Dzień Książki – mroczny przedmiot pożądania

Dzień Książki

Dzień Książki

Światowy Dzień Książki to dobra okazja na szczyptę refleksji!!! W końcu mowa o sprawach nie byle jakich, bo egzystencjalnych przecież! Poniżej przyznaję się do winy 😉 !!!

Zdrowa moda

Książek nigdy za wiele… ewentualnie półek za mało… Głosi hasło, ostatnio reklamowe. Według tej złotej myśli podąża moje życie czytelnicze. Nie jestem z tego ani dumna, ani zadowolona. Gromadzenie jest teraz passe. Minimalizm zawładnął sumieniami. Moda modą, nic bardziej ulotnego, ale niekiedy pewne rzeczy z modnych tu i teraz warto wprowadzić w swe przekorne życie, by nam świata nic nie przysłoniło. I oczyszczanie swej przestrzeni z rzeczy, które po krótkim zastanowieniu okazują się zupełnie niepotrzebne, zbędne, a nawet przeszkadzające, wydaje się jednym z takich trendów. Na zdrowie wyjdzie nam ograniczenie ilości par butów, torebek, kosmetyków, sprzętów różnego rodzaju. A co z książkami??? Zapewne też, ale…

Horror dnia powszedniego

Niestety, ja do tego etapu jeszcze nie doszłam! Nie dojrzałam jeszcze do tego, by wyzbyć się potrzeby posiadania książek. Choć wyznam, że z każdym kolejnym tomem ten stan rzeczy coraz bardziej mnie przeraża. Czuję wyraźnie, namacalnie, że coraz trudniej mi o głęboki oddech. Moja przestrzeń kurczy się i nie pozwala swobodnie egzystować na danych mi metrach kwadratowych. Przestrzeń ta ciemnieje i zachodzi mgławym kurzem i aromatem, który niepokojąco zapiera dech w piersiach. I przed oczami obraz, który zapewnia sen z głowy… – profesor Marii Janion niczym w podziemiach wśród chyboczących się stosów książek grożących lada moment zawaleniem!

Książka – mroczny przedmiot pożądania

Ale cóż począć, kiedy człowiek słyszy diabelskie głosy? Których nic nie jest w stanie zagłuszyć, na które nie da się być głuchym! Które manipulują nim, wykrzywiają jego proces postrzegania rzeczywistości, sprawiają, że wszystko jest inne niż faktycznie, czarne staje się białe, a białe czarne. A raczej czarne, szare i bure nabiera barw egzotycznych. Jak nie ulec pokusie? Dlaczego by nie ulec pokusie? Jak wzbraniać się przed odrobiną przyjemności w tym nędznym życiu? I po co?

Comiesięczne uzupełnienie konta pozwala na użycie sobie… Oczywiście nie na zaspokojenie, ale lepszy rydz niż nic, lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, jak to się po ludowemu mówi. Promocje, wyprzedaże, przeceny, darmowe wysyłki i inne… Okazja wykorzystana, goni okazję wykorzystaną, przegapioną i zmarnowaną.

Emancypantki nad jeziorem Bodeńskim

Ostatnie nowe na kurczących się półkach to Dygat, Dygat, Wańkowicz, Wańkowicz, Wańkowicz, London, Hemingway, Czechow, Proust i Prus – nad jeziorem Bodeńskim siedzą emancypantki, obserwując ziele na kraterze, zastanawiają się komu bije dzwon w oddali i dumają jak uciec stąd do wieczności.

Spełnienie

Ja zaś upojona, bo trafiło się jak ślepej kurze ziarno – likwidacja prywatnej biblioteczki znajomych – wzdycham, podziwiam, wącham, głaszczę i upycham! By za chwil kilka, stopniowo, po kolei oddawać się czytaniu i delektować lekturą swoją własną. Czynność ta uświęcona, pożądana, intymna, przynosząca spełnienie jeśli nawet rozczarowanie, pobudzającą apetyt, stymulująca, każe zapomnieć o Bożym świecie, oderwać się, schować przed wzrokiem innych i popłynąć. By doznać uniesienia, ekstazy, by się zatracić.

Jak więc uprawiać czytanie z obcą, nie swoją książką 😉 ?

Maska prawdę odsłoni. „Świat w płomieniach” – Siri Hustvedt

„Świat w płomieniach”Tytuł – „Świat w płomieniach”

Autor – Siri Hustvedt

Tłumacz – Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla fanów literatury amerykańskiej i wielbicieli po prostu dobrej literatury, dla wybrednych, dla ceniących literaturę erudycyjną, stymulującą, dla snobów, pseudointelektualistów, malkontentów, dla feministów, seksistów, mizoginów, dla wrogów Paula Austera, dla zadających sobie pytania o istotę
  • PO CO – by wytrącić się z błogostanu nieświadomości
  • MOJA OCENA – 8/6
Osobliwość formy

„Świat w płomieniach” Siri Hustvedt nie jest realizacją kolejnego neorealistycznego dzieła, na jaki obecnie panuje moda. Autorka zdecydowała się iść raczej tropem Nabokova. Jej ostatnia powieść ma bowiem nietypową strukturę, to rodzaj nietypowej biografii, bo fikcyjnej, pewnej fikcyjnej artystki, zatem fikcyjna naukowa publikacja (fikcyjny dokument) albo inaczej rzecz ujmując rodzaj stylizacji na biografię artysty, na naukową publikację, ze wstępem redaktora, ze stosownym aparatem naukowym (z przypisami), która łączy intymny dziennik artystki z relacjami innych na jej temat (montaż źródeł). Słowem, to w wielogłos w sprawie niejakiej Harriet Burden.

Polifonia

Publikacja jawi się jako praca naukowa pod redakcją pewnego profesora estetyki, będąca kompilacją różnego rodzaju materiałów źródłowych. Jak na pracę naukową przystało, zasadniczą jej część poprzedza wstęp – „Słowo wstępne redaktora”, w którym ów redaktor przedstawia przedmiot swoich zainteresowań – badań. Wyjaśnia z czym mamy do czynienia, podaje genezę projektu – publikacji, słowem, wprowadza w świat przedstawiony. Część zasadniczą stanową fragmenty osobliwych dzienników głównej bohaterki oraz relacje osób z nią powiązanych – poszczególne rozdziały odpowiadają poszczególnym przekazom, przybierającym najróżniejsze formy (listu, wywiadu, recenzji, spisanych ustnych przekazów, relacji prasowych), a ich tytuły odpowiadają nazwiskom osób, które w taki bądź inny sposób, bezpośredni bądź pośredni, zabierają w publikacji głos.

I. V. Hess, ów profesor i redaktor publikacji, po dość przypadkowej lekturze pewnego listu autorstwa niejakiego Richarda Brickmana w prasie branżowej (w interdyscyplinarnym kwartalniku o sztuce i badaniach nad percepcją), którego bohaterką była wspomniana artystka i jej niekonwencjonalne przedsięwzięcie, zafascynowany i zaintrygowany, chcąc zaspokoić swoją rozbudzoną ciekawość, postanowił zbadać sprawę, znajdującą się w kręgu jego zainteresowań naukowych.

Niestety, nie mógł zwrócić się bezpośrednio do samej artystki, gdyż ta już nie żyła. Przedsięwziął zatem odpowiednie kroki i rozpoczął zakrojone na szeroką skalę badania. Po licznych rozmowach z bliskimi artystki, z córką, synem, przyjacielem i kochankiem, po zebraniu relacji jej przyjaciół, znajomych, ludzi związanych z jej działaniami, po przeprowadzeniu kilku wywiadów, po zaznajomieniu się z setkami stron jej prywatnych dzienników, po przeczytaniu różnego rodzaju publikacji, recenzji, artykułów, zrodził się pomysł na książkę „Świat w płomieniach” (od tytułu ostatniej pracy artystki, który ta zapożyczyła od Margaret Cavendish – siedemnastowiecznej brytyjskiej pisarki i filozof, piszącej poezje, traktaty filozoficzne, eseje i dramaty, publikującej pod własnym nazwiskiem, w czasach, gdy większość kobiet publikowała anonimowo, autorki „The Blazing World” – dzieła o utopijnym królestwie w nieznanym świecie, w którym władcą jest kobieta), która w efekcie stała się kompilacją zebranych materiałów źródłowych.

Portret wielokrotny

Ta wielogłosowa (łącznie dziewiętnaście głosów) narracja buduje bohaterkę, widzianą z wielu różnych perspektyw. Jednak ten patchwork, kolaż, będący swoistym portretem artystki i intelektualistki, ale też kobiety, czy szerzej człowieka, sami niejako musimy stworzyć z fragmentów niekiedy nieprzystających do siebie. Co nie jest zadaniem prostym, gdyż Burden była kobietą nieokiełzaną – złożoną, niejednoznaczną, niedającą się zamknąć w schemacie, wymykającą się wszelkiemu zdefiniowaniu, czy stawianym diagnozom.

W tym krótkim wstępie już poznajemy bohaterkę powieści „Świat w płomieniach” Hustved i publikacji „Świat w płomieniach” profesora Hessa, który postanowił zająć się spuścizną artystki, przybliżyć światu jej postać oraz jej idee i tym samym przywrócić jej należne miejsce w historii sztuki.

Życie i sztuka Harre’go – wielowarstwowa opowieść

„Świat w płomieniach” to opowieść o niejakiej Harriet (zgodzić się trzeba, że jednej z ciekawszych postaci kobiecej w literaturze współczesnej[1]) – o nazwisku nie bez znaczenia – Burden (ang. burden – ciężar, brzemię), która podzieliła los takich artystek jak Artemisia Gentileschi, Louise Bourgeois, Grace Hartigan, Eva Hesse, Lee Krasner, Joan Mitchell, Alice Neel czy Louise Nevelson, o charyzmatycznej, ambitnej, wykształconej, nieprzeciętnie inteligentnej (nikt z otoczenia nie jest w stanie dorównać jej intelektualnie), błyskotliwej, wielce oczytanej, interesującej się każdą dziedziną nauki, zbuntowanej, bezkompromisowej, gniewnej, neurotycznej, wiernej swoim przekonaniom idealistce, wrażliwej i utalentowanej, ale niespełnionej nowojorskiej artystce, latami ignorowanej przez świat sztuki, nierozumianej przez otoczenie, która co prawda w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wystawiała swoje prace w Nowym Jorku, ale rozczarowana ich odbiorem, wycofała się z życia publicznego jako artystka, by poświęcić się roli matki i żony.

W latach dziewięćdziesiątych rozpoczęła jednak pewien eksperyment – „Pozoracje” – będący jednocześnie rodzajem performansu. Celem owego projektu miała być swoista zemsta na wrogim dla artystki świecie, w szerszej zaś perspektywie – zbadanie i odsłonięcie istoty sztuki, a nawet poznania ludzkiego.

„Świat w płomieniach” to jednak nie tylko opowieść o artystce i intelektualistce, to także opowieść o „gargantuicznej żonie” (s. 21) (Burden jest niedocenianą żoną Felixa Lorda, słynnego i uznanego nowojorskiego marszanda, jego „Matką Boską Szarych Komórek” (s. 31), który promując talenty innych, ignoruje dokonania swej żony i niczym pasożyt, żeruje na niej), o matce, gospodyni, o kobiecie po prostu.

Harriet, dla bliskich Harry (jak nazywał ją ojciec, pragnący syna), to kobieta-monstrum, jak sama autorka ją dookreśla, której umysł bezpośrednio splata się z ciałem[2]. Jej figura odbiega od tradycyjnie pojętego wzorca piękna, postawna, przytłaczająca wręcz, o męskiej budowie ciała, bardzo wysoka, z dużym biustem, burzą bujnych loków i z ponadprzeciętnym umysłem. Zna swoją wartość, choć jest świadoma, że gdyby była mężczyzną jej kariera potoczyłaby się zupełnie inaczej – lepiej, poważniej. Nie czuje się w swym ciele idealnie, utrudnia jej ono w pewien sposób egzystencję, stanowi przeszkodę, ale jest tego ciała w pełni świadoma i akceptuje bycie kobietą, czerpiąc z tego przyjemność i radość – z bycia matką, kochanką.

Powieść Hustvedt to zatem z jednej strony opowieść o kobiecości, z drugiej zaś o odsłanianiu prawdy o sztuce – o mizoginii panującej w tym pozornie otwartym, wyemancypowanym i tolerancyjny środowisku, słowem, o dyskryminacji kobiet w świecie sztuki, a szerzej o prawidłach rządzących ludzką percepcją i o ograniczonych możliwościach poznawczych – w jaki sposób podświadome wyobrażenia o płci, orientacji seksualnej, rasie i sławie wpływają na rozumienie przez odbiorców danego dzieła sztuki i o, co istotne i chyba najciekawsze, tożsamości, bo to także opowieść o zakładaniu masek, wcielaniu się w innych, by dotrzeć do siebie, swojego „ja”.

Los utalentowanej żony swego sławnego męża

Burden to bohaterka z krwi i kości. Inna też być nie mogła. Hustved wiedziała o czym pisze, zna bowiem doskonale położenie kobiet takich jak Harriet, sama jest kobietą-twórcą, która długo żyła (żyje?) w cieniu swego sławnego i cenionego męża, albowiem, przypomnę, Siri Hustvedt to amerykańska poetka, pisarka i eseistka, autorka tomów poezji, zbiorów esejów oraz powieści, doktor nauk humanistycznych, wykładowca, krytyk literacki i sztuk wizualnych, publikująca w prestiżowych czasopismach literackich i naukowych, przez lata badająca zagadnienia z dziedziny psychiatrii, neuronauki i neurologii, obecnie wykłada psychiatrię w nowojorskiej szkole medycznej[3], prywatnie żona Paula Austera, zakwalifikowanego ostatnio do panteonu amerykańskich klasyków literatury, takich jak Faulkner, Steinbeck, Dos Passos[4].

Można jednak było się spodziewać, że dla kogoś takiego jak Harriet, ta zredukowana w pewnym sensie egzystencja (do roli żony i matki), nie wystarczy. Długo jednak artystka zaciskała zęby. Gniew, który latami hamowała jednak narastał. Po śmierci męża, w wieku sześćdziesięciu dwóch lat, zdecydowała się wyjść z ukrycia, z cienia i pokazać, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, że jeszcze pokaże…, że jeszcze udowodni kto tu jest górą.

Prześladowała mnie myśl o innym ciele, innym modelu egzystencji. (s. 39)

[…] myślałam o innych ścieżkach, alternatywnych egzystencjach, o innej Harry Burden, która mogła, powinna się była wcześniej zerwać ze smyczy […]. (s. 39)

[…] wiedziałam, że pożądanym towarem jest młodość i że […] mimo wszystko lepiej mieć penisa. Tymczasem ja minęłam już półmetek swego życia i nigdy penisa nie miałam. Było za późno, żebym mogła czegoś dokonać jako ja. Zniknęłam na dobre […], ale gdybym tak wróciła jako ktoś inny? Zaczęłam wymyślać historie sprytnych transformacji. Niczym nowy Sherlock miałam się wtopić w kostium, nabierając nawet dzieci i Rachel swoimi nowymi wcieleniami. Rysowałam wizerunki ewentualnych Harrych: superman Harry z peleryną; bezdomna, seksualnie nieokreślona Harry dźwigająca siatki z butelkami; stary dandys Harry z krótką, starannie przystrzyżoną siwą bródką; Harry jako męski transwestyta (całkiem przekonująca); uśmiechnięta Harry z męskimi genitaliami skromnych rozmiarów zgodnie z tradycją helleńską. (s. 40-41)

Ja, Harriet Burden, niniejszym spowiadam się. Siłą napędową moich rozlicznych fantazji były:

1. ogólne pragnienie zemsty na palantach, cymbałach i kretynach,

2. samotność wywołana przeciągającą się bolesną izolacją intelektualną, ponieważ poruszałam się wśród zbyt wielu tytułów, o których z nikim nie mogłam porozmawiać,

3. pogłębiające się wrażenie, że zawsze byłam niezrozumiana i rozpaczliwie pragnęłam, żeby mnie zauważono, naprawdę zauważono, ale wszelkie moje starania spełzały na niczym.

W tej frustracji i zgryzocie nakręcałam się każdego dnia, jakbym była swoją starą zabawką, małpką z talerzami, i słuchałam, jak sama w nie uderzam […]. (s. 44-45)

Gorzki sukces czy sromotna klęska

Artystka zaangażowała czy też wynajęła do realizacji „Pozoracji” trzech bardzo różnych artystów-mężczyzn – Antona Tisha, młodego twórcę, który dopiero co skończył akademię sztuk pięknych, Phineasa Q. Eldridge’a, performera, czarnoskórego geja oraz Rune’a, celebrytę, znanego już w międzynarodowym światku artystycznym – którzy podpisali się pod jej pracami.

Ta mistyfikacja odpowiadała Rune’owi, uwiodła go, ponieważ gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, mógł się stać największym w historii prześmiewcą świata sztuki. Zdemaskować krytyków (niektórych zamierzał wypatroszyć i poćwiartować) jako błaznów. Był to jego czuły punkt, twierdziła Harry. Niektórzy recenzenci nazywali go pozerem schlebiającym prymitywnym gustom. Poza tym rynek go przerażał. Jednego dnia na wozie, drugiego pod wozem. […] Zamierzał pobić sceptycznych krytyków ich własną bronią. Gdy będą szydzić z jego najnowszego dzieła, wyprowadzi Harry, żeby się z nimi rozprawiła. (s. 188-189)

Dla każdego stworzyła trzy skomplikowane, intertekstualne instalacje – „Historię sztuki zachodniej” dla Tisha, „Duszne pokoje” dla Eldridge’a i „Poniżej” dla Rune’a, które zostały zaprezentowane na trzech indywidualnych wystawach.

Dzieła te dotarły do szerokiego grona odbiorców jako prace trzech do tej pory nieznanych bądź znanych wąskiemu gronu artystów. Wystawy odniosły wielki sukces, potwierdzając tym samym tezy autorki. Prezentowane instalacje zyskały uznanie nie tylko odbiorców, ale i krytyki. Wynajęci artyści-mężczyźni osiągnęli zatem to, czego nie było dane zaznać faktycznej autorce-artystce-kobiecie dzieł pod jej prawdziwym nazwiskiem.

W kulminacyjnym momencie autorka projektu – eksperymentu w istocie – miała odrzucić trzy maski, za którymi się kryła, by ujawnić się i pokazać wszystkim w jakiej ułudzie żyją. Nie przewidziała jednak, że sprawy mogą nieco wymknąć się spod kontroli. Zaangażowani mężczyźni, po odniesionym przy okazji niejako sukcesie indywidualnym, nie byli skorzy do ujawnienia prawdy, do zdemaskowania całego konceptu – ogłoszenia sukcesu eksperymentu Burden. Jeden z nich odmówił przyznania się do mistyfikacji. Ujawnienie prawdy przez artystkę okazało się niemożliwe. Czy Harry poczuła gorzki smak sukcesu czy może poniosła sromotną klęskę? Udowodniła, że ma rację, ale tylko sobie, nie światu. Zatem…

Powieść o feministycznym eksperymencie filozoficznym traktatem

Interpretację „Świata w płomieniach” sprowadza się zwykle do traktowanego dość wąsko manifestu feministycznego, bo odnosząc go do konkretnej sfery życia, konkretnej przestrzeni. Jednak problematyka powieści sięga znacznie głębiej. Hustvedt mnożąc przykłady z dziejów ludzkości, dokumentuje nie tylko akty dyskryminacji, ale także i ignorancję wobec nich[5].

Zatem odczytywanie tej powieści w wąskich kategoriach jest rodzajem błędu w koncepcji interpretacyjnej, nie jest wystarczające, jest sporym uproszczeniem, zubożającym problematykę dzieła, jest odczytaniem tylko na jednym z wielu możliwych poziomów. Powieść traktuje bowiem o dużo bardziej złożonym zjawisku. „Świat w płomieniach” w istocie pokazuje, że „problem płci sięga głęboko ku ogólnoludzkim zagadnieniom”[6]. I nie jest osobnym, oderwanym zjawiskiem, zawieszonym w próżni. Powieść o feministycznym eksperymencie w istocie jest filozoficznym traktatem o braku niezależności, o uwarunkowaniach, od których nie jesteśmy w stanie uciec, także o mechanizmach ludzkiej percepcji, o niemożliwym poznaniu, o niedostępnej prawdzie, słowem, o ograniczonych możliwościach poznawczych.

Kierkegaard górą

Szerokie zainteresowania intelektualne autorki znajdują odzwierciedlenie w powieści. „Świat w płomieniach” przesiąknięty jest odwołaniami do nauki, historii sztuki i filozofii, niekiedy trudnymi do rozszyfrowania. Sama Hustvedt mówi nawet wprost, że książka jest próbą uprawiania filozofii za pomocą powieści[7], a nawet, że jest to po prostu powieść filozoficzna. Bliscy są tu autorce tacy filozofowie jak Friedrich Nietzsche czy, przede wszystkim, Søren Kierkegaard, którego styl dzieł bliższy jest formie literackiej i poetyckiej niż wywodu naukowego.

Kierkegaard daleki był od nadawania swoim dziełom postaci iście naukowego traktatu, w którym swoje poglądy podaje w formie gotowych twierdzeń, ostatecznych wniosków, które ograniczają możliwości interpretacyjne. Swe myśli chciał konfrontować z czytelnikiem, by skłonić go do refleksji. Poza tym ten duński filozof uprawiał twórczość pseudonimową – heteronimową (uważał, że mieszka w nim kilka odrębnych, a nawet skłóconych ze sobą osób), gdyż był zdania, że publikując pod pseudonimem czytelnicy nie będą kierowali się uprzedzeniami[8].

Istota maski

Te koncepcje bliskie są Hustvedt i w jej ostatniej powieści mamy tego wyraz. „Świat w płomieniach” jest bowiem przede wszystkim, w szerszym rozumieniu, najciekawszym i najistotniejszym, opowieścią o pseudonimach, maskach, słowem, o docieraniu do siebie, do swego „ja”, o poszukiwaniu swej tożsamości. Harriet wchodzi w poszczególne role. Gra matkę, żonę, artystkę, której nie satysfakcjonuje pozycja, jaką zajmuje w świecie sztuki. Stawiając czoło swej egzystencji, zakłada kolejne maski, które Hustvedt za Kierkegaardem nazywa pseudonimami.

Tu autorka bliska jest też rodzimemu Gombrowiczowi, jego gębie i formie. Człowiek bowiem odgrywa w życiu wiele różnych ról – zakłada maski, nieustannie poruszając się i zmieniając w relacjach z innymi, w zależności od kontekstu, w jakim się znajduje. Człowieka określa zewnętrzność. Jest on uwikłany w grę z innymi, a jego tożsamość kształtowana jest przez jego doświadczenie. Celem zaś zakładania masek – wchodzenia w poszczególne role – nie jest ukrycie się za nimi, ale odkrycie za ich pomocą pewnych aspektów własnego doświadczenia, droga do poznania, objawienia (s. 72).

Życie Burden to poszukiwanie siebie. Zakładając kolejne maski (Harrego, Richarda Brickmana, Antona Tisha, Phineasa Q. Eldridge’a i Rune’a), wchodząc w kolejne role, zdobywając kolejne doświadczenie, dociera do swego „ja”. 

Projekt „Pozoracje”, ten „wielki tryptyk” (s. 188), zakładał założenie trzech różnych masek poprzez wynajęcie trzech różnych artystów. Wynajęci mężczyźni już przez samo ich zaangażowanie w projekt oddziaływali na proces twórczy artystki. Z czego ta doskonale zdawała sobie sprawę. Wybierając właśnie tych mężczyzn, brała pod uwagę ich ewentualną moc sprawczą. Zakładane maski zmieniają samą bohaterkę, wywołują jej wewnętrzną transformację, ale też wpływają na jej twórczość. Artystka ulega im w pewnym sensie, poddaje się im. Wielka Wenus z instalacji Antona Tisha nie powstałaby gdyby nie Anton. To dzieło, które zrodziło się między nim a Burden, nie zostało stworzone przez samą artystkę. Poszczególne ekspozycje, które Burden powołała do życia, wizualnie znacznie różniły się od siebie, były bowiem tworzone przez pryzmat założonej maski. 

Natura percepcji

Burden postanowiła poprzez wykorzystanie męskich masek poeksperymentować z odbiorem własnej sztuki. 

[…] czy mnie interesowały eksperymenty z własnym ciałem […]. Nie. Interesowało mnie co innego – percepcja i jej zmienność, zjawisko, że przeważnie widzimy to, czego się spodziewamy. Czyż Harry, którą oglądałam w lustrze, nie zmieniała się już wystarczająco często? Zastanawiałam się, czy w ogóle potrafię ujrzeć siebie taką, jaka jestem naprawdę. Jednego dnia wydawałam się sobie w porządku, względnie szczupła […] a następnego dnia byłam obwisłą, grubą karykaturą siebie. Jak można wytłumaczyć tę przemianę, jeśli nie poglądem, że obraz własnej osoby jest w najlepszym razie mało wiarygodny? Nie, nie chciałam mieszać do tego swojego ciała, chciałam spróbować artystycznych wycieczek pod czyimiś imionami, ale chciałam czegoś więcej niż przykrywki w rodzaju „George Eliot”. Pragnęłam własnej komunikacji pośredniej à la Kierkegaard, którego maski ścierały się ze sobą i walczyły […]. Było co najmniej niejasne, jak osiągnąć tego typu transformacje w moim przypadku: coś mi zaledwie świtało w głowie, ale te przemyślenia okazały się płodne. (s. 43-44)

„Pozoracje” to swoisty intelektualny eksperyment[9], podczas którego artystka badała prawidła rządzące ludzką percepcją – w jaki sposób doświadczenie, podświadome wyobrażenia o płci, orientacji seksualnej, rasie i sławie wpływają na rozumienie przez odbiorców danego dzieła sztuki. Harriet w swoim eksperymencie gra i manipuluje różnym na ten temat założeniami.

Niewątpliwe ta polifoniczna powieść, gęsta i wielowarstwowa, pełna odniesień niełatwych do rozszyfrowania, jest erudycyjną, niezwykłą intelektualnie, pojemną i stymulującą wyprawą w świat pozornie odległy, w istocie zaś bliski każdemu. To swoisty palimpsest, który można czytać na wiele sposobów. Czy to będziemy czytać „Świat w płomieniach” jako powieść o feministycznym eksperymencie czy szerzej jako traktat filozoficzny o braku niezależności, o uwarunkowaniach, od których nie jesteśmy w stanie uciec, także o mechanizmach ludzkiej percepcji, o niemożliwym poznaniu, o niedostępnej prawdzie, słowem, o ograniczonych możliwościach poznawczych, będzie to wyprawa fascynująca, choć wywołująca trwogę.

* Tytuł oryginalny – The Blazing World, rok pierwszego wydania – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.


[1] Juliusz Kurkiewicz, „Świat w płomieniach”: najambitniejsza powieść Siri Hustvedt. Pisze lepiej niż jej mąż Paul Auster?, 11.02.2017, http://wyborcza.pl/7,75517,21359582,swiat-w-plomieniach-najambitniejsza-powiesc-siri-hustvedt.html, dostęp 06.04.2018.

[2] Book’s not dead, 10 Siri Hustvedt „Świat w płomieniach” [podcast, rozmowa], https://soundcloud.com/booksnotdead/10-siri-hustvedt-swiat-w-plomieniach, dostęp 10.04.2018.

[3]Grzegorz Jankowicz, Ruchome maski [rozmowa z Siri Hustvedt], opublikowani 20.11.2017, https://www.tygodnikpowszechny.pl/ruchome-maski-150907, dostęp 10.04.2018.

[4] Krzysztof Varga, „4 3 2 1”: tej wielkiej powieści nie da się zapomnieć. Paul Auster ostatecznie dołącza nią do panteonu amerykańskich klasyków, opublikowano 02.04.2018, http://wyborcza.pl/7,75517,23218715,4321-tej-wielkiej-powiesci-nie-da-sie-zapomniec-paul-auster.html, dostęp 06.04.2018.

[5] Teresa Fazan, Maski potwornej kobiety (Siri Hustvedt: ‚Świat w płomieniach’), opublikowano 01.07.2017, http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=328&artykul=6237, dostęp 17.04.2018.

[6] Ibidem.

[7] Jankowicz, op. cit.

[8] Konrad Szocik, Koncepcja prawdy subiektywnej i egzystencjalnej w filozofii Kierkegaarda, opublikowano 30.03.2008, http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5807#_f1, dostęp 15.04.2018.

[9] Book’s not dead, op. cit.

BIBLIOGRAFIA

Podsumowanie miesiąca – marzec 2018

Podsumowanie miesiąca - marzec

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Społeczność, która za rzecz naturalną uznaje, że troska o dzieci i o dom ma prawo stłumić pokłady inteligencji u kobiet, jest sama dla siebie wrogą i nawet o tym nie wie.

– Elena Ferrante Historia ucieczki

Marzec jest taki skomplikowany! Według kalendarza to miesiąc zimowy, według wewnętrznego poczucia wiosenny, według aury… przez jej kapryśność różnie bywa. Tegoroczny pokazał nam środkowy palec, figę, język. Nie miał zamiaru spełniać naszych zachcianek. Był więc styczniowy – śnieżny, mroźny, zimny. I choć chwilami było nawet przyjemnie, to w środku wszystko się buntowało i krzyczało. I nic nie szło tak jak powinno…

Ale dość!!! Czas ten okrutny miesiąc podsumować, tym samym zamknąć zimę, by móc już tylko wiosną wiosennie egzystować!!!

Książki:

Marzec pod względem czytelniczym nie był najlepszym miesiącem. Przygniótł mnie i sprawił, że zawitali nieproszeni goście marazm z apatią i chandrą pod ręce. Początkowo walczyłam, później postanowiłam przeczekać… Dlatego poniżej nie ma mnogości tytułów. Choć te, po które zdołałam sięgnąć należą do literatury z najwyższej półki. Była więc klasyka powszechna. Powrót od dawna oczekiwany. Pierwszy raz czytałam powieść o nęcącym starszego pana dziewczęciu czytałam w pośpiechu, bo czas leciał, a egzaminy były tuż, tuż… Tym razem delektując się…  Dwie pozostałe książki, to zaległości więc z zeszłego roku, tyle że jedna z nich – powalająca – powstała ponad pół wieku temu. Z pewnością w przyszłości bliższej bądź dalszej pojawią się osobne noty na temat tych moich marcowych lektur.

Zatem:

  • Zulejka otwiera oczy – Guzel Jachina – być może jako opowieść o losach tytułowej bohaterki, tatarskiej chłopki z czasów rozkułaczania nie brzmi na tyle intrygująco, by odczuć potrzebę doświadczenia tej lektury, ale nie dajmy się zwieść… Debiut młodej Tatarki to przede wszystkim fascynująca opowieść o kobiecie, która po prostu otwiera oczy.
  • Zapiski z domu wariatów – Christine Lavant – niewielka książeczka sprzed wielu lat dopiero niedawno ujrzała światło dzienne. Na szczęście. O ile ubożsi bylibyśmy, gdyby czas miniony ją pochłonął? Ale jest i nie tyle zachwyca, co obezwładnia. Autorka po latach powróciła do doświadczenia kilkutygodniowego pobytu w klinice psychiatrycznej. Przetransponowała to przez swoją wyobraźnię i podała tekst, będący rodzajem relacji z tamtego czasu – w istocie relacji z bycia osobnym, nigdzie nieprzynależącym.
  • Lolita – Vladimir Nabokov – tej powieści nie trzeba prezentować… Każdy, choćby tylko ze słyszenia, wie w czym rzecz. Ale to dzieło, którym po prostu warto się delektować.

W marcu pojawiła się jeszcze jedna znakomita powieść. W lutym zaczęłam na dobre swoją przygodę z audobookami!!! Przekonałam się do nich po długim czasie nieuznawania, dlatego i w marcu ten rodzaj lektury praktykowałam. Tym razem padło na klasykę literatury rodzimej. Przednia powieść!!! Upajałam się każdym zdaniem, każdą sceną:

  • Zły – Leopold Tyrmand – klasyka polskiej powieści kryminalnej; tytułowy Zły poza prawem wymierza sprawiedliwość warszawskiej chuliganerii z lat pięćdziesiątych XX wieku; czyta Adam Ferency.

Zapiski to lektura obowiązkowa!!!

I jeszcze jedno! Z powodu czytelniczej marcowej ospałości szukałam czegoś, czym wiosną by żyła. Taką lekturę na wiosnę!!! Znalazłam!!!

  • 4321 – Paul Auster.

Uznałam, po wnikliwej analizie, że nowa powieść nowojorskiego pisarza powinna spełnić wiosenne potrzeby i zaspokoić wiosenne pragnienia! Były więc szybkie zakupy, później szybka przesyłka. Teraz nadszedł czas na lekturę, ale już niespieszną!!! Długo wąchałam, ale teraz już czytam!

Muzyka:

W marcu duszę koiła muzyka najlepsza… Milesa Davisa… Polecam!!! To lek na całe zło, na najgorszą chandrę, na najbardziej parszywy nastrój!!!

Podsumowując – marzec roku 2018 był bardzo ciężkim miesiącem. To nie był czas na filmy. To też nie był najlepszy czas na czytanie. To był natomiast najlepszy czas na słuchanie muzyki, ale tylko takiej jak ta Davisa!!!

Wiosenne propozycje

Wiosenne propozycje

Czas najwyższy na wiosenne propozycje Bałwochwalicy Jednej!!!

Stało się!!! Nastała wiosna, każda, astronomiczna i kalendarzowa!!! Uf, już się bałam, że nie dotrwam!!! Czas otrząsnąć się z chandry, depresji, ospałości, nicnierobienia, wiecznego zmęczenia i wyczerpania, słowem, ze snu zimowego, z okresu, w którym mogliśmy jedynie śnić o przyjemnym wietrze, promieniach słonecznych, o zabawie, beztrosce, lekkości… Coraz dłuższe dni zwiastują to, co nieuniknione – nadejście najlepszego!!! W końcu nastał czas na poderwanie się, na przebudzenie!!!

Nadejście nowej pory roku, a szczególnie tej, to doskonały czas na przyjrzenie się temu, co w trawie piszczy i poczynienie jakichś planów, przedsięwzięć, by dobrze spożytkować czas, energię, wykorzystać potencjał, który wiosną jest szczególny. Czas więc ruszyć pełną parą do przód i zdobywać swoje K2 zimą, bo wiosna to czas najlepszy z możliwych na wyczyny przekraczające granice niemożliwego.

Oczywiście, jak zawsze zestawienie jest jak bardzo subiektywne, według indywidualnych upodobań Bałwochwalicy Jednej. I tym razem nie znajdziesz tu ani kryminałów, ani horrorów, gdyż poszukiwania wciąż tropią nieco inne gatunki. Mam jednak nadzieję, że niniejsze propozycje przypadną Ci do gustu.

Propozycje sezonowe roku 2018 podporządkowane znów są rocznicom szczególnym dla historii Polski i Polaków. Przypomnę, mija 100 lat od odzyskania przez Polskę niepodległości i uzyskania przez kobiety praw obywatelskich oraz 50 lat od Marca ’68!!! Literatura, czy ogólnie sztuka, nigdy nie była obojętna na takie kwestie. Nie tylko wtedy, kiedy Gustaw umierał i rodził się Konrad. Także wtedy, kiedy człowiek zrzucał z ramiona płaszcz Konrada, gdy wiosną, wiosnę a nie Polskę chciał zobaczyć! Zatem…

I. LITERATURA

Z teraźniejszości i przyszłości najbliższej

Ta część zestawienia obejmuje publikacje, które ukażą się tej wiosny:

  • Amy i Isabelle – Elizabeth Strout.
  • Białe zwierzęta są bardzo często głuche – Ivana Myšková.
  • Błoto – Hillary Jordan.
  • Dwie siostry – Asne Seierstad.
  • Dziennik 1957-1958 – Gustaw Herling-Grudziński.
  • Komeda. Osobiste życie jazzu – Magdalena Grzebałkowska.
  • Księżyc. Od nowiu do nowiu – Martín Caparrós.
  • Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet – Karolina Bednarz.
  • Macbeth – Jo Nesbø.
  • Norma – Sofi Oksanen.
  • Opowiadania bizarne – Olga Tokarczuk.
  • Opowieść sługusa Margaret Atwood.
  • Siódma funkcja języka – Laurent Binet.
  • Szpadel – Lize Spit.
  • Ulga – Natalia Fiedorczuk.
  • Zofia Stryjeńska – Światosław Lenartowicz.

Z przeszłości tej bliskiej, nieco dalszej i całkiem odległej

Druga część propozycji lekturowych obejmuje publikacje, które ukazały się już jakiś czas temu. Niektóre całkiem niedawno, inne kilka lat wcześniej, a jeszcze inne są sprzed dekad. Dlaczego znalazły się w zestawieniu? Albo dlatego, że po prostu warte są poświęcenia im cennych chwil, albo dlatego, że dają przyjemność i doskonale wpisują się w klimat danego czasu, albo dlatego, że otwierają drzwi umysłu i serca!

Bo wiosna, a wiosna to idealny czas (jak każdy 😉 ) na klasykę, którą warto czytać zawsze, bo uniwersalna, choć sprzed wielu lat, na tu i teraz! Tym razem Thomas Mann razy trzy:
  • Buddenbrookowie
  • Śmierć w Wenecji
  • Doktor Faustus
Bo rok Ireny Sendlerowej:
  • Sendlerowa. W ukryciu – Anna Bikont.
Bo rok Zbigniewa Herberta:
  • Herbert. Biografia. Tom 1. Niepokój oraz Herbert. Biografia. Tom 2. Pan Cogito – Andrzej Franaszek.
  • Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie. Korespondencja 1955 -1996 – Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert.
Bo Marzec ’68:
  • Biedni Polacy patrzą na getto – Jan Błoński.
  • Sąsiedzi – Jan Gross.
Bo w 2018 Polska i kobiety są górą:
  • Dzienniki i inne dzieła – Zofia Nałkowska.
  • Dzienniki i inne dzieła – Maria Dąbrowska.

II. FILM

Z teraźniejszości i przyszłości najbliższej

Ta część zestawienia obejmuje filmy, które swoją premierę w polskich kinach będą miały tej wiosny. Znalazłam kilka (no może więcej niż kilka 😉 ) obiecujących propozycji! Tylko do kina więc chadzać…

Marzec:
  • Wieża. Jasny dzień – reż. Jagoda Szelc, Polska, 2017.
  • Naga Normandia – reż. Philippe Le Guay, Francja, 2018.
Kwiecień:
  • Twarz – reż. Małgorzata Szumowska, Polska, 2017.
  • Lato 1993 – reż. Carla Simón, Hiszpania, 2017.
  • Piękna i bestie – reż. Khaled Walid Barsaoui, Kaouther Ben Hania, Francja, Norwegia, Szwajcaria, Szwecja, Tunezja, Liban, Katar, 2017.
  • Nigdy cię tu nie było – reż. Lynne Ramsay, Francja, USA, Wielka Brytania, 2017.
  • Znikasz – reż. Peter Schønau Fog, Dania, 2017.
  • Niewidzialne – reż. Paweł Sala, Polska, 2017.
  • Pół na pół – reż. Alexandra Leclère, Francja, 2017.
  • Nie jestem czarownicą – reż. Rungano Nyoni, Francja, Wielka Brytania, 2017.
  • Uczciwy człowiek – reż. Mohammad Rasoulof, Iran, 2017.
Maj:
  • Kochankowie jednego dnia – reż. Philippe Garrel, Francja, 2017.
  • Prawdziwa historia – reż. Roman Polański, Belgia, Francja, 2017.
  • 120 uderzeń serca – reż. Robin Campillo, Francja, 2017.
  • Tully – reż. Jason Reitman, USA, 2018.
  • Miłość i hazard – reż. Gábor Herendi, Węgry, 2017.
  • Zimowi bracia – reż. Hlynur Pálmason, Dania, Islandia, 2017.
  • Le sens de la fête – reż. Olivier Nakache, Eric Toledano, Francja, 2017.
  • Po latach – reż. Annarita Zambrano, Francja, Włochy, 2017.
Czerwiec:
  • Sweet Country – reż. Warwick Thornton, Australia, 2017.
  • Na głęboką wodę – reż. James Marsh, Wielka Brytania, 2018.
  • Czuwaj – reż. Robert Gliński, Polska, 2017.
  • Isabelle i mężczyźni – reż. Claire Denis, Francja, 2017.

Z przeszłości tej bliskiej, nieco dalszej i całkiem odległej

Druga część propozycji obejmuje filmy, które miały swoją premierę już jakiś czas temu. Niektóre całkiem niedawno, inne kilka lat wcześniej, a jeszcze inne są sprzed dekad. Dlaczego znalazły się w zestawieniu? Powtórzę, choćby dlatego, że po prostu warte są poświęcenia im cennych chwil, albo dlatego, że dają przyjemność i doskonale wpisują się w klimat danego czas, albo dlatego, że otwierają drzwi umysłu i serca!

Bo kobiety są bohaterkami roku 2018, dlatego proponuję filmy Pedro Almodóvara, który w swoich filmach portretuje właśnie kobiet świat:
  • Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z dzielnicy
  • Pośród ciemności
  • Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?
  • Kobiety na skraju załamania nerwowego
  • Zwiąż mnie
  • Wysokie obcasy
  • Kika
  • Kwiat mego sekretu
  • Drżące ciało
  • Wszystko o mojej matce
  • Porozmawiaj z nią
  • Volver
  • Przerwane objęcia
  • Skóra, w której żyję
  • Julieta
Bo Polska jest bohaterką roku 2018, dlatego proponuję filmy pełnometrażowe Romana Polańskiego – jednego z najsłynniejszych i najważniejszych polskich reżyserów:
  • Nóż w wodzie
  • Wstręt
  • Matnia
  • Nieustraszeni pogromcy wampirów
  • Dziecko Rosemary
  • Tragedia Makbeta
  • Co?
  • Chinatown
  • Lokator
  • Tess
  • Piraci
  • Frantic
  • Gorzkie gody
  • Śmierć i dziewczyna
  • Dziewiąte wrota
  • Pianista
  • Oliver Twist
  • Autor widmo
  • Rzeź
  • Wenus w futrze
  • Prawdziwa historia

III. MUZYKA

Polecam muzykę polską oczywiście jak na rok 2018 przystało! A że wiosną ukaże się biografia (wyżej wspomniana) jednego z największych polskich kompozytorów, pioniera jazzu nowoczesnego w Polsce, który wywarł istotny wpływ na ukształtowanie się oryginalnego stylu, określanego jako polska szkoła jazzu, twórcy znanych na całym świecie standardów jazzowych i muzyki filmowej – Krzysztofa Komedy – to nie pozostaje nam nic innego jak tylko zasłuchać się w jego niepowtarzalnych kompozycjach…

IV. WYDARZENIA

Co nieco zestawiłam, by nie uszło uwadze…

Wydarzenia kulturalne

  • Europejski Poeta Wolności – 23-25 marca, Gdańsk.
  • Indiebookday – 24 marca.
  • Polskie Nagrody Filmowe Orły 2018 – 26 marca.
  • Man Booker International Prize (Międzynarodowa Nagroda Bookera) – ogłoszenie krótkiej listy nominowanych – 12 kwietnia.
  • Warsaw Book Show – 20-22 kwietnia.
  • VII Międzynarodowe Targi Książki w Białymstoku – 20-22 kwietnia.
  • Międzynarodowy Festiwal Kina Niezależnego Off Camera – 27 kwietnia – 6 maja, Kraków.
  • Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes – 9-20 maja.
  • Warszawskie Targi Książki – 17-20 maja.
  • Noc Muzeów – 19 maja.
  • Festiwal Fabuły – 21-26 maja, Poznań.
  • Man Booker International Prize (Międzynarodowa Nagroda Bookera) 2018 – rozdanie nagród – 22 maja.
  • Miłosz Festival – 7-10 czerwca, Kraków.
  • Europejska Noc Literatury – 9 czerwca, Wrocław.

Inne

Marzec:
  • Pierwszy Dzień Astronomicznej Wiosny – 20 marca.
  • Pierwszy Dzień Kalendarzowej Wiosny – 21 marca.
  • Międzynarodowy Dzień Poezji – 21 marca.
  • Zmiana czasu zimowego na letni – 24 marca.
  • Międzynarodowy Dzień Teatru – 27 marca.
Kwiecień:
  • Wielkanoc – 1-2 kwietnia.
  • Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci – 2 kwietnia.
  • Światowy Dzień Sztuki – 15 kwietnia.
  • Międzynarodowy Dzień Wolnej Prasy – 20 kwietnia.
  • Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich – 23 kwietnia.
  • Światowy Dzień Własności Intelektualnej – 26 kwietnia.
  • Światowy Dzień Grafika i Rysunku Graficznego – 27 kwietnia.
  • Międzynarodowy Dzień Tańca – 29 kwietnia.
  • Międzynarodowy Dzień Jazzu – 30 kwietnia.
Maj:
  • Majówka – 27 kwietnia – 3 maja.
  • Dzień Słońca, Dzień bez Komputera, Światowy Dzień Wolności Prasy – 3 maja.
  • Dzień Bibliotekarza i Bibliotek – 8 maja.
  • Międzynarodowy Dzień Limeryków – 12 maja.
  • Międzynarodowy Dzień Muzeów – 18 maja.
  • Światowy Dzień Rozwoju Kulturalnego i Światowy Dzień Różnorodności Kulturowej – 21 maja.
  • Dzień Działacza Kultury – 29 maja.
Czerwiec:
  • Święto Wolnych Książek – 12 czerwca.
  • Światowy Dzień Muzyki – 21 czerwca.

V. PLANY WIOSENNE BAŁWOCHWALICY JEDNEJ

Wiosna nadeszła!!! A wraz z nią ochota na nowe. Myślę, wymyślam, knuję… Na razie bez konkretów, bez szumnych zapowiedzi i deklaracji! Pożyjemy, podelektujemy się, zobaczymy…

Ekscytującej wiosny!!!

Klasyka – lek na zło świata tego

Idzie nowe!!!

Misja

Jak głosi słowo wstępne misją Bałwochwalni jest ocalenie od zapomnienia dzieł, o których zapomnieć nie można, bo będzie to wyrządzenie ludzkości zła, którego naprawić się już nie zdoła. Chodzi zatem o krzewienie literatury przez wielkie „L”, klasyki tak zwanej (mówiąc klasyka mam na myśli przede wszystkim literaturę piękną, ale nie tylko, także kanoniczne prace historyczne, filozoficzne) – zestawu tekstów uznanych za wzór, zestawu tekstów podstawowych dla danego kręgu kulturowego, czyli dzieł tak zwanego kanonu.

Próba istotna

W istocie chodzi o próbę przekonania nieprzekonanych, nieuznających, lekceważących, ignorujących, do skłonienia, by podjąć wysiłek, by wyjść poza nawyki, poza strefę komfortu.

Nie chodzi tu o spór klasyków z romantykami ani o moralizatorstwo, nie o mówienie, że wypada, że należy. Nie o odrabiane lekcji chodzi. Słowem, nie o zniewolenie przez literaturę czy szerzej kulturę. Ale o szacunek. Do innych. Do siebie.

Po co? Po to, by pielęgnować ducha, doskonalić swe wnętrze. By mieć w sobie – jak mawiał Władysław Broniewski – maleńki kompas, który nie pozwoli zagubić się w tym dużym i niezbyt mądrym świecie[1].

Nowy cykl

Faktem jest, że Bałowchwalnia otworzyła swe wrota już jakiś czas temu, mimo to, do tej pory, poza szumną zapowiedzią, słowo realizujące ową misję nie padło.

Nie dlatego, że poszła w niepamięć, tylko dlatego, że sprawa wymagała nie lada namysłu, gdyż chodzi o coś, co skupia w sobie kilka istotnych kwestii, które należało rozpatrzyć z wielu stron, pod różnym kątem, z wielu perspektyw.

Stało się jednak… Tekstem niniejszym wprowadzam do Bałwochwalni nowy cykl not – Klasyka – lek na zło świata tego – poświęconych klasyce właśnie!

Nie będzie żadnej chronologii, nie będzie też systematyczności. Niespodziewanie pojawi się nota, o tym czy o tamtym dziele literackim.

Słowo wstępu

Na początek jednak kilka zdań wstępu, uzasadniających, które paść muszą…

Obcowanie z literaturą jest wartością niepodlegającą dyskusji (tyle że chyba nieco opacznie rozumianą, pomieszane bowiem zostają róże, niekiedy nieprzystające do siebie porządki).

Moc sprawcza

Czytanie – owo obcowanie z literaturą – jest czynnością mającą imponujący na człowieka wpływ, oddziałującą na jego egzystencję i rzeczywistość w sposób wręcz zadziwiający. Grzegora Jankowicz donosi, że:

Myślimy o tym, co przeczytaliśmy. Wyobrażamy sobie świat, do którego zostaliśmy zaproszeni. Nadajemy mu kształt. Meblujemy go po swojemu. Przy tym cały czas poruszamy się w naszej rzeczywistości, która wygląda już jednak nieco inaczej, a przynajmniej inaczej nam się jawi. Zaszła bowiem zmiana: najpierw w nas – dzięki literaturze, a potem w świecie – za naszą sprawą[2].

Czytanie zatem jest czynnością mającą ogromną moc sprawczą.

Niestety, czytanie jest procesem czasochłonnym, wymagającym, pozornie bezproduktywnym, nie przynoszącym natychmiastowych korzyści, z tych też względów nieatrakcyjnym dziś, w dobie pośpiechu, natłoku informacji, nastawienia na zysk, efekt natychmiastowy, dlatego też i zarzucanym. Ruszyła więc machina promująca czytanie!

Co czytać?

I odezwali się reprezentanci dwóch szkół. Jedni twierdzą, że warto czytać, nieważne co, byleby czytać cokolwiek. Drudzy, że warto czytać, ale świadomie, wybierając perełki. Ja, snobka, należę do szkoły drugiej. Wychodzę z założenia, że żyjąc w epoce, w której tak cenne są czas i pieniądze, nie warto marnować tego na rzeczy pozbawione wartości, nie warto się rozdrabiać, szkoda owego czasu, owych pieniędzy, także energii i nas samych na czytanie byle czego. Dlatego Bałwochwalnia obrała kurs na to, co sprawdzone, na klasykę.

Obawa realna?

Na początek jednak warto postawić pytanie: dlaczego? Skąd ten pomysł? Czy rzeczywiście istnieje realna obawa zapomnienia?

Istnieje! Świat zalewają tomy różnorakie, wyroby książkopodobne. I ręce opadają zerkając na wystawy sklepów z książkami, na półki tychże składów. Co wybrać? Czym się kierować? Zalew produkcji wątpliwej jakości przyczynia się nie tylko do tego, że niezauważone zostają rzeczy wartościowe wśród nowości wydawniczych, ale też do tego, że cenne dzieła z historii literatury stają się niebytem i ludzkość o nich zapomina.

Wydawcy kuszą na wiele sposobów, z każdej strony krzyczą, nawołują, wabią, uwodzą. Każą nam być na bieżąco, każą więc czytać więcej, szybciej, co oznacza bezrefleksyjnie, bezkrytycznie, bo nie ma na to czasu, gdyż tyle jest do przeczytania… Czujemy się więc osaczeni i pozbawieni możliwości dokonania mądrego wyboru. Czytamy więc na akord, pobieżnie, bez uwagi, zaangażowania, wysiłku, poświęcenia, przy okazji, w międzyczasie, z doskoku, bez radości i przyjemności, bez celebrowania aktu przeczytania, bez rozsmakowywania się, bez zagłębiania się w treść, artyzm, piękno, kontekst, odhaczając kolejną przeczytaną pozycję i zapominając o niej natychmiast.

Klasyka – lek na zło świata tego

Sposobem na to jest staranniejsze dobieranie lektur. Dlatego dobrze jest postawić na klasykę! Na coś, co jest sprawdzone, co przez setki, dziesiątki lat zostało zweryfikowane! Coś, co jest dobrą literaturą, do czytania czego nakłaniają takie umysły jak Umberto Eco, Italo Calvino, Susan Sontag czy Ryszard Koziołek.

Sens

Przyjmując więc, że rzeczywiście istnieje realna obawa zapomnienia, to nasuwa się kolejne pytanie: co z tego? Po co z tym walczyć? Po co próbować zmieniać istniejący stan rzeczy? Po co czytać klasykę, powstałą tak dawno, a więc nieprzystającą do dzisiejszych czasów? Czy nie lepiej poświęcić się lekturze tekstów współczesnych, które dotyczą naszego tu i teraz, które niekiedy też objaśniają bądź starają się objaśnić nam teraźniejszość?

Nie zamiast, tylko także

Nie chodzi tu jednak o zamiast, tylko o także! Literatura najnowsza niewątpliwie istotna jest dla naszego tu i teraz, bezdyskusyjnie więc warto ją czytać, tyle że musimy pamiętać, że jej czytanie, bez znajomości tekstów z przeszłości, zawsze będzie procesem niepełnym, zubożałym. Będzie pozbawione szerszego spojrzenia, kontekstu, który jest zespołem odniesień niezbędnych do pełniejszego zrozumienia literatury najnowszej. Słowem, klasyka jest niezbędna do zrozumienia współczesności, naszego tu i teraz.

Poza tym czas dopiero pokaże, czy ta literatura najnowsza istotna będzie kiedyś, słowem, czy istotna będzie zawsze, czy okaże się ponadczasowa. Jeśli tak, to zyska wówczas niepodważalną i najwyższą wartość. Ale to dopiero przyszłość zweryfikuje.

Uniwersalność

Mamy jednak pod ręką rzeczy, które przeszły tę bezlitosną próbę czasu, więc w naszym tu i teraz już mają niepodważalną i najwyższą wartość. Te zweryfikowane rzeczy sprzed dziesiątków, setek lat, które przetrwały, ostały się właśnie dlatego, że dotykają naszego tu i teraz, mimo że powstały w odległej przeszłości! Dotykać będą też naszego jutra. Słowem, będą aktualne zawsze i wszędzie. Bez względu na czas i przestrzeń. Bo klasyką są takie właśnie książki, jak trafnie ujął to Italo Calvino, wobec których teraźniejszość staje się szumem w tle, ale które jednocześnie nie mogą bez tego szumu istnieć. Klasyką są jednocześnie takie dzieła, które trwają jako tło – nawet wtedy, gdy zupełnie niekompatybilna z nim teraźniejszość przejmuje chwilowo kontrolę nad sytuacją[3].

Piękno

Poza tym dzieła klasyczne, z tak zwanego kanonu, to nie tylko kunszt treści, to też kunszt formy i języka. Czyż więc to nie najlepszy materiał, by wyrabiać sobie gust, poczucie smaku estetycznego, by zaszczepić miłości do literatury i ją pielęgnować? Obcowanie z pięknem daje wiele satysfakcji, pod warunkiem, że damy temu i sobie szansę. Pod warunkiem, że wyjdziemy przygodzie na przeciw, że damy się ponieść i bez pośpiechu rozsmakujemy się w tym, co cennego nam pozostawiono.

Pytanie podstawowe

Dlaczego, żyjąc w święcie tymczasowości, bylejakości i tandety, zdewaluowanych wartości, zadowalać się produkcją treści miałkich, nijakich, pustych, ubogich znaczeniowo, intelektualnie, językowo, formalnie, z nic nieznaczącym słowem, bez płynącej mądrości, bez wagi, nie wymagających zaangażowania, wysiłku, przeżycia, nie pozostawiających śladu? Dlaczego nie oddawać się lekturze literatury sprawdzonej, klasyki właśnie?

Studnia bez dna

Dlaczego o klasyce wciąż się mów? Dlaczego artyści z dziedzin najrozmaitszych stale odwołują się w swej twórczości do dzieł z przeszłości? Dlaczego na przestrzeni dziesiątków lat stale powraca się do twórców klasycznych? Przypomnijmy sobie choćby ile było inscenizacji Dziadów Adama Mickiewicza w XX wieku (te najważniejsze: 1901 r. – Stanisław Wyspiański, 1932 i 1934 r. – Leon Schiller, 1955 r. – Aleksander Bardini, 1961 r. – Jerzy Grotowski, 1967 r. – Kazimierz Dejmek, 1973 r. – Konrad Swiniarski, 1987 i 1995 r. – Jerzy Grzegorzewski[4]). Dlaczego współcześni twórcy teatralni choćby tylko z rodzimego podwórka wciąż z klasyką się mierzą (Jan Klata z Wyspiańskim, Michał Zadara z Mickiewiczem, Grzegorz Jarzyna z Witkacym, Krzysztof Warlikowski z Proustem, Monika Strzępka i Paweł Demirski z Mickiewiczem, Czechowem, Maja Klaczewska z Szekspierem, Agata Duda Gracz z Szekspirem i Gogolem)? Dlaczego wciąż powstają niekiedy kolejne ekranizacje największych dzieł klasycznych? Nie bez powodu klasyka jest stale obecne w dyskursie kulturalnym, społecznym, powszechnym rzec można. Klasyką są przecież książki, jak podkreślił Calvino, które nigdy nie wyczerpują tego, co mają nam do przekazania i każde czytanie klasycznego dzieła jest w rzeczywistości jego ponownym odczytaniem[5].

Poczucie pewności

Jest jeszcze jedna istotna sprawa. Klasycy dają nam poczucie pewności, którego potrzebujemy. Umberto Eco zauważył, że człowiek szuka oparcia przede wszystkim w chwili upadku wartości oraz ich odbudowywania[6]. Kryzys prowokuje do zadania sobie podstawowego pytania: kim jesteśmy? Klasyka ujawnia nie tylko jak myślano w odległych czasach, ale pozwala też odkryć, że dziś myślimy w taki sam sposób, i zrozumieć, jaka jest tego przyczyna. Czytać klasykę to jakby dokonywać psychoanalizy dzisiejszej kultury. I odkryć, że jesteśmy arystotelikami albo platończykami, albo augustynianami w sposobie, w jaki tworzymy nasze doświadczenie[7].

Korzenie

Poza tym lektura literatury klasycznej to powrót do korzeni, których szukamy, zdaniem Eco, z powodu niejasnego przeczucia, że wyrośliśmy z jakiegoś nieznanego pnia. Czytelnik odkrywający klasyków jest tym, który odczuwa potrzebę zdobycia wiedzy na temat swoich przodków, aby móc odnaleźć ich obecność we własnych myślach, gestach, rysach twarzy, zaprawdę, powiada Eco[8]. Słowem, znajomość narodowej tradycji literackiej i powszechnej oraz kontekstów kulturowych jest mieszkańcom świata tego niezbędna do egzystencji wielowymiarowej, bardziej świadomej, pełniejszej!

Lekcja życia

Czytanie klasyki uczy też, co jest wartością bezcenną, poprawnie rozumować. Susan Sontag konkludowała, że:

Nie byłabym tym, kim jestem, nie rozumiałabym tego, co rozumiem, gdyby nie konkretne książki, Myślę o wielkim pytaniu dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej: jak powinniśmy żyć? Powieść warta czytania kształci serca. Rozszerza rozumienie ludzkich możliwości, tego, czym jest ludzka natura i co się dzieje w świecie. Tworzy duchowość.[9]

Czytanie klasyki jest lekcją myślenia i lekcją życia. Bo klasyka przemienia czytelnika, pobudza wyobraźnię, rozwija empatię i umiejętności społeczne, poszerza horyzonty, wzbogaca, rozbudza ciekawość, inspiruje, stawia pytania, otwiera serca i umysły na nieznane, inne, niezrozumiałe. To nie tylko „zabijacz” czasu, czysta rozrywka, czy sposób, by uciec od codzienności cudów od nas wymagającej. Klasyka pozwala dostrzec ukryte do tej pory pewne aspekty istnienia. Warto więc ją czytać, by mieć to okno na świat.

Poza tym dzięki lekturze literatury klasycznej, zauważył Eco, poznajemy ludzi – jej twórców – których warto poznać. Czyż to nie jest wystarczający powód, by czytać dawnych mistrzów?

Krytyczne czytanie

Czytanie klasyki – dzieł uznanych – nie wymaga czytania bałwochwalczego. Autor dzieła klasycznego, jak twierdził Calvino nigdy nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym. Czytelnik zawsze określa siebie w relacji z autorem dzieła, nawet, jeśli określa się w opozycji do niego[10]. Nie chodzi zatem o czytanie na kolanach. Wręcz przeciwnie, chodzi tu o krytyczne czytanie. Z otwartym jednak sercem i umysłem!

Indywidualizm

„Zindywidualizowana, monadyczna i nomadyczna lektura”[11] – sposób lektury proponowany przez Koziołka – wydaje się idealna. Pozwala iść własną drogą. Jednak niech droga ta nie będzie przypadkowa, pozbawiona znaczeń, niech nie będzie trywialna i nic nie warta! Niech przyświeca jej szalona myśl Magdaleny Samozwaniec, że:

Dobra książka to rodzaj alkoholu – też idzie do głowy.

Zatem czytajmy, odkrywajmy, powracajmy, delektujmy się… Bo lepszego leku na ten niedobry świat nie znajdziemy!!!!

Prywatne podwórko

Ja należę do osób, które mają już kilka pozycji z kanonu za sobą, mnóstwo przed sobą. Początkowo byłam przymuszana do jej czytania, później już przymuszać mnie nie trzeba było. Na studiach, cóż taki kierunek… Później porzuciłam klasykę, na rzecz nowości. W pewnej chwili jednak poczułam potrzebę powrotu. I powróciłam. Na szczęście. Dziś czytam dużo literatury współczesnej, ale nowości czytelnicze smakują jednak najlepiej, gdy przeplata się je sprawdzoną, zweryfikowaną, niezastąpioną, kunsztowną klasyką. Nadrabiam więc pozycje zaległe, ale czytam też ponownie te, których lekturę mam już za sobą, ale niestety, moja pamięć wybiórcza i zapominalska. Poza tym, podobno warto przeczytać ponownie najważniejsze książki z młodości. I powiem, że niewiele rzeczy daje mi tyle satysfakcji, co obcowanie z klasyką właśnie!

Grzechy moje

Jakie mam grzechy na sumieniu? Imię róży Umberto Eco. Podchodziłam kilka razy… Zniechęciłam się w końcu tak bardzo, że dziś nawet nie wstydzę się tego, że nie przeczytałam tego jednego z największych arcydzieł XX wieku. Wstydzę się natomiast bardzo tego, że nie jest mi wstyd z tego powodu!


[1] Mariusz Urbanek, Broniewski. Miłość, wódka, polityka, Warszawa 2011, s. 291.

[2] Grzegorz Jankowicz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.

[3] Italo Calvino, Why Read the Classics?, opublikowano 09.10.2018, http://www.nybooks.com/articles/1986/10/09/why-read-the-classics/, dostęp 26.02.2018.

[4] Michał Bujanowicz, Inscenizacje „Dziadów” Adama Mickiewicza, opublikowano 04.2004, http://culture.pl/pl/artykul/inscenizacje-dziadow-adama-mickiewicza, dostęp 26.02.2018.

[5] Ibidem.

[6] Umberto Eco, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek (1994-1996), Poznań 1997.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

[9] Sztuka powieści 2. Abntologia wywiadów z „The Paris Review”, Wrocław 2017.

[10] Calvino, op., cit.

[11] Ryszard Koziołek, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016.

BIBLIOGRAFIA
  1. Bayard Pierre, Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?, Warszawa 2008.
  2. Bujanowicz Michał, Inscenizacje „Dziadów” Adama Mickiewicza, opublikowano 04.2004, http://culture.pl/pl/artykul/inscenizacje-dziadow-adama-mickiewicza, dostęp 26.02.2018.
  3. Calvino Italo, Why Read the Classics?, opublikowano 09.10.2018, http://www.nybooks.com/articles/1986/10/09/why-read-the-classics/, dostęp 26.02.2018.
  4. Eco Umberto, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek (1994-1996), Poznań 1997.
  5. Jankowicz Grzegorz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.
  6. Koziołek Ryszard, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016.
  7. Sztuka powieści 2. Antologia wywiadów z „The Paris Review”, Wrocław 2017.
  8. Woźniak Olga, Uwaga! Książki zmieniają mózg, opublikowano 01.01.2014, http://wyborcza.pl/1,75400,15210453,Uwaga__Ksiazki_zmieniaja_mozg.html, dostęp 26.02.2018.
  9. Urbanek Mariusz, Broniewski. Miłość, wódka, polityka, Warszawa 2011.