Czas nie leczy ran. „Kotka i Generał” – Nino Haratischwili

Tytuł – „Kotka i Generał”

Autor – Nino Haratischwili

Tłumaczenie – Urszula Poprawska

Wydawnictwo – Otwarte

Rok – 2019

  • DLA KOGO – dla amatorów trudnych tematów, dla miłośników historii powszechnej, dla wielbicieli Czeczenii i szerzej Wschodu, dla koneserów dobrze skrojonych fabuł, dla fanów opowieści z pełnokrwistymi bohaterami oraz „Ósmego życia”, dla ignorantów
  • PO CO – by zrozumieć, by wiedzieć, by żyć świadomiej, mądrzej
  • MOJA OCENA – 6/6

Dramat rozpisany na trzy osoby. One dwie, on jeden. Jedna Nura Giełajewa, czeczeńska nastolatka, druga Sesili, Kotka, gruzińska aktorka i Aleksander Orłow, Osesek, Generał, rosyjski oligarcha. Rok 1995, Czeczenia, Rosja, Gruzja. Rok 2016, Niemcy, Maroko, Czeczenia. Wszystko ledwie się zaczęło a już się skończyło. Przypadek, przeznaczenie, fatum.

Nino Haratischwili w swej najnowszej powieści „Kotka i Generał” znów przybliża nam Kaukaz, pokazując jego dramatyczną historię najnowszą, o której mało kto pamięta (nie tylko z powodu swego ignoranctwa, ale także dlatego, że chciano zapomnieć albo musiano) i przeobrażenia jakie zaszły w Rosji. Autorka nie poprzestaje jednak na tym. Portretuje Wschód i Zachód, dwa jakże różne elementy, tworzące jednak ten sam świat, by odsłonić zjawisko znane od wieków, które dziś jest jednym z podstawowych problemów całego globu, wobec którego ludzkość nie zawsze staje na wysokości zadania.

Powieść gruzińsko-niemieckiej autorki tym jednak razem jest znacznie skromniejsza. „Ósme życie” to powieść totalna, rozpisana na wiele pokoleń, na wiele dekad, przedstawiająca summę rzeczywistości, nosząca jednocześnie znamiona utworu tradycyjnego i nowoczesnego, lokalnego i powszechnego, wyobraźniowego i realistycznego. „Kotka i Generał” zaś opowiada o dramatycznych wydarzeniach roku 1995, które swój finał znalazły dwadzieścia lat później.

Tym razem przygoda zaczyna się w niewielkim kraju o burzliwej historii najnowszej, w Czeczenii – „[…] małej, krnąbrnej republice, która nagle, za przykładem innych […], wyraziła niewdzięczne pragnienie niezależności i odważyła się stawiać Rosji żądania” (s. 310). Z tej kaukaskiej krainy przenosi się do Rosji, Niemiec, Maroka, by powrócić i mieć swój finał wśród surowej czeczeńskiej natury:

Niewiele było na świecie miejsc, które okazywałyby taką obojętność wobec spraw ludzkich. Jakby człowiek był błędem natury, pomyłką, mącicielem, a natura z jej górami i wodami pozostawała – bez niego – w doskonałej harmonii. (s. 589)

Geneza

„Kotka i Generał” to opowieść bazująca na faktach. Nawiązująca do wydarzeń, do ujawnienia których uparcie dążyła zamordowana rosyjska dziennikarka Anna Politkowska, relacjonując wydarzenia w czasie prowadzonej przez Rosjan tak zwanej „operacji antyterrorystycznej” na Kaukazie. Jej relacje o mordach na ludności cywilnej, bezprawiu i zacieraniu śladów zbrodni, sprawiły, że wyrosła na czołową obrończynię praw człowieka w tym regionie, będąc wrogiem numer jeden prezydenta Władimira Putina i prorosyjskiego przywódcy Czeczenii Ramzana Kadyrowa. Za co przyszło jej zapłacić cenę najwyższą.

Haratischwili wykorzystała do swej opowieści opisany przez aktywistkę epizod II wojny czeczeńskiej – historię Elzy Kungajewej, uprowadzonej nastoletniej Czeczenki, zgwałconej i zamordowanej przez oddział pułkownika Jurija Budanowa. Żołnierze obozowali w pobliżu jednej z górskich wsi w Czeczenii, by odpocząć po wyczerpującej walce w Groznym. Spokój jednak nie wpływał na nich kojąco. Paranoja narastała, aż w końcu sytuacja wymknęła się spod kontroli i doszło do tragedii.

Autorska doopowieść

Punktem wyjścia „Kotki i Generała” jest początek tej wstrząsającej historii z II wojny czeczeńskiej. Cała reszta jest już fikcją literacką, choć nie mniej wstrząsającą.

Nura

Pijany pułkownik i jego trzech podwładnych dopuściło się zbrodni podczas owej „operacji antyterrorystycznej”. Uprowadzili, zgwałcili i zamordowali młodą Czeczenkę, której największą zbrodnią było marzenie o wyrwaniu się ze społeczności, w której przyszło jej się urodzić, w której panują surowe prawa przodków, a codzienne życie regulują normy kodeksu muzułmańskiego.

Nura nie chciała oddawać się troskom i lękom, chciała walczyć jak lwica o swoje, pragnęła być samowystarczalna, sama chciała być „Słońcem swego systemu planetarnego” (s. 21). Na koniec zaś, nie chciała „znosić tej hańby, która dla kobiety stąd była czymś najpotworniejszym, bezczeszczenia jej ciała przez kolejnych mężczyzn” (s. 585) i „wychodziła na przeciw tej śmierci” (s. 585).

Jeden ze zbrodniarzy doniósł. Mężczyzn oskarżono i aresztowano. Mieli stanąć przed sądem. Sprawy jednak potoczyły się po myśli trójki oskarżonych i do procesu nie doszło. Wszyscy wolni i oczyszczeni z zarzutów mogli cieszyć się życiem.

[…] byli panami życia i śmierci i nie ponieśli za to żadnej kary, jeśli było można w jednej sekundzie przestać być człowiekiem, zrzucić z siebie człowieczeństwo jak stary płaszcz, to człowieczeństwo nie jest nic warte. (s. 428)

Generał

Jednak jednego z oprawców demony przeszłości nie opuszczały. Jego pobyt na wojnie, jak i cały jego pobyt w wojsku był wielką pomyłką. Jako syn bohatera z Afganistanu nie miał prawa kierować się swoimi pragnieniami. Musiał podążać drogą sławnego ojca. Zamiłowanie do sztuki i literatury nie ułatwiały mu tego. Bycie żołnierzem było więc wielkim nieporozumieniem.

Delikatny, wrażliwy, egzystujący tak „jakby umiejętność życia nie była jego cechą wrodzoną” (s. 165), zagubiony młody człowiek pod wpływem wydarzeń jednej nocy przemienił się w człowieka bezwzględnego, wyrachowanego, potężnego i niezłomnego, któremu nic ani nikt nie jest w stanie zagrozić. Z Oseska przeobraził się w Generała. Wyzyskując system, zdobył z czasem taką władzę, że sam mógł wymierzyć sprawiedliwość, wydać wyrok, pomścić śmierć niewinnej dziewczyny, swoje zbrukanie, raz na zawsze pozbyć się wyrzutów sumienia, uciszyć demony przeszłości.

[…] w Czeczenii pewnych rzeczy tak szybko się nie zapomina. Jak myślicie, kiedy ulega przedawnieniu czir, krwawa zemsta, co? (s. 575)

Kotka

Gruzińska aktorka jednego z prowincjonalnych berlińskich teatrów, która stale toczyła boje z samą sobą, która spadając z niebezpiecznej wysokości, lądowała zawsze jak kot na czterech łapach, tak łudząco podobna do Nury, czeczeńskiej dziewczyny sprzedającej rosyjskim żołnierzom kury i jajka, by zarobić i wyruszyć w świat, zawzięcie próbującej ułożyć kostkę Rubika, miała mu w tym pomóc (Pytanie brzmi: dlaczego? Nie znajduję bowiem dobrego, mocnego, przekonującego uzasadnienia dlaczego Generał nie mógł bez Kotki doprowadzić sprawy do finału).

Co stało się po spotkaniu Kotki z Generałem? Jaką rolę odegrał w tym młody niemiecki dziennikarz i córka Generała?

Zasady tej gry znał tylko Generał i do ostatniej chwili – strony – z nikim nie podzielił się tą wiedzą.

Kotka, Generał i cała reszta

Bez wątpienia najmocniejszym punktem powieści Haratischwili są bohaterowie. Pisarka jest mistrzynią w kreowaniu postaci dramatu. I nie ma znaczenia czy chodzi o te pierwszoplanowe, jak Nura, Kotka, Generał, czy te epizodyczne, które pojawiają się tylko na chwile, by pozostać jednak w pamięci na długo.

Kobiety

Uwagę przyciągają szczególnie kobiety. Ich kreacje pozostają niezapomniane. Warto wspomnieć chociażby mentorkę Nury – Natalię Iwanowną, rosyjską nauczycielkę, która wraz z mężem wędrowała po najodleglejszych wsiach Czeczeni, by nauczać tamtejsze dzieci i pobudzać je do myślenia wychodzącego poza obowiązujące ramy.

Uwagę zwraca także babka Kotki – Sesilia, miłośniczka nauki, która jako córka „wroga ludu” musiała zapomnieć o karierze uniwersyteckiej i zadowolić się posadą nauczycielki fizyki i chemii oraz zastępcy dyrektora w jednej ze szkół w Tbilisi, korepetytorka, kobieta wróżąca z fusów kawy.

Nie mniej barwną postacią jest matka Kotki – Tina, żywiołowa, kochająca wolność, głodna życia malarka, kobieta niekiedy zbyt lekkomyślna, wiecznie szukającą podziwu, komplementów i miłości czy wielka miłość Generała – Sonia, osobliwa dziewczyna, która nic nie miała i niczego się nie bała, która nie mieściła się w schematach i która nie uznawała żadnych reguł, bezpośrednia, spontaniczna, nienasycona, wulgarna, wzbudzającą respekt osiedlowej chuliganerii, pragnącą w młodości zostać złotnikiem.

Nie można pominąć także córki Generała, postaci w opowieści niezwykle kluczowej – Ady, po bohaterce „Ada albo Żar” Nabokova, pewnej siebie, bezkompromisowej dziewczyny „o różowych włosach i oderwanych od życia poglądach” (s. 199), zuchwałej księżniczki „z lekką skłonnością do rebelii” (s. 199), która niekiedy przerażała rzeczowym spojrzeniem na rzeczywistość, która nie wierzyła w amoralną naturę człowieka, wierzyła zaś w dobro i prawdę, która nie mogła znieść świata odkąd dowiedziała się, że jest to „miejsce, gdzie ludziom, którzy stali się potworami, wszystko uchodzi płazem, że udaje im się ujść przed odpowiedzialnością” (s. 271), której proszki nasenne o polskiej nazwie pozwoliły uwolnić się od zła świata tego.

Mężczyźni

W opowieści Haratischwili kobiety wiodą prym, ale na uwagę zasługują także męskie postacie. Jak chociażby dziennikarz – Onno Bender, Kruk, Niemiec, pismak, który w młodości zarażony został miłością do Europy Wschodniej, ze „szczególną słabością do nieformalnych carów przełomu stuleci, ich podejrzanych machinacji i możliwości nieuznających żadnych granic ani zasad moralnych” (s. 197), do „bohaterów westernów na wschodzie Europy” (s. 455), opowiadacz ludzkich historii, zwiastun nieszczęścia, posłaniec przynoszący złe wiadomości.

Także towarzysze zbrodni, odrażające typy, zapadają w pamieć – dowódca oddziału, pułkownik Andriej Szujew, choleryk, alkoholik, postrach żołnierzy, jego adiutant Borys Pietruszow, perwersyjny, przebiegły sadysta uzależniony od białego proszku oraz szeregowy Iwan Juricz, Zając, służalec pozbawiony własnej woli.

Każda z tych postaci jest wiarygodna, wyrazista, niejednoznaczna, wielowymiarowa, z krwi i kości. Portrety psychologiczne odmalowane przez autorkę są jednymi z ciekawszych w literaturze i zasadniczych w prozie gruzińskiej pisarki. To dzięki nim, światy wykreowane przez Haratischwili, choć pozornie odległe i niewyobrażalne, są nam dostępne.

Historia

Ci bohaterowie nie lawirują jednak w próżni. Są umieszczeni w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni. I ten konkretny czas, ta konkretna przestrzeń mają wpływ na ich egzystencję. Niezależnie od tego czy są silnym jednostkami, które walczą o swoje, czy słabymi, poddającymi się bez najmniejszego gestu sprzeciwu losowi.

„Kotka i Generał” to znów opowieść rozgrywająca się na tle zmieniającej się Europy. Losy poszczególnych osób wpisane są w historię tej części świata. I tu znów teraźniejszość sięga po przeszłość dla przyszłości. Choć w innym celu niż było to w „Ósmym życiu”.

Autorka i tym razem pokazuje jak ludzkie życie zależne jest od dziejów świata, jak uwikłane jest w historię, jak się z nią mocno splata. Wielka historia stale obecna jest w życiu bohaterów powieść, przeplata się tu z ich codziennym bytem. Co znów, żyjącym w spokojnym zakątku świata, nie nękanym konfliktami, wydaje się wręcz fantasmagorią. Tło historyczno-polityczno-gospodarcze nie jest tu tylko dekoracją, ono definiuje poszczególne istnienia, które dzięki temu nie są lawirującymi bezwiednie w czasoprzestrzeni, pozbawionymi celu i sensu monadami.

Wschód i Zachód

Haratischwili w swej najnowszej powieści nie poprzestaje na przybliżeniu nam Kaukazu i jego historii najnowszej. Niejako przy okazji, mimochodem portretuje Wschód i Zachód, dwa jakże różne elementy, tworzące jednak ten sam świat, odsłaniając tym samym zjawisko co prawda znane od wieków, ale to dziś przeobrażające podstawy funkcjonowania ludzkiego życia na całym świecie.

Emigracja

Autorka charakteryzując ludzi Wschodu i Zachodu pokazuje ich jakże odmienne osobowości, natury, mentalności. Robi to portretując środowisko emigracji – ludzi nieprzystających do tego, co Zachód ma im do zaoferowania.

Ludzie Wschodu są pełni marzeń, tęsknot, namiętności, które nie pozwalają im spokojnie egzystować, to pełne ideałów indywidua, uwięzione w swych utopiach, celebrujące codzienność, nieznoszące przeciętności, współbytujące z naturą, dla których więzy rodzinne są wartością nadrzędną.

Emigrując, pragnęli nauczyć się być kimś z Zachodu. Chcieli nauczyć się

„logicznego myślenia, samodyscypliny, prowadzenia wykwintnych rozmów o polityce, w których oczywiście nikt nigdy nikogo nie obraża, […] kategorycznego sprzeciwu wobec wszelkiej przemocy, także tej, którą kieruje się przeciwko sobie, […] rozwiązywania każdego konfliktu dzięki mądrze wyważonym słowom, […] kastrowania własnych namiętności, jeśli nie pasują do salonów, […] innego życia w weekend, bez zasad obowiązujących w tygodniu, […] życia z ciągłymi wyrzutami sumienia, jeśli tylko przepuści się życie trochę za blisko siebie, nie zabezpieczywszy się jakoś wcześniej, […] zdrowego, umiarkowanego odżywiania się […]” (s. 225).

Pragnęli, by im wpojono „przekonanie, że jabłko tak samo uszczęśliwia jak porcja tortu bezowego […]”(s. 225).

Bronili się jednocześnie, „by emigracja nie odebrała jej najważniejszych cech, z całych sił sprzeciwiała się zachodnim regułom życia, chciała za to zachować irracjonalną niefrasobliwość, łatwowierność, optymizm, skłonność do działania wbrew rozsądkowi, nie chciała odebrać sobie skłonności do wschodniego patosu, długich rozmów” (s. 255).

„Kotka i Generał” to opowieść o przenikaniu się dwóch odmiennych natur – Wschodu i Zachodu – o ich trudnym współbyciu, będącym wielkim wyzwaniem, która uzmysławia, że wspólne egzystowanie jest faktem, który chociażby dla własnego dobra musimy zaakceptować.

Dzięki temu najnowsza powieść Haratischwili jest nie tylko powieścią historyczną, mówiącą o przeszłości kraju dość odległego i egzotycznego, ale i opowieścią współczesną, dotyka bowiem problemów, którym dziś musimy stawić czoła, z którymi musimy się zmierzyć w naszym ulegającym znacznym przemianom bycie.

Ps. Nota powstała przy współpracy z wydawnictwem Otwarte.

*Wszystkie cytaty z dzieła pochodzą z tomu, Kotka i Generał, Nino Haratischwili, Kraków 2019.

**Tytuł oryginalny – Die Katze und Der General, rok pierwszego wydania – 2018, rok pierwszego wydania polskiego – 2019.


BIBLIOGRAFIA

Pojedynek kociar z kotojadami. „Ciemno, prawie noc” – Joanna Bator

Tytuł – „Ciemno, prawie noc”

Autor – Joanna Bator

Wydawnictwo – WAB

Seria – Archipelagi

Rok – 2012

  • DLA KOGO – dla miłośników Wałbrzycha, dla koneserów literatury, historii i kultury polskiej, dla odważnych, odpornych i wytrwałych, dla każdego, kto nie jest ignorantem, dla wrażliwych na ludzką krzywdę, dla zadających sobie pytania o współczesność, dla miłośników baśni, legend, powieści inicjacyjnych, dramatów psychologicznych, romansów, kryminałów, thrillerów, powieści gotyckich i horrorów, dla ceniących sobie dobrze skonstruowaną fabułę, dla których styl, język, forma nie są obojętne, dla amatorów zabaw konwencjami, dla miłośników dobrej literatury po prostu
  • PO CO – by się zreflektować, by wytrącić z mentalnego komfortu
  • MOJA OCENA – 6/6

[…] gdy ktoś puka do drzwi, po prostu otwieram, bo złe i tak wejdzie bez pukania. (s. 294)

Każdy twórca przepuszcza rzeczywistość przez filtr swojej wyobraźni i wrażliwości, a efektem tego są dzieła o charakterystycznej estetyce. Efekty te niekiedy zaskakują bardziej, niekiedy mniej. Z jednymi się zgadzamy, z innymi polemizujemy. Jedne wzbudzają podziw i zachwyt, inne oburzają, wywołują konsternacje.

Joanna Bator przepuszczając polską rzeczywistość przez swój filtr, stworzyła dzieło, które wprawia w zdumienie, wywołuje grozę. Sama autorka mówi, że o polskiej rzeczywistości daje się opowiedzieć tylko w konwencji horroru. Naturalnym więc odruchem odbiorcy musi być odrzucenie tej wizji, brak na nią zgody. Po krótkiej jednak refleksji zaczyna zgadzać się z pisarką.

Powieść-worek

„Ciemno, prawie noc” to powieść oscylująca między baśnią, legendą, powieścią inicjacyjną, dramatem psychologicznym, romansem, kryminałem, thriller, powieścią gotycką i horrorem, to powieść mieszająca porządki – realny z nadprzyrodzonym (realizm z oniryzmem), to opowieść o duchach, które ingerują w życie ludzkie, o złu głęboko zakorzenionym, przybierających najrozmaitsze oblicza.

To istny miszmasz. Powieść-worek – jak proponował Witkacy – do którego można wszystko włożyć, co w konsekwencji jest mieszaniną stylów, gatunkowych prawideł i treści, w którym najważniejsze miejsce zajmują tzw. tematy istotne (filozoficzne, społeczne, psychologiczne). Powieść-patchwork stworzony z pstrokatych fragmentów, utartych obrazów, sformułowań, banałów, stereotypów.

Kociary kontra kotojady

Polska. Ziemie odzyskane. Wałbrzych. Dawniej Waldenburg. Miasto „przypominające […] akwarele jakiegoś ponurego artysty, używającego tylko brązu, brudnej bieli i szarości” (s. 118). Najbardziej ponury miesiąc w roku. Kraina z koszmaru sennego, której fundamenty tworzą kości ofiar nazistów i żołnierzy Armii Czerwonej, która skupia jak w soczewce wszystko to, co w człowieku i w świecie najgorsze. Gdzie trwa odwieczna walka dobra ze złem, kotojady (wszelkie objawy zła, które rozprzestrzeniają się w zawrotnym tempie) wiodą prym, a kociary (dobre duchy, które stoją po jasnej strony mocy) wyruszają na ratunek i dzielnie stawiają im czoła.

Alicja z Wałbrzycha

Główna bohaterka powieści, Alicja Tabor, dawniej Wielbłądka, siuśmajtka, niedobitek, dziś Alicja Pancernik, dziennikarka ze stolicy, reporterka od spraw beznadziejnych, perfekcjonistka, której światem były słowa, nie czyny, twarda, osobna, pojedyncza, niezwiązana, zdystansowana, nie wchodząca w bliższe relacje z innymi, która tylko relacjonuje świat zewnętrzny nie interweniując, nie angażując się, będąc tylko pozornie z rzeczywistością w kontakcie, która lubi być trzeźwa, wykąpana i zdolna do długiego biegu, wraca po wielu latach do rodzinnych stron, by zebrać materiał do reportażu na temat dzieci, które giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Reportaż jest tu jednak tylko pretekstem.

Alicja znajduje się w kluczowym momencie swego życia. To moment swoistego przejścia, przemiany. Minęło piętnaście lat odkąd na dobre opuściła rodzinne strony (po śmierci ojca). Po studiach we Wrocławiu wyjechała do stolicy, by tam jakoś żyć. To jednak okazało się niemożliwe. Wraca więc do Wałbrzycha, do opuszczonego domu, „by zrozumieć, co się stało” (s. 37), by zmierzyć się ze swoją nie do końca rozpoznaną przeszłością – odkryć ją, by móc ruszyć dalej, zbudować most pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, by przyszłość mogła zaistnieć, by w końcu mogła przestać żyć pozornie, zacząć żyć życiem nieograniczonym.

Zatem do rodzinnego miasta sprowadzają Alicję nie tylko sprawy służbowe, ale także jej własna bolesna i wciąż niejasna przeszłość, spychana w niepamięć (śmierć matki, samobójstwo ukochanej siostry, obsesja ojca na punkcie mitycznego skarbu Zamku Książ). Musi zmierzyć się nie tylko z demonami związanymi z historiami porwanych dzieci, ale i swoimi, prywatnymi. Musi zejść do podziemi. W każdym sensie, dosłownym i metaforycznym.

Alicja w tej króliczej norze, do której wpadła maleje i rośnie, przechodzi na drugą stronę, by w końcu, odmieniona, złapać pion i ruszyć dalej.

Piekło Dantego – „A to Polska właśnie”

Świat przedstawiony – siedlisko wszystkich polskich bolączek i szaleństw – tworzy tragiczna niemiecko-radziecka przeszłość miasta zderzająca się z „szaloną” teraźniejszością, z chorobami trawiącymi współczesną rzeczywistość. Okrucieństwa wojny kładą się cieniem na teraźniejszości, wpływając na losy monad poszczególnych. Z jednej strony mordy nazistowskie i gwałty radzieckich żołnierzy, wygnania, przesiedlenia, wszystko to, co znamy z historii, z drugiej zaś to, co najgorsze i najmroczniejsze tu i teraz, co znamy z autopsji.

Bieda, krzywda, ignorancja, frustracja, gniew, strach, podłość, zawiść, przeświadczenie o własnej wyższości, brak perspektyw, zdawanie się na to, co przyniesie los, niechciane macierzyństwo, niekochane dzieci, zaburzenia psychiczne, wszelkiego rodzaju przemoc, pedofilia, pornografia, wszelkiej maści patologie, deprawacje, dewiacje, upodlenie, wypaczona religia, fanatyzm religijny, pseudokatolicyzm, wszelkie odstępstwa od normy, odmienność, inność, wykluczenie, rasizm, nacjonalizm, brak tolerancji, miłości bliźniego, brak umiejętności słuchania, prowadzenia rozmowy, brak możliwości porozumienia, prostactwo, pieniactwo, bluźnierstwo, wandalizm, zwulgaryzowanie języka, mowa potępienia, pogardy, nienawiści, negacji, głęboko zakorzenione stereotypy, przywary… dość!

Alicja przemierza kolejne kręgi piekła Dantego, odkrywając za każdym razem, że może być jeszcze gorzej. Na zadowalający finał nie ma szansy. Koszmar nie był senny, był rzeczywisty. Ujawnił na szczęście, że zawsze liczyć można na istoty takie jak Dzika Baśka, Agnes Kociałapa, Apolonia Kitti Kitti, Kocińska, Malwa Makota, Markotka, Bakcyjka, Kokota, Ciotka Podkotek, Lidia Kociołek, Agnes Kociałapa, Święta Kocia, Makota, Maria Kocierzyńska, Brygida Kocurkiewicz, Szkotka.

Kunszt autorki

Bator jest doskonałą obserwatorką rzeczywistość, obdarzoną wyostrzonym zmysłem słuchu. Z dużym wyczuciem i znajomością tematu portretuje otaczającą rzeczywistość, nasze tu i teraz i nadaje mu uniwersalny wymiar.

Faktem jest, że autorka przepuszczając rzeczywistość przez filtr swojej wyobraźni i wrażliwość powołała do życia dzieło, które opowiada świat, napawający grozą, w który z jednej strony nie możemy uwierzyć, z drugiej zaś dobrze wiemy, że jest, dzieje się tu, w realności naszej, a nie gdzieś na peryferiach ludzkiej wyobraźni.

Język

Symbolicznym tego wszystkiego wyrazem wydaje się język, który okazuje się tu dodatkowym bohaterem powieści. Autorka idealnie oddaje styl wypowiedzi poszczególnych osób (na forach internetowych, w radiu, w taksówce, w pociągu, na klatce schodowej) pełen błędów, wyrazów-tworów, wulgaryzmów, bólu, rozpaczy, gniewu, frustracji, nienawiści. I to tu, w języku, dzieje się najwięcej. On oddaje najlepiej to, co w powieści najważniejsze.

Lektura powieści wiele wymaga od odbiorcy w sensie emocjonalnym. Jest bowiem niezwykle intensywna, naładowana, gęsta. Fizycznie trudno przebrnąć przez kolejne rozdziały, odsłaniające kolejne kręgi piekła. Jednocześnie trudno oderwać się od lektury, bo „Ciemno, prawie noc” jest świetnie opowiedzianą historią, w której autorka mieszając liczne konwencje i umiejętnie zacierając granice między tym, co dzieje się naprawdę a snem, majakiem, wytworem wyobraźni, halucynacją, między porządkiem realistycznym i fantastycznym (realizm i oniryzm bytują na tych samych prawach) rozpoznaje i portretuje rzeczywistość, by potrząsnąć odbiorcą, by się ocknął, przebudził, zreflektował.

[…] matka boska kura nioska co ma skrzydła dwa pod skrzydłami pod kołdrami niech pochowa nas […]. (s. 15)

*Wszystkie cytaty z dzieła pochodzą z tomu, Ciemno, prawie noc, Joanna Bator, Warszawa 2012.

** Rok pierwszego wydania – 2012.


BIBLIOGRAFIA

Egzystencja w skisłym sosie. „Szklany klosz” – Sylvia Plath

Tytuł – „Szklany klosz”

Autor – Sylvia Plath

Tłumaczenie – Mira Michałowska

Wydawnictwo – Zysk i S-ka

Seria – Kameleon

Rok – 1995

  • DLA KOGO – dla koneserów dzieł kultowych, klasyki literatury, literatury powszechnej, dla fanów literatury amerykańskiej, dla feministów i antyfeministów, dla kobiet i mężczyzn, dla dziewcząt i chłopców, dla każdego, kto nie jest ignorantem, dla zadających sobie pytania o współczesność, dla wielbicieli po prostu dobrej literatury
  • PO CO – by dyskutować
  • MOJA OCENA – poza oceną

„Szklany klosz” jest już dziś pozycją nieco zapomnianą, choć widniejącą na listach dzieł kultowych, obok „Lotu nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya czy „Buszującego w zbożu” J.D. Selingera. Czy jednak czytaną? Jest szansa, że tak. W tym bowiem  roku wydawnictwo Marginesy wznowiło powieść, co z pewnością sprawi, że kilka osób więcej po nią sięgnie. Oby więcej niż kilka, bo warto. „Szklany klosz” mimo że powstał ponad pół wieku temu przechodzi pomyślnie próbę czasu, mało tego, okazuje się powieścią wręcz współczesną, czy nowoczesną, pozbawioną anarchiczności czy to jeśli chodzi o formę, czy o treść, co stanowi doskonały punkt wyjścia do dyskusji o rzeczywistości w której dziś żyjemy.

Najlepszy okres życia

Ameryka, początek lat pięćdziesiątych. Zdolna, utalentowana i ambitna, z jednej strony dość pewna siebie, z drugiej stale wątpiąca w swoją wartość („bezgranicznie niekompetentna” (s. 85)) dziewiętnastoletnia studentka z prowincji, Esther Greenwood, tuż przed przekroczeniem progu dorosłości, tuż przed podjęciem ważnych dla swej przyszłości decyzji, tuż przed dokonaniem wyborów, których konsekwencje ponosi się przez całe życie, złapała Pana Boga za nogi – dane jej było bowiem przeżyć „najlepszy okres swojego życia” (s. 6), wygrała bowiem miesięczny staż w ekskluzywnym nowojorskim magazynie dla kobiet. Takie cuda mogą zdarzyć się tylko w Ameryce.

Szczyt marzeń

Nowy Jork, mieszkanie w hotelu wraz z kilkoma innym szczęśliwymi pannami, premiery, rauty, przyjęcia, pokazy, salony piękności, randki, tańce, alkohol, zabawa – szczyt marzeń dziewczyn z prowincji stał się rzeczywistością Esther. I choć brała w tym aktywny udział, choć korzystała z tego, to była poza tym wszystkim. Nie odczuwała z tego powodu szczęścia. Widziała to bowiem nieco inaczej i „dąsała się i brykała jak narowista klacz” (s. 37).

Rzeczywistość

Skonfrontowanie rzeczywistości z wyobrażeniami, planami, marzeniami rozczarowało Greenwood. Uzmysłowiło, że nie ma wpływu na swój los. Nadrzędny cel życiowy, jasny, sprecyzowany, wręcz oczywisty – nauka i pisanie – wyblakł, rozpłynął się. Dotychczasowe osiągnięcia – dobre wyniki w nauce, najwyższe stopnie, studia w college’u, poparcie Esther jako kandydatki na studia doktoranckie na pierwszorzędnej uczelni, obiecane stypendia – okazały się nic nieznaczące.

Dotąd miała dokładnie opracowany plan działania, wiedziała bowiem czego chce – stypendium, dalsze studia, podróż edukacyjna po Europie, później praca wykładowcy albo redaktora pisma literackiego, pisanie i wydawanie poezji. Pobyt w Nowym Jorku sprowadził jednak tę młodą, ambitną dziewczynę na ziemię. Uświadomił, że jej wysiłki i tak na nic się zdadzą. Dla takich jak ona, nie ma miejsca realnym świecie.

Demony Esther

Esther zdawała sobie sprawę ze swych niekompetencji życiowych, ze swego braku przysposobienia do życia w Ameryce w połowie XX wieku. Uważała, że jest nieprzystosowana do czasów w których przyszło jej żyć, że nie jest w stanie sprostać wyzwaniom zastanej rzeczywistości. Czuła się więc jak „koń wyścigowy w świecie, gdzie nie ma torów wyścigowych” (s. 85).

Małżeństwo, mąż, dzieci, słowem, rodzina – racja i cel życia kobiety w powszechnym mniemaniu – równało się Esther „przepierce mózgu – człowiek staje się czymś w rodzaju głupiego niewolnika w małym totalitarnym państewku” (s. 94). Ona bała się „zakotwiczenia w bezpiecznej małżeńskiej przystani” (s. 92). „Nudne by to było, zmarnowane życie dla dziewczyny po piętnastu latach nauki” (s. 93). Nie mogła znieść myśli, że mogłaby „stać się kiedyś całkowicie zależna od jakiegoś mężczyzny” (s. 231). Uważała, że nad głową kobiety „wisi gruby kij w postaci strachu przed ciążą” (s. 231). Nie potrafiła jak inne kobiety „oddawać się marzeniom o gromadzie rozkosznych, gaworzących maluchów” (s. 231), jakby to była „rzecz najnaturalniejsza w świecie” (s. 231).

Zapadanie się

Świat nie miał Esther nic do zaoferowania. I ona zdawała sobie z tego sprawę. Krótki pobyt w Nowym Jorku tylko utwierdził ją w tym przekonaniu i zakończył się załamaniem.

Przed sobą miała ostatni rok studiów i pisanie pracy dyplomowej. Liczyła też na stypendium na letni kurs pisarski, gdyż obawiała się beztroskiego wakacyjnego czasu. Niestety, stypendium nie przyznano i Esther miała przed sobą całą „beznadziejną, bezdenną przestrzeń lata” (s. 123), z którą nie wiedziała co zrobić. Pisać powieść? Ale jak pisać powieść bez doświadczenia życiowego? Uczyć się stenografii? Oddać się lekturze Finnegan’s Wake”? Przerwać studia na rok? Iść na kurs ceramiki artystycznej? Jechać do Niemiec? Pomysły mnożyły się, żaden jednak nie satysfakcjonował.

Esther widziała swoje dotychczasowe życie jako „słupy telefoniczne, rozstawione w regularnych odstępach wzdłuż drogi i połączone ze sobą drutami… dziewiętnaście słupów” (s. 132). Nie mogła jednak dojrzeć ani jednego słupa za ostatnim, za dziewiętnastym.

Nie mogła jeść, spać, czytać, pisać. Była rozczarowana swoimi osiągnięciami. Nie opuszczało ją poczucie klęski. Sądziła, że zmarnowała stypendium, pobyt w Nowym Jorku, żałowała, że odrzuciła propozycję małżeństwa zdolnego, prawego, przystojnego i inteligentnego studenta medycyny. Miała dość czytania nieskończonej liczby książek, pisania referatów na temat bliźniąt u Jamesa Joyce’a. Chciała, żeby wszystko było zwyczajne, jak w życiu każdej dziewczyny, ale wszystko, czym zajmowali się inni, wydawało jej się idiotyczne.

Esther tkwiła pod „szklanym kloszem własnej udręki, pławiąc się we własnym skisłym sosie” (s. 194) i dusząc „zagęszczonym powietrzem, wypełniającym wnętrze szklanego klosza” (s. 195). Pod tym kloszem tkwiła znieczulona, „zatrzymana w rozwoju jak embrion w spirytusie” (s. 248). Szklany klosz odkształcał jej widzenie świata.

Jak żyć?

Proszki nasenne, które zażywała już nie działały. Rodzinna lekarka zaproponowała wizytę u specjalisty – psychiatry. Ten zaś zalecił kurację elektrowstrząsową.

Z czasem, coraz częściej jej myśli krążyły wokół samobójstwa. Podejmowane próby – podcięcie sobie żył, przedawkowanie leków, utopienie się, powieszenie – okazywały się nieskuteczne. Esther nabrała jednak przekonania, że musi jej się w końcu udać, gdyż jej przypadek jest nieuleczalny i w przeciwnym razie zostanie w „tej idiotycznej sytuacji na dalszych dobre pięćdziesiąt lat” (s. 169) i skończy w zakładzie zamkniętym dla umysłowo chorych.

Leczenie przynosiło jednak ulgę, ale też rozczarowywało. Esther liczyła, że po kuracji będzie pewna siebie, pewna swoich zamiarów na przyszłość. Niestety, mimo prawdopodobnego stempla, stwierdzającego, że nadaje się do dalszej drogi, za rogiem czaiły się demony – natarczywe znaki zapytania i obawa, że pewnego dnia znów znajdzie się pod szklanym kloszem.

Kobieta poszczególna

W „Szklanym kloszu” oglądamy świat przez pryzmat wrażliwości, dojrzałości, bystrości, inteligencji, dystansu, humoru, ambicji, talentu, spostrzegawczości Esther, przez szklany klosz, który ją otaczał. Widzimy młodą kobietę, nadwrażliwą, neurotyczną, o niezwykle skomplikowanej, niejednoznacznej osobowości, która nie dostrzega dla siebie miejsca w tej patriarchalnej i konserwatywnej rzeczywistość Ameryki połowy XX wieku.

Kobieta ta nie mieści się bowiem w schemacie, nie dostrzega dla siebie roli w przyjętym od dawien dawna, niezmiennym i powszechne akceptowanym scenariuszu jaki pisany jest dla kobiet – zamążpójście, rodzenie dzieci – przeznaczenie i szczęście kobiet, słowem, ich jedyna racja bytu zdaniem większości. Ona nie akceptuje tego stanu rzeczy, który uznawany jest za oczywistość, nie podlegającą nawet refleksji. Nie marzy jak inne dziewczęta o małym białym domku na przedmieściach, o mężu i gromadce dzieci. Nie godzi się na uprzywilejowaną pozycję mężczyzn, którym wolno więcej, których nie rozlicza się, od których się nie wymaga, którzy nie są na cenzurowanym tak jak kobiety.

Esencja życia

Esther jest bohaterką powieści i jednocześnie jej narratorką. To ona w pierwszej osobie zdaje relację ze swojego życia. Relacja ta jest intensywna, naładowana, bardzo esencjonalna, skondensowana. Esther choć opowiada o sprawach dla niej trudnych i bolesnych, to potrafi zdobyć się na dystans, a niekiedy nawet drwinę. Dzięki temu łatwiej odbiorcy przebrnąć przez tę opowieść, której skrótowość może sugerować lekkość. Ostatecznie efekt jest wręcz przeciwny. Wraz z końcem ostatniego zdania spada na czytelnika jej ciężar.

Morze spraw

Powieść ta to niewielki objętościowo tekst, ale zakres jego problematyki jest ogromny. Plath zawarła w tej skromnej powieści całe morze kwestii niezwykle istotnych, które wciąż możemy na nowo analizować, odczytywać, interpretować; spraw, które nie straciły na znaczeniu, które dziś także budzą niepokój, które niekiedy się wypiera, które wciąż stanowią temat tabu, które otacza nimb tajemnicy, a które wciąż napierają i nie tracą nic ze swego impetu.

Warto podkreślić, że autorka poruszyła tu kwestie, które na horyzoncie dopiero majaczyły, o których dopiero świat miał usłyszeć – rewolucja seksualna, zmiana obyczajowości, rewolucja feministyczna i emancypacja kobiet dopiero miały nadejść.

Mówiąc, że „Szklany klosz” jest dla dziewczyn wchodzących w dorosłość, które buntują się przeciwko zastanemu stanowi rzeczy i nie dookreślając, pozbawimy powieść możliwości odczytania na wyższym poziomie. Owszem, jest to powieść formacyjna (Bildungsroman) – opowieści o dojrzewaniu, o kształtowaniu się osobowości człowieka – która pozwala nastoletniemu zbuntowanemu odbiorcy utożsamiać się z bohaterem i delektować weltschmerzem, ale „Szklany klosz” jest czymś znacznie więcej. Lektura powieści po przekroczeniu progu dorosłości pozwala spojrzeć szerzej.

Po pierwsze

To powieść-manifest feministyczny. Mamy tu bowiem jasno wyartykułowany sprzeciw wobec tradycyjnych ról kobiecych, wobec podrzędnej roli kobiety, wobec jej uprzedmiotowienia. Poruszone też zostały takie kwestie jak niezależność finansowa kobiet, swoboda seksualna czy dostęp do antykoncepcji.

Po drugie

„Szklany klosz” to opowieść o samotności, wykluczeniu, zepchnięciu na margines, odrzuceniu przez społeczeństwo, gdyż nie jest się w stanie dopasować, dostroić do ogólnie przyjętych norm, zasad; o tym, że nie ma w społeczeństwie miejsca dla jednostek, które nie mieszczą się w obowiązującym schemacie, które wychodzą poza ramy, które przekraczają wyznaczone granice; o barku miejsca na indywidualizm.

Po trzecie

Ta proza to studium depresji, to opowieść o chorobie psychicznej, która także stygmatyzuje i wyklucza, stawia pod znakiem zapytania każdy kolejny dzień, która pozbawia sił, by zawalczyć o siebie, o swoje.

Szklany klosz

Bohaterka powieści znalazła się pod szklanym kloszem, który wpływa na jej odbiór rzeczywistości. Czy szklany klosz zniekształca widziany obraz, czy wręcz przeciwnie, wyostrza go?

Z pewnością oddziela od świata zewnętrznego, daje poczucie osobności, obcości, nierealności, ale i dystansu, który pozwala na właściwy ogląd rzeczy, na zobaczenie więcej.

Autonomiczność

Sylvia Plath, wokół której krąży legenda poetki wyklętej, stworzyła dzieło prozatorskie, które szybko zyskało miano powieści kultowej, czyli takiej, która symbolizuje doświadczenia, wartości i postawy jakiejś grupy społecznej, jakiegoś pokolenia. Powieść stała się legendą. Rzeczywistość dopisała do niej bowiem tragiczny epilog – niespełna miesiąc po ukazaniu się powieści, autorka popełniła samobójstwo, co wpłynęło na odczytywanie tej prozy, jej interpretację.

Pewne teksty literackie, które naznaczone są biografią autora, odczytujemy przez tego pryzmat, nie zważając na to, że są autonomicznymi dziełami, które stanowią wartość samą w sobie, które i bez kontekstu biograficznego okazują się istotne, wartościowe. I „Szklany klosz” należy do tej kategorii. I choć ma znamiona powieści autobiograficznej, to należy do literatury pięknej, co daje odbiorcy więcej możliwości interpretacyjnych.

*Wszystkie cytaty z dzieła pochodzą z tomu, Szklany klosz, Sylvia Plath, Poznań 1995.

** Tytuł oryginalny – The Bell Jar, rok pierwszego wydania – 1963, rok pierwszego wydania polskiego – 1975.

Zderzenie dwóch światów. „Guwernantka” – Vladimír Macura

Tytuł – „Guwernantka”

Autor – Vladimír Macura

Tłumaczenie – Olga Czernikow, Michał Kunik

Wydawnictwo – Amaltea

Seria – Literatura Czeska

Rok – 2018

  • DLA KOGO – dla tych, których nurtują zawiłości relacji międzyludzkich, dla amatorów literatury czeskiej, dla koneserów beletryzowanych biografii, dla feministów, ignorantów, panien i kawalerów, żon i mężów, dla wścibskich, dla tradycjonalistów, dla wrażliwych na piękno języka, dla miłośników Wrocławia i Pragi, dla fanów dobrej literatury po prostu
  • PO CO – by się zastanowić, może, by zrewidować swoje przekonania
  • MOJA OCENA – 5/6

Zawód guwernanta/ki z końcem drugiej dekady XXI wieku wraca do łask. Trudniących się dziś tym fachem solidnie się wynagradza. Dawniej jednak profesja ta nie cieszyła się takim szacunkiem. Dla wielu niezamężnych i niezamożnych kobiet oraz biednych studentów była jedyna to szansa utrzymania się, jedyna możliwość zarobku.

Z czasem zmienił się prestiż i status guwernanta/ki, ale nie zmieniła się istota fachu. I o tej istocie mówi czeski literaturoznawca i pisarz, Vladimír Macura (1945-1999), w swojej „Guwernantce” – trzeciej części tetralogii powieściowej poświęconej czeskiemu odrodzeniu narodowemu, będącej rodzajem zbeletryzowanej biografii jednego z dziewiętnastowiecznych czeskich uczonych i literatów.

Opowieść o guwernantce

Tytuł jednoznacznie wskazuje kto tu jest bohaterem. Choć lektura powieści ujawnia, że sprawa jest nieco bardziej złożona. Narracja Macura bowiem to dwugłosowa wypowiedź bohaterów – małżonków, którzy zmagają się ze swoimi indywidualnymi światami, wewnętrznymi demonami; ludzi cierpiących, z jakże różnych powodów, rozczarowanych egzystencją, nieszczęśliwych, zniewolonych. Jednak autor poprzez tytuł, nieprzypadkowy przecież, podpowiada, że w tym duecie w istocie chodzi o postać kobiecą i o jej rzeczywistość.

Zbeletryzowana biografia

„Guwernantka” to oparta na biografii czeskiego poety i filologa, Františka Ladislava Čelakovskiego (postać historyczna, pierwszy profesor literatury słowiańskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, wykładał w latach 1842-1849), podwójna narracja opowiadająca o relacji małżonków na tle Wrocławia końca lat 40. XIX wieku, okresu, w którym miasto nawiedzają epidemie i powodzie, czasów niezwykle burzliwych dla całej Europy, w której wrze jak w tyglu, bo to czas Wiosny Ludów, ruchów narodowych, rewolucyjnych, które przeobrażają kontynent, burząc stary porządek.

Małżonkowie XIX wieku

On – podstarzały poeta, zacny profesor literatury słowiańskiej, wdowiec z gromadką dzieci i z misją do wypełnienia. Ona – młoda, wykształcona i ambitna kobieta z głową pełną marzeń. Związek dwojga ludzi, który nie powinien się zdarzyć. Z Pragi wyruszają do Wrocławia, by tam rozpocząć wspólny żywot. On obejmuje stanowisko profesora literatury słowiańskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, próbuje spełniać swą dziejową/ naukową misję, naucza/ poucza leniwych i gnuśnych jego zdaniem studentów, broni starego porządku, ale i zmaga się z nadchodzącą starością i zazdrością o młodą, piękną żonę, ona zaś przyjmując rolę małżonki i opiekunki, porzuca swe ambicje i marzenia, po cichu sprzyjając duchowi rewolucji; spełnia małżeńskie powinności, otacza opieką potomstwo męża – spadek po zmarłej, którym z dnia na dzień została obdarowana, walcząc przy tym z duchem swej poprzedniczki i obcym, nieprzyjaznym jej miastem.

Dwie narracje, dwa światy

Ta podwójna narracja ujawnia rozdźwięk pomiędzy światami małżonków. Ukazuje istnienie dwóch odrębnych, nie przystających do siebie, nie mających ze sobą nic wspólnego rzeczywistości. Jawi się jako opowieść o barku porozumienia i zrozumienia, braku chęci poznania, próby wejrzenia w duszę małżonka. Tyle że pozycja bohaterów tych nie jest jednakowa. Mowa przecież o pierwszej połowie XIX wieku, więc nie może być inaczej – on jest zacnym profesorem, głową rodziny, w rzeczywistości zgorzkniałym, apodyktycznym tradycjonalistą, dla którego system patriarchalny jest nie do naruszenia, ona… guwernantką:

[…] mąż sprawił mi nową poduszeczkę do igieł i tkaninę do haftu, żebym już nie miała wątpliwości, czym powinnam się zajmować przez resztę życia. (s. 95)

Wodzę wzrokiem za swoją rodziną jak kwoka za kurczętami. Jak guwernantka za podopiecznymi. (s. 29)

Udaję, że patrzę na dzieci i pilnuję, czy dobrze się zachowują. Jestem w końcu wzorową guwernantką. (s. 35)

Dwie przeplatające się narracje, które początkowo wywołują u odbiorcy dezorientację (przez chwilę trudno wychwycić do kogo należą poszczególne akapity – autor w żaden sposób nie sygnalizuje tego) są odmienne nie tylko pod względem treści, ale i formy, która oddaje to, co zostaje niewypowiedziane, dopowiadając w ten sposób to, co istotne.

Ten cichy czy wręcz niemy konflikt małżonków, to sportretowanie dwóch jakże odmiennych, tak bardzo kontrastujących ze sobą osób jest też metaforą chwili w dziejach Europy. Narracja, charakter, postawa, uosobienie Františka symbolizują stary porządek, który chyli się ku upadkowi, Antonii zaś, z jej kiełkującą postawą feministyczną, nowe, to, co napiera, od czego nie ma odwrotu, to, co nieuchronne.

To niewątpliwie także metafora odwiecznego sporu – klasyków z romantykami.

Guwernantka – Antonie

Antonie jest młodą, wykształconą, postępową, ambitną, świadomą siebie kobietą, która pragnie więcej niż świat mógł jej wówczas zaoferować, której wyobrażenia o życiu rozminęły się z rzeczywistością. Egzystencja jaką zaczęła wieść, rozczarowała ją. Marzyła o nowych doświadczeniach, o podróżach, przygodach, o wielkiej miłości, o otwarciu szkoły dla młodych panien, o dokonaniu czegoś:

[…] czuję, że nie jestem tam, gdzie powinnam. […] Zawsze sądziłam, że mam inny cel, inne powołanie, niż bycie żoną swego męża, gospodynią jego kuchni i matką jego dzieci. (s. 128)

Ma w domu poetę, i to z prawdziwego zdarzenia, jada z nim przy stole, sypia w jednym łożu – jeszcze jej nie dość? (s. 80).

Nawet gotować nie umie, laleczka z porcelany. Przy spełnianiu obowiązku małżeńskiego zamyka oczy i aż do końca leży jak kłoda. A w myślach niewątpliwie rozpamiętuje co pikantniejsze sceny z romansów albo z własnych nieprzyzwoitych snów. (s. 98)

Dlaczego więc poślubiła podstarzałego wdowca? Z poczucia obowiązku:

Może nawet wtedy, gdy Ladislav przyjechał do Pragi poprosić mnie o rękę, a ja powiedziałam „tak” – może nawet wtedy wierzyłam, że decyduję się na coś wielkiego i wzniosłego. Najwyraźniej od dawna przyświecało mi hasło „Wspierajmy poetów”. Troska o nich to przecież służba ojczyźnie! Jak to więc możliwe, że spotkał mnie tak pospolity, ordynarny koniec: wspólne łóżko, upstrzone plamami krwi i nasienia, zastawiony naczyniami stół, mnóstwo szycia i codzienna mordęga z dziećmi? (s. 128).

Małżeństwo stało się dla niej chwilą rezygnacji z aspiracji, pragnień, chwilą pożegnania ze światem swych wyobrażeń, chwilą zniewolenia, uwięzienia, wtłoczenia w schemat, w ramę konwenansów, ówczesnych powinności kobiety, w potulność, w spełnianie obowiązków, posłuszeństwo, w pełne poddaństwo, w istocie w zniewolenie.

Nowe idzie

Tłamszona, buntuje się przeciwko temu, co ją spotkało, przeciwko wszelkim ograniczeniom, narzuconym konwenansom, normom społecznym. Próbuje wyrwać się z roli guwernantki. Jej bunt, z dzisiejszego punktu widzenia, jawi się raczej jako bierność, pasywność, wówczas jednak, już brak zgody na narzuconą rolę społeczną kobiety, sama świadomość tego było czymś nowym, wywrotowym wręcz – było pierwszym krokiem w kierunku zmiany porządku świata.

Stare odchodzi

Antonie umiera za życia obok męża-mizogina, człowieka, który w istocie nienawidzi kobiet, którymi wręcz się brzydzi (mimo że zmarłą żonę darzy estymą, można jednak przypuszczać, że na ten szacunek zmarła „zasłużyła” sobie swą potulnością):

To takie nieprzyzwoite, kiedy kobiety i mężczyźni podróżują jednym dyliżansem. Zwłaszcza w nocy. Powinno się tego zakazać. Co na to Kościół? Czemu te kobiety ciągle gdzieś nosi? Nie mogą usiedzieć w domu? Mało to bałaganu jest już na tym świecie? (s. 165)

Portret męża budzi odrazę czytelnika, ale należy zaznaczyć, że to człowiek nieszczęśliwy, wyraźnie odczuwający nadchodzącą nieubłaganie starość, swoją zbędność. To konserwatysta, który jest świadomy daremności czynionych wysiłków, by stary porządek, jego wartości i idee ocalić, by rządzące nim zasady zachować, zdający sobie sprawę, że jego świat odchodzi, że nieubłaganie nadciąga nowe, szalone, niepojęte dla niego.

Bohaterowie drugiego planu

Na koniec należy wspomnieć o dwóch osobnych, ale jakże ważnych, bo wyróżniających powieść, nadających jej swoistego charakteru, bohaterach.

Po pierwsze, „Guwernantka” to także język. Nie tylko ten, którym proza ta jest pisana (kunsztowny, elegancki), ale także ten, którym zajmują się małżonkowie. On jest przecież filologiem i poetą, pracuje więc w języku i za jego pomocą wyraża siebie, w nim to odnajduje swą duszę, znajduje ukojenie, spełnienie. Podobnie jest z nią. Dla Antonii literatura to jedyna możliwa forma ucieczki od świata jej nieprzyjaznego, w której także znajduje ukojenie jej zbolała dusza.

Po drugie, opowieść Macury rozgrywa się na tle Wrocławia (też Pragi, choć w znacznie mniejszym stopniu) – nieprzyjaznego bohaterom miasta, w którym nie są w stanie się odnaleźć, poczuć dobrze, swobodnie, u siebie, które jawi się im jako przyczyna wszelkich ich nieszczęść. Miasto to miało dla twórcy istotne znaczenie (uświadamia to posłowie powieści Zofii Tarajło-Lipowskiej) – prace badawcze autora przed przystąpieniem do pisania powieści były zakrojone na szeroką skalę. Pogłębione studium topograficzne Wrocławia, uwiecznienie przestrzeni tamtego czasu, pozwoliło autorowi zniuansować i uwiarygodnić stan ducha tychże monad poszczególnych.

*Wszystkie cytaty z dzieła pochodzą z tomu, Guwernantka, Vladimír Macura, Wrocław 2018.

** Tytuł oryginalny – Guvernantka, rok pierwszego wydania – 1997, rok pierwszego wydania polskiego – 2018.

Skutki uboczne upiornej zabawy. „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” Mary Shelley

Tytuł – „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz

Autor – Mary Shelley

Tłumaczenie – Maciej Płaza

Wydawnictwo – Vesper

Rok – 2013

  • DLA KOGO – dla koneserów klasyki literatury, literatury powszechnej, anglosaskiej, powieści gotyckiej, epistolarnej, szkatułkowej, science fiction, dla fanów popkultury, dla feministów, dla tych, którym nie jest obojętna nasza przyszłość, dla zadających sobie pytania o współczesność
  • PO CO – ku przestrodze
  • MOJA OCENA – poza oceną

Nieśmiertelny

200 lat powieści

W roku 1818 – dokładnie dwa wieki temu – w Londynie ukazała się powieść „Frankenstein” niejakiej Mary Shelley. Ta rocznica jest doskonałą okazją, by pokazać tę klasyczną, jakże piękną i wizyjną opowieść, która choć sprzed dwustu lat, to porusza kwestie, które i dziś są dla ludzkości zasadnicze.

Mary Shelley – cudowne dziecko

Mary Shelley – urodzona 30 sierpnia 1797 roku, córka dwójki intelektualistów, Mary Wollstonecraft (zmarła w połogu po urodzeniu Mary), pisarki, filozofki, pionierki myśli feministycznej, znanej bojowniczki o prawa kobiet (autorki książki „Wołanie o prawa kobiet”), owianej legendą wolnomyślicielki i kobiety wyzwolonej oraz Williama Godwina, utylitarysty i prekursora anarchizmu, pisarza, wybitnego i radykalnego myśliciela społeczno-politycznego – to postać nietuzinkowa. Cudowne dziecko, erudytka, inteligentna, oczytana, jako córka „dwóch wybitnych postaci świata literackiego”[1], wychowana w intelektualnej atmosferze rodzinnego domu, mogła stać się tylko niezależnie myślącą kobietą, ciekawą otaczającej rzeczywistości. Mimo braku formalnej edukacji, otrzymała szerokie wykształcenie, co w XIX wieku czyniło ją jedną z najlepiej wykształconych kobiet epoki. Wegetarianka, anarchistka, podróżniczka, poetka, pisarka, prekursorka powieści science fiction, autorka najsłynniejszej powieści gotyckiej w historii literatury, dziewiętnastoletnia twórczyni mitu wszech czasów, też żona i matka.

Niestety, to cudowne dziecko za życia nie zdobyło uznania. Istniała w powszechnym mniemaniu jedynie jako córka Mary Wollstonecraft i Williama Godwina oraz wdowa po słynnym Percym Shelleyu (utonął podczas sztormu w 1922 roku), ale nie jako pisarka, mimo że była autorką nie tylko „niebezpiecznie wywrotowego”[2] i „bulwersującego debiutu”[3], „ekscentrycznego wybryku”[4], „historycznoliterackiej ciekawostki”[5], ale i dramatów, powieści historycznych, katastroficznych i współczesnych.

Od najmłodszych lat Mary Godwin myślała o twórczości literackiej. W każdej wolnej chwili pisała opowieści. Ale ponad wszystko lubiła „budować zamki na pisaku, puszczać wodze fantazji i snuć rozmyślania osnute wokół wyimaginowanych zdarzeń”[6]. Te „podniebne wzloty […] imaginacji”[7] były największą jej pociechą w niełatwym czasie (po śmierci matki Mary, ojciec poślubił kobietę, która nienawidziła swej pasierbicy, co pozbawiło dziewczynkę sielskiego dzieciństwa).

W wieku szesnastu lat Mary poznała wolnomyśliciela i poetę Percy`ego Shelleya, przyszłego autora słynnego dramatu „Prometeusz wyzwolony”, z którym wkrótce się związała (ten porzucił żonę i dwoje dzieci) i uciekła na kontynent do Francji i Szwajcarii.

Do Anglii kochankowie powrócili po trzech miesiącach. Mieszkając w Londynie i stale ukrywając się przed wierzycielami, żyli zgodnie z duchem Godwinowskim.

Wkrótce kochankowie znów udali się w podróż do Europy.

Rok bez lata – geneza

Między 15 a 18 czerwca, w 1816 roku, w tak zwanym roku bez lata (efekt wybuchu wulkanu w Indiach Wschodnich – chmura pyłu w ciągu kilku miesięcy rozprzestrzeniła się, znacząco ograniczając natężenie promieniowania słonecznego, a świat nawiedziły katastrofalne anomalie klimatyczne), podczas pobytu kochanków w Szwajcarii (nad Jeziorem Genewskim), która to przeżywała wówczas istny najazd Anglików z powodu trudnej sytuacji gospodarczej wyspy, kiedy to w towarzystwie jednego z największych angielskich poetów i dramaturgów, lorda George Byrona oraz jego osobistego lekarza i pisarza, Anglika włoskiego pochodzenia, który wprowadził postać wampira do literatury romantycznej, Johna Polidoriego, urozmaicali sobie zimne i deszczowe wieczory na wszelkie możliwe sposoby, zrodził się pomysł na opowieść o Frankensteinie.

Pewnego wieczoru towarzystwo zabijało nudę czytaniem opowieści o widmach, upiorach, duchach i zjawach. Pod wpływem tych historii, Byron zaproponował, by każde z nich napisało podobną. Pomysł przyjęto z wielkim entuzjazmem. Wieczór ten przeszedł do legendy, jako wieczór, podczas którego zbudzono ciemne moce, które po latach pokarały uczestników przedwczesną śmiercią[8].

Pokłosiem pamiętnej zabawy literackiej w wymyślanie historii o duchach stał się właśnie „Frankenstein”. Godwin najpoważniej potraktowała rzucone przez lorda wyzwanie. Nic dziwnego skoro rękawicę rzucił sam Byron – wielki poeta, w którym Mery podkochiwała się. Poza tym kochanek, który wielbił swą wybrankę jako córkę dwójki wybitnych ludzi, wielokrotnie namawiał utalentowaną i nie ustępującą intelektualnie pozostałym towarzyszom, ale zbyt skromną, niepewną siebie i zakompleksioną Mary, by udowodniła, że jest godna swych rodziców i „wpisała swe nazwisko do księgi sławy”[9].

Podobno sam pomysł zrodził się z „filozoficznej rozmowy o naturze życia”[10] Byrona i Shelleya. Według Godwin była to debata nad tym, skąd bierze się życie, na czym polega i czy da się je tchnąć w materię nieożywioną. Przyszłą autorkę „Frankensteina” zaczęło nurtować pytanie – czy dałoby się „spreparować z osobna poszczególne części ciała, połączyć je w całość i tchnąć w nie witalne ciepło?”[11].

Owładnęła nią samowolnie wyobraźnia, oczom umysłu zaczęły ukazywać się obrazy żywsze niż rojenia, widoki, widma, zwidy, majaki przerażające, pełne grozy[12] – oto rodził się twór Frankensteina.

Na marginesie wspomnę, że z tej literackiej zabawy poza dziełem Mary jedynie „Wampir” Polidoriego przeszedł do historii literatury gotyckiej jako jedna z pierwszych klasycznych opowieści wampirycznych, która zapoczątkowała nowy gatunek literatury fantastycznej.

Trzy w jednym – filozofia, nauka, popkultura

W roku 1818 „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” – zapis tego koszmarnego przywidzenia, jak podaje sama autorka we wstępie do trzeciego wydania powieści, prekursorskie dzieło z gatunku science fiction – wyszedł drukiem.

Mary, po powrocie do Anglii, poślubieniu Shelleya (po samobójczej śmierci jego pierwszej żony), pracowała nad historią naukowca i jego dzieła blisko dwa lata. W zamyśle autorki miała to być krótka nowelka, jednak za namową męża zdecydowała się na obszerniejszą formę. Wiosną 1817 roku ukończyła powieść, która w roku następnym ujrzała światło dzienne.

Nie było łatwo – temat i fakt, że twórcą tego „obrazoburczego” tekstu jest kobieta, sprawiały, że wydawcy nie byli zainteresowani publikacją. Ostatecznie powieść ukazała się anonimowo (nakładem pięćset egzemplarzy), po zmianach wprowadzonych przez Percy`ego Shelleya (skala ingerencja była dość szeroka) i z jego przedmową. Dopiero drugie wydanie powieści, z 1923 roku, było podpisane nazwiskiem autorki. Wydanie trzecie, poprawione przez samą Mary, w istocie zaś przerobione (różnice pomiędzy wydaniem pierwszym a trzecim nie są powierzchowne), ukazało się w 1931 roku.

Recenzje były skrajnie różne, dzięki czemu powieść zyskiwała popularność. Szybko też trafiła do „krwiobiegu kultury popularnej”[13].

„Frankenstein” należy do klasyki literatury powszechnej, do klasyki dzieł literatury angielskiej, by być precyzyjniejszym, do klasyki dzieł doby romantyzmu, epoki, która zadawała kłam szkiełku i oku mędrca (choć echa oświeceniowej myśli filozoficznej także widać w książce Shelley), do dzieł, które wybiegały daleko w przyszłość.

Jednym z głównych gatunków angielskiego preromantyzmu i romantyzmu była powieść gotycka, będąca odpowiedzią na literaturę oświeceniową i z tej tradycji wyrosła powieść Shelley.

„Frankenstein” należy też do kanonu kultury masowej, która niestety pozbawiła utwór najcenniejszego wymiaru. Wypaczyła go bowiem i spłyciła jego problematykę, uwydatniając jedynie potworność i grozę (doszło nawet do tego, że błędnie określa się imieniem „Frankensteina” nie twórcę monstrum, tylko samego potwora).

A przecież „Frankensteina” to powieść filozoficzna, która dotyka spraw zasadniczych dla ludzkości, kwestii moralnych. To także powieść naukowa, bo poza tym, że dotyczy kwestii uniwersalnych, dotyczy także tego, co bieżące, aktualne i też tego, co dopiero majaczyło (wciąż majaczy) na horyzoncie.

Młoda autorka romantyzmu, interesująca się nauką, głównie fizyką, chemią, fizjologią, doskonale rozumiała, że badania naukowe wprowadzą społeczeństwo w nową erę. Przewidziała najważniejsze nurty myślowe XIX wieku.

Poza tym wszystkim „Frankenstein” jest też powieścią szkatułkową i epistolarną – Walton, kapitan statku zmierzającego na biegun północny, opisuje w listach do siostry spotkanie z Frankensteinem, zaś Wiktor Frankenstein opowiada Waltonowi swą historię, głos zabiera także sam potwór.

Prosta historia

Fabuła powieści nie jest zbyt skomplikowana, wręcz naiwna, podana konwencjonalnym stylem. Angielski żeglarz-marzyciel, który pragnął dotrzeć tam, dokąd jeszcze nikt nie dotarł, podczas swej wyprawy życia utknął wśród arktycznych lądów. Pewnego dnia dotarł do jego statku wycieńczony rozbitek. Po odzyskaniu sił opowiedział żeglarzowi historię swego życia. W istocie to niesamowita opowieść – zasadnicza część powieści – o dziele niejakiego doktora Wiktora Frankensteina, szwajcarskiego uczonego, uznanego chemika, zafascynowanego nowymi dokonaniami nauki, możliwościami jakie rysują się przed człowiekiem w obliczu nowych wynalazków, owładniętego obsesją przeniknięcia największych tajemnic natury, choć zaczynającego swą przygodę z nauką od fascynacji przednaukowych – alchemicznych i okultystycznych, któremu blisko do renesansowych alchemików czy demiurgów (alegoria dziejów nowożytnej nauki); o stworzeniu ludzkiej istoty, która obróciła się przeciwko swemu stwórcy (jak Golem, gliniany olbrzym, który się buntuje).

Monstrum Frankensteina – bezimienna istota – było efektem obsesyjnych działań naukowca, wieloletnich poszukiwań i badań, eksperymentów nad odkryciem możliwości przywracania życia zmarłym i stworzeniem nowego idealnego człowieka.

Poznanie sekretu ożywienia martwej materii i pobudzenie jej było dokonaniem niemożliwego, czegoś o czym człowiek do tej pory tylko mógł marzyć.

Jednak powołany do życia twór – monstrualna karykatura człowieka – daleki był od idealizowanej wizji twórcy. Uczony, rozczarowany i przerażony swym dziełem, porzucił je.

Monstrum okazało się istotą świadomą i wrażliwą, cierpiącą przez ludzkość, która nie była gotowa na przyjecie do swojej społeczności kogoś o tak odrażającym, wywołującym nie tylko strach, ale i obrzydzenie wyglądzie. Odrzuciła potwora, skazując go na samotność. W delikatnej, czułej i cierpiącej istocie powoli zaczęła rodzić się złość, nienawiść i chęć zemsty na swym ojcu. Szybko pokazała do czego jest zdolna, jak okrutna potrafi być. Dała jednak Frankensteinowi szansę. W zamian za święty spokój zażądała od swego stworzyciela towarzyszki życia, dzięki której nigdy więcej nie czułaby się samotna. Doktor pod presją obiecał spełnić żądania potwora, wkrótce jednak, uzmysławiając sobie jakie mogą być tego konsekwencje, czym będzie zaludnienie świata tego typu istotami, postanowił nie spełniać danej obietnicy. Ściągnął tym samym na siebie i ludzkość gniew potwora. Po utracie najbliższych wyruszył w pościg za monstrum, by je unicestwić. Nie zdołał jednak tego dokonać. Przed śmiercią wymusił na żeglarzu obietnicę, by ten dokończył działa za niego.

Istota kultowej powieści

Tak oto twór Frankensteina grasuje po dziś dzień, pełen nienawiści do rodzaju ludzkiego i żądzy zemsty. To człowiek zrobił z niego potwora, nie potrafiąc wyzbyć się swych uprzedzeń. Nie był gotów na przyjecie do swojej społeczności kogoś o takim wyglądzie. Odrzucił go, gdyż nie potrafił dostrzec w nim jego dobrej natury. Istota niewinna, czysta, wrażliwa, świadoma i inteligentna za sprawą swej zewnętrzności, poprzez którą była widziana i oceniana, stała się bezwzględnym monstrum. Z czasem istota owa zrozumiała jak bardzo różni się od ludzi, co zmusiło ją do banicji. W cierpiącym z powodu samotności tworze powoli zaczęła rodzić się złość, nienawiść, w końcu chęć zemsty. Tak oto twór Frankensteina, z istoty pragnącej jedynie miłości i akceptacji, stał się monstrum, które przynosi zgubę ludzkości.

Tak oto skończyła się historia współczesnego Prometeusza, który niczym mityczny tytan, zbuntował się przeciwko bogom. Tyle że mityczny Prometeusz chronił swe dzieło, współczesny – brzydził się nim.

Tak oto skończyła się historia Frankensteina, który niczym Faust – piętnastowieczny alchemik, astrolog, naukowiec, który by posiąść wiedzę, podpisał pakt z samym Mefistofelesem, ale ten skręcił mu kark i zabrał jego duszę do piekła – pragnął przeniknąć największe tajemnice natury.

Tak oto skończyła się historia Frankensteina, który niczym Bóg „ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą”[14].

Tak oto skończyła się historia Frankensteina, człowieka wierzącego w siłę ludzkiego rozumu, dumnego z własnych osiągnięć, który nie zastanawiał się nad ich konsekwencjami. Z czasem jednak zrozumiał, że jego indywidualne poczynania, egoistyczne ambicje doprowadziły ludzkość do zguby. Dojrzał do wzięcia odpowiedzialności za swe czyny, gdy pojął czym kończy się zabawa w Boga. Nie wyjawił więc w jaki sposób stworzył swoje monstrum.

Tak oto skończyła się historia Frankensteina – maga, alchemika i uczonego, prototypu późniejszego szalonego naukowca.

Niewątpliwie naiwna fabuła powieści odchodzi w cień, gdy zastanowimy się nad jej wymową, czym faktycznie jest to kultowe dzieło – rozważaniem na temat kondycji ludzkiej.

„Frankenstein” jest powieścią rozpiętą „między odległymi epokami ludzkiej myśli”[15] – mitycznej, biblijnej, średniowiecznej i współczesnej autorce.

Ważniejsze jest jednak to, co wykracza daleko w przyszłość. „Frankenstein” ukazuje bowiem lęki towarzyszące odkryciom naukowym, obawy przed zagrożeniami płynącymi z eksperymentów, w których nie zna się granic. Jest przestrogą przed niekontrolowanym postępem. Co brzmi po dwustu latach, w erze biotechnologii, inżynierii genetycznej, klonowania, niezwykle aktualnie.

Innym, nie mniej ważnym problemem z dzisiejszego punktu widzenia poruszonym w tej niezwykłej powieści jest kwestia odmienności – Innego, którego ludzkość nie potrafi przyjąć.

„Frankenstein” jest fenomenem jeśli chodzi o mnogość interpretacji – psychologicznej, biograficznej, feministycznej, społecznej, marksistowskiej.  I co niezwykle ważne, żadna z tych interpretacji nie wyklucza pozostałych, jedna drugiej nie znosi, nie przeczy.

Mary Shelley w swej powieści mnoży problemy natury najrozmaitszej. Nie udzielając przy tym jasnych odpowiedzi, nie rozstrzyga ani nie ocenia żadnej z poruszonych kwestii jednoznacznie. Pozostawia to nam – czytelnikom ery nowoczesnej, którzy pochylając się nad „Frankensteinem”, będą bez końca odkrywać kolejne znaczenia, kolejne wymiary, kolejne sensy.

Ps. Wydawnictwo Vesper w 2013 roku po raz pierwszy w Polsce opublikowało „Frankensteina” Mary Shelley z roku 1818 w przekładzie i opracowaniu Macieja Płazy – wersję, która pozbawiona jest autorskiej cenzury. Wcześniejsze polskie wydania „Frankensteina” to były tłumaczenia Henryka Goldmana (1925) i Pawła Łopatki (2005) wersji z 1831.

Publikacja wydawnictwa Vesper poza tym, że zawiera nieocenzurowaną i do tej pory nieznaną polskiemu czytelnikowi wersję „Frankensteina”, to prezentuje w „Aneksie” utwory, które są pokłosiem upiornej zabawy w roku bez lata – dokument legendarnych okoliczności powstania jednej z najsłynniejszych powieści świata.

* Tytuł oryginalny – Frankenstein; or, the Modern Prometheus, rok pierwszego wydania – 1818, rok pierwszego wydania polskiego – 1925.


[1] Maciej Płaza, Posłowie. Galwaniczna alchemia i niebyt utracony, w, Mary Shelley, Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz, tłum., oprac. Maciej Płaza, Czerwonak, 2013, s.

[2] Ibidem, s. 330.

[3] Ibidem, s. 334.

[4] Ibidem.

[5] Ibidem.

[6] Mary Shelley, Wstęp do trzeciego wydania „Frankensteina”, w,  Shelley, op., cit., s. 270.

[7] Ibidem.

[8] Płaza, op. cit., s. 336.

[9] Shelley, Wstęp, op. cit., s. 271.

[10] Płaza, op. cit., s. 323.

[11] Shelley, Wstęp, op. cit., s. 274.

[12] Ibidem.

[13] Płaza, op. cit., s. 330.

[14] Księga Rodzaju, w, Biblia Tysiąclecia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Poznań, 1998, Rdz 2, 7.

[15] Ibidem, s. 339.

BIBLIOGRAFIA