Więcej niż epopeja. „Genialna przyjaciółka” – Elena Ferrante

Tytuł – „Genialna przyjaciółka”

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Alina Pawłowska-Zampino

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2014

 

Tytuł – „Historia nowego nazwiska”

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Lucyna Rodziewicz-Doktór

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2015

 

Tytuł – „Historia ucieczki”

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Lucyna Rodziewicz-Doktór

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2016

 

Tytuł – „Historia zaginionej dziewczynki”

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Lucyna Rodziewicz-Doktór

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2016

 

  • DLA KOGO – dla kobiet ciekawych siebie, nie tylko dla kobiet (dowód: zachwyt Marcina Mellera 😉 ), dla koneserów dzieł totalnych, monumentalnych, dla fanów dobrze skrojonych fabuł i opowieści z pełnokrwistymi bohaterami, dla wielbicieli Włoch
  • PO CO – by poszerzać horyzonty empatii
  • MOJA OCENA – 6/6

Cykl powieści Eleny Ferrante, którego całość nosi tytuł „Genialna przyjaciółka” (zwany cyklem neapolitańskim, czy tetralogią neapolitańską), składa się z czterech części – tom 1 – „Genialna przyjaciółka”, tom 2 – „Historia nowego nazwiska”, tom 3 – „Historia ucieczki”, tom 4 – „Historia zaginionej dziewczynki” – i na polskim rynku zaczął pojawiać się w roku 2014. Wiosną zaś 2016 roku dobiegł końca.

Każda powieść cyklu jest pełna, autonomiczna, skończona, ale tylko razem, tylko w zestawieniu, w ciągu, ujawniają czym są w istocie. Co sprawia, że cykl neapolitański po prostu zachwyca. Osobno są to po prostu dobre powieści, razem ukazują fenomen Ferrante, fenomen tej tetralogii.

Genialna przyjaciółka razy dwa

Więcej niż epopeja

Czym w istocie jest ta seria? Najpierw jednak zarys fabuły:

Sześćdziesięcioletnia Elena Greco dowiaduje się, że Lila, jej przyjaciółka z czasów dzieciństwa, zniknęła bez śladu. Elena przypuszcza, że przyjaciółka wprowadziła w życie swoje odwieczne pragnienie zniknięcia ze świata, w którym żyła, usunąwszy przedtem wszelkie ślady swego istnienia. Chcąc znaleźć wytłumaczenie dla tego gestu, Elena postanawia opowiedzieć niezwykłą historię ich przyjaźni. I tu rozpoczyna się podróż w przeszłość, która przeniesie czytelnika w lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, na przedmieścia Neapolu[1].

Ten krótki cytat  doskonale mówi o czym jest cykl – epopeją jak nic, a zatem utworem przedstawiającym obraz społeczeństwa w przełomowych momentach historycznych[2].

To wszystko prawda, ale jakby wypowiedziana tylko do połowy, gdyż nie ujawnia tego, co w gruncie rzeczy najistotniejsze. W tym przypadku w owej „historii ich [kobiet] przyjaźni” skrywa się sedno.

W opowieściach niewątpliwe najbardziej interesujący są ludzie! A dokładniej? Relacje międzyludzkie! A jeszcze bardziej ukonkretniając – relacje między kobietami. I w tejże epopei mamy dokładną, głęboką i fascynującą analizę tego zjawiska. A wszystko to z historią w tle, historią powojennych Włoch, w dekoracjach głównie neapolitańskich. Czy czegoś więcej  potrzeba?

Jakby tego było mało, powieści te mówią o czymś jeszcze. Opowiadają o tym, jak człowiek staje się pisarzem.

Ferrantowska powieść

Cykl „Genialna przyjaciółka” (używam tego tytułu w odniesieniu do całości, a tylko do pierwszego tomów) ma charakter nieco autobiograficzny czy quasi-autobiograficzny. Zaciera się tu bowiem granica między autorem a narratorem. Pisany jest w pierwszej osobie, a główna bohaterka/ narratorka, Elena oczywiście, na naszych oczach staje się pisarzem. I tu na myśl przychodzi „Moja walka” Karla Ove Knausgårda czy z – co jest największym chyba z możliwych komplementów, największą nobilitacją – „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta[3]. To dla niektórych może być dodatkową zachętą, ale należy mieć na uwadze fakt, że ta proza jest na wskroś Ferrantowska.

Realizm odnowiony

Nastał dla opowieści znów dobry czas (tak już kiedyś było), co jest ciekawym zjawiskiem, rzekłabym nawet, że paradoksalnym, bo wydawałoby się, że czasy sprzyjają raczej migawkom, błyskom, fragmentom, skrawkom, a nie narracjom, które ciągną się przez setki stron (cykl Ferrante liczy ponad dwa tysiące), co wymaga samozaparcia, samodyscypliny, zaangażowania i sporego poświęcenia. Widać potrzeba nam jakiejś stałości, punktu constans, zakorzenienia po prostu, pewności, a to wszystko przecież sprowadza się do jednego, do poczucia bezpieczeństwa, którego teraz jest jak na lekarstwo. Tego chyba poszukują i dzisiejsi twórcy, i dzisiejsi książkoholicy, choć podejrzewam, że większość, że każdy, jeśli nawet nie do końca to sobie uświadamia.

I opowieść o dwóch przyjaciółkach, początkowo dziewczynach później kobietach, urodzonych w latach czterdziestych XX wieku, które razem wychowały się na peryferiach Neapolu, jest odpowiedzią na te poszukiwania. Odpowiedzią idealną. Odpowiedzią, która przyczynia się do odnowienia realizmu[4].

Wspólnota korzeni

Wróćmy jednak do fabuły. Nie będę tu rozbijać cyklu na poszczególne powieści – tomy – gdyż to po prostu jedna wielka powieść. Zatem… Ferrante snuje opowieść o dwóch genialnych przyjaciółkach, które połączyło dzieciństwo na przedmieściach Neapolu. Z czasem ich drogi się rozeszły, ale przyjaźń wciąż trwała.

Pewnego dnia, ta, która pozostała w Neapolu – Raffaella Cerullo zwana Lilą – w wieku 66 lat zniknęła. Jej syn nie nie mógł znaleźć najdrobniejszego śladu po istnieniu matki. Jakby nigdy nie żyła. Elena (narratorka), poinformowana o tym fakcie, podejrzewając, że przyjaciółka w końcu wcieliła w życie swój plan – nie być, poczuła się sprowokowana do tego, by opowiedzieć o łączących je relacjach.

Rywalizacja

Relacjach jakże szczególnych, niejednoznacznych. I tu zaczyna się ta właściwa i fascynująca opowieść o historii przyjaźni dwóch kobiet, które z jednej strony wszystko łączyło, z drugiej zaś wszystko dzieliło. Pochodzenie, status majątkowy, szkoła, rodzina, ambicje, marzenia – obu były jednakowe. Widzenie rzeczywistości, jej percepcja, usposobienie – były zaś już zgoła odmienne.

Elena skrupulatnie, rok po roku, w kronikarski niemalże sposób, przedstawia nam ich dzieje. Po co? Akt ten jest podyktowany tym, co determinowało tę przyjaźń – rywalizacją. Czyje tym razem będzie na wierzchu, kto wygra? Mamy tu opowieść o tym wszystkim, co dzieje się w życiu człowieka w ogóle, a kobiety w szczególności. Zatem zabawy wczesnego dzieciństwa, naukę w szkole, relacje z rówieśnikami, stosunki rodzinne, dojrzewanie, pierwsze miłości, fascynacje, odkrywanie siebie, stawanie się sobą, zyskiwanie tożsamości, małżeństwo, macierzyństwo, rozwój zawodowy. Słowem każdy etap ludzkiej egzystencji. To wszystko w konkretnym czasie i w konkretnej przestrzeni – na tle Włoch drugiej połowy XX wieku, które stale się przeobrażają (z politycznymi rozgrywkami lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z rewolucją obyczajową, lewicowym terroryzmem, narodzinami ruchu feministycznego).

Cała ta narracja Eleny osnuta jest w gruncie rzeczy na antagonizmie i jednocześnie, paradoksalnie, symbiozie. Bo te dwie kobiety, przez prawie całe swe życie, bo od najmłodszych lat, toczyły ze sobą walkę. Ich relacja to ciągła rywalizacja. Rywalizacja najbliższych przecież sobie osób. Nawet wtedy, gdy już każda poszła w swoją stronę, gdy wydawało się, że są już niezależnymi, dobrze usytuowanym kobietami.

Symbioza idzie w parze z antagonizmem

Ale to nie wszystko, bo też faktem jest, że jedna bez drugiej nie mogła się obejść. Na każdym etapie swojego życia, przy najistotniejszych dla siebie wydarzeniach, najważniejszych chwilach. Były od siebie uzależnione, jedna drugą stymulowała do życia. Potrzebowały siebie nawzajem po to, by móc przetrwać trud codzienności, ale też obecność drugiej, czy to dosłowna czy duchowa, była niekiedy wręcz nie do zniesienia.

Ich wspólną historię poznajemy z jednego punktu widzenia – z relacji jednej z nich. Dlatego to właśnie ona – Elena – wysuwa się na plan pierwszy. Ona przez to staje się główną bohaterką cyklu. To z jej punktu widzenia poznajemy obie przyjaciółki. To sprawia, że opowieść nie jest obiektywna. Okazuje się jednak, że właśnie dzięki temu jest bardziej realna, bo pokazuje w sposób bardziej wiarygodny na czym ta przyjaźń polegała.

Relacja z bycia kobietą

Z opowieści tej wyłaniają się precyzyjne i wnikliwe psychologicznie portrety tych dwóch konkretnych kobiet, a szerzej kobiety w ogóle. Dopełniają to pozostałe bohaterki, bo powieść Ferrante rozsadzają wręcz kobiety (można to potraktować nawet jako osobny temat cyklu). Za Eleną i Lilą stoi cały ich tłum – różnorodny, barwny, silny, choć niekiedy bezradny. Dlatego ta opowieść o relacji kobiet, a raczej po prostu relacja z bycia kobietą, relacja z tego, co jest istotą kobiety, zyskuje cechy uniwersalności – zatem wartość bezcenną.

Kobiety pochodziły z najbiedniejszej i najgorszej części miasta, ale były zdolnymi, inteligentnymi, ambitnymi i najlepszymi uczennicami w szkole. Były nierozłączne. Tyle że jedna z nich – Lila – była silna, agresywna, dzika, żywiołowa, bezkompromisowa, uparta, pewna siebie, zawsze z podniesioną głową i zawsze pierwsza, druga zaś, Elena, uległa, niepewna, nieco z boku, ze spuszczonym wzrokiem, zawsze krok za Lilą, z obsesją, by nie stać się taką jak matka.

Niejednoznaczna przyjaźń kobiet

Elena podziwiała swą przyjaciółkę, choć podziw ten miał swego wiernego towarzysza – smutek. Bo choć kochała swą towarzyszkę życia, to kierowała nią zawiść, zazdrościła jej pierwszego miejsca, tego jak radzi sobie z innymi, tego że bez wahania przekraczała kolejne wyznaczone przez otoczenie granice, łamała konwenanse, reguły, że zawsze zdobywała to, czego zapragnęła. Uznanie dla Lili wiązało się więc ze smutkiem Eleny, bo była inna – gorsza. Szczerze więc nienawidziła Lili, bo przez nią nie mogła oddychać, żyć po swojemu, wolna i swobodna. Lila zawsze była obecna w życiu Eleny, nawet wtedy, kiedy była odległa fizycznie i często mentalnie. Zawsze jak cień wędrowała za nią i oceniała jej poczynania, jej wybory. Zawsze krytycznie, bez najcichszej pochwały. Stale więc Elena czuła się przez przyjaciółkę upokarzana, przez to gorsza i w ciągłym poczuciu niższości wobec tej, którą podziwiała, której paradoksalnie tak potrzebowała. Dramatycznie wręcz brzmi refleksja Eleny:

Czy zawsze musi robić to co ja, wcześniej i lepiej ode mnie? Zostawiać mnie z tyłu, gdy gonię za nią albo deptać mi po piętach, żeby zaraz potem mnie przeskoczyć? (s. 191)

Przyjaciółki rywalizowały ze sobą na każdym etapie  życia – o wszystko. Uogólniając można pokusić się nawet o stwierdzenie, że ich życie podporządkowane było jednemu celowi – pokazaniu, że jest się lepszą od tej drugiej. Rywalizacja determinowała tę ich trudną, osobliwą więź. Ona to tę przyjaźń definiowała.

Stać się kimś

Opowieść o genialnych przyjaciółkach jest też opowieścią o stawaniu się kimś. I Elena, i Lila był nad wyraz ambitnymi dziewczynkami później kobietami. Marzyły, by wyrwać się z tej tłamszącej je dzielnicy. Obie chciały od życia więcej niż to, co oferowały peryferia Neapolu. Ich działania były tymi pragnieniami podyktowane. Lili nie udało się jednak wyrwać, co wcale nie oznaczało jej porażki. Stała się kimś cenionym, szanowanym, powszechnie podziwianym, autorytetem dla całej dzielnicy – stała się więc kimś. Elena natomiast została sławną pisarką. Swoją pracowitością, gorliwością, determinacją i ambicją pokonała wszelkie przeciwności, by móc zrealizować nie tylko swoje, ale i przecież Lili marzenia.

Dzięki temu, że narracja należy do Eleny, możemy przekonać się na czym proces stawania się kimś, tu twórcą, polega, jak przebiega i czym w istocie jest. To szereg porażek i stałe upokorzenie, ciągłe poczucie niższości, zmaganie się z otoczeniem i z samym sobą przede wszystkim. W nagrodę zaś można usłyszeć jedynie uwagę matki – „nie jesteś taka jak Lila, bierz z niej przykład”.

Neapol

Tetralogia neapolitańska ma jeszcze jednego bohatera. Jest nim Neapol – miejsce przeklęte, znienawidzone, ale i kochane. To w jego dekoracjach, raczej wulgarnych, aroganckich, agresywnych, brudnych, zniszczonych, toczy się życie XX wieku. Neapol taki determinuje też niewątpliwie życie obu kobiet. Lila tkwiła w nim całe życie, Elena szybko, jak tylko nadarzyła się okazja, z niego uciekła, mimo to nie zdołała wyplenić z siebie dzielnicy (jak przyjaciółki nazywały przedmieścia Neapolu – miejsca swego urodzenia, dzieciństwa i życia).

I jeszcze jedno. Ta neapolitańska seria paradoksalnie przywraca też, podobnie jak „Małe życie” wartość przyjaźni, tu tej szczególnie zdewaluowanej, zdegradowanej do banalnej powierzchowności, odartej współcześnie z tego, co cenne, bo łączącej kobiety. Po tej lekturze, słowo „przyjaciółka” można wypowiadać bez dyskomfortu. Dumnie znów jest być przyjaciółką, dumnie znów jest mieć przyjaciółkę.

Anonimowość twórcy

I na koniec… Tożsamość Eleny Ferrante jest już legendą[5] i nie będę jej tu przywoływać, bo kwestia ta, po pierwsze już nieco się znudziła, a po drugie wydaje się marginalna. Faktem autor(ka) neapolitańskiego cyklu wybrał(a) anonimowość. Każe żyć swym powieściom swoim życiem, usuwając się w cień, bo wszystko co miał(a) do powiedzenia, zawarła w serii. I nie ma ochoty wychodzić na przeciw masowych potrzebom. Nie ma ochoty stać się pożywką dla powierzchowności współczesnej kultury i zgodnie z ideą postmodernistycznych teoretyków wykonał(a) przekorny gest, bo w pewnym sensie uśmiercił(a) autora[6].

**Wszystkie cytaty z dzieła pochodzą z tomu, z cyklu Genialna przyjaciółka, Elena Ferrante, Katowice 2014-2016.

**Tytuły oryginalne – t. 1 – L’amica geniale, t. 2 – Storia del nouvo cognome, t. 3 – Storia di chi fugge e di chi resta, t. 4 – Storia della bambina perduta, rok pierwszego wydania – t. 1 – 2011, t. 2 – 2011, t. 3 – 2013, t. 4 – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – t. 1 – 2014, t. 2 – 2015, t. 3 – 2016, t. 4 – 2016.


[1] Oficjalna strona wydawnictwa Sonia Draga, http://www.soniadraga.pl/produkt/2199/genialna-przyjaciolka-pakiet.html, dostęp 16.12.2016.

[2] Hasło, epopejaSłownik terminów literackich, red. Janusz Sławiński, Wrocław 2002.

[3] Juliusz Kurkiewicz, Homer z Neapolu, „Gazeta Wyborcza” 2016, nr 44.

[4] Ibidem.

[5] Włoski dziennikarz ujawnił prawdziwą tożsamość Eleny Ferrante?, opublikowano 3.10.2016, http://booklips.pl/newsy/wloski-dziennikarz-ujawnil-prawdziwa-tozsamosc-eleny-ferrante/, dostęp 16.12.2016.

[6] Kurkiewicz, op. cit.

Małżeński portret nieprzystający. „Fatum i furia” – Lauren Groff

Tytuł – „Fatum i furia”

Autor – Lauren Groff

Tłumaczenie – Mateusz Borowski

Wydawnictwo – Znak

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla tych, którzy chcą w zgodzie z samym sobą współtworzyć dzisiejszą rzeczywistość, dla tych, którzy pragną istnieć wspólnie, a nie obok siebie, dla wrażliwców odpornych psychicznie, bo odziera ze złudzeń, wyprowadza z równowagi, odbiera poczucie bezpieczeństwa, usuwa grunt spod nóg
  • PO CO – by zrozumieć siebie, innych, by mieć świadomość, by akceptować ludzkie ułomności
  • MOJA OCENA – 6/6
Ból konwersacji

Zapewne nikomu nie jest obce uczucie irytacji, złości, ale przede wszystkim bezsilności, gdy podczas rozmów istotnych mówi się A a interlokutor słyszy B, gdy mówi się jedno a rozmówca słyszy drugie, gdy zdania wypowiadane mijają się, idą w próżnię, gdy sens nadany danym słowom, zupełnie nie pokrywa się z sensem danych słów rozmówcy… Nawet jeśli rozmawiają bliscy sobie ludzie…

Relacje międzyludzkie to temat bez dna. Zagadnienie jedno z ciekawszych w ludzkiej egzystencji. Najbardziej zagadkowe, intrygujące, niejednoznaczne. Temat, który od zawsze nurtuje twórców. W roku 2016 ukazały się między innimi dwie powieści, które w gruncie rzeczy są wiwisekcją związków międzyludzkich właśnie. O jednej z nich była już mowa w Bałwochwalnii („Małe życie” Hanyi Yanagihary), na drugą właśnie przyszedł czas.

Powieść Lauren Groff „Fatum i furia”, bo o nią tu chodzi, doceniona została już chyba przez wszystkich (nawet przez Baracka Obamę 😉 ). W jednych peany pochwalne wywołują chęć lektury, w drugich jednak wywołują raczej odruch obronny. Tym jednak razem warto się przełamać.

Małżeńskie fatum i furie

Nie tylko co, ale i jak

„Fatum i furia” to przykład powieści, w której liczy się nie tylko co, ale i jak. Wychowani na twórcach, dla których forma była nie mniej ważna niż treść, dla których odpowiedź na pytanie „jak?” była/ jest jedną z zasadniczych kwestii, będą powieścią Groff usatysfakcjonowani.

Autorka swoją opowieść o pewnym amerykańskim małżeństwie podzieliła na dwie części. Dzięki temu prostemu zabiegowi forma zazębia się z treścią. Pierwsza części to opowieść męża, druga – żony. Dopełnieniem tego jest symboliczny tytuł powieści, który w środku zostaje rozbity. Fatum staje się tytułem i symbolem części pierwszej – jego. Furia zaś części drugiej – jej. Ten sposób narracji – niby banalnie prosty – wywołuje znakomity efekt.

Małżeński portret nieprzystający

„Fatum i furia” to portret konkretnego małżeństwa, Mathilde i Lotta, na przestrzeni wielu lat, a ogólniej relacji dwojga ludzi. Portret ten odmalowany zostaje przez samych głównych bohaterów. W zasadzie otrzymujemy dwa szkice – jeden odmalowany z jego perspektywy, drugi z jej. I dopiero te dwa portrety, nałożone na siebie, tworzą ten jeden prawdziwy, faktyczny, ukazują jego realny charakter, jego istotę. Najistotniejsze, ale i najciekawsze jest właśnie to nakładanie na siebie tych dwóch wizerunków – dwóch perspektyw, jakże różnych, dwóch punktów widzenia, jakże odmiennych. Nakładanie owo, dzięki konstrukcji powieści, autorka pozostawia nam. To my scalamy, to my łączymy w jedno dwa, do tej pory połowiczne, nieobiektywne portrety. To nakładanie jest więc w istocie tworzeniem. Naszym aktem kreacji.

I to my, strona za stroną, coraz szerzej otwieramy oczy ze zdumienia. Bo okazuje się, że dwa światy tylko pozornie tworzą jeden spójny, nie przystają cy do siebie. W istocie okazuje się, że to dwa różne, bardzo rozbieżne, wykluczające się wręcz, obce światy.

Dekonstrukcja i rekonstrukcja

Autorka pozbawia nas właściwie radości tworzenia. Bo tak naprawdę okazuje się, że to konstruowanie jest destrukcją, dekonstrukcją. Czego? W gruncie rzeczy naszego bezpieczeństwa, naszego wewnętrznego komfortu, poczucia posiadania życiowej mądrości. Groff wyrywa z tego kokonu, spod klosza, w którym w zasadzie sami siebie umieściliśmy, dla własnej przede wszystkim wygody psychicznej. Uświadamia nas, zmusza do zrewidowania naszego myślenie, najpierw burząc, a później rekonstruując.

A chodzi o relacje, niby małżeństwa, ale przecież nie tylko, bo chodzi o relacje w ogóle, tak trudne, skomplikowane, nieodgadnione, nie do pojęcia.

Treści nadbudowane

Tytuł powieści już sugeruje, że jest zanurzona w tradycji. I rzeczywiście. Bo autorka na tytule nie poprzestaje. Cała powieść jest silnie zakorzeniona w tradycji antycznej i literackiej w ogóle. Tekst jest naszpikowany literackimi aluzjami, ale nie jest to obliczone na tani efekt, nie są to erudycyjne popisy dla samych popisów, nie jest to sztuka dla sztuki.

Te odwołania, nawiązania pokazują ciągłość, porządek świata, który choć ulega przemianie wciąż trwa. Już za sprawą samego tytułu nadbudowane zostały pewne treści. Fatum to przecież nic innego jak mitologiczne mojry – boginie przeznaczenia. Furie zaś to erynie – boginie zemsty, nienawiści. A przecież to nie wszystko. Czytając, szybko zorientujemy się, że to też antyczna tragedia, rozpisana na głosy głównych bohaterów i chóru. Tak, mamy u Groff chór. Dyskretny, cichy, ale znaczący. Dzięki któremu uniwersalność opowieści staje się namacalna.

Tragizm bohaterów, niczym w greckim dramacie, polega na ich uwikłaniu w sytuację, z której nie ma wyjścia, z góry więc skazani są na porażkę. I rzeczywiście, o rozumieniu drugiego, jakbyśmy bardzo się nie starali, mowy być nie może. Tu każdy poniesie klęskę, każdy skazany jest na samotność, obcość.

Cicha obecność tu i teraz

Powieść ma swój czas, ale ten element pozostaje niemalże niezauważalny. Współczesność jest skrycie obecna, trwa, otacza. Jest przyczajona i tylko pozornie nie wpływa na los bohaterów. Zgodzić się trzeba z Wojciechem Engelkingiem, że współczesność to „niedostrzegalny inaczej niżeli z perspektywy kilkudziesięciu lat proces przemiany myślenia społeczeństwa o samym sobie”[1]. A wypowiedzi wspomnianego chóru „można traktować jako specyficzny głos zmieniającego się świata”[2], który wskazuje na uczestnictwo bohaterów „w stopniowej przemianie obyczajów”[3].

Nadzieja

Autorka jednak daje nam nadzieję, choćby w komentarzu do swojej powieści:

Rilke napisał kiedyś bardzo pięknie o tym, że bycie z kimś w bliskim związku jest piękniejsze, kiedy akceptuje się dzielącą nas przestrzeń. Wierzę w to i uważam, że zachowanie autonomii w bliskiej relacji jest niezwykle ważne, jeśli chce się stworzyć z kimś jedność. Widzę to też na skali politycznej, nie tylko w odniesieniu do indywidualnego życia. Posiadanie tajemnic jest piękne. Bardzo ważne dla naszego życia duchowego jest zachowywanie tajemnic przed samym sobą. Nie podoba mi się koncepcja związku jako zbiorowej terapii, w trakcie której powinno się mówić partnerowi wszystko. To niebezpieczne. Gdyby powiedzieć partnerowi wszystko, co się o nim myśli, można by go zniszczyć. To mogłoby mieć fatalne konsekwencje. Tak wyobrażam sobie piekło. Zachowywanie autonomii i mrocznych tajemnic jest bardzo ważne[4].

Zatem pozostaje nam tylko pewne rzeczy, na które wpływu nie mamy, zaakceptować, nabrać powietrza w płuca i… żyć wspólnie!

Ps. Polecam kilka cytatów z tej intrygującej powieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – Fates and Furies, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Wojciech Engelking, Bo to był on; bo to byłem ja. O „Fatum i furii” Lauren Groff i „Małym życiu” Hanyi Yanagihary, http://kulturaliberalna.pl/2016/04/12/fatum-i-furia-male-zycie-wojciech-engelking-recenzja/, dostęp 27.11.2016.

[2] Ibidem.

[3] Ibidem.

[4] Trójkowy znak jakości, „Fatum i furia” Lauren Groff. Opowieść małżeńska [audycja radiowa], 21.03.2016, godz. 13:45, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1597124,Fatum-i-furia-Lauren-Groff-Opowiesc-malzenska, dostęp 27.11.2016.

American dream. „Dziewczyny” – Emma Cline

Tytuł – „Dziewczyny”

Autor – Emma Cline

Tłumaczenie – Alina Siewior-Kuś

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla wielbicieli fikcji, która lekko zahacza o fakty, dla koneserów klimatów lat sześćdziesiątych XX wieku i kultury amerykańskiej w ogóle, dla wielbicieli literatury tropiącej meandry ludzkiej psychiki, dla entuzjastów niespiesznych zdań i ulotności
  • PO CO – by poczuć się tu i teraz, by delektować się chwilą – lekturą
  • MOJA OCENA – 4/6

Lektura powieści Emmy Cline „Dziewczyny” jest doświadczeniem swoistym i choćby z tej przyczyny już warta jest odnotowania.

Dziewczyny i ich ulotność

Symbole Ameryki

Era hippisowska, to okres, który niewątpliwie w sposób znaczący wpłynął na wizerunek kultury amerykańskiej drugiej połowy XX wieku, zaś Charles Manson ze swoją ferajną (sektą zwaną Rodzina) to jeden z jego wręcz symboli. Dlatego powieść, która jest promowana, jako historia zanurzona w tamtym świecie (autorkę, która dorastała w Kalifornii, miejscu grasowania Manson, intrygował tamten czas) musiała przykuć uwagę amatora kultury amerykańskiej. Szybko jednak się rozczaruje, jeśli po lekturze „Dziewczyny” oczekiwał sfabularyzowanej wersji faktów sprzed dekad. Dostaje bowiem coś zgoła innego.

Kameralność, intymność, ulotność, uniwersalność

Jeśli jednak szybko pogodzi się z faktem, że nie będą spełnione jego oczekiwania, podda się narracji Cline, to dalsza lektura pochłonie go, będąc już tym, czym tylko może być czytanie – przyjemnością, której z niczym innym nie da się porównać. „Dziewczyny” z czasem zyskują na urodzie.

Co zatem dostajemy, jeśli nie fabularną wersję jednego lata z życia członków legendarnej sekty? Coś znacznie bardziej kameralnego, intymnego, ulotnego i uniwersalnego.

Adekwatniejszym więc, bardziej uzasadnionym kontekstem wydaje się tu powieść Jeffreya Eugenidesa o pięciu nastoletnich siostrach – „Przekleństwa niewinności” (i jej kultowa już ekranizacja w reżyserii Sofii Coppoli).

„Przekleństwa niewinności”

Owszem, czas i miejsce się zgadzają. Mamy tu też bohaterów nieco na modłę słynnej Rodziny (Russell nieco na modłę samego Mansona i Suzanne nieco na modłę Susan Atkins), zamieszkujących upadłe ranczo, którzy pod przywództwem swego guru dokonali rzezi (nieco na modłę tej w domu Romana Polańskiego i jego żony Sharon Tate), wprowadzając w czyn swe „idee”. Jednak czy ta fabularyzowana wersja wydarzeń z końca lat sześćdziesiątych XX wieku jest istotą powieści? Nie. Faktyczną istotą są tu cienie dojrzewania, właśnie owe „przekleństwa niewinności”.

Poczuliśmy do głębi, jakim więzieniem jest być dziewczyną, kiedy twój umysł jest zarazem aktywny i rozmarzony, lecz mimo to wie, jakie kolory do siebie pasują[2].

Powyższy cytat ze wspomnianego utworu Eugenidesa wydaje się oddawać istotę i atmosferę powieści Cline. Mamy tu portret dziewczyny z okresu dojrzewania, jakże wnikliwy, niejednoznaczny i uniwersalny. To jednak nie wszystko. Mamy tu też ukazany mechanizm działania psychiki nastolatki, która z każdą chwilą zatraca się coraz bardziej. Mając przy tym świadomość albo raczej podskórnie przeczuwając, że konsekwencje przyjdzie jej ponieść niemałe. Mimo to poddaje się temu. Przypadek tylko sprawił, że nie sięgnęła dna – totalnego wykluczenia i zniewolenia, zatem w gruncie rzeczy tego, przed czym uciekała.

Ból istnienia

Stany Zjednoczonej Ameryki, Kalifornia, koniec lat sześćdziesiątych XX wieku, upalne lato, wolny czas i w tym wszystkim zanurzona nastoletnia niewinna dziewczyna, która nie wie co ze sobą począć. Na nikim jej jakoś szczególnie nie zależy, nikomu też szczególnie nie zależy na niej. Jest sama, nie przynależy. Tu ujawnia się tragizm jej sytuacji – z jednej strony nie chce współbyć z kimś, bo inni nie są warci jej uwagi, z drugiej jednak pragnie przynależeć, by nie być samotną, by z kimś tworzyć jakąś komunię dusz.

Wszyscy wokół żyją swoim życiem – rozwiedzeni rodzice, przyjaciółka, znajomi. Ona zaś za kilka tygodni zostanie wyrwana z rzeczywistości, której nienawidzi, ale którą dobrze zna i wrzucona w coś zupełnie jej obcego, być może jeszcze gorszego. Próbuje jakoś to wszystko przetrwać. Wałęsa się więc po mieście, mając nadzieję, że może czegoś się uchwyci… Może coś znajdzie…

I znajduje! O zgrozo! W parku spotyka dziewczynę, jakże inną od tych, które zna – piękną, pewną siebie, swobodną, arogancką, którą otacza aura tajemniczości – i przepada. Główna bohaterka, zbuntowana, wrażliwa, inteligenta, bystra i rozsądna, zafascynowana sposobem życia nowo poznanej, staje się uległa i zależna, bo dzięki temu, może otrzymać to, czego pragnie – poczucie bycia wśród swoich, swobodę, wolność, akceptację, tożsamość i przynależność. Wszystko jednak zmierza w stronę nieuniknionego.

Kalifornijski klimat

W powieść Cline to jednak nie wszystko. Jest tu coś jeszcze, co odgrywa rolę najważniejszą – sposób prowadzenia narracji. Niespieszny, senny, duszny. Dzięki temu opowieść nabiera wagi, znaczenia. Dzięki temu wytworzony został nastrój, który ciąg zdarzeń, fabułę całą spycha do roli tła, wydobywając tym samym na powierzchnię istotę powieści – „przekleństwa niewinności”.

*Tytuł oryginalny – The Girls, rok pierwszego wydania – 2016, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Jeffrey Eugenides, Przekleństwa niewinności, Kraków 2013, s. 44.

BIBLIOGRAFIA
  • Bugliosi Vincent, Gentry Curt, Helter Skelter. Sprawa Mansona, Warszawa 1999.
  • Eugenides Jeffrey, Przekleństwa niewinności, Kraków 2013.

Esej o istocie. „Idź, czyli o sztuce dzikiego i poetyckiego życia” – Tomas Espedal

Tytuł – „Idź, czyli o sztuce dzikiego i poetyckiego życia”

Autor – Tomas Espedal

Tłumaczenie – Iwona Zimnicka

Wydawnictwo – Draft Publishing

Seria – Europa Odnaleziona

Rok – 2013

  • DLA KOGO – dla poszukiwaczy rzeczy niecodziennych, dla mających dość opasłych tomów, dla lubiących rzeczy mało popularne, dla niespieszących się, dla tych, którzy w codziennym chaosie i hałasie chcą się wyciszyć, zatrzymać, delektować
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, barwniej, by dostrzec złożoność rzeczywistości
  • MOJA OCENA – 6/6

Pochwała prostoty

Książeczka „Idź, czyli o sztuce dzikiego i poetyckiego życia” Tomasa Espedala (raptem prawie 160 stron) należy do serii Europa Odnaleziona wydawnictwa Draft Publishing. Seria ta ma przybliżać dzieła współczesnych pisarzy europejskich, którzy do tej pory nie byli tłumaczeni na język polski.

Skromnie wydane dzieło norweskiego autora, o kolorowej okładce w stylu prymitywizmu Henri Rousseau Celnika, nie skrzeczy, nie szantażuje potencjalnego odbiorcy, nie nakazuje uznać go, zachwycać się nim jeszcze przed lekturą. Niestety, z powodu braku odpowiedniej oprawy, można przejść koło niego obojętnie. A szkoda, bo zasługuje na uwagę. Szczególnie dziś. Powieść ta (tu odczuwam pewien zgrzyt, do czego za chwilę powrócę) wymaga też pewnego skupienia, o które trudno w hałasie XXI wieku, co może stanowić przeszkodę w lekturze, ale jeśli tylko da się jej szansę (a może sobie?????), porwie!

Swoisty esej

Cóż to takiego, to „Idź”? To powieść, jak głosi strona tytułowa. Choć nie jest to powieść w klasycznym rozumieniu tego gatunku. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że narzucona przynależność gatunkowa wprowadzić może tylko w błąd, czy nawet wywołać rozczarowanie, jeśli czytelnik nastawi się na powieść z krwi i kości. Trafniejszym określeniem byłby esej, który jest gatunkiem bardzo pojemnym i w tym przypadku znakomicie oddającym ducha tego norweskiego dzieła. Dostajemy bowiem narrację, mającą znamiona autobiografii, wspomnień, powieści podróżniczej, przygodowej, choć bez spektakularnych przygód, ale z rysem prozy poetyckiej, jest zatem jak w tyglu, niczym właśnie w eseju.

Przychodzi do głowy też inny gatunek – poradnik (?)!!! Bo przecież pełen tytuł dzieła brzmi „Idź, czyli o sztuce dzikiego i poetyckiego życia”. Może nie jest to poradnik sensu stricto, ale jakaś wariacja na temat poradnika. To wówczas wskazywałoby na zupełnie inne rejony. Rejony literatury użytkowej, rządzące się już innymi prawami. Ten trop jednak, może nieco dyskusyjny, pozwoliłby dotknąć istoty tekstu – odpowiedzi na pytanie „jak żyć?”, bo przecież o tym on traktuje.

Filozofia życia

Książka jest, jak już sam tytuł wskazuje, o „iściu”, o realnej wędrówce. Główny bohater, niczym homo viator, tym żyje. Dla niego przemierzanie świata jest swoistą filozofią życia. To daje mu spełnienie, wolność, radość, szczęście. Nie może usiedzieć w miejscu, gdyż tylko idąc, czuje się dobrze. Poprzestając jednak na stwierdzeniu, że powieść (pozostańmy przy tym określeniu ze strony tytułowej) jest o pieszym podróżowaniu, można niektórych potencjalnych odbiorców zniechęcić. Nie każdy przecież jest entuzjastą tego rodzaju spędzania czasu, życia. Oczywiste.

Powieść jest jednak czymś więcej. Jest o czymś bardziej uniwersalnym, o czymś, co dotyka każdego, bez względu na jego życiową filozofię. „Idź” jest w gruncie rzeczy o życiu – o przemierzaniu go, płynięciu przez nie, to nic innego jak peregrinatio vitae. Jest więc swoistym poradnikiem, pokazujący może nie dosłownie jak żyć (na szczęście, bo kto lubi, gdy mu się mówi jak ma postępować), ale to, co w tej naszej egzystencji jest ważne, wartościowe. Tu chodzenie, wędrowanie, takie dość anachroniczne, rodem z czasów najodleglejszych, stają się synonimem myślenia, refleksji, które wymagają zatrzymania się, obejrzenia, po prostu spowolnienia, spojrzenia z odpowiedniej perspektywy, dystansu, które wymagają też otwartości. Zatem tego wszystkiego, czego teraz jest jak na lekarstwo.

Niespieszne zdania, niespieszne refleksje, mnóstwo niespiesznych cytatów, odwołań do dawnych wagabundów… Iść tylko i się delektować!

Ps. Polecam kilka cytatów z tej nietuzinkowej publikacji, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – Gå. Eller kunsten å leve et vilt og poetisk liv, rok pierwszego wydania – 2006, rok pierwszego wydania polskiego – 2013.

O parszywym życiu. „Małe życie”– Hanya Yanagihara

Tytuł – „Małe życie”

Autor – Hanya Yanagihara

Tłumaczenie – Jolanta Kozak

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2016

  • DLA KOGO – nie dla wrażliwców, nie dla nadwrażliwców, dla wrażliwców i nadwrażliwców, dla tych, którym przykazanie „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” nie jest obce
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, barwniej
  • MOJA OCENA – 10/6
  • OSTRZEŻENIE – za bardzo boli, miażdży psychicznie, emocjonalnie
Nie à propos

Biorąc pod uwagę fakt, że jest to pierwsza notatka w Bałwochwalnii, to powinnam zacząć chyba nieco inaczej, bardziej à propos. Ale nie będzie, przecież nie musi, bo kto powiedział, że musi? Choć pewnie byłoby, gdyby nie okoliczności, które temu nie odpowiadają. Dni lata 2016 roku pulsowały w rytmie „Małego życia” Hanyi Yanagihary, definiując je, więc ta pierwsza nota nie może być czemuś innemu podporządkowana, bo przecież chodzi w końcu o blog książkowy.

Lato, wakacje, słońce… Radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie… Na to jest czas. Co wcale nie znaczy, że człowiek na lato oddaje mózg do przechowalni. I nie myśli. I chce tylko pławić się w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. Nawet w ten lekkomyślny okres w roku, potrzeba też czegoś zgoła innego, niekiedy odczuwa się wówczas głód, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do świtu.

W takiej desperackiej chwili można było sięgnąć po książkę… Ja chwyciłam wyżej wspomnianą autorki o egzotycznie brzmiącym nazwisku. Nazwisko to wkrótce nabrało realnych, też egzotycznych, rysów młodej, choć już nie podlotka (urodzonej w 1975 roku), twarzy amerykańskiej, dokładniej kalifornijskiej pisarki i dziennikarki o hawajsko-koreańskich korzeniach, od lat żyjącej w Nowym Jorku, wicenaczelnej „T: The New York Times Style Magazine”, autorki dwóch powieści, debiutanckiej „The People in the Trees” z 2013 roku (po polsku jeszcze się nie ukazała) i drugiej, „A Little Life”, wydanej w 2015 roku (w Polsce w 2016 pod tytułem „Małe życie”), która stała się bestsellerem.

Małe życie wielkie

I tegoroczne lato za sprawą lektury tejże książki nabrało innego wymiaru, innego koloru, wyrazistszego, głębszego, pełniejszego, intensywniejszego. A przecież o intensywność doznań w życiu przede wszystkim chodzi. Zawsze, a latem w szczególności.

A ciężka to lektura. W sensie każdym. Dosłownym – spory format, twarda okładka no i 813 stron. Opasłe więc tomisko. Metaforycznym – miażdży duszę, psychikę, trzewia.

Tuż po

Notę tę piszę tuż po lekturze. Na gorąco. Daleko więc będzie jej do obiektywizmu. Profesjonalnie postępując, należałoby odczekać, ochłonąć, nabrać dystansu i dopiero wtedy ruszyć z pisaniem. Ale książka wstrząsnęła moim światem wewnętrznym i chcę, żeby w sferze ducha pozostała, nie chcę, by przeszła do sfery intelektu, nie chcę zająć wobec niej profesjonalnego stanowiska, czytaj obiektywnego, racjonalnego. Bo to książka do przeżycia, do doświadczenia, do przeczytania, nie do analizy. Doświadczenie tejże książki, zepchnęło całą resztę na dalszy plan, pozbawiając ją niejako znaczenia. W związku z tym każde zdanie tego tekstu może mieć tylko osobisty ton. Może zbyt…

Życie po prostu

„Małe życie” opowiada o kilkudziesięciu latach życia czterech przyjaciół. Czterech chłopaków. Właściwie mężczyzn, ale o duszach wrażliwych, delikatnych jak te małych dzieci, którzy żyją sobie po prostu. Tak jak i każdy z nas. Zmagają się ze swoją codziennością, z tu i teraz, z przeszłością i przyszłością. Czegoś chcą, czegoś pragną, czegoś nie mogą, czegoś się boją, czegoś zazdroszczą, czegoś się wstydzą, coś niszczą, coś budują. Nic istotnego, ale czy życie w swych najrozmaitszych przejawach, czy to w sferze profanum czy nawet sacrum, nie jest banalne? Nawet w swej wyjątkowości?

Na tym należy poprzestać w zdradzaniu fabuły. Mówiąc więcej, pozbawimy potencjalnych czytelników przyjemności odkrywania kolejnych faktów, nawet tych najdrobniejszych – słowem odkrywania powieści. Zdanie więcej zbyt wiele zdradzi. Bo z „Małym życiem” jest jak z życiem, nie chodzi o dojście do celu, o finał, ale o drogę, którą kroczymy dzień po dniu, o każde kolejne przeczytane zdanie.

Czysty masochizm

Lektura ta sprawia, że odbiorca czuje się skatowany, jak to określił Michał Nogaś przeorany i przenicowany[1]. Emocjonalnie, duchowo, psychicznie, uczuciowo… Nie potrafi opuścić świata powieści. Zdania ściskają gardło, wywołują mdłości, dławią, wprawiają w przygnębienie, frustrację, odrętwienie itp., itd.

Tak, lektura „Małego życia” to masochizm (padło już hasło, że masochistyczne skłonności do czytania o traumie zadecydowały, że powieść stała się bestsellerem[2]). Z jednej strony każdy kolejny akapit książki tak bardzo boli, że nie jest się w stanie tego wytrzymać i pragnie się tylko jednego – by poszła z dymem, by zapomnieć o niej raz na zawsze, z drugiej zaś pragnie się więcej (tortur, ciosów, katuszy) i za nic nie można o niej zapomnieć, odrzucić.

Koniec bez oczekiwanej ulgi

Powieść angażuje czytelnika bez reszty, jakby mimochodem, więzi go, osacza, uzależnia, wiele kosztuje psychicznie, emocjonalnie. Koniec oznacza wyzwolenie, ukojenie z jednej strony, ale z drugiej ból rozstania. Świadomość, że ta przygoda (choć w tym kontekście nie jest to adekwatne słowo) już się skończyła, dojmującą tęsknotę. O ukojenie trudno, trzeba poczekać, licząc na niedoskonałą pamięć ludzką.

Przyjaźń bezkonkurencyjna

Niektórzy mają przyjaciół, niektórzy przyjaciół mieli, niektórzy sobie przyjaciół wyobrażają… A co jest cenniejszego od przyjaciół? Rodzina? Z nią może różnie być, wiadomo. Pieniądze? Każdy, kto pieniądze ma, wie, że może wiele za nie mieć, ale stanu nienasycenia nigdy się nie pozbędzie. Ten zaś kto ich nie ma, traci życie, chcąc je zdobyć, by w końcu przekonać się jedynie, że zmarnował dany mu czas. Zdrowie? Ono bywa kruche i nie zawsze od nas zależy. Życie samo? A i owszem, ale cóż nam po nim, gdy brak nam towarzystwa, z którym możemy się dzielić naszymi myślami, bólami, radościami?

Wychodzi więc, że najcenniejszy jest drugi człowiek! Tak zwany powszechnie przyjaciel (dziś pojęcie zdewaluowane, zbanalizowane). I właśnie powieść amerykańskiej pisarki kwestie przyjaźni porusza. Karolina Sulej wręcz uznała, że powieść ta jest definicją przyjaźni[3]. Sama zaś Yanagihara w udzielonym wywiadzie podkreślała potrzebę przywrócenia należnego miejsca przyjaźni i wagę przyjaciela, którego sami wybieram jako naszego towarzysza i związek ten światu ogłaszamy[4].

Trudna atrakcyjność XXI wieku

Dla autorki „Małe życie” jest złożonym

[…] hołdem pewnemu stylowi życia, który wiodę ja, moi przyjaciele i coraz więcej ludzi wokół nas, zwłaszcza w wielkich miastach: nie jesteśmy samotni, choć nie mamy stałych partnerów, małżonków, ani dzieci. Mamy jednak przyjaciół, bardzo bliskich przyjaciół – jest to życie, można to tak określić, »trzeciego wyboru«: nie życie samemu i nie życie w intymnym związku z drugą osobą, lecz życie, w którym nade wszystko liczą się bliskie, wieloletnie przyjaźnie, o które dbasz na co dzień[5].

Powyższe zdania mówią o czymś ważnym, co lektura powieści uzmysławia. O naszej współczesności, jakże złożonej, wielobarwnej.

Mamy XXI wiek, codzienność każdego z nas staje się coraz bardziej niekonwencjonalna i jest to zapewne jeden z nielicznych pozytywów tego czasu. Dzięki temu, upraszczając oczywiście, mamy więcej możliwości (czy z nich skorzystamy, to już inna sprawa) życia według naszych upodobań, preferencji. Jesteśmy wolni, teoretycznie przynajmniej, od opinii innych, wymogów, konwenansów, stereotypów. Praktycznie różnie bywa, ale od nas w dużej mierze zależy co i jak zrobimy – jak przeżyjemy nasze małe życie.

Powieść na wskroś humanistyczna

Nie jest to lektura łatwa ani przyjemna (i nie ze względu na formę, konstrukcję czy język). Jest wymagająca (w sensie emocjonalnym), wyczerpująca, przygnębiająca (w tym przypadku brzmi to dość eufemistycznie) i bardzo ciężka. Nie może być inna, skoro odsłania jak parszywe jest życie. Nawet w swych pięknych przejawach.

Kiedy wydaje się, że już gorzej być nie może, okazuje się, że jednak, że życie przewyższa wyobraźnię i pokazuje, że to jeszcze nie koniec. Powieść nie daje szansy na lekkość, radość, ratunek czy choćby chwilę ukojenia. Nie daje nadziei.

Wprost

Powieść mówi otwarcie, bez zbędnego sztafażu o bólu, emocjach, uczuciach, stanach, z którymi każdy się zmaga, ale mało kto wyraźnie i wprost je artykułuje nawet wobec samego siebie. Obnaża okrutną rzeczywistość i bezradnego człowieka, pokazuje tajemnice, które bywają, jak mówi Yanagihara, częścią naszej tożsamości[6]. To powieść dotykająca sedna, mądra, humanistyczna, uniwersalna, totalna.

Ps. 1. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – A Little Life, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Trójkowy znak jakości, „Małe życie” – opowieść o przyjaźni, życiu i Nowym Jorku, audycja radiowa, 29.04.2016, godz. 14:04, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[2] W informacji o spotkaniu „Czytaj, nie czekaj. Awantury o książki. Cykl spotkań Sylwii Chutnik” w Teatrze Nowym w Warszawie mamy taką sugestię, http://www.nowyteatr.org/pl/event/wyklady_chutnik, dostęp 02.09.2016.

[3] Barłóg literacki, Wuzetka, Warszawa, Nowy Jork, odcinek 6, opublikowano 15.05.2016, https://www.youtube.com/watch?v=S8lvHc1SHm4, dostęp 02.09.2016.

[4] Z najwyższej półki, Hanya Yanagihara o „Małym życiu”, audycja radiowa, 01.05.2016, godz. 22:00, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[5] Ibidem.

[6] Ibidem.