Garść refleksji – o sprawach okołoksiążkowych

Garść refleksji - o sprawach okołoksiążkowychDziś garść refleksji Bałwochwalicy Jednej o tym i o tamtym!

Kanon lektur, biblioteki, księgarnie, cena książki to tematy, o których ostatnio dużo się mówi. I są to zagadnienia od lat mi bliskie. Dlatego teraz, niejako sprowokowana, postanowiłam dać upust swoim myślom na ten temat.

Cena książki

Zacznę od końca. Tu wszystko zależy od punktu siedzenia i racjonalności myślenia. Można dodać, że też od zasobności sakwy i stosunku do mamony. Niestety, trudno dojść do jakiegoś konsensusu. Jeden chce jak najtaniej kupić, drugi jak najdrożej sprzedać. Czy przy tym konflikcie interesów możliwe jest porozumienie? Odrobina dobrej woli i…

Słowa te piszę z pozycji rozkroku. Bo jestem czytelnikiem, a raczej molem książkowym i zbieraczem książek, ale także w pewnym sensie twórcą. Ten rozkrok nie jest wygodną pozycją. Z jednej strony chcę wydać jak najmniej, a z drugiej zarobić jak najwięcej. Czy to musi się wykluczać? Może trochę zrozumienia wystarczy i racjonalności myślenia?

Punk widzenia czytelnika jest jasny i widoczny dla każdego. Sprawa nie jest natomiast tak wyraźna jeśli chodzi o twórców. Kto ma na uwadze proces powstawania książki? Droga od jej napisania do sprzedaży jest bardzo długa. Po drodze zaś sztab ludzi (autor, wydawca, redaktor, korektor, ilustrator, projektant, grafik, drukarz, sprzedawca itp., itd.) zaangażowanych, by trafia w końcu w ręce czytelnika… Czy więc biorąc to pod uwagę i wydając około 50 złotych na książkę, powiemy, że to dużo? Porównajmy tę cenę z cenami innych towarów. Czy jest wygórowana? Nie sądzę, że ktoś w tym momencie powie TAK. Dajmy więc żyć każdemu, podajmy sobie ręce i miejmy na uwadze, że działamy przecież we wspólnym interesie, że dbamy o wspólne dobro!

Czytelnikom, którzy książki nie tylko czytają, ale i je zbierają, czyli takim jak ja, pozostaje nieco się zreflektować, bo nikt ich/ nas nie chce okraść, i wyrobić sobie nawyk mądrego kupowania! By mania posiadania prymu nie wiodła. By dać sobie czas, przemyśleć, zanalizować i z całej masy wybrać perełkę.

Księgarnie

W związku z powyższym, przechodząc płynnie do kolejnego zagadnienia – księgarń – postuluję rozważyć możliwość wybierania tych skrupulatnie przez nas wybranych rarytasów w małych księgarniach, zwanych kameralnymi, w których często właściciel jest sprzedawcą, a każdy sprzedawca najczęściej znawcą. Wydawanie pieniędzy na owe perełki, na coś czego naprawdę pożądamy, w takim miejscu, w takich okolicznościach przyrody jest czystą przyjemnością. Stanowi ucztę dla ducha i też dla ciała, bo zapewnia niektórym chleb.

Biblioteki

Dużo mówi się też o bibliotekach, niestety w kontekście ich likwidacji. Kwestia zasobów bibliotecznych też jest pretekstem do głoszenia opinii, iż biblioteka nie ma racji bytu.

Zżymam się zawsze, gdy słyszę jak ktoś narzeka, że nie ma w bibliotece nowości (jeśli już są, to w śladowych ilościach). Jakim sposobem, jakim cudem mają być? Nowości dziś są takie, jutro inne… Nie ma możliwości, by którąś bibliotekę było stać finansowo i powierzchniowo, choćby w niewielkim nawet stopniu, na dotrzymanie kroku zalewowi wydawniczemu!!! Musi wybierać z całej masy i mieć na uwadze, że masy tej z każdym dniem tylko przybywa. Mało tego, masy w większości wątpliwej wartości, o której jutro już nikt nie będzie pamiętał.

Nowości są w księgarniach, w bibliotekach zaś teksty, które przetrwały próbę czasu i są często już nie do nabycia. Wydawnictwa zajmują się zwykle wydawaniem tego, co jeszcze nie ujrzało światła dziennego, nie wznawiają wielu dzieł, które dziś możemy znaleźć albo w antykwariacie, albo na regale u wujka czy dziadka, albo w bibliotece właśnie. A że stare, że zniszczone, to co? Najważniejsze, że są i że możemy z nich skorzystać. Czy robienie miejsca na bibliotecznej półce na nowości o wartości w najlepszym wypadku chwilowej nie przeczy istocie biblioteki?

Kanon lektur

I jeszcze jedno. Ważne, jeśli nie najważniejsze – kanon lektur czyli podstawa programowa! Nie chodzi mi tu o to jaka będzie, ani o to jaka jest, ale o zastanowienie się czym w ogóle być powinna… Do refleksji tej nie skłoniło mnie ostatnie zamieszanie w związku z reformą oświaty, ale zasłyszana opinia, według której winę za niski poziom czytelnictwa w Polsce ponoszą listy lektur z podstawy programowej (nie tej czy tamtej, ogólnie), to, że zamiast „fajnych” pozycji, po które uczniowie z chęcią by sięgali, jest niezrozumiała klasyka literatury polskiej z elementami klasyki literatury powszechnej, bo rolą szkoły nie może być zadręczanie i zniechęcanie kolejnych pokoleń do książek, tylko ukazanie przyjemności z czytania. Hm…

Sprawa nie wydaje mi się aż tak prosta! Ryszard Koziołek jest zdania, że nie w kanonie leży „przyczyna rozczarowania rolą szkoły w kreowaniu społeczeństwa czytelników”, tylko w marginalizowaniu czytania literatury – tego czasochłonnego procesu. „Uniwersytet skoncentrował się na produkcji wiedzy o literaturze i nowych narzędzi teoretycznych. A szkoła skupia się więc na pragmatycznej funkcji przygotowania do egzaminu. W efekcie czytanie jawi się jako luksus dla emerytów i bezrobotnych”[1].

Celem lekcji języka polskiego jest znajomość polskiej tradycji literackiej z elementami europejskiej i kontekstów kulturowych! Oprócz tego, oczywiście też, bez dwóch zdań, wyrabianie gustów, poczucia smaku estetycznego i właśnie nawyku czytania, zaszczepianie miłości do literatury.

To jednak, nawet zdaniem Koziołka, który jest entuzjastą nie tylko literatury popularnej, ale i  „zindywidualizowanego, monadycznego i nomadycznego”[2] czytania, odbywać się musi na pewnej podstawie, czyli na podstawie pewnego zestawu tekstów klasycznych, uznanych za wzór, zestawu tekstów kultury podstawowych dla danego kręgu kulturowego, czyli dzieł tak zwanego kanonu, a nie na podstawie tekstów popularnych. 

I na straży tego, wydaje mi się, musi stać szkoła. To wydaje mi się jej misją. I tego chyba nie może zmienić żadna reforma oświaty, to chyba musi uwzględniać każda podstawa programowa, każdy nauczyciel, od którego najwięcej zależy (poza rodzicami), od jego predyspozycji, umiejętności, od tego jaką metodę sobie wybierze, jak bardzo się zaangażuje, ile z siebie da, by cele w zakresie wiedzy, umiejętności, postaw osiągnąć…

Tyle, choć długo by można jeszcze mówić…


[1] Ryszard Koziołek, Milena Rachid Chehab, Do czego służy kanon lektur szkolnych, „Gazeta Wyborcza”, opublikowano 05.12.2014, http://wyborcza.pl/1,75410,16145447,Do_czego_sluzy_kanon_lektur_szkolnych.html, dostęp 14,04.2017.

[2] Ibidem.