składnika kultury. Nic w tym dziwnego, w moim fachu to zawodowa powinność, niczym wiara księdza. Nie wystarcza mi jednak wypełnianie misji, która łączy się z moją profesją. Jestem notorycznym poszukiwaczem dowodów, że literatura to konieczność mówiącego człowieka, który w trosce o biologiczny i społeczny byt musi ulepszać swoją mowę, czyli czytać oraz tworzyć metafory i opowieści”[1].

Dlatego dziś pozwolę sobie na refleksję na temat istoty i sensu…

Istota

Dla Koziołka, jak zauważa Łukasz Żurek, literatura jest rodzajem laboratorium, w którym przeprowadza się podczas lektury eksperymenty egzystencjalne, emocjonalne oraz polityczno-społeczne. „Dzięki niej intensyfikujemy nasze doświadczenie rzeczywistości, uprzytamniamy sobie naszą jednostkowość, przestajemy się gapić i zaczynamy zauważać życie. Jak to jednak w laboratorium bywa, czasem połączenie jednego składnika z drugim doprowadza do sytuacji niekontrolowanych, do wybuchu. […] Co ważne, zdaniem Koziołka tych ciemnych afektów pojawiających się przy lekturze nie sposób usunąć, bo wówczas nie bylibyśmy zdolni do przeżywania literatury, do przejmowania się nią i do ćwiczenia się we wspomnianych eksperymentach”[2].

Życie a egzystencja

O egzystencjalnej wadze literatury mówił też już Michał Paweł Markowski w swojej książce Życie na miarę literatury[3], która jest manifestem, wyrażeniem poglądów badacza na temat literatury, jej sensu, źródeł, celów oraz na temat życia i egzystencji. Bo autor tych dwóch pojęć nie traktuje synonimicznie. Nie tylko je różnicuje, ale i wartościuje.

Życie według Markowskiego jest bytowaniem wyznaczanym przez biologię ciała i okoliczności. Życie samo w sobie nie ma sensu. Egzystencja zaś jest „spożytkowaniem” życia, nadawaniem znaczeń[4]. Literatura jest sposobem radzenia sobie ze światem, zatem jest wyrazem egzystencji. Niczym Marksistowskie opium dla mas… Tak, dla Markowskiego literatura jest środkiem uśmierzającym, który umożliwia być w świecie. Ona to nadaje temu byciu sens. Badacz, tak jak Augustyn twierdził, że czytanie jest czynnością sensotwórczą, uważa, że życie bez literatury po prostu nie ma sensu.

O kolejnych bałwochwalców literatury nie trudno. Dla Grzegorza Jankowicza fundamentem świata jest właśnie literatura.

Myślimy to tym, co przeczytaliśmy. Wyobrażamy sobie świat, do którego zostaliśmy zaproszeni. Nadajemy mu kształt. Meblujemy go po swojemu. Przy tym cały czas poruszamy się w naszej rzeczywistości, która wygląda już jednak nieco inaczej, a przynajmniej inaczej nam się jawi. Zaszła bowiem zmiana: najpierw w nas – dzięki literaturze, a potem w świecie – za naszą sprawą.

I wtedy budzi się w nas potrzeba rozmowy. Jest to potrzeba tak silna, tak intensywnie odczuwana, że nie sposób jej zignorować. Czytanie powoduje, że chcemy rozmawiać o literaturze i o reszcie świata, przy czym resztę należy tu rozumieć dosłownie: jako coś, co zostaje, gdy odejmiemy od rzeczywistości jej istotną część, gdy usuniemy spod niej fundament, na którym się wspiera. Tak, tak, właśnie to chcę powiedzieć: fundamentem świata jest według mnie literatura[5].

Dać szansę

Zrobiło się bardzo poważnie. Śmiertelnie poważnie. Ale przecież nie o błahostkę chodzi. Chodzi o coś najcenniejszego co mamy. Chodzi o nasze życie, więc o sprawę najcięższej wagi. Co oczywiście wcale nie znaczy, że nie może być lżej. To jednak pokazuje, uświadamia, że czytanie – obcowanie z literaturą – jest czynnością mającą ogromną moc sprawczą, mającą imponujący na człowieka wpływ, oddziałującą na jego egzystencję w sposób wręcz zadziwiający, nawet jeśli jest tylko codzienną przyjemnością, bo przecież, jak twierdziła Wisława Szymborska „czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła”, oczywiście pod warunkiem, że damy literaturze, a przede wszystkim sobie szansę.

Literacka prawda

Można do sprawy podejść tak jak Julian Barnes, który, odpowiadając niejako na pytanie Sartre’a Czym jest literatura?[6], stwierdził, że literatura to „[…] najlepszy sposób mówienia prawdy; literatura to proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów. Poza tym literatura jest wieloma rzeczami, takimi jak zachwyt, zabawa, język; jest również zadziwiająco intymnym sposobem komunikowania się z ludźmi, których nigdy się nie spotka”[7].

Podczas czytania, Virginię Woolf zewnętrzny świat w ogóle nie obchodził, dla niej książka „jakby wcale nie była książką, lecz częścią […] pejzażu, jakby to, co czytam, nie zostało wydrukowane, oprawione czy zszyte, ale stanowiło wytwór drzew, pól i upału letniego dnia, jakby było powietrzem, które w pogodne poranki opływa obrysy przedmiotów”[8]. W jednym ze swych esejów wyznała:

[…] jeśli zamykam książkę, to dlatego, że nasyciłam już umysł, nie dlatego, że wyczerpałam skarbnicę[9].

Książki mogą też być, jak dla dziewczyn z bloga Niespodziegadki, „[…] ulubionym środkiem lokomocji. Te niepozorne, papierowe samolociki pozwalają nie tylko na podróże w czasie i przestrzeni, ale także na zaglądanie w głąb ludzkich umysłów i patrzenie na świat cudzymi oczami”[10].

Podsumowując, można powiedzieć, że czytać po prostu warto, bo gdy „się ktoś zaczyta, zawsze się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega, albo zaśnie – w każdym razie wygra…” jak rzekł Henryk Sienkiewicz. Ale…

Mądre czytanie

Koziołek nie ubolewa nad polskim nieczytaniem (które kolejny raz potwierdziły wyniki badań Biblioteki Narodowej za rok 2016), bo wie, że literatury po prostu nic nie zastąpi, tylko ubolewa nad brakiem wspólnoty czytania[11], ja natomiast ubolewam nad czytaniem jako takim, bo jestem entuzjastką czytania mądrego, żarliwego a nie naiwnego, po prostu jestem propagatorką bycia świadomym czytelnikiem.

„Zindywidualizowana, monadyczna i nomadyczna lektura”[12], jako nowy sposób lektury, bardzo mi odpowiada, pozwala iść swoją drogą, ale niech ta droga nie będzie przypadkowa, pozbawiona znaczeń, niech nie będzie trywialna i nic nie warta! Niech przyświeca nam tu szalona myśl Magdaleny Samozwaniec:

Dobra książka to rodzaj alkoholu – też idzie do głowy.

*Parafraza fragmentu wiersza Tadeusza Różewicza Bez z tomu Płaskorzeźba z 1991 roku.

**Tadeusz Różewicz, Włosek poety, w, Uśmiechy, Wrocław 1955.


[1] Ryszard Koziołek, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016, s. 7.

[2] Łukasz Żurek, Praktyka filologiczna. Wokół książki „Dobrze się myśli literaturą” Ryszarda Koziołka, http://kulturaliberalna.pl/2016/02/16/lukasz-zurek-recenzja-dobrze-sie-mysli-literatura-ryszard-koziolek/, dostęp 22.04.2017.

[3] Michał Paweł Markowski, Życie na miarę literatury, Kraków 2009.

[4] Jolanta Prochowicz, Literatura a sens życia, „Znak” 2010, nr 658, http://www.miesiecznik.znak.com.pl/6592010jolanta-prochowiczliteratura-a-sens-zycia/, dostęp 22.04.2017.

[5] Grzegorz Jankowicz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.

[6] Jean-Paul Sartre, Czym jest literatura? Wybór szkiców krytycznoliterackich, Warszawa 1968.

[7] Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z „The Paris Review”, Wrocław 2016, s. 48.

[8] Virginia Woolf, Eseje wybrane, Kraków 2015, s. 8.

[9] Ibidem, s. 18.

[10] Niespodziegadki, http://niespodziegadki.pl/o-nas/, dostęp 22.04.2016.

[11] Koziołek, op. cit., s. 18.

[12] Ibidem.

Kartoteka 16

Kartoteka 16 - Ezra Pound - przedstawiciel literatury amerykańskiej
Ezra Pound, 1963*

Ezra Pound

30 października 1885 – 1 listopada 1972

Amerykański poeta, twórca okresu międzywojennego, współtwórca imagizmu.


*Autor Walter Mori (Mondadori Publishers) – http://www.gettyimages.co.uk/detail/news-photo/portrait-of-the-american-poet-and-writer-ezra-pound-venice-news-photo/141553543, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=41337345, dostęp 18.04.2017.

Garść refleksji – o sprawach okołoksiążkowych

Garść refleksji - o sprawach okołoksiążkowychDziś garść refleksji Bałwochwalicy Jednej o tym i o tamtym!

Kanon lektur, biblioteki, księgarnie, cena książki to tematy, o których ostatnio dużo się mówi. I są to zagadnienia od lat mi bliskie. Dlatego teraz, niejako sprowokowana, postanowiłam dać upust swoim myślom na ten temat.

Cena książki

Zacznę od końca. Tu wszystko zależy od punktu siedzenia i racjonalności myślenia. Można dodać, że też od zasobności sakwy i stosunku do mamony. Niestety, trudno dojść do jakiegoś konsensusu. Jeden chce jak najtaniej kupić, drugi jak najdrożej sprzedać. Czy przy tym konflikcie interesów możliwe jest porozumienie? Odrobina dobrej woli i…

Słowa te piszę z pozycji rozkroku. Bo jestem czytelnikiem, a raczej molem książkowym i zbieraczem książek, ale także w pewnym sensie twórcą. Ten rozkrok nie jest wygodną pozycją. Z jednej strony chcę wydać jak najmniej, a z drugiej zarobić jak najwięcej. Czy to musi się wykluczać? Może trochę zrozumienia wystarczy i racjonalności myślenia?

Punk widzenia czytelnika jest jasny i widoczny dla każdego. Sprawa nie jest natomiast tak wyraźna jeśli chodzi o twórców. Kto ma na uwadze proces powstawania książki? Droga od jej napisania do sprzedaży jest bardzo długa. Po drodze zaś sztab ludzi (autor, wydawca, redaktor, korektor, ilustrator, projektant, grafik, drukarz, sprzedawca itp., itd.) zaangażowanych, by trafia w końcu w ręce czytelnika… Czy więc biorąc to pod uwagę i wydając około 50 złotych na książkę, powiemy, że to dużo? Porównajmy tę cenę z cenami innych towarów. Czy jest wygórowana? Nie sądzę, że ktoś w tym momencie powie TAK. Dajmy więc żyć każdemu, podajmy sobie ręce i miejmy na uwadze, że działamy przecież we wspólnym interesie, że dbamy o wspólne dobro!

Czytelnikom, którzy książki nie tylko czytają, ale i je zbierają, czyli takim jak ja, pozostaje nieco się zreflektować, bo nikt ich/ nas nie chce okraść, i wyrobić sobie nawyk mądrego kupowania! By mania posiadania prymu nie wiodła. By dać sobie czas, przemyśleć, zanalizować i z całej masy wybrać perełkę.

Księgarnie

W związku z powyższym, przechodząc płynnie do kolejnego zagadnienia – księgarń – postuluję rozważyć możliwość wybierania tych skrupulatnie przez nas wybranych rarytasów w małych księgarniach, zwanych kameralnymi, w których często właściciel jest sprzedawcą, a każdy sprzedawca najczęściej znawcą. Wydawanie pieniędzy na owe perełki, na coś czego naprawdę pożądamy, w takim miejscu, w takich okolicznościach przyrody jest czystą przyjemnością. Stanowi ucztę dla ducha i też dla ciała, bo zapewnia niektórym chleb.

Biblioteki

Dużo mówi się też o bibliotekach, niestety w kontekście ich likwidacji. Kwestia zasobów bibliotecznych też jest pretekstem do głoszenia opinii, iż biblioteka nie ma racji bytu.

Zżymam się zawsze, gdy słyszę jak ktoś narzeka, że nie ma w bibliotece nowości (jeśli już są, to w śladowych ilościach). Jakim sposobem, jakim cudem mają być? Nowości dziś są takie, jutro inne… Nie ma możliwości, by którąś bibliotekę było stać finansowo i powierzchniowo, choćby w niewielkim nawet stopniu, na dotrzymanie kroku zalewowi wydawniczemu!!! Musi wybierać z całej masy i mieć na uwadze, że masy tej z każdym dniem tylko przybywa. Mało tego, masy w większości wątpliwej wartości, o której jutro już nikt nie będzie pamiętał.

Nowości są w księgarniach, w bibliotekach zaś teksty, które przetrwały próbę czasu i są często już nie do nabycia. Wydawnictwa zajmują się zwykle wydawaniem tego, co jeszcze nie ujrzało światła dziennego, nie wznawiają wielu dzieł, które dziś możemy znaleźć albo w antykwariacie, albo na regale u wujka czy dziadka, albo w bibliotece właśnie. A że stare, że zniszczone, to co? Najważniejsze, że są i że możemy z nich skorzystać. Czy robienie miejsca na bibliotecznej półce na nowości o wartości w najlepszym wypadku chwilowej nie przeczy istocie biblioteki?

Kanon lektur

I jeszcze jedno. Ważne, jeśli nie najważniejsze – kanon lektur czyli podstawa programowa! Nie chodzi mi tu o to jaka będzie, ani o to jaka jest, ale o zastanowienie się czym w ogóle być powinna… Do refleksji tej nie skłoniło mnie ostatnie zamieszanie w związku z reformą oświaty, ale zasłyszana opinia, według której winę za niski poziom czytelnictwa w Polsce ponoszą listy lektur z podstawy programowej (nie tej czy tamtej, ogólnie), to, że zamiast „fajnych” pozycji, po które uczniowie z chęcią by sięgali, jest niezrozumiała klasyka literatury polskiej z elementami klasyki literatury powszechnej, bo rolą szkoły nie może być zadręczanie i zniechęcanie kolejnych pokoleń do książek, tylko ukazanie przyjemności z czytania. Hm…

Sprawa nie wydaje mi się aż tak prosta! Ryszard Koziołek jest zdania, że nie w kanonie leży „przyczyna rozczarowania rolą szkoły w kreowaniu społeczeństwa czytelników”, tylko w marginalizowaniu czytania literatury – tego czasochłonnego procesu. „Uniwersytet skoncentrował się na produkcji wiedzy o literaturze i nowych narzędzi teoretycznych. A szkoła skupia się więc na pragmatycznej funkcji przygotowania do egzaminu. W efekcie czytanie jawi się jako luksus dla emerytów i bezrobotnych”[1].

Celem lekcji języka polskiego jest znajomość polskiej tradycji literackiej z elementami europejskiej i kontekstów kulturowych! Oprócz tego, oczywiście też, bez dwóch zdań, wyrabianie gustów, poczucia smaku estetycznego i właśnie nawyku czytania, zaszczepianie miłości do literatury.

To jednak, nawet zdaniem Koziołka, który jest entuzjastą nie tylko literatury popularnej, ale i  „zindywidualizowanego, monadycznego i nomadycznego”[2] czytania, na pewnej podstawie, czyli na podstawie pewnego zestawu tekstów klasycznych, uznanych za wzór, zestawu tekstów kultury podstawowych dla danego kręgu kulturowego, czyli dzieł tak zwanego kanonu, a nie na podstawie tekstów popularnych. 

I na straży tego, wydaje mi się, musi stać szkoła. To wydaje mi się jej misją. I tego chyba nie może zmienić żadna reforma oświaty, to chyba musi uwzględniać każda podstawa programowa, każdy nauczyciel, od którego najwięcej zależy (poza rodzicami), od jego predyspozycji, umiejętności, od tego jaką metodę sobie wybierze, jak bardzo się zaangażuje, ile z siebie da, by cele w zakresie wiedzy, umiejętności, postaw osiągnąć…

Tyle, choć długo by można jeszcze mówić…


[1] Ryszard Koziołek, Milena Rachid Chehab, Do czego służy kanon lektur szkolnych, „Gazeta Wyborcza”, opublikowano 05.12.2014, http://wyborcza.pl/1,75410,16145447,Do_czego_sluzy_kanon_lektur_szkolnych.html, dostęp 14,04.2017.

[2] Ibidem.