Kartoteka – Irena Krzywicka

Kartoteka - Irena Krzywicka - przedstawiciel literatury polskiej
Irena Krzywicka, fragment

Irena Krzywicka

28 maja 1899 – 12 lipca 1994

Polska feministka, pisarka, publicystka, tłumaczka, moralistka, buntowniczka, propagatorka świadomego macierzyństwa, antykoncepcji, edukacji seksualnej, popularyzatorka twórczości Marcela Prousta, skandalistka II Rzeczypospolitej (łamała tabu, szokowała, obnażała hipokryzję), związana zawodowo i prywatnie z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, w drugiej połowie XX wieku prowadziła w Warszawie salon literacki, autorka Pierwszej krwi, Sekretów kobiet i słynnej prozy autobiograficznej Wyznania gorszycielki.

A los, wie pan, to nie jest wcale sumienny księgowy, tylko głupi, bezmyślny dureń, który wszystko mili i plącze i wszystko zawsze nie w porę załatwia. Za późno. Za późno, rozumie pan?

– Irena Krzywicka Wichura i trzciny

Podsumowanie pierwszego półrocza 2018

Czas na Bałwochwalicy Jednej czytelnicze podsumowanie pierwszego półrocza!

W Bałwochwalni do tej pory nie było podsumowań tego typu… Poprzestawałam na rocznych zestawieniach. Uświadomiłam sobie jednak, że półrocze wypada latem, na wakacje, zatem w chwili idealnej na polecenie książki na urlop. Dlatego postanowiłam wprowadzić śródroczny bilans czytekniczy, który będzie jednocześnie propozycją lektur na lato. Ale…

Po pierwsze

Kategoria „książka na lato”/ „książka na wakacje” w powszechnym pojęciu irytuje mnie, tak samo jak tzw. literatura kobieca. Owszem, powtarzać będę uparcie, lato, wakacje, słońce to radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie… Nie oznacza to jednak wcale, że człowiek oddał mózg do przechowalni. I nie myśli. I chce tylko pławić się w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. W ten lekkomyślny okres w roku, zmysły są przecież szczególnie wyczulone. Odbiera się wszystko z większą intensywnością. Wręcz cierpi się na nadwrażliwość. I niekiedy odczuwa się głód, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do świtu. Definicja „książki na lato”, którą zaproponowała Zadie Smith, przypomnę:

Istnieje coś takiego jak „książka na lato”. Do czytania na plaży, w hamaku albo wśród wysokiej trawy. Obiecuje przyjemność i całkowite zanurzenie: jeżeli co parę minut kładziemy ją sobie na piersi, rozmyślając o obiedzie, to raczej nie mamy do czynienia z książką na lato. Prawdziwa książka na lato jest prawdziwsza niż lato: człowiek porzuca przyjaciół i bliskich, zaszywa się w pokoju, otacza moskitierą i wraca […][1].

jest temu bliska. Zatem poniższe tytuły, poza tym, że tworzą półroczne zestawienie, są jednocześnie moimi propozycjami książek na lato w powyższym pojęciu tej kategorii.

Po drugie

Bardzo mi się spodobały blogowe podsumowania śródroczne pod hasłem Mid year book freak out tag, które zdradzają między innym Najlepszą książkę przeczytaną w pierwszym półroczu, Nowość, której jeszcze nie zdążyło się przeczytać, Książkę, na którą się czeka w drugiej połowie roku, Największe rozczarowanie, Książkowy crush, Ulubionego bohater, Książkę, przy której się płakało, Książkę, która uszczęśliwiła. Niestety, BJ nie potrafiła w tych kategoriach dosłyszeć swego głosu, dlatego postanowiła zrobić to po swojemu 😉 , co w tym przypadku oznacza tradycyjnie – utworzyć ranking najlepszych książek pierwszej połowy 2018 roku. Wybrała ich sześć. Dlaczego sześć? A tak, w połączeniu z sześcioma najlepszymi książkami drugiej połowy roku 2018 będzie ich dwanaście – tyle ile miesięcy w roku, zatem na każdy miesiąc roku jedna książka. Kolejność – od najgorszej z najlepszych, do najlepszej z najlepszych 😉 !!!

Po trzecie

Przyznam, że nie wiedziałam jak podejść do sprawy. Bilans miał obejmować publikacje, które przeczytałam w ciągu ostatnich sześciu miesięcy, oczywiste, ale biorąc pod uwagę fakt, że czytam różne książki – literaturę piękną, literaturę użytkową, klasykę literatury powszechnej, klasykę literatury polskiej, przedwczorajsze nowości, wczorajsze nowości – trudno było zabrać się do tej buchalterii, gdyż poszczególne tytuły nijak nie przystawały do siebie. Poniższe zestawienie zawiera zatem sześć książek z istnego miszmaszu czytelniczego Bałwochwalicy Jednej!!! Wszystko choć podyktowane jest jej gustem, jej upodobaniami, skrzywieniami, poszukiwaniami, to z uwzględnieniem uniwersalnych kryteriów, wedle których publikacje niejako spełniają zasady dzieł wartościowych.

I jeszcze jedno

Bywalcy Bałwochwalni nie będą rankingiem zaskoczeni, gdyż o trzech tytułach była już mowa – są osobne noty im poświęcone. O pozostałych mowa będzie wkrótce.

6. 4321 – Paul Auster

– powieść ta musiała znaleźć się w czołówce, mimo że jej lektura nieco rozczarowała. Monumentalne dzieło (opus magnum pisarza, jak twierdzą jedni), w którym autor (klasyk, jak twierdzą drudzy) przedstawia właściwie symultanicznie cztery wersje życia jednego człowieka (pomysł prosty i genialny, realizacja nieco rozczarowująca, gdyż czytelnik (ja) gubi się w wersjach, choć z czasem przestaje to przeszkadzać), uwikłanego w małą historię, z historią wielką w tle – alternatywne historie, warianty egzystencji pewnego Żyda o polskich korzeniach mieszkającego w Ameryce, Archiego Fergusona, człowieka inteligentnego i wrażliwego, urodzonego 3 marca 1947 roku. Wszystko zależy od tego, jakie bohater podejmie decyzje, jak zareaguje na otaczający świat, jak rzeczywistość i inni na niego wpłyną, słowem, od przypadku. Powieść zatem zadaje zasadnicze dla ludzkości pytanie – czym jest przypadek w naszym życiu? To powieść inicjacyjna z historią dwudziestowiecznej Ameryki także tej literackiej i filmowej w tle. To także powieść o dochodzeniu do bycia człowiekiem pióra.

5. Amatorki – Elfriede Jelinek

– powieści austriackiej noblistki uznawana za jedną z najważniejszych niemieckojęzycznych powieści nurtu feministycznego z lat siedemdziesiątych. Okrutna opowieść o kobietach nie tylko dla kobiet, o miłości, jakiej nikt nie pragnie. To historia dwóch młodych amatorek miłości i szczęścia stojących u progu życia. Kobiety, choć marzą w istocie o tym samym – szczęściu, które zapewnić im może tylko mężczyzna – to nieco inaczej na owo szczęście się zapatrują. Jedna podporządkowuje się regułom patriarchalnego i kapitalistycznego porządku, druga stara się zachować wierność wyobrażeniom i na rzecz miłości rezygnuje z aspiracji zawodowych, obie jednak stają się ofiarami panujących konwenansów oraz reguł narzuconych im przez społeczeństwo. To opowieść o ludziach, którzy upatrują szczęścia w miłości, mimo to proza ta ze wzniosłością nie ma nic wspólnego. To bowiem literatura, która odziera człowieka z fasady pozorów i odsłania najgorszą stronę rodzaju ludzkiego, to opowieść o człowieku każdym (niezależnie od płci, statusu, zajmowanej pozycji w rodzinie, społeczeństwie) – o kimś pożałowania godnym, małym, odpychających, budzącym wstręt, pozbawionym szlachetności, czystości.

4. Zanim dopadnie nas czas – Jennifer Egan

– powieść sprzed lat, którą uhonorowano Nagrodą Pulitzera. Jej bohaterem jest w istocie czas… Ten wieczny, bezwzględny i bezlitosny, towarzysz naszej egzystencji, której nadaje znaczenie znikomości. To powieść-mozaika, którą odbiorca sam musi zrekonstruować podczas procesu lektury, mając do dyspozycji strzępy informacji, które wyłaniają się w chaotycznej kolejności. To opowieść o pewnym pokoleniu, które z czasem, zgodnie z koleją rzeczy, destrukcyjną, ulega przeobrażeniu – „od szumiących płyt analogowych i amatorskich kapeli punkowych wykrzykujących swoje emocje na żywiołowych koncertach jednoczących publiczność do ››ściągania kawałków z neta‹‹, mp3 i doskonałych nośników dźwięku”. To historia kilkorga zwyczajnych bohaterów, którzy w pewnej chwili dobrnęli do granicy, za którą wszystko się zmieniło. Przed jej przekroczeniem (o czym każdy z nich naiwnie marzył) byli pełni miłości, pasji, namiętności, mocy, siły, wiary, nadziei. Mogli wszystko, sięgali najwyższych szczytów. Myśleli, że zmierzają we właściwą stronę, by ich marzenia, oczekiwania, wyobrażenia ziściły się, potrzeby zostały zaspokojone, plany zrealizowane. Przekroczenie granicy – granicy dorosłości – prędzej czy później każdemu z nich pokazało figę z makiem. To, co się wyłoni z owej mozaiki nie zapewni radości i lekkości, jedynie dojmujące poczucie „marności nad marnościami”.

3. Koala – Lukas Bärfuss

– zaskakująca powieść, bezkompromisowa, bolesna, bo pozbawiająca złudzeń, zaangażowana. Dwa różne wątki, odległe, nieprzystające do siebie nie tylko pod względem tematu, ale i formy podania – samobójstwo brata narratora/ autora, człowieka nieco wycofanego (wspomnienia) oraz kolonizacja Australii przez Wielką Brytanię i przy okazji próba wyniszczenia gatunku uznanego za nieużyteczny, koali (ale nie tylko), apatycznego leniwca (esej) – okazują się w istocie opowieściami o tym samym! To dzieło o tym, nad czym dziś, idąc po trupach do celu, powinniśmy się zastanowić – o dzisiejszym modelu życia jedynie akceptowalnym, o kapitalizmie, w którym nie ma miejsca na alternatywę, w istocie zaś o wartość ludzkiego istnienia samego w sobie.

2. Zapiski z domu wariatów – Christine Lavant

– niewielki utwór sprzed wielu lat, który dopiero niedawno ujrzał światło dzienne. To poddane literackiej obróbce doświadczenie autorki z pobytu w klinice psychiatrycznej. To starannie skomponowany tekst, będącym wynikiem stylizacji, mającym formę dziennika – bieżących notatek, relacji spisywanej na bieżąco, zapisków składających się ze strumienia myśli, które oddają ducha tu i teraz. Już sam temat wywołuje dreszcze, a przecież najistotniejszy jest sposób tego podania, który poraża. Oszczędność słów i emocji, klarowność, lapidarność i prostota narracji, subtelność, ale także wyrafinowanie i autentyzm sprawiają, że historia głównej bohaterki, która po nieudanej próbie samobójczej, szukając schronienia, na własną prośbę znalazła się w zakładzie dla obłąkanych wstrząsa. Nie ma tu elementów zbędnych, ornamentyki, która by rozmywała istotę dzieła, oddalała od niej. To przejmująca i wyciszona dramatyczna opowieść o podwójnym niedopasowaniu – wykluczeniu przez pacjentów oddziału, gdyż jest się zbyt zdrowym, by funkcjonować na prawach zwyczajnego pensjonariusza zakładu dla obłąkanych oraz wykluczeniu przez przedstawicieli reszty społeczeństwa, gdyż nie jest się na tyle zdrowym (zbyt ułomnym), by być poza nim, by normalnie funkcjonować wśród jego przedstawicieli. To powieść o naturze szaleństwa – o tym jak cienka jest granica między jednym a drugim światem, tak pozornie przecież odległym, jak bliskie jest szaleństwo, jak umowne są kwestie normy. To także opowieść o specyficznej, zamkniętej mikrospołeczności szpitalnej, w której istniejące stosunki, hierarchie, zależności, w niczym nie odbiegają od tych panujących w świecie poza murami zakładu, w społeczności otwartej.

1. Dziewczyna z poczty – Stefan Zweig

– niedokończona choć spójna opowieść, będąca świadectwem ducha autora, o dziewczynie, asystentce oddziału urzędu pocztowego na austriackiej prowincji, która nieświadoma uroków życia pędziła ledwie znośny żywot. Dane jej było jednak przenieść się na kilka dni do innego wymiaru. Kilka chwil wystarczyło, by poczuła się jak u siebie. Przemiana z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia dokonała się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Odurzona, choć świadoma oszustwa, żyła pełnią nowego życia. Brutalny okazał się powrót… Nic już nie było takie jak dawniej. Egzystencja dotąd ledwie znośna, stała się wegetacją niemożliwą do zniesienia. W czym mamy zapowiedź przyszłej tragedii, konsekwencji nieodwracalnych i nadziei na poprawę losu! To uniwersalna opowieść o ludziach pełnych lęku przed jutrem, zagubionych w bezwzględnej rzeczywistości, gotowych jednak walczyć. To opowieść o poszukiwaniu własnego „ja”, opowieść o bólu istnienia, o uwieraniu życia, o rozbudzonych nadziejach, marzeniach, aspiracjach, ambicjach, o próbie zawalczenia o siebie i swoje miejsce w świecie, o wyrwanie kawałka tortu dla siebie. To opowieść o pojedynczej monadzie z historią w tle. W dusznym, apatycznym, szarym, brudnym i wrogim świecie, rozgrywa się dramat młodej kobiety, która rozczarowana rzeczywistością, zapragnęła więcej. Zweig ze znawstwem oddaje tu zniuansowane meandry kobiecej psychiki. Brawurowo portretuje jednak nie tylko jednostkę, ale i zbiorowość. Jest tu niezrównanym psychologiem natury ludzkiej.

Ten ranking sześciu najlepszych według BJ książek pierwszego półrocza 2018 roku jest idealną propozycją lektur na lato! Ale uwaga!!! W myśl definicji wyżej podanej! Zatem nie odetchniesz z ulgą podczas procesu czytania. Te lektury to nie proza lekka, łatwa i przyjemna. Nie koi, raczej źga, uwiera, sprawia ból, pozbawia komfortu, gwarantuje jednak satysfakcję, bo pobudza, bo odmienia, bo pozostawia ślad, bo wciąga w światy wykreowane przez mistrzów pióra i nie pozwala o sobie zapomnieć. A takich lektur życzę i Tobie i sobie!


[1] Zadie Smith, Wstęp, w,  Edward St Aubyn, Patrick Melrose, tom 1, Nic takiego. Złe wieści. Jakaś nadzieja, Warszawa 2017.

Kartoteka – Magdalena Samozwaniec

Kartoteka - Magdalena Samozwaniec - przedstawiciel literatury polskiej
Magdalena Samozwaniec, fragment

Magdalena Samozwaniec

26 lipca 1894 – 20 października 1972

Polska pisarka satyryczna, nazywana najdowcipniejszą kobietą w kraju, pierwszą damą polskiej satyry, wnuczka Juliusza Kossaka, córka Wojciecha Kossaka, siostra Jerzego Kossaka oraz Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, stryjeczna siostra Zofii Kossak-Szczuckiej, krewna Jadwigi Unrużanki (żony Witkacego), prekursorka objazdowych wieczorów autorskich, autorka Wielkiego Szlema, powieści Błękitna krew, wspomnień Maria i Magdalena oraz Zalotnica niebieska.

Garść refleksji – o żywocie blogera

Dziś garść refleksji Bałwochwalicy Jednej o tym i o tamtym!

Okrągły Stół

23 czerwca, w Warszawie, w ramach imprezy Big Book Festival odbyło się historyczne wydarzenie 😉  – Okrągły Stół. Mimo, że tym razem zasiedli do niego blogerzy książkowi, wydawcy i czytelnicy, to debata również dotyczyła przyszłości rodzimego poletka, choć w zupełnie innym wymiarze.

Cel

Celem spotkania było utworzenie blogerskiego Kodeksu Dobrych Praktyk blogerów książkowych!!!

Przy jednym stole

Nie byłam, nie uczestniczyłam w obradach, cieleśnie nie zasiadałam przy stole, duchowo jednak, emocjonalnie, mentalnie tak. Obrady transmitowano (polecam obejrzeć retransmisję) i to wystarczyło (choć fakt, że nie mogłam zabrać głosu wyprowadzał z równowagi 😉 ), by zadać sobie kilka pytań, by nad kilkoma kwestiami się zastanowić.

Obrady, dyskusja, debata

Blogerzy podczas prezentacji mówili o swoich motywacjach i początkach przygody z blogowaniem, proponowali też zasady, które mogłyby obowiązywać w blogerskim Kodeksie Dobrych Praktyk. Wydawcy zaś przedstawili swój punkt widzenia. Zmierzało to do konfrontacji. I tak też się stało. Dyskusję tę poświęcono szeroko pojętej współpracy między blogerami i wydawcami. Głos zabierali też najważniejsi – odbiorcy jednych i drugich, czyli czytelnicy, od których zależy być albo nie być blogera, wydawcy, pisarza.

Wspólna idea

Każdemu podmiotowi, który zasiadł do owego stołu przyświecają szczytne idee. Nawet jeśli chodzi też gdzieś o chęć zysku, zaistnienia, pokazania się. Dla wszystkich punktem wyjścia jest literatura, punktem dojścia zaś zachęcenie jak największego grona do jej doświadczenia. Zatem wszyscy grają (gramy) do tej samej bramki, bo cel jest wspólny. Niestety, nie jest to takie po prostu.

Rozdźwięk

Mnie uderzyło jedno. Podczas obrad bowiem została obnażona smutna prawda – delikatnie mówiąc, rozdźwięk pomiędzy blogerami a wydawcami.

Status blogera

Może i trudno się temu dziwić. Wydawca bowiem musi być czujny, musi uważać na wszelkiej maści hochsztaplerów, który tylko szukają okazji do wywinięcia jakiegoś szwindla 😉 . Musi więc z rezerwą, dystansem podchodzić do każdego nieznanego, nowo poznanego, obcego. Status blogera jest wciąż niepewny, bo niejasny. Bo któż to taki? Do worka z definicją tego pojęcia można wrzucić wszystko – amator, dyletant, miłośnik, kreator, twórca, mistyfikator, mitoman, egocentryk, znawca, koneser. Mało tego, bloger to ktoś działający w sferze, w której można wszystko, bez względu na to kim się jest, w sferze, która jest dziś błogosławionym i przeklinanym jednocześnie centrum świata.

Profesjonalizm

Tu nasuwa się też takie pojęcie jak profesjonalizm, za którym kryją się czyjeś duże umiejętności i wysoki poziom wykonywanej pracy, ale także zawodowe uprawianie jakiejś specjalności. O ile wydawcy są profesjonalistami przede wszystkim w drugim znaczeniu, o tyle blogerzy książkowi jedynie w pierwszym być mogą. Na razie przynajmniej. Stąd może ten rozdźwięk. Tyle że oba podmioty są skazane na siebie. Bloger chcący mieć rękę na pulsie, musi współpracować z wydawcami, wydawca zaś patrzący w przyszłość, wie, że musi współpracować z tym amatorskim światkiem 😉 czy mu się to podoba czy nie, gdyż jego ekspansja trwa i zanosi się, że blogerski głos będzie coraz donioślejszy, będzie docierał do coraz szerszego grona odbiorców.

Wybór blogera

Dla formalności pozwolę sobie podkreślić oczywistą rzecz, mianowicie że świat wirtualny rządzi się swoimi prawami – wolnością i dowolnością. Zatem, być może nie każdy bloger pragnie być profesjonalistą, znawcą, wyrocznią, autorytetem. Wolno mu? Wolno! Jego dzieleniu się opinią może nie przyświecać żaden cel poza wyrażeniem się, podzieleniem się tym, co właśnie, być może przypadkiem, przeczytał. Może? Może! Może on nie mieć większych ambicji, wygórowany aspiracji, wyższych celów, misji do spełnienia. Może? Może! I dobrze! W tym wartość! Ten zaś, kto takowe ma, musi uzbroić się w cierpliwość. Bowiem wyrobienie sobie marki to proces – żmudny i długotrwały. Jego tempo zależy od kreatywności, zdolności, predyspozycji, talentów, umiejętności, wiedzy delikwenta. Zatem blogerom z ambicjami, misjami, ideami nie pozostaje nic innego, jak tylko działać wytrwale w pocie czoła, a będzie im (nam) dane. Choć wsparcie, zaufanie i dobre słowo wydawców z pewnością dodałoby im (nam) siły, energii, mocy, wiary, przysłowiowego kopa.

Być albo nie być blogera i tak jest w rękach odbiorców, zależy od ich oczekiwań, potrzeb, upodobań, sympatii.

Co dalej?

Chciałabym się zgodzić z Patrycją z Booklove, która wyciągnęła optymistyczny wniosek z tej konfrontacji, konkludując, że „jest wola dyskusji i debaty na temat współpracy wydawców z blogerami, więc jest szansa, że będzie ona bardziej satysfakcjonująca dla obu stron”[1], ja jednak przysłuchując się obradom, odniosłam wrażenie, że każdy mówi, nie słysząc jednak drugiego, będąc jakby głuchym na jego słowa (sobie a muzom). Mam nadzieję, że to tylko moje malkontenckie usposobienie podpowiada mi takie smutne wnioski. Uznaję jednak tę debatę za Kubą z Qbuś Pożera Książki za „początek na drodze do zmian podejścia blogerów do własnej aktywności w sieci oraz relacji z wydawcami”[2].

Wolna amerykanka

Mówiąc o prawach rządzonych światem wirtualnym, dochodzimy do sedna! Bowiem owa wolność i owa dowolność stawiają pod znakiem zapytania sens tworzenia czegoś takiego, jak Kodeks Dobrych Praktyk blogera książkowego. Niby pierwszy szkic już jest, ale czy jest on zasadny? Wolna amerykanka podważa sens wszelkich kodeksów, dekalogów. Wszystko zależy od tego, kim bloger chce być, jakie ma aspiracje, jakie cele sobie wyznacza, jakie idee mu przyświecają.

Kodeks Dobry Praktyk

Mimo to, pod powstałym szkicem Kodeksu, który jest efektem obrad Okrągłego Stołu, jak najbardziej podpisuję się, gdyż dotyka on istoty tego tajemniczego fachu. Ufam jednak, że owe złote reguły blogerzy mają po prostu we krwi i prędzej czy później dadzą o sobie znać, umożliwiając obranie właściwego kursu.

Recenzja?

Muszę jednak odnieść się do kilku kwestii. À propos tego, co powiedział podczas obrad Kuba i co pojawiło się wśród złotych reguł blogerskiego Kodeksu: by nie bać się pojęcia recenzja, by wyzbyć się asekuranctwa! Poczułam się adresatką tych słów, gdyż jestem z tych, którzy swoich tekstów poświęconych książkom nie nazywają recenzjami, tylko notami, ewentualnie à la recenzjami. Czynię to świadomie, gdyż jestem starej szkoły i wiem jakie tekst musi spełniać kryteria, by był stricte recenzją, a moje teksty tego nie czynią (inna sprawa, że dziś o stricte recenzje trudno, mało kto już o kryteriach gatunku pamięta).

Poza tym piszę noty tylko na temat tych publikacji, które chcę czy nawet muszę (przymus to wewnętrzny, nie zewnętrzny) polecić reszcie świata, które też z obiektywnego punktu widzenia – uniwersalnych kryteriów, nie tylko subiektywnego, spełniają zasady dzieł wartościowych, a nie na temat wszystkich, które zdołam przeczytać. Pomijam te, które znów nie tylko moim subiektywnym zdaniem, ale też z uwagi na obiektywne kryteria nie są warte uwagi i poświęcania im czasu, co też dyskwalifikuje mnie jako stricte recenzenta. Dopuszczam jednak te, które choć rozczarowały, to uznaję za warte uwagi albo takie, których mimo że nie uznaję za dzieła do końca udane, to jednak w jakiś sposób obeszły mnie. Wychodzę bowiem z założenia, że czas jest zbyt cenny, by poświęcać go rzeczom miernej jakości, które nie pozostawiają po sobie śladów, dlatego nie marnuję swego czasu (na pisanie, bo już niestety przeczytałam) i odbiorcom moich not chcę tego oszczędzić.

Elaboraty

Jedna z czytelniczek podczas debaty powiedziała coś, co wprawiło mnie w małą konsternację – nie czyta bowiem długich „recenzji”, gdyż czas, który miałaby im poświęcić, woli poświęcić książce. Skąd moja konsternacja? Nie, wcale się nie oburzyłam, wręcz przeciwnie. Nie dziwię się! Przyznaję nawet rację! A moje noty to elaboraty przecież… Z prostej przyczyny – chcę, by teksty na temat danych publikacji były wyczerpujące, ale patrząc z perspektywy czytelnika… Kto to czyta??? Przemyśleć zatem muszę tę sprawę!!!

Sięgać, gdzie wzrok nie sięga

I jeszcze jedna, dla mnie najistotniejsza, kwestia. Doświadczanie literatury – czytanie jest niewątpliwie czynnością dla każdego. Składać litery bowiem umie każdy, nie każdy jednak daną treść pojmie. Wszystko bowiem zależy od predyspozycji odbiorców, ich możliwości intelektualnych. Faktem jest, że czytanie jest aktywnością mało aktywną, mimo to wymagającą sporo samozaparcia. Potrzeba czasu, skupienia, cierpliwości, bowiem efekt nie jest obliczony na natychmiastowy zysk, o ile w ogóle o zysku można tu mówić, chyba że za zysk uznamy dobra niematerialne. Pomijając jednak te kwestie, zakładając, że te bariery zostaną pokonane, uwagę zwrócić należy na cel owego doświadczania, który niewątpliwie ma związek z gustami czytelniczymi (a o tych jak wiadomo, nie dyskutuje się, ładne jest bowiem to, co się komu podoba) i ze wspomnianymi predyspozycjami, intelektualnymi możliwościami, kwalifikacjami. I ja jestem z tych, którzy preferują i propagują literaturę sytuującą się po przeciwnej stronie od tej lekkiej, łatwej i przyjemnej, gdyż jestem za tym, by nie poprzestawać na małym, by sięgać wysoko, by podnosić sobie poprzeczkę.

Tyle!

Ps. Liczyłam, że podczas obrad poruszone zostaną też nieco inne kwestie. Takie jak logistyka, sprawy techniczne, warsztat, słowem kwestie z cyklu „jak oni pracują?”. Niestety, mamona przysłoniła inne tematy. Może następnym razem.


[1] Patrycja, Relacja z BBF: Okrągły stół blogerów, czytelników i wydawców, opublikowano 23.06.2018, http://booklove.pl/relacja-z-bbf-okragly-stol-blogerow-i-wydawcow/, dostęp 10.07.2018.

[2] Kuba Nowak, Ważność bycia poważnym, czyli Big Book a sprawa blogowa, opublikowano 27.06.2018, http://pozeracz.pl/big-book/, dostęp 10.07.2018.

Kartoteka – Stanisława Przybyszewska

Kartoteka - Stanisława Przybyszewska - przedstawiciel literatury polskiej
Stanisława Przybyszewska, fragment

Stanisława Przybyszewska

1 października 1901 – 15 sierpnia 1935

Polska pisarka i dramatopisarka, tłumaczka, córka Stanisława Przybyszewskiego i malarki Anieli Pająkówny, ekspedientka w księgarni należącej do Komunistycznej Partii Polski, długi czas żyjąca w całkowitej izolacji od świata, autorka opowiadań, które nawiązują do modernistycznej tradycji prozy psychologicznej, mikropowieści Ostatnie noce ventôse’a, Wybraniec losu, powieści Twórczość Gerarda Gasztowta oraz dramatów, w tym najsłynniejszej pięcioaktówki Sprawa Dantona, w których ukazała procesy historyczne i uzależnione od nich losy ludzi, wybitnych jednostek, tworzących lub współtworzących historię, zafascynowana postacią Robespierre’a, zmarła z wyniszczenia organizmu przez skrajną nędzę i narkotyki (była morfinistką).