Walentynki – na pokuszenie

Słowom…

By tradycji stało się zadość… Kontynuując zeszłoroczny wątek

Walentynki, Dzień św. Walentego, Dzień Zakochanych – święto to pasuje do mnie jak przysłowiowa pięść do nosa, no, ale, żeby nie było, że jestem nieczuła, niewrażliwa, lodowata, z kamieniem zamiast serca 😉 !!!

A tak na marginesie (choć sprawa nie jest marginalna), każda okazja jest dobra, by okazać życzliwość rzeczywistości otaczającej…

Był sobie raz taki pan, i drugi, i trzeci, siódmy… Jednego, drugiego, trzeciego, siódmego… pokochałam miłością taką, na jaką sobie zasłużyli.

 Jeden z nich uwiódł są pozorną niepewnością, zapytując:

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę,
Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę;
Jednakże gdy cię długo nie oglądam,
Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam;
I tęskniąc sobie zadaję pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?

Gdy z oczu znikniesz, nie mogę ni razu
W myśli twojego odnowić obrazu?
Jednakże nieraz czuję mimo chęci,
Że on jest zawsze blisko mej pamięci.
I znowu sobie powtarzam pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?

Cierpiałem nieraz, nie myślałem wcale,
Abym przed tobą szedł wylewać żale;
Idąc bez celu, nie pilnując drogi,
Sam nie pojmuję, jak w twe zajdę progi;
I wchodząc sobie zadaję pytanie;
Co tu mię wiodło? przyjaźń czy kochanie?

Dla twego zdrowia życia bym nie skąpił,
Po twą spokojność do piekieł bym zstąpił;
Choć śmiałej żądzy nie ma w sercu mojem,
Bym był dla ciebie zdrowiem i pokojem.
I znowu sobie powtarzam pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie?

Kiedy położysz rękę na me dłonie,
Luba mię jakaś spokojność owionie,
Zda się, że lekkim snem zakończę życie;
Lecz mnie przebudza żywsze serca bicie,
Które mi głośno zadaje pytanie:
Czy to jest przyjaźń? czyli też kochanie?

Kiedym dla ciebie tę piosenkę składał,
Wieszczy duch mymi ustami nie władał;
Pełen zdziwienia, sam się nie postrzegłem,
Skąd wziąłem myśli, jak na rymy wbiegłem;
I zapisałem na końcu pytanie:
Co mię natchnęło? przyjaźń czy kochanie?

– Adam Mickiewicz Niepewność

Ech, tamte dni i tamte noce… Pod kołdrą z latarką, by nikt nie dostrzegł, że oddaję się znajomościom ulotnym, żem niemądra i daję się wodzić na pokuszenie słowom…

Ekscytujących Walentynek!!!

Ps. Ten sprzed wieków tekst jakoś bardzo współcześnie mi brzmi!?

I jeszcze jedno! Walentynki to znakomita okazja, by zatopić się w poezję… po którą za rzadko sięgamy, to znaczy BJ za rzadko sięga 😉 !

„Berta Isla” – Javier Marías

Bohaterowie powieści „Berta Isla” – Berta Isla i Tomás Nevinson – poznali się jeszcze w szkole. Ona Hiszpanka, on pół Hiszpan, pół Anglik. Nie był to wybuch miłości, nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dwójka pięknych, inteligentnych i pewnych siebie młodych ludzi racjonalnie podchodziła do kwestii życiowych. Po rozpatrzeniu wszelkich za i przeciw doszli do wniosku, że są dla siebie stworzeni. Długie rozłąki (on na studiach w Oksfordzie, później stale w służbowych rozjazdach, ona zakotwiczona w Madrycie) sprawiały, że w ich związku nie było miejsca na rutynę, wywołującą frustracje, pretensje, żal, złość i w końcu schyłek wspólnego szczęścia.

Jednak pewnego dnia wyszło na jaw, że nic nie jest takie jak się wydawało… Niemożliwe stało się możliwe. Nieprawdopodobne stało się prawdopodobne.

Opowieść o niej, o nim, o nich

To opowieść o kobiecie i mężczyźnie. To opowieść o skomplikowanych relacjach dwojga ludzi, którym przyszło żyć w absurdalnej rzeczywistości.

To historia mężczyzny, który został naznaczony. Nie ukrył swych nadzwyczajnych zdolności, co nie uszło uwadze tych, którzy decydowali. Znalazł się w nieodpowiednim czasie i w nieodpowiednim miejscu i nie miał wyjścia – podpisał pakt z diabłem. I zaczęło się jego życie gdzie indziej, poza światem.

To opowieść kobiecie (głównie z jej punktu widzenia prowadzona jest narracja), współczesnej Penelopie, która w niepewności cierpliwie czekała na Odyseusza, który spod Troi latami wracał do domu. To historia kobiety żyjącej w drugiej połowie XX wieku w Madrycie, która teoretycznie miała wybór. Była młoda, piękna, inteligentna, ambitna, pewna siebie, mogła decydować jak chce żyć i z kim. I wybierała. Czas pokazał jednak, że tylko pozornie. Praktycznie nie miała wyjścia, żadnego pola manewru. Skazano ją na stan wiecznego oczekiwania, wiecznej niepewności, życia tylko w półprawdzie i jakby w półrealności.

Wyrafinowanie literackie

Najnowsza powieść Javiera Maríasa, poczytnego na całym świecie choć niezależnego wielce hiszpańskiego pisarza, to nietypowa proza szpiegowska. W istocie to coś znacznie więcej. Bowiem „Berta Isla” to wyrafinowana literacko powieść, będąca połączeniem prozy gatunkowej (szpiegowskiej, choć opowiedzianej od drugiej strony, od kulis i psychologiczno-obyczajowej) z literaturą najwyższej próby. Mamy tu też liczne odniesieniami do literatury światowej (tu głównie T.S. Eliota, ale też Shakespearea, Balzaka i Dickensa), które pomagają bohaterom zmierzyć się im z ich sytuacją, zanalizować i pojąć ich rzeczywistość.

Brak tu brawurowej akcji jak na powieść szpiegowską przystało, mimo to wiele się dzieje, choć nie na tym podstawowym, nawierzchniowym poziomie. Tempo jest nieco zwolnione za sprawą języka, który odgrywa u Maríasa niemałą rolę. Długie wywody spowalniają bieg wydarzeń, nadając im tym samym ciężkości.

Ciężar prozy Maríasa

„Berta Isla” to też opowieść, która boli. Uzmysławia bowiem brutalnie coś, o czym zapominamy albo co wypieramy, iż wiedziemy egzystencję pascalowskiej trzciny myślącej, co czyni z nas bohaterów na miarę tych mitologicznych (choć marne to pocieszenie) – mamy bowiem świadomość nie tylko beznadziejności sytuacji, ale i niemocy, by ten stan rzeczy zmienić.

Bo po pierwsze, wieczna wojna:

Pokój niestety zawsze jest tylko pozorny i przejściowy, taka maskarada. Naturalnym stanem świata jest wojna. Często otwarta, a jeśli nie, utajniona, pośrednia albo po prostu odłożona w czasie. […] Kiedy nie ma wojny, jest jej groźba, więc zdolni ludzie […] mogą utrzymywać ją w tej fazie, odsuwać, żeby pozostała tylko groźbą. Wiszącą, ale nie wybuchającą. […] I to właśnie oznacza interweniowanie w rzeczywistość […]. Umiarkowane. To jakby zatykać palcem dziurę i powstrzymywać potop… prowizorycznie. (s. 69-70)

Po drugie, brak możliwości wyboru:

Od kiedy to ludzie wybierają sobie życie? Przez wieku ludzkie losy były określone. Z minimalnymi wyjątkami, To norma, nie tragedia. […] Jaśnie pan nie wybrał sobie życia. Tak jak cała ludzkość jeszcze zupełnie do niedawana, a i teraz to czysta ułuda. […] Większość tkwi w swoim losie i żyje, nie zadając pytań albo dziękując za to, co im przypadło w udziale, taka jest norma; skupiają się na codziennych trudnościach i to im starcza. Brak wyboru to żadna kara, to standard. Wciąż tak jest w większej części świata […] mimo powszechnych złudzeń. (s. 528-529)

Po trzecie, brak możliwości wejrzenia w drugiego człowieka:

[…] każda istota ludzka tak została stworzona, że jest nieodgadnioną tajemnicą i zagadką dla innych istot ludzkich.

Kiedy wyjeżdżam do wielkiego miasta, mimo woli uderza mnie myśl, że każdy z tych ciemnych zamkniętych domów kryje swoją tajemnicę, że każde serce z tysięcy bijących serc jest poniekąd tajemnicą dla najbliższych mu serc. (s.554-555)

Wyrafinowana uczta

Lektura powieści „Berta Isla” to uczta dla odbiorców. I to dla najwybredniejszych. Zaspokaja bowiem potrzeby wielu poziomów. Zatem dla każdego, co nie znaczy w tym przypadku, że dla nikogo!

Tytuł – „Berta Isla”

Autor – Javier Marías

Tłumaczenie – Tomasz Pindel

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2018

  • DLA KOGO – dla każdego
  • PO CO – by pożyć życiem na granicy, by przypomnieć sobie na czym stoimy
  • MOJA OCENA – 5/6

* Tytuł oryginalny – Berta Isla, rok pierwszego wydania – 2017 , rok pierwszego wydania polskiego – 2018.

Zderzenie dwóch światów. „Guwernantka” – Vladimír Macura

Tytuł – „Guwernantka”

Autor – Vladimír Macura

Tłumaczenie – Olga Czernikow, Michał Kunik

Wydawnictwo – Amaltea

Seria – Literatura Czeska

Rok – 2018

  • DLA KOGO – dla tych, których nurtują zawiłości relacji międzyludzkich, dla amatorów literatury czeskiej, dla koneserów beletryzowanych biografii, dla feministów, dla ignorantów, dla panien i kawalerów, dla żon i mężów, dla wścibskich, dla tradycjonalistów, dla wrażliwych na piękno języka, dla miłośników Wrocławia i Pragi, dla fanów dobrej literatury po prostu
  • PO CO – by się zastanowić, może, by zrewidować swoje przekonania
  • MOJA OCENA – 5/6

Zawód guwernanta/ki z końcem drugiej dekady XXI wieku wraca do łask. Trudniących się dziś tym fachem solidnie się wynagradza. Dawniej jednak profesja ta nie cieszyła się takim szacunkiem. Dla wielu niezamężnych i niezamożnych kobiet oraz biednych studentów była to szansa utrzymania się, jedyna możliwość zarobku.

Z czasem zmienił się prestiż i status guwernanta/ki, ale nie zmieniła się istota fachu. I o tej istocie mówi czeski literaturoznawca i pisarz, Vladimír Macura (1945-1999), w swojej „Guwernantce” – trzeciej części tetralogii powieściowej poświęconej czeskiemu odrodzeniu narodowemu, będącej rodzajem zbeletryzowanej biografii jednego z dziewiętnastowiecznych czeskich uczonych i literatów.

Opowieść o guwernantce

Tytuł jednoznacznie wskazuje kto tu jest bohaterem. Choć lektura powieści ujawnia, że sprawa jest nieco bardziej złożona. Narracja Macura bowiem to dwugłosowa wypowiedź bohaterów – małżonków, którzy zmagają się ze swoimi indywidualnymi światami, wewnętrznymi demonami; ludzi cierpiących, z jakże różnych powodów, rozczarowanych egzystencją, nieszczęśliwych, zniewolonych. Jednak autor poprzez tytuł, nieprzypadkowy przecież, podpowiada, że w tym duecie w istocie chodzi o postać kobiecą i o jej rzeczywistość.

Zbeletryzowana biografia

„Guwernantka” to oparta na biografii czeskiego poety i filologa, Františka Ladislava Čelakovskiego (postać historyczna, pierwszy profesor literatury słowiańskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, wykładał w latach 1842-1849), podwójna narracja opowiadająca o relacji małżonków na tle Wrocławia końca lat 40. XIX wieku, okresu, w którym miasto nawiedzają epidemie i powodzie, czasów niezwykle burzliwych dla całej Europy, w której wrze jak w tyglu, bo to czas Wiosny Ludów, ruchów narodowych, rewolucyjnych, które przeobrażają kontynent, burząc stary porządek.

Małżonkowie XIX wieku

On – podstarzały poeta, zacny profesor literatury słowiańskiej, wdowiec z gromadką dzieci i z misją do wypełnienia. Ona – młoda, wykształcona i ambitna kobieta z głową pełną marzeń. Związek dwojga ludzi, który nie powinien się zdarzyć. Z Pragi wyruszają do Wrocławia, by tam rozpocząć wspólny żywot. On obejmuje stanowisko profesora literatury słowiańskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, próbuje spełniać swą dziejową/ naukową misję, naucza/ poucza leniwych i gnuśnych jego zdaniem studentów, broni starego porządku, ale i zmaga się z nadchodzącą starością i zazdrością o młodą, piękną żonę, ona zaś przyjmując rolę małżonki i opiekunki, porzuca swe ambicje i marzenia, po cichu sprzyjając duchowi rewolucji; spełnia małżeńskie powinności, otacza opieką potomstwo męża – spadek po zmarłej, którym z dnia na dzień została obdarowana, walcząc przy tym z duchem swej poprzedniczki i obcym, nieprzyjaznym jej miastem.

Dwie narracje, dwa światy

Ta podwójna narracja ujawnia rozdźwięk pomiędzy światami małżonków. Ukazuje istnienie dwóch odrębnych, nie przystających do siebie, nie mających ze sobą nic wspólnego rzeczywistości. Jawi się jako opowieść o barku porozumienia i zrozumienia, braku chęci poznania, próby wejrzenia w duszę małżonka. Tyle że pozycja bohaterów tych nie jest jednakowa. Mowa przecież o pierwszej połowie XIX wieku, więc nie może być inaczej – on jest zacnym profesorem, głową rodziny, w rzeczywistości zgorzkniałym, apodyktycznym tradycjonalistą, dla którego system patriarchalny jest  nie do naruszenia, ona… guwernantką:

[…] mąż sprawił mi nową poduszeczkę do igieł i tkaninę do haftu, żebym już nie miała wątpliwości, czym powinnam się zajmować przez resztę życia. (s. 95)

Wodzę wzrokiem za swoją rodziną jak kwoka za kurczętami. Jak guwernantka za podopiecznymi. (s. 29)

Udaję, że patrzę na dzieci i pilnuję, czy dobrze się zachowują. Jestem w końcu wzorową guwernantką. (s. 35)

Dwie przeplatające się narracje, które początkowo wywołują u odbiorcy dezorientację (przez chwilę trudno wychwycić do kogo należą poszczególne akapity – autor w żaden sposób nie sygnalizuje tego) są odmienne nie tylko pod względem treści, ale i formy, która oddaje to, co zostaje niewypowiedziane, dopowiadając w ten sposób to, co istotne.

Ten cichy czy wręcz niemy konflikt małżonków, to sportretowanie dwóch jakże odmiennych, tak bardzo kontrastujących ze sobą osób jest też metaforą chwili w dziejach Europy. Narracja, charakter, postawa, uosobienie Františka symbolizują stary porządek, który chyli się ku upadkowi, Antonii zaś, z jej kiełkującą postawą feministyczną, nowe, to, co napiera, od czego nie ma odwrotu, to, co nieuchronne.

To niewątpliwie także metafora odwiecznego sporu – klasyków z romantykami.

Guwernantka – Antonie

Antonie jest młodą, wykształconą, postępową, ambitną, świadomą siebie kobietą, która pragnie więcej niż świat mógł jej wówczas zaoferować, której wyobrażenia o życiu rozminęły się z rzeczywistością. Egzystencja jaką zaczęła wieść, rozczarowała ją. Marzyła o nowych doświadczeniach, o podróżach, przygodach, o wielkiej miłości, o otwarciu szkoły dla młodych panien, o dokonaniu czegoś:

[…] czuję, że nie jestem tam, gdzie powinnam. […] Zawsze sądziłam, że mam inny cel, inne powołanie, niż bycie żoną swego męża, gospodynią jego kuchni i matką jego dzieci. (s. 128)

Ma w domu poetę, i to z prawdziwego zdarzenia, jada z nim przy stole, sypia w jednym łożu – jeszcze jej nie dość? (s. 80).

Nawet gotować nie umie, laleczka z porcelany. Przy spełnianiu obowiązku małżeńskiego zamyka oczy i aż do końca leży jak kłoda. A w myślach niewątpliwie rozpamiętuje co pikantniejsze sceny z romansów albo z własnych nieprzyzwoitych snów. (s. 98)

Dlaczego więc poślubiła podstarzałego wdowca? Z poczucia obowiązku:

Może nawet wtedy, gdy Ladislav przyjechał do Pragi poprosić mnie o rękę, a ja powiedziałam „tak” – może nawet wtedy wierzyłam, że decyduję się na coś wielkiego i wzniosłego. Najwyraźniej od dawna przyświecało mi hasło „Wspierajmy poetów”. Troska o nich to przecież służba ojczyźnie! Jak to więc możliwe, że spotkał mnie tak pospolity, ordynarny koniec: wspólne łóżko, upstrzone plamami krwi i nasienia, zastawiony naczyniami stół, mnóstwo szycia i codzienna mordęga z dziećmi? (s. 128).

Małżeństwo stało się dla niej chwilą rezygnacji – z aspiracji, pragnień; chwilą pożegnania ze światem swych wyobrażeń; chwilą zniewolenia, uwięzienia, wtłoczenia w schemat, w ramę konwenansów, ówczesnych powinności kobiety, w potulność, w spełnianie obowiązków, posłuszeństwo, w pełne poddaństwo, w istocie w zniewolenie.

Nowe idzie

Tłamszona, buntuje się przeciwko temu, co ją spotkało, przeciwko wszelkim ograniczeniom, narzuconym konwenansom, normom społecznym i próbuje wyrwać się z roli guwernantki. Jej bunt, z dzisiejszego punktu widzenia, jawi się raczej jako bierność, pasywność, wówczas jednak już brak zgody na narzuconą rolę społeczną kobiety, sama świadomość tego było czymś nowym, wywrotowym wręcz, bowiem pierwszym krokiem w kierunku zmiany porządku świata.

Stare odchodzi

Antonie umiera za życia obok męża-mizogina, człowieka, który w istocie nienawidzi kobiet, którymi wręcz się brzydzi (mimo że zmarłą żonę darzy estymą, można jednak przypuszczać, że na ten szacunek zmarła „zasłużyła” sobie swą potulnością):

To takie nieprzyzwoite, kiedy kobiety i mężczyźni podróżują jednym dyliżansem. Zwłaszcza w nocy. Powinno się tego zakazać. Co na to Kościół? Czemu te kobiety ciągle gdzieś nosi? Nie mogą usiedzieć w domu? Mało to bałaganu jest już na tym świecie? (s. 165)

Portret męża budzi odrazę czytelnika, ale należy zaznaczyć, że to człowiek nieszczęśliwy, wyraźnie odczuwający nadchodzącą nieubłaganie starość, swoją zbędność, to konserwatysta, który jest świadomy daremności czynionych wysiłków, by stary porządek, jego wartości i idee ocalić, by rządzące nim zasady zachować, zdający sobie sprawę, że jego świat odchodzi, że nieubłaganie nadciąga nowe, szalone, niepojęte dla niego.

Bohaterowie drugiego planu

Na koniec należy wspomnieć o dwóch osobnych, ale jakże ważnych, bo wyróżniających powieść, nadających jej swoistego charakteru, bohaterach.

Po pierwsze, „Guwernantka” to także język. Nie tylko ten, którym proza ta jest pisana (kunsztowny, elegancki), ale także ten, którym zajmują się małżonkowie. On jest przecież filologiem i poetą, pracuje więc w języku i za jego pomocą wyraża siebie, w nim to odnajduje swą duszę, znajduje ukojenie, spełnienie, podobnie jest z nią – dla Antonii literatura to jedyna możliwa forma ucieczki od świata jej nieprzyjaznego, w której także znajduje ukojenie jej zbolała dusza.

Po drugie, opowieść Macury rozgrywa się na tle Wrocławia (też Pragi, choć w znacznie mniejszym stopniu) – nieprzyjaznego bohaterom miasta, w którym nie są w stanie się odnaleźć, poczuć dobrze, swobodnie, u siebie, które jawi się im jako przyczyna wszelkich ich nieszczęść. Miasta te miały dla twórcy istotne znaczenie (uświadamia to posłowie powieści Zofii Tarajło-Lipowskiej) – prace badawcze autora przed przystąpieniem do pisania powieści były zakrojone na szeroką skalę. Pogłębione studium topograficzne Wrocławia, uwiecznienie przestrzeni tamtego czasu, pozwoliło autorowi zniuansować i uwiarygodnić stan ducha tychże monad poszczególnych.

* Tytuł oryginalny – Guvernantka, rok pierwszego wydania – 1997, rok pierwszego wydania polskiego – 2018.

„Nasze małżeństwo” – Tayari Jones

Wydawnictwo Otwarte proponuje zacząć rok 2019 „Naszym małżeństwem” Tayari Jones (autorki u nas nieznanej) – powieścią, która znalazła się na długiej liście nominowanych do National Book Award 2018, którą poleca Barack Obama, chwali Oprah Winfrey, która rzekomo była swego czasu najgłośniejszą amerykańską powieścią, która podobno jest majstersztykiem, która podobno w karierze pisarskiej autorki jest dziełem przełomowym. Te jednak informacje nie wszystkich przekonają do powieści. Wabikiem też raczej nie będzie polski tytuł, w gruncie rzeczy niewiele mówiący. Zachętą za to może wydawać się temat.

Można bowiem wnioskować, że to opowieść o małżeństwie Afroamerykanów, które musi stawić czoła amerykańskiej rzeczywistości nie tak pięknej jakby się mogło wydawać!

Niespełnienie

Czy rzeczywiście? Oryginalny tytuł (An American Marriage) wyraźnie sugeruje z czym odbiorca będzie miał do czynienia, dookreśla kontekst. Polski natomiast, pozbawiony wiele mówiącego przymiotnika, sprawia, że powieść lawiruje w próżni. Ale właśnie ten polski tytuł, paradoksalnie, wydaje się bardziej adekwatny do tego, co niesie ze sobą treść powieści. Oryginalny zawiera obietnicę, której zawartość nie spełnia. Bo w istocie mamy do czynienia z jakimś tam małżeństwem, a czy jest ono amerykańskie, francuskie czy niemieckie nie odgrywa tu znaczącej roli.

Choć początek zwiastował coś zgoła innego, że owszem, będzie to powieść o małżeństwie, które zdarzyć się mogło tylko właśnie w USA – kraju-symbolu wolności i spełnionych marzeń, ale i co ważniejsze zakorzenionych głęboko konfliktów.

Było sobie małżeństwo

Fabułę można streścić w kilku zdaniach, nie zdradzając przy tym niczego i nie psując zabawy potencjalnym odbiorcom powieści. Małżeństwo z półtorarocznym stażem spędza noc w hotelu. Budzi ich brutalne wtargnięcie policji, która aresztuje młodego małżonka, oskarżając go o gwałt na starszej kobiecie. Wkrótce ten zostaje skazany na dwanaście lat więzienia. Po pięciu, oczyszczony ze stawianych mu zarzutów, wraca do domu, do żony.

Narracja prowadzona jest kilkugłosowo. Przede wszystkim z perspektywy męża i żony oraz sporadycznie ich przyjaciela. Sporo miejsca zajmują też listy, które małżonkowie piszą do siebie podczas rozłąki. I w nich to dzieje się najwięcej, w nich to dzieje się to, co najciekawsze, ale o tym za kilka zdań.

Obiecujący początek

Początek powieści to historia małżeństwa Afroamerykanów, którzy żyją w kraju szans i możliwości, ale też kraju, w którym podziały rasowe determinują ludzkie byty, w którym wciąż słychać echa wojny secesyjnej. Jednak z każdym kolejnym rozdziałem te kwestie schodzą na dalszy plan, rozmywając się i z czasem zanikając niemalże zupełnie. Niestety.

Studium małżeństwa

Dalej mamy już tylko, choć podkreślić należy, że ciekawie ujętą i przekonującą kontynuację opowieści o relacji dwojga ludzi. Swoiste studiu małżeństwa, a uszczegóławiając, rozpadu tej relacji. I ten rozpad najlepiej oddaje wspomniana korespondencja. Te epistolarne noty ukazują rosnącą z każdym kolejnym zdaniem odległość mentalną dzielącą tych dwojga, którzy do tej pory byli właściwie małżeństwem tylko teoretycznie, gdyż dopiero uczyli się być nim praktycznie.

Poszczególne rozdziały zaś sięgają źródeł bohaterów, opowiadają o ich pochodzeniu, rodzinie, też o ich wspólnych początkach. Oddają im też głos, dzięki czemu odbiorca może zbliżyć się na tyle, by mógł pojąć sposób ich rozumowania i postępowania, ich motywacje.

To niewątpliwie dobra proza. Wciągająca, którą czyta się wartko i z zainteresowaniem. Co pozostawia? Na pewno poczucie przyjemnie spędzonego czasu, ale niestety i niespełnienia, a może nawet rozczarowania.

Ps. Nota powstała przy współpracy z wydawnictwem Otwarte.

Tytuł – „Nasze małżeństwo”

Autor – Tayari Jones

Tłumaczenie – Aleksandra Wolnicka

Wydawnictwo – Otwarte

Rok – 2019

  • DLA KOGO – dla tych, których nurtują zawiłości relacji międzyludzkich, dla amatorów literatury amerykańskiej, dla koneserów literatury obyczajowej psychologicznej, dla panien i kawalerów, dla żon i mężów, dla łowców nagród
  • PO CO – by przyjemnie spędzić czas z dwóją ciekawych towarzyszy, by się zastanowić
  • MOJA OCENA – 4/6

* Tytuł oryginalny – An American Marriage, rok pierwszego wydania – 2018 , rok pierwszego wydania polskiego – 2019.


„Szpadel” – Lize Spit

Stryczek, szpadel, pikownik, szambo, blok lodu – słowa kluczowe, słowa symbole „Szpadela” – opowieści o dzieciństwie, młodości, przyjaźni, dojrzewaniu i o tym, co po tym wszystkim.

1988 – w pewnej belgijskiej wiosce przyszło na świat tylko troje dzieci – trzech muszkieterów – Pim, Laurens i Eva.

2002 – w pewnej belgijskiej wiosce trzech muszkieterów zorganizowało sobie wakacyjny czas.

2015 – w pewnej belgijskiej wiosce dochodzi do postawienia kropki nad i.

Teraźniejszość i przyszłość

Główna bohaterka, młoda, wykształcona kobieta, żyjąca w Brukseli, pewnego dnia, niespodziewanie, dostaje zaproszenie od przyjaciela z dzieciństwa. Zaproszenie dotyczy przyjęcia z okazji rocznicy śmierci brata nadawcy, który jako nastolatek zginął tragicznie i jednocześnie z okazji otwarcia firmy. Nadarza się więc możliwość odwiedzenia rodzinnych stron, spotkania z dawno niewidzianymi znajomymi i rodzicami.

I choć wszystko wydaje się być takie jak powinno, to poszczególne zdania, krótkie, lakoniczne, zdradzają rysy, wprowadzają jakby mimochodem niepokój i zapowiadają, że nie zmierza to w stronę happy endu.

Eva, która od lat nie odwiedzała rodzinnych stron, z blokiem lodu w bagażniku (!?) wyrusza w podróż. Po co? Czy chodzi tylko o spotkanie z dawno niewidzianymi, niegdyś bliskimi ludźmi? Czy chodzi może o zmierzenie się z przeszłością? A może o coś zupełnie innego?

Przeszłość

Jadąc, wspomina czas miniony – dzieciństwo, matkę, ojca, rodzeństwo, sąsiadów, szkołę, nauczycieli, towarzyszy zabaw, szkolnych kolegów, trzech muszkieterów. I lato 2002.

Opowieść o przeszłości, pozbawiona sentymentalizmu, podana jest w taki sposób, że wszystko zdaje się zwyczajne, takie po prostu, dobrze nam znane, takie jak doświadczyliśmy. Mimo to z historii tej wyłania się obraz dzieciństwa, które z idyllą nie ma nic wspólnego. To czas pozbawiony niewinności, beztroski, bezpieczeństwa i miłości, to czas brudny, bezwzględny, okrutny, który „ustawiła” na całe życie, który nie daje o sobie zapomnieć.

Bez lukru

Debiut flamandzkiej scenarzystki, poetki, pisarki, nauczycielki kreatywnego pisania to niepozbawiona lokalnego kolorytu, zdystansowana, powściągliwa, cicha, ale mocna, brutalna, wręcz naturalistyczna i odważna opowieść o przeszłości, która kładzie się cieniem na całej przyszłości.

Uwaga! Scena kulminacyjna ciągnie się w nieskończoność. Autorka wręcz znęca się nad swym odbiorcą. Nie ma wobec niego skrupułów, jest bezlitosna. Nie daje mu żadnej taryfy ulgowej. Inaczej jednak chyba być nie mogło, gdyż tylko w ten sposób można było być wiarygodnym.

Tytuł – „Szpadel”

Autor – Lize Spit

Tłumaczenie – Łukasz Żebrowski

Wydawnictwo – Marginesy

Rok – 2018

  • DLA KOGO – dla miłośników literatury flamandzkiej, dla koneserów mocnych powieści, dla śmiałków, dla gotowych na okrutne prawdy
  • PO CO – by się zreflektować
  • MOJA OCENA – 5/6

* Tytuł oryginalny – Het smelt, rok pierwszego wydania – 2016, rok pierwszego wydania polskiego – 2018.