„Mała apokalipsa” – Tadeusz Konwicki

„Mała apokalipsa” – powieść Tadeusza Konwickiego z roku 1979, która wywołała dyskusje na wszystkich frontach.

Główny bohater i narrator powieści to krytyczny wobec siebie i otoczenia pisarz. Widzi rzeczywistości w stanie rozpadu, w której społeczeństwo gnuśnieje, a relatywizm wiedzie prym. Zmagając się z codziennością (niemocą twórczą, samym sobą i całą resztą), czując, że koniec świata staje się, że czas małej (!!!) apokalipsy nadchodzi, otrzymał od znajomych niecodzienną propozycję – misję do wypełnienia – wyrażenie sprzeciwu społeczeństwa wobec zastanemu porządkowi poprzez akt samospalenia. Czy zdecyduje się na ten krok? Czy jego ofiara ma sens?

Tu, jaki w całej twórczości Konwickiego, bolesna i skomplikowana przeszłości okresu powojennego łączą się z odczuciem obcości teraźniejszości. Przeszłość pojawia się w obrazach przepełnionych symbolicznymi znaczeniami, a uporczywe powracanie do niej – próba rozrachunku – staje się obsesją, teraźniejszość zaś, nierealna, oniryczna, groteskowa, wtrąca bohatera w stan emocjonalnego i psychicznego porażenia, który uniemożliwia działanie[1].

„Mała apokalipsa”, choć zakorzeniona w bieżących sprawach lat osiemdziesiątych XX wieku i odwołująca się do czasów wcześniejszych (rodzaj rozliczenia autora z przeszłością), to dzięki refleksjom natury ogólnej jest powieścią uniwersalną, która doskonale wpisuje się w nasze dziś.

Na koniec próbka tej przejmującej prozy:

Beznadziejna epoka w dziejach. Nie, nie epoka. Chwila, sekunda, jakich zdarzyło się wiele. Było życie przed nami, będzie życie po nas. Raz lepsze, raz gorsze. Może jutro lepsze. Wystarczy jeden niedostrzegalny wstrząs, drobne tąpnięcie w misternym wszechświecie psychologii współczesnych, w tym gigantycznym banku zbiorowej wrażliwości. Epidemie złego samopoczucia, powszechnej depresji, totalnej niewiary – nagle przychodzą i nagle znikają jakby zmiecione życiodajnym wiatrem słonecznym. Źle trafiliśmy, nie do tego przedziału w nieskończonym ciągu czasu albo istnienia.

Ps. W 1992 roku powstała adaptacja powieści – „Mała apokalipsa” w reżyserii Costa-Gavras, który umieścił całą akcję we współczesnej sobie Francji.


[1] Hasło, Konwicki Tadeusz, w, Literatura polska XX wieku. Przewodnik encyklopedyczny, red. Artur Hutnikiweicz, Andrzej Lam, tom 1, Warszawa, 2000.

„Zły” – Leopold Tyrmand

„Zły” – powieść Leopolda Tyrmanda z roku 1955, która wywołała aplauz czytelników i dezorientację krytyków.

Tytułowy bohater, chcąc zaprowadzić porządek w powojennej Warszawie, wymierza poza prawem sprawiedliwość miejskiej chuliganerii. Podziemny światek stolicy rusza zatem na wojnę ze Złym, którego jedynym znakiem rozpoznawczym jest niezwykle świetliste spojrzenie. W pościg za tajemniczym jegomościem udaje się też milicja, która nie może pozwolić na działania, które, choć pożądane, to jednak naganne, bo naruszające porządek prawny.

Ta wielowątkowa powieść kryminalna, napisana żywym językiem, oddającym charakter miejski, ukazuje szeroką panoramę społeczeństwa Warszawy lat pięćdziesiątych XX wieku – półświatek – przestępcze podziemie stolicy, środowisko chuliganów, koników, handlarzy, ale także dziennikarzy, milicji i robotników.

Prawdziwym jednak bohaterem jest tu przede wszystkim Warszawa – ruiny Śródmieścia i „Dziki Zachód” Woli, gruzy północnego Muranowa, odbudowywane Stare Miasto, zniszczone przez wojnę kamienice, Centralny Dom Towarowy, Torwar, hala na Koszykach, Bazar Różyckiego, gmach Sądów na Lesznie, a także place budów, komisariaty, dworce kolejowe, tramwaje, trolejbusy i autobusy, pociągi podmiejskie, parki, podejrzane mordownie, bary mleczne, kawiarnie, restauracje, ulice, place oraz tętniące życie – która ukazana została w taki sposób, że powieść dedykowana miastu stanowi swego rodzaju przewodnik po stolicy tamtego czasu.

Najpoczytniejszy kryminał PRL-u! Klasyka polskiej powieści kryminalnej! Legenda!

Na koniec próbka tej błyskotliwej prozy:

[…] za drewnianą, wysoką barierą stał tęgi mężczyzna o twarzy nacechowanej wzgardliwą goryczą, jaka zazwyczaj maluje się w połowie dnia roboczego na obliczach ludzi w pełni świadomych tego, ilu wspaniałych rzeczy można by w życiu dokonać, gdyby nie niczym nie usprawiedliwiona konieczność zarobkowania przy pomocy zwykłej pracy.

Skutki uboczne upiornej zabawy. „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” Mary Shelley

Tytuł – „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz

Autor – Mary Shelley

Tłumaczenie – Maciej Płaza

Wydawnictwo – Vesper

Rok – 2013

  • DLA KOGO – dla koneserów klasyki literatury, literatury powszechnej, anglosaskiej, powieści gotyckiej, epistolarnej, szkatułkowej, science fiction, dla fanów popkultury, dla feministów, dla tych, którym nie jest obojętna nasza przyszłość
  • PO CO – ku przestrodze
  • MOJA OCENA – poza oceną

Dziś będzie o… powieści gotyckiej! Nie, nie pomyliłam się. Stali bywalcy Bałwochwalni wiedzą, że ten powieściowy gatunek raczej nie znajduje się w kręgu zainteresowań BJ. Są jednak wyjątki…

Wyjątkiem jest „Frankenstein”. Bo i owszem, to powieść gotycka, ale to też klasyka literatury, a z klasyką BJ jest już za pan brat. Stali bywalcy Bałwochwalni wiedzą też doskonale czym w Bałwochwalni jest klasyka i czym dla BJ klasyka jest. To lek na zło świata tego. Zaprawdę powiadam… To doskonałe antidotum na wszelkie bolączki. Te małe, prywatne i te wielkie, globalne. I w zasięgu ręki każdego…

Nie bój się więc i daj się namówić… A poczujesz się lepiej, poczujesz, że Twoja egzystencja zyskała dodatkowy wymiar.

Cykl „Klasyka ­– lek na zło świata tego” realizuje misję Bałwochwalni – ocalenia od zapomnienia dzieł, o których zapomnieć nie można, bo będzie to wyrządzenie ludzkości zła, którego naprawić się już nie zdoła; krzewienie literatury przez wielkie L, klasyki tak zwanej (mówiąc klasyka mam na myśli przede wszystkim literaturę piękną, ale nie tylko, także kanoniczne prace historyczne, filozoficzne) – zestawu tekstów uznanych za wzór, zestawu tekstów podstawowych dla danego kręgu kulturowego, czyli dzieł tak zwanego kanonu – i dziś tego cyklu odsłona pierwsza…

Nieśmiertelny

200 lat powieści

W roku 1818 – dokładnie dwa wieki temu – w Londynie ukazała się powieść „Frankenstein” niejakiej Mary Shelley. Ta rocznica jest doskonałą okazją, by pokazać tę klasyczną, jakże piękną i wizyjną opowieść, która choć sprzed dwustu lat, to porusza kwestie, które i dziś są dla ludzkości zasadnicze.

Mary Shelley – cudowne dziecko

Mary Shelley – urodzona 30 sierpnia 1797 roku, córka dwójki intelektualistów, Mary Wollstonecraft (zmarła w połogu po urodzeniu Mary), pisarki, filozofki, pionierki myśli feministycznej, znanej bojowniczki o prawa kobiet (autorki książki Wołanie o prawa kobiet), owianej legendą wolnomyślicielki i kobiety wyzwolonej oraz Williama Godwina, utylitarysty i prekursora anarchizmu, pisarza, wybitnego i radykalnego myśliciela społeczno-politycznego – to postać nietuzinkowa. Cudowne dziecko, erudytka, inteligentna, oczytana, jako córka „dwóch wybitnych postaci świata literackiego”[1], wychowana w intelektualnej atmosferze rodzinnego domu, mogła stać się tylko niezależnie myślącą kobietą, ciekawą otaczającej rzeczywistości. Mimo braku formalnej edukacji, otrzymała szerokie wykształcenie, co w XIX wieku czyniło ją jedną z najlepiej wykształconych kobiet epoki. Wegetarianka, anarchistka, podróżniczka, poetka, pisarka, prekursorka powieści science fiction, autorka najsłynniejszej powieści gotyckiej w historii literatury, dziewiętnastoletnia twórczyni mitu wszechczasów, też żona i matka.

Niestety, to cudowne dziecko za życia nie zdobyło uznania. Istniała w powszechnym mniemaniu jedynie jako córka Mary Wollstonecraft i Williama Godwina oraz wdowa po Percym Shelleyu (utonął podczas sztormu w 1922 roku), ale nie jako pisarka, mimo że była autorką nie tylko „niebezpiecznie wywrotowego”[2] i „bulwersującego debiutu”[3], „ekscentrycznego wybryku”[4], „historycznoliterackiej ciekawostki”[5], ale i dramatów, powieści historycznych, katastroficznych i współczesnych.

Od najmłodszych lat Mary Godwin myślała o twórczości literackiej. W każdej wolnej chwili pisała opowieści. Ale ponad wszystko lubiła „budować zamki na pisaku, puszczać wodze fantazji i snuć rozmyślania osnute wokół wyimaginowanych zdarzeń”[6]. Te „podniebne wzloty […] imaginacji”[7] były największą jej pociechą w niełatwym czasie (po śmierci matki Mary, ojciec poślubił kobietę, która nienawidziła swej pasierbicy, co pozbawiło dziewczynkę sielskiego dzieciństwa).

W wieku szesnastu lat Mary poznała wolnomyśliciela i poetę Percy`ego Shelleya, przyszłego autora słynnego dramatu Prometeusz wyzwolony, z którym wkrótce się związała (ten porzucił żonę i dwoje dzieci) i uciekła na kontynent do Francji i Szwajcarii.

Do Anglii kochankowie powrócili po trzech miesiącach. Mieszkając w Londynie i stale ukrywając się przed wierzycielami, żyli zgodnie z duchem Godwinowskim.

Wkrótce kochankowie znów udali się w podróż do Europy.

Rok bez lata – geneza

Między 15 a 18 czerwca, w 1816 roku, w tak zwanym roku bez lata (efekt wybuchu wulkanu w Indiach Wschodnich – chmura pyłu w ciągu kilku miesięcy rozprzestrzeniła się, znacząco ograniczając natężenie promieniowania słonecznego, a świat nawiedziły katastrofalne anomalie klimatyczne), podczas pobytu kochanków w Szwajcarii (nad Jeziorem Genewskim), która to przeżywała wówczas istny najazd Anglików z powodu trudnej sytuacji gospodarczej wyspy, kiedy to w towarzystwie jednego z największych angielskich poetów i dramaturgów, lorda George Byrona oraz jego osobistego lekarza i pisarza, Anglika włoskiego pochodzenia, który wprowadził postać wampira do literatury romantycznej, Johna Polidoriego, urozmaicali sobie zimne i deszczowe wieczory na wszelkie możliwe sposoby, zrodził się pomysł na opowieść o Frankensteinie.

Pewnego wieczoru towarzystwo zabijało nudę czytaniem opowieści o widmach, upiorach, duchach i zjawach. Pod wpływem tych historii, Byron zaproponował, by każde z nich napisało podobną. Pomysł przyjęto z wielkim entuzjazmem. Wieczór ten przeszedł do legendy, jako wieczór, podczas którego zbudzono ciemne moce, które po latach pokarały uczestników przedwczesną śmiercią[8].

Pokłosiem pamiętnej zabawy literackiej w wymyślanie historii o duchach stał się właśnie „Frankenstein”. Godwin najpoważniej potraktowała rzucone przez lorda wyzwanie. Nic dziwnego skoro rękawicę rzucił sam Byron – wielki poeta, w którym Mery podkochiwała się. Poza tym kochanek, który wielbił swą wybrankę jako córkę dwójki wybitnych ludzi, wielokrotnie namawiał utalentowaną i nie ustępującą intelektualnie pozostałym towarzyszom, ale zbyt skromną, niepewną siebie i zakompleksioną Mary, by udowodniła, że jest godna swych rodziców i „wpisała swe nazwisko do księgi sławy”[9].

Podobno sam pomysł zrodził się z „filozoficznej rozmowy o naturze życia”[10] Byrona i Shelleya. Według Godwin była to debata nad tym, skąd bierze się życie, na czym polega i czy da się je tchnąć w materię nieożywioną. Przyszłą autorkę „Frankensteina” zaczęło nurtować pytanie: czy dałoby się „spreparować z osobna poszczególne części ciała, połączyć je w całość i tchnąć w nie witalne ciepło?”[11].

Owładnęła nią samowolnie wyobraźnia, oczom umysłu zaczęły ukazywać się obrazy żywsze niż rojenia, widoki, widma, zwidy, majaki przerażające, pełne grozy[12] – oto rodził się twór Frankensteina.

Na marginesie wspomnę, że z tej literackiej zabawy poza dziełem Mary jedynie Wampir Polidoriego przeszedł do historii literatury gotyckiej jako jedna z pierwszych klasycznych opowieści wampirycznych, która zapoczątkowała nowy gatunek literatury fantastycznej.

Trzy w jednym – filozofia, nauka, popkultura

W roku 1818 „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” – zapis tego koszmarnego przywidzenia, jak podaje sama autorka we wstępie do trzeciego wydania powieści, prekursorskie dzieło z gatunku science fiction – wyszedł drukiem.

Mary, po powrocie do Anglii, poślubieniu Shelleya (po samobójczej śmierci jego pierwszej żony), pracowała nad historią naukowca i jego dzieła blisko dwa lata. W zamyśle autorki miała to być krótka nowelka, jednak za namową męża zdecydowała się na obszerniejszą formę. Wiosną 1817 roku ukończyła powieść, która w roku następnym ujrzała światło dzienne.

Nie było łatwo – temat i fakt, że twórcą tego „obrazoburczego” tekstu jest kobieta, sprawiały, że wydawcy nie byli zainteresowani publikacją. Ostatecznie powieść ukazała się anonimowo (nakładem pięćset egzemplarzy), po zmianach wprowadzonych przez Percy`ego Shelleya (skala ingerencja była dość szeroka) i z jego przedmową. Dopiero drugie wydanie powieści, z 1923 roku, było podpisane nazwiskiem autorki. Wydanie trzecie, poprawione przez samą Mary, w istocie zaś przerobione (różnice pomiędzy wydaniem pierwszym a trzecim nie są powierzchowne), ukazało się w 1931 roku.

Recenzje były skrajnie różne, dzięki czemu powieść zyskiwała popularność. Szybko też trafiła do „krwiobiegu kultury popularnej”[13].

„Frankenstein” należy do klasyki literatury powszechnej, do klasyki dzieł literatury angielskiej, by być precyzyjniejszym, do klasyki dzieł doby romantyzmu, epoki, która zadawała kłam szkiełku i oku mędrca (choć echa oświeceniowej myśli filozoficznej także widać w książce Shelley), do dzieł, które wybiegały daleko w przyszłość.

Jednym z głównych gatunków angielskiego preromantyzmu i romantyzmu była powieść gotycka, będąca odpowiedzią na literaturę oświeceniową i z tej tradycji wyrosła powieść Shelley.

„Frankenstein” należy też do kanonu kultury masowej, która niestety pozbawiła utwór najcenniejszego wymiaru. Wypaczyła go bowiem i spłyciła jego problematykę, uwydatniając jedynie potworność i grozę (doszło nawet do tego, że błędnie określa się imieniem „Frankensteina” nie twórcę monstrum, tylko samego potwora).

A przecież „Frankensteina” to powieść filozoficzna, która dotyka spraw zasadniczych dla ludzkości, kwestii moralnych. To także powieść naukowa, bo poza tym, że dotyczy kwestii uniwersalnych, dotyczy także tego, co bieżące, aktualne i też tego, co dopiero majaczyło (wciąż majaczy) na horyzoncie.

Młoda autorka romantyzmu, interesująca się nauką, głównie fizyką, chemią, fizjologią, doskonale rozumiała, że badania naukowe wprowadzą społeczeństwo w nową erę. Przewidziała najważniejsze nurty myślowe XIX wieku.

Poza tym wszystkim „Frankenstein” jest też powieścią szkatułkową i epistolarną – Walton, kapitan statku zmierzającego na biegun północny, opisuje w listach do siostry spotkanie z Frankensteinem, zaś Wiktor Frankensteina opowiada Waltonowi swą historię, głos zabiera także sam potwór.

Prosta historia

Fabuła powieści nie jest zbyt skomplikowana, wręcz naiwna, podana konwencjonalnym stylem. Angielski żeglarz-marzyciel, który pragnął dotrzeć tam, dokąd jeszcze nikt nie dotarł, podczas swej wyprawy życia utknął wśród arktycznych lądów. Pewnego dnia dotarł do jego statku wycieńczony rozbitek. Po odzyskaniu sił opowiedział żeglarzowi historię swego życia. W istocie to niesamowita opowieść – zasadnicza część powieści – o dziele niejakiego doktora Wiktora Frankensteina, szwajcarskiego uczonego, uznanego chemika, zafascynowanego nowymi dokonaniami nauki, możliwościami jakie rysują się przed człowiekiem w obliczu nowych wynalazków, owładniętego obsesją przeniknięcia największych tajemnic natury, choć zaczynającego swą przygodę z nauką od fascynacji przednaukowych – alchemicznych i okultystycznych, któremu blisko do renesansowych alchemików czy demiurgów (alegoria dziejów nowożytnej nauki); o stworzeniu ludzkiej istoty, która obróciła się przeciwko swemu stwórcy (jak Golem, gliniany olbrzym, który się buntuje).

Monstrum Frankensteina – bezimienna istota – było efektem obsesyjnych działań naukowca, wieloletnich poszukiwań i badań, eksperymentów nad odkryciem możliwości przywracania życia zmarłym i stworzeniem nowego idealnego człowieka.

Poznanie sekretu ożywienia martwej materii i pobudzenie jej było dokonaniem niemożliwego, czegoś o czym człowiek do tej pory tylko mógł marzyć.

Jednak powołany do życia twór – monstrualna karykatura człowieka – daleki był od idealizowanej wizji twórcy. Uczony, rozczarowany i przerażony swym dziełem, porzucił je.

Monstrum okazało się istotą świadomą i wrażliwą, cierpiącą przez ludzkość, która nie była gotowa na przyjecie do swojej społeczności kogoś o tak odrażającym, wywołującym nie tylko strach, ale i obrzydzenie wyglądzie. Odrzuciła potwora, skazując go na samotność. W delikatnej, czułej i cierpiącej istocie powoli zaczęła rodzić się złość, nienawiść i chęć zemsty na swym ojcu. Szybko pokazała do czego jest zdolna, jak okrutna potrafi być. Dała jednak Frankensteinowi szansę. W zamian za święty spokój zażądała od swego stworzyciela towarzyszki życia, dzięki której nigdy więcej nie czułaby się samotna. Doktor pod presją obiecał spełnić żądania potwora, wkrótce jednak, uzmysławiając sobie jakie mogą być tego konsekwencje, czym będzie zaludnienie świata tego typu istotami, postanowił nie spełniać danej obietnicy. Ściągnął tym samym na siebie i ludzkość gniew potwora. Po utracie najbliższych wyruszył w pościg za monstrum, by je unicestwić. Nie zdołał jednak tego dokonać. Przed śmiercią wymusił na żeglarzu obietnicę, by ten dokończył działa za niego.

Istota kultowej powieści

Tak oto twór Frankensteina grasuje po dziś dzień, pełen nienawiści do rodzaju ludzkiego i żądzy zemsty. To człowiek zrobił z niego potwora, nie potrafiąc wyzbyć się swych uprzedzeń. Nie był gotów na przyjecie do swojej społeczności kogoś o takim wyglądzie. Odrzucił go, gdyż nie potrafił dostrzec w nim jego dobrej natury. Istota niewinna, czysta, wrażliwa, świadoma i inteligentna za sprawą swej zewnętrzności, poprzez którą była widziana i oceniana, stała się bezwzględnym monstrum. Z czasem istota owa zyskała świadomość jak bardzo różni się od ludzi, co zmusiło ją do banicji. W cierpiącym z powodu samotności tworze powoli zaczęła rodzić się złość, nienawiść, w końcu chęć zemsty. Tak oto twór Frankensteina, z istoty pragnącej jedynie miłości i akceptacji, stało się monstrum, które przynosi zgubę ludzkości.

Tak oto skończyła się historia współczesnego Prometeusza, który niczym mityczny tytan, zbuntował się przeciwko bogom. Tyle że mityczny Prometeusz chronił swe dzieło, współczesny – brzydził się nim.

Tak oto skończyła się historia Frankensteina, który niczym Faust – piętnastowieczny alchemik, astrolog, naukowiec, który by posiąść wiedzę, podpisał pakt z samym Mefistofelesem, ale ten skręcił mu kark i zabrał jego duszę do piekła – pragnął przeniknąć największe tajemnice natury.

Tak oto skończyła się historia Frankensteina, który niczym Bóg „ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą”[14].

Tak oto skończyła się historia Frankensteina, człowieka wierzącego w siłę ludzkiego rozumu, dumnego z własnych osiągnięć, który nie zastanawiał się nad ich konsekwencjami. Z czasem jednak zrozumiał, że jego indywidualne poczynania, egoistyczne ambicje doprowadziły ludzkość do zguby. Dojrzał do wzięcia odpowiedzialności za swe czyny, gdy pojął czym kończy się zabawa w Boga. Nie ujawnił w jaki sposób stworzył swoje monstrum.

Tak oto skończyła się historia Frankensteina – maga, alchemika i uczonego, prototypu późniejszego szalonego naukowca.

Niewątpliwie naiwna fabuła powieści odchodzi w cień, gdy zastanowimy się nad jej wymową, czym faktycznie jest to kultowe dzieło – rozważaniem na temat kondycji ludzkiej.

„Frankenstein” jest powieścią rozpiętą „między odległymi epokami ludzkiej myśli”[15] – mitycznej, biblijnej, średniowiecznej i współczesnej autorce.

Ważniejsze jest jednak to, co wykracza daleko w przyszłość. „Frankenstein” ukazuje bowiem lęki towarzyszące odkryciom naukowym, obawy przed zagrożeniami płynącymi z eksperymentów, w których nie zna się granic. Jest przestrogą przed niekontrolowanym postępem. Co brzmi po dwustu latach, w erze biotechnologii, inżynierii genetycznej, klonowania, niezwykle aktualnie.

Innym, nie mniej ważnym problemem z dzisiejszego punktu widzenia poruszonym w tej niezwykłej powieści jest kwestia odmienności – Innego, którego ludzkość nie potrafi przyjąć.

„Frankenstein” jest fenomenem jeśli chodzi o mnogość interpretacji – psychologicznej, biograficznej, feministycznej, społecznej, marksistowskiej.  I co niezwykle ważne, żadna z tych interpretacji nie wyklucza pozostałych, jedna drugiej nie znosi, nie przeczy.

Mary Shelley w swej powieści mnoży problemy natury najrozmaitszej. Nie udzielając przy tym jasnych odpowiedzi, nie rozstrzyga ani nie ocenia żadnej z poruszonych kwestii jednoznacznie. Pozostawia to nam – czytelnikom ery nowoczesnej, którzy pochylając się nad „Frankensteinem”, będą bez końca odkrywać kolejne znaczenia, kolejne wymiary, kolejne sensy.

Ps. Wydawnictwo Vesper w 2013 roku po raz pierwszy w Polsce opublikowało „Frankensteina” Mary Shelley z roku 1818 w przekładzie i opracowaniu Macieja Płazy – wersję, która pozbawiona jest autorskiej cenzury. Wcześniejsze polskie wydania „Frankensteina” to były tłumaczenia Henryka Goldmana (1925) i Pawła Łopatki (2005) wersji z 1831.

Publikacja wydawnictwa Vesper poza tym, że zawiera nieocenzurowaną i do tej pory nieznaną polskiemu czytelnikowi wersję „Frankensteina”, to prezentuje w Aneksie utwory, które są pokłosiem upiornej zabawy w roku bez lata – dokument legendarnych okoliczności powstania jednej z najsłynniejszych powieści świata.

* Tytuł oryginalny – Frankenstein; or, the Modern Prometheus, rok pierwszego wydania – 1818, rok pierwszego wydania polskiego – 1925.


[1] Maciej Płaza, Posłowie. Galwaniczna alchemia i niebyt utracony, w, Mary Shelley, Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz, tłum., oprac. Maciej Płaza, Czerwonak, 2013, s.

[2] Ibidem, s. 330.

[3] Ibidem, s. 334.

[4] Ibidem.

[5] Ibidem.

[6] Mary Shelley, Wstęp do trzeciego wydania „Frankensteina”, w,  Shelley, op., cit., s. 270.

[7] Ibidem.

[8] Płaza, op. cit., s. 336.

[9] Shelley, Wstęp, op. cit., s. 271.

[10] Płaza, op. cit., s. 323.

[11] Shelley, Wstęp, op. cit., s. 274.

[12] Ibidem.

[13] Płaza, op. cit., s. 330.

[14] Księga Rodzaju, w, Biblia Tysiąclecia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Poznań, 1998, Rdz 2, 7.

[15] Ibidem, s. 339.

BIBLIOGRAFIA

Klasyka – lek na zło świata tego

Idzie nowe!!!

Misja

Jak głosi słowo wstępne misją Bałwochwalni jest ocalenie od zapomnienia dzieł, o których zapomnieć nie można, bo będzie to wyrządzenie ludzkości zła, którego naprawić się już nie zdoła. Chodzi zatem o krzewienie literatury przez wielkie „L”, klasyki tak zwanej (mówiąc klasyka mam na myśli przede wszystkim literaturę piękną, ale nie tylko, także kanoniczne prace historyczne, filozoficzne) – zestawu tekstów uznanych za wzór, zestawu tekstów podstawowych dla danego kręgu kulturowego, czyli dzieł tak zwanego kanonu.

Próba istotna

W istocie chodzi o próbę przekonania nieprzekonanych, nieuznających, lekceważących, ignorujących, do skłonienia, by podjąć wysiłek, by wyjść poza nawyki, poza strefę komfortu.

Nie chodzi tu o spór klasyków z romantykami ani o moralizatorstwo, nie o mówienie, że wypada, że należy. Nie o odrabiane lekcji chodzi. Słowem, nie o zniewolenie przez literaturę czy szerzej kulturę. Ale o szacunek. Do innych. Do siebie.

Po co? Po to, by pielęgnować ducha, doskonalić swe wnętrze. By mieć w sobie – jak mawiał Władysław Broniewski – maleńki kompas, który nie pozwoli zagubić się w tym dużym i niezbyt mądrym świecie[1].

Nowy cykl

Faktem jest, że Bałowchwalnia otworzyła swe wrota już jakiś czas temu, mimo to, do tej pory, poza szumną zapowiedzią, słowo realizujące ową misję nie padło.

Nie dlatego, że poszła w niepamięć, tylko dlatego, że sprawa wymagała nie lada namysłu, gdyż chodzi o coś, co skupia w sobie kilka istotnych kwestii, które należało rozpatrzyć z wielu stron, pod różnym kątem, z wielu perspektyw.

Stało się jednak… Tekstem niniejszym wprowadzam do Bałwochwalni nowy cykl not – Klasyka – lek na zło świata tego – poświęconych klasyce właśnie!

Nie będzie żadnej chronologii, nie będzie też systematyczności. Niespodziewanie pojawi się nota, o tym czy o tamtym dziele literackim.

Słowo wstępu

Na początek jednak kilka zdań wstępu, uzasadniających, które paść muszą…

Obcowanie z literaturą jest wartością niepodlegającą dyskusji (tyle że chyba nieco opacznie rozumianą, pomieszane bowiem zostają róże, niekiedy nieprzystające do siebie porządki).

Moc sprawcza

Czytanie – owo obcowanie z literaturą – jest czynnością mającą imponujący na człowieka wpływ, oddziałującą na jego egzystencję i rzeczywistość w sposób wręcz zadziwiający. Grzegora Jankowicz donosi, że:

Myślimy o tym, co przeczytaliśmy. Wyobrażamy sobie świat, do którego zostaliśmy zaproszeni. Nadajemy mu kształt. Meblujemy go po swojemu. Przy tym cały czas poruszamy się w naszej rzeczywistości, która wygląda już jednak nieco inaczej, a przynajmniej inaczej nam się jawi. Zaszła bowiem zmiana: najpierw w nas – dzięki literaturze, a potem w świecie – za naszą sprawą[2].

Czytanie zatem jest czynnością mającą ogromną moc sprawczą.

Niestety, czytanie jest procesem czasochłonnym, wymagającym, pozornie bezproduktywnym, nie przynoszącym natychmiastowych korzyści, z tych też względów nieatrakcyjnym dziś, w dobie pośpiechu, natłoku informacji, nastawienia na zysk, efekt natychmiastowy, dlatego też i zarzucanym. Ruszyła więc machina promująca czytanie!

Co czytać?

I odezwali się reprezentanci dwóch szkół. Jedni twierdzą, że warto czytać, nieważne co, byleby czytać cokolwiek. Drudzy, że warto czytać, ale świadomie, wybierając perełki. Ja, snobka, należę do szkoły drugiej. Wychodzę z założenia, że żyjąc w epoce, w której tak cenne są czas i pieniądze, nie warto marnować tego na rzeczy pozbawione wartości, nie warto się rozdrabiać, szkoda owego czasu, owych pieniędzy, także energii i nas samych na czytanie byle czego. Dlatego Bałwochwalnia obrała kurs na to, co sprawdzone, na klasykę.

Obawa realna?

Na początek jednak warto postawić pytanie: dlaczego? Skąd ten pomysł? Czy rzeczywiście istnieje realna obawa zapomnienia?

Istnieje! Świat zalewają tomy różnorakie, wyroby książkopodobne. I ręce opadają zerkając na wystawy sklepów z książkami, na półki tychże składów. Co wybrać? Czym się kierować? Zalew produkcji wątpliwej jakości przyczynia się nie tylko do tego, że niezauważone zostają rzeczy wartościowe wśród nowości wydawniczych, ale też do tego, że cenne dzieła z historii literatury stają się niebytem i ludzkość o nich zapomina.

Wydawcy kuszą na wiele sposobów, z każdej strony krzyczą, nawołują, wabią, uwodzą. Każą nam być na bieżąco, każą więc czytać więcej, szybciej, co oznacza bezrefleksyjnie, bezkrytycznie, bo nie ma na to czasu, gdyż tyle jest do przeczytania… Czujemy się więc osaczeni i pozbawieni możliwości dokonania mądrego wyboru. Czytamy więc na akord, pobieżnie, bez uwagi, zaangażowania, wysiłku, poświęcenia, przy okazji, w międzyczasie, z doskoku, bez radości i przyjemności, bez celebrowania aktu przeczytania, bez rozsmakowywania się, bez zagłębiania się w treść, artyzm, piękno, kontekst, odhaczając kolejną przeczytaną pozycję i zapominając o niej natychmiast.

Klasyka – lek na zło świata tego

Sposobem na to jest staranniejsze dobieranie lektur. Dlatego dobrze jest postawić na klasykę! Na coś, co jest sprawdzone, co przez setki, dziesiątki lat zostało zweryfikowane! Coś, co jest dobrą literaturą, do czytania czego nakłaniają takie umysły jak Umberto Eco, Italo Calvino, Susan Sontag czy Ryszard Koziołek.

Sens

Przyjmując więc, że rzeczywiście istnieje realna obawa zapomnienia, to nasuwa się kolejne pytanie: co z tego? Po co z tym walczyć? Po co próbować zmieniać istniejący stan rzeczy? Po co czytać klasykę, powstałą tak dawno, a więc nieprzystającą do dzisiejszych czasów? Czy nie lepiej poświęcić się lekturze tekstów współczesnych, które dotyczą naszego tu i teraz, które niekiedy też objaśniają bądź starają się objaśnić nam teraźniejszość?

Nie zamiast, tylko także

Nie chodzi tu jednak o zamiast, tylko o także! Literatura najnowsza niewątpliwie istotna jest dla naszego tu i teraz, bezdyskusyjnie więc warto ją czytać, tyle że musimy pamiętać, że jej czytanie, bez znajomości tekstów z przeszłości, zawsze będzie procesem niepełnym, zubożałym. Będzie pozbawione szerszego spojrzenia, kontekstu, który jest zespołem odniesień niezbędnych do pełniejszego zrozumienia literatury najnowszej. Słowem, klasyka jest niezbędna do zrozumienia współczesności, naszego tu i teraz.

Poza tym czas dopiero pokaże, czy ta literatura najnowsza istotna będzie kiedyś, słowem, czy istotna będzie zawsze, czy okaże się ponadczasowa. Jeśli tak, to zyska wówczas niepodważalną i najwyższą wartość. Ale to dopiero przyszłość zweryfikuje.

Uniwersalność

Mamy jednak pod ręką rzeczy, które przeszły tę bezlitosną próbę czasu, więc w naszym tu i teraz już mają niepodważalną i najwyższą wartość. Te zweryfikowane rzeczy sprzed dziesiątków, setek lat, które przetrwały, ostały się właśnie dlatego, że dotykają naszego tu i teraz, mimo że powstały w odległej przeszłości! Dotykać będą też naszego jutra. Słowem, będą aktualne zawsze i wszędzie. Bez względu na czas i przestrzeń. Bo klasyką są takie właśnie książki, jak trafnie ujął to Italo Calvino, wobec których teraźniejszość staje się szumem w tle, ale które jednocześnie nie mogą bez tego szumu istnieć. Klasyką są jednocześnie takie dzieła, które trwają jako tło – nawet wtedy, gdy zupełnie niekompatybilna z nim teraźniejszość przejmuje chwilowo kontrolę nad sytuacją[3].

Piękno

Poza tym dzieła klasyczne, z tak zwanego kanonu, to nie tylko kunszt treści, to też kunszt formy i języka. Czyż więc to nie najlepszy materiał, by wyrabiać sobie gust, poczucie smaku estetycznego, by zaszczepić miłości do literatury i ją pielęgnować? Obcowanie z pięknem daje wiele satysfakcji, pod warunkiem, że damy temu i sobie szansę. Pod warunkiem, że wyjdziemy przygodzie na przeciw, że damy się ponieść i bez pośpiechu rozsmakujemy się w tym, co cennego nam pozostawiono.

Pytanie podstawowe

Dlaczego, żyjąc w święcie tymczasowości, bylejakości i tandety, zdewaluowanych wartości, zadowalać się produkcją treści miałkich, nijakich, pustych, ubogich znaczeniowo, intelektualnie, językowo, formalnie, z nic nieznaczącym słowem, bez płynącej mądrości, bez wagi, nie wymagających zaangażowania, wysiłku, przeżycia, nie pozostawiających śladu? Dlaczego nie oddawać się lekturze literatury sprawdzonej, klasyki właśnie?

Studnia bez dna

Dlaczego o klasyce wciąż się mów? Dlaczego artyści z dziedzin najrozmaitszych stale odwołują się w swej twórczości do dzieł z przeszłości? Dlaczego na przestrzeni dziesiątków lat stale powraca się do twórców klasycznych? Przypomnijmy sobie choćby ile było inscenizacji Dziadów Adama Mickiewicza w XX wieku (te najważniejsze: 1901 r. – Stanisław Wyspiański, 1932 i 1934 r. – Leon Schiller, 1955 r. – Aleksander Bardini, 1961 r. – Jerzy Grotowski, 1967 r. – Kazimierz Dejmek, 1973 r. – Konrad Swiniarski, 1987 i 1995 r. – Jerzy Grzegorzewski[4]). Dlaczego współcześni twórcy teatralni choćby tylko z rodzimego podwórka wciąż z klasyką się mierzą (Jan Klata z Wyspiańskim, Michał Zadara z Mickiewiczem, Grzegorz Jarzyna z Witkacym, Krzysztof Warlikowski z Proustem, Monika Strzępka i Paweł Demirski z Mickiewiczem, Czechowem, Maja Klaczewska z Szekspierem, Agata Duda Gracz z Szekspirem i Gogolem)? Dlaczego wciąż powstają niekiedy kolejne ekranizacje największych dzieł klasycznych? Nie bez powodu klasyka jest stale obecne w dyskursie kulturalnym, społecznym, powszechnym rzec można. Klasyką są przecież książki, jak podkreślił Calvino, które nigdy nie wyczerpują tego, co mają nam do przekazania i każde czytanie klasycznego dzieła jest w rzeczywistości jego ponownym odczytaniem[5].

Poczucie pewności

Jest jeszcze jedna istotna sprawa. Klasycy dają nam poczucie pewności, którego potrzebujemy. Umberto Eco zauważył, że człowiek szuka oparcia przede wszystkim w chwili upadku wartości oraz ich odbudowywania[6]. Kryzys prowokuje do zadania sobie podstawowego pytania: kim jesteśmy? Klasyka ujawnia nie tylko jak myślano w odległych czasach, ale pozwala też odkryć, że dziś myślimy w taki sam sposób, i zrozumieć, jaka jest tego przyczyna. Czytać klasykę to jakby dokonywać psychoanalizy dzisiejszej kultury. I odkryć, że jesteśmy arystotelikami albo platończykami, albo augustynianami w sposobie, w jaki tworzymy nasze doświadczenie[7].

Korzenie

Poza tym lektura literatury klasycznej to powrót do korzeni, których szukamy, zdaniem Eco, z powodu niejasnego przeczucia, że wyrośliśmy z jakiegoś nieznanego pnia. Czytelnik odkrywający klasyków jest tym, który odczuwa potrzebę zdobycia wiedzy na temat swoich przodków, aby móc odnaleźć ich obecność we własnych myślach, gestach, rysach twarzy, zaprawdę, powiada Eco[8]. Słowem, znajomość narodowej tradycji literackiej i powszechnej oraz kontekstów kulturowych jest mieszkańcom świata tego niezbędna do egzystencji wielowymiarowej, bardziej świadomej, pełniejszej!

Lekcja życia

Czytanie klasyki uczy też, co jest wartością bezcenną, poprawnie rozumować. Susan Sontag konkludowała, że:

Nie byłabym tym, kim jestem, nie rozumiałabym tego, co rozumiem, gdyby nie konkretne książki, Myślę o wielkim pytaniu dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej: jak powinniśmy żyć? Powieść warta czytania kształci serca. Rozszerza rozumienie ludzkich możliwości, tego, czym jest ludzka natura i co się dzieje w świecie. Tworzy duchowość.[9]

Czytanie klasyki jest lekcją myślenia i lekcją życia. Bo klasyka przemienia czytelnika, pobudza wyobraźnię, rozwija empatię i umiejętności społeczne, poszerza horyzonty, wzbogaca, rozbudza ciekawość, inspiruje, stawia pytania, otwiera serca i umysły na nieznane, inne, niezrozumiałe. To nie tylko „zabijacz” czasu, czysta rozrywka, czy sposób, by uciec od codzienności cudów od nas wymagającej. Klasyka pozwala dostrzec ukryte do tej pory pewne aspekty istnienia. Warto więc ją czytać, by mieć to okno na świat.

Poza tym dzięki lekturze literatury klasycznej, zauważył Eco, poznajemy ludzi – jej twórców – których warto poznać. Czyż to nie jest wystarczający powód, by czytać dawnych mistrzów?

Krytyczne czytanie

Czytanie klasyki – dzieł uznanych – nie wymaga czytania bałwochwalczego. Autor dzieła klasycznego, jak twierdził Calvino nigdy nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym. Czytelnik zawsze określa siebie w relacji z autorem dzieła, nawet, jeśli określa się w opozycji do niego[10]. Nie chodzi zatem o czytanie na kolanach. Wręcz przeciwnie, chodzi tu o krytyczne czytanie. Z otwartym jednak sercem i umysłem!

Indywidualizm

„Zindywidualizowana, monadyczna i nomadyczna lektura”[11] – sposób lektury proponowany przez Koziołka – wydaje się idealna. Pozwala iść własną drogą. Jednak niech droga ta nie będzie przypadkowa, pozbawiona znaczeń, niech nie będzie trywialna i nic nie warta! Niech przyświeca jej szalona myśl Magdaleny Samozwaniec, że:

Dobra książka to rodzaj alkoholu – też idzie do głowy.

Zatem czytajmy, odkrywajmy, powracajmy, delektujmy się… Bo lepszego leku na ten niedobry świat nie znajdziemy!!!!

Prywatne podwórko

Ja należę do osób, które mają już kilka pozycji z kanonu za sobą, mnóstwo przed sobą. Początkowo byłam przymuszana do jej czytania, później już przymuszać mnie nie trzeba było. Na studiach, cóż taki kierunek… Później porzuciłam klasykę, na rzecz nowości. W pewnej chwili jednak poczułam potrzebę powrotu. I powróciłam. Na szczęście. Dziś czytam dużo literatury współczesnej, ale nowości czytelnicze smakują jednak najlepiej, gdy przeplata się je sprawdzoną, zweryfikowaną, niezastąpioną, kunsztowną klasyką. Nadrabiam więc pozycje zaległe, ale czytam też ponownie te, których lekturę mam już za sobą, ale niestety, moja pamięć wybiórcza i zapominalska. Poza tym, podobno warto przeczytać ponownie najważniejsze książki z młodości. I powiem, że niewiele rzeczy daje mi tyle satysfakcji, co obcowanie z klasyką właśnie!

Grzechy moje

Jakie mam grzechy na sumieniu? Imię róży Umberto Eco. Podchodziłam kilka razy… Zniechęciłam się w końcu tak bardzo, że dziś nawet nie wstydzę się tego, że nie przeczytałam tego jednego z największych arcydzieł XX wieku. Wstydzę się natomiast bardzo tego, że nie jest mi wstyd z tego powodu!


[1] Mariusz Urbanek, Broniewski. Miłość, wódka, polityka, Warszawa 2011, s. 291.

[2] Grzegorz Jankowicz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.

[3] Italo Calvino, Why Read the Classics?, opublikowano 09.10.2018, http://www.nybooks.com/articles/1986/10/09/why-read-the-classics/, dostęp 26.02.2018.

[4] Michał Bujanowicz, Inscenizacje „Dziadów” Adama Mickiewicza, opublikowano 04.2004, http://culture.pl/pl/artykul/inscenizacje-dziadow-adama-mickiewicza, dostęp 26.02.2018.

[5] Ibidem.

[6] Umberto Eco, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek (1994-1996), Poznań 1997.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

[9] Sztuka powieści 2. Abntologia wywiadów z „The Paris Review”, Wrocław 2017.

[10] Calvino, op., cit.

[11] Ryszard Koziołek, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016.

BIBLIOGRAFIA
  1. Bayard Pierre, Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?, Warszawa 2008.
  2. Bujanowicz Michał, Inscenizacje „Dziadów” Adama Mickiewicza, opublikowano 04.2004, http://culture.pl/pl/artykul/inscenizacje-dziadow-adama-mickiewicza, dostęp 26.02.2018.
  3. Calvino Italo, Why Read the Classics?, opublikowano 09.10.2018, http://www.nybooks.com/articles/1986/10/09/why-read-the-classics/, dostęp 26.02.2018.
  4. Eco Umberto, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek (1994-1996), Poznań 1997.
  5. Jankowicz Grzegorz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.
  6. Koziołek Ryszard, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016.
  7. Sztuka powieści 2. Antologia wywiadów z „The Paris Review”, Wrocław 2017.
  8. Woźniak Olga, Uwaga! Książki zmieniają mózg, opublikowano 01.01.2014, http://wyborcza.pl/1,75400,15210453,Uwaga__Ksiazki_zmieniaja_mozg.html, dostęp 26.02.2018.
  9. Urbanek Mariusz, Broniewski. Miłość, wódka, polityka, Warszawa 2011.

Walentynki – na pokuszenie

WalentynkiSłowom…

Walentynki, Dzień św. Walentego, Dzień Zakochanych – święto to pasuje do mnie jak przysłowiowa pięść do nosa, no, ale, żeby nie było, że jestem nieczuła, niewrażliwa, lodowata, z kamieniem zamiast serca 😉 !!!

Był sobie raz taki pan, i drugi, i trzeci, siódmy… Jednego, drugiego, trzeciego, siódmego… pokochałam miłością taką, na jaką sobie zasłużyli.

Jeden[1] uwiódł, zapewniając:

Miłość Ci wszystko wybaczy

Smutek zamieni Ci w śmiech.

Miłość tak pięknie tłumaczy:

Zdradę i kłamstwo i grzech.

Choćbyś ją przeklął w rozpaczy,

Że jest okrutna i zła,

Miłość Ci wszystko wybaczy

Bo miłość, mój miły, to ja.

Jeśli pokochasz tak mocno jak ja,

Tak tkliwie, żarliwie, tak wiesz,

Do ostatka, do szału, do dna,

To zdradzaj mnie wtedy i grzesz.

Bo miłość Ci wszystko wybaczy

Smutek zamieni Ci w śmiech.

Miłość tak pięknie tłumaczy:

Zdradę i kłamstwo i grzech.

Choćbyś ją przeklął w rozpaczy,

Że jest okrutna i zła,

Miłość Ci wszystko wybaczy

Bo miłość, mój miły, to ja.

Drugi[2] zaś mawiając:

Kochałbym cię (psiakrew, cholera!),

gdyby nie ta niepewność,

gdyby nie to, że serce zżera

złość, tęsknota i rzewność.

Byłbym wierny jak ten pies Burek,

chętnie sypiałbym na słomiance,

ale ty masz taką naturę,

że nie życzę żadnej kochance.

Kochałbym cię (sto tysięcy diabłów),

kochałbym (niech nagła krew zaleje!),

ale na mnie coś takiego spadło,

że już nie wiem, co się ze mną dzieje:

z fotografią, jak kto głupi, się witam,

z fotografią (psiakrew!) się liczę,

pójdę spać i nie zasnę przed świtem,

póki z grzechów się jej nie wyliczę,

a te grzechy (psiakrew!) malutkie,

więc (cholera) złości się grzesznik:

że na przykład, wczoraj piłem wódkę

lub że pani Iks – niekoniecznie.

Cóż mi z tego (psiakrew!), żem wierny,

taki, co to „ślady po stopach”?…

Moja miła, minął październik,

moja miła (psiakrew!), mija listopad.

Moja miła, całe życie mija…

Miła! Miła! – powtarzam ze szlochem…

To mi życie daje, to zabija,

że ja ciągle (psiakrew!) ciebie kocham.

Czasem lamentując[3]:

Tyś mnie kochała, ale nie tak,

jak kochać trzeba,

i szliśmy razem, ale nie w takt –

przebacz.

Ja jeszcze długo… Rok albo dwa.

Potem zapomnę.

Teraz, gdy boli, teraz, gdy trwa,

dzwonię podzwonne.

A tobie, miła, na co ten dzwon

brzmiący z oddali?

Miłość niewielka, błahy jej zgon,

i idziesz dalej.

Cóż mam od życia? – troskę i pieśń

(ciebie już nie ma).

Muszę im ufać, muszę je nieść,

pisać poemat.

Cóż mam od życia? – chyba już wiesz,

czujna i płocha? –

tylko ten smutek, tylko ten wiersz,

który mnie kocha.

Trzeci[4] wyjaśniając:

Powiedz mi jak mnie kochasz.

— Powiem.

— Więc?

— Kocham cię w słońcu. I przy blasku świec.

Kocham cię w kapeluszu i w berecie.

W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.

W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.

I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.

I gdy jajko roztłukujesz ładnie —

nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.

W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.

I na końcu ulicy. I na początku.

I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz.

W niebezpieczeństwie. I na karuzeli.

W morzu. W górach. W kaloszach. I boso.

Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.

I wiosną, kiedy jaskółka przylata.

— A latem jak mnie kochasz?

— Jak treść lata.

— A jesienią, gdy chmurki i humorki?

— Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki.

— A gdy zima posrebrzy ramy okien?

— Zimą kocham cię jak wesoły ogień.

Blisko przy twoim sercu. Koło niego.

A za oknami śnieg. Wrony na śniegu.

I też zapewniając[5]:

Kochanie, moje kochanie,

dobranoc, już jesteś senna –

i widzę twój sen na ścianie,

i noc jest taka wiosenna!

Jedyna moja na świecie,

jakże wysławię twe imię?

Ty jesteś mi wodą w lecie

i rękawicami w zimie.

Tyś szczęście moje wiosenne,

zimowe, latowe, jesienne –

lecz powiedz mi na dobranoc,

wyszeptaj przez usta senne:

za cóż to taka zapłata,

ten raj przy Tobie tak błogi?…

Tyś jesteś światłem świata

i pieśnią mojej drogi.

Siódmy[6] zapomnieć nie dając:

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem

Zapodziani po głowy, przez długie godziny

Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.

Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,

Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,

Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,

I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,

A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,

Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni

Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty

Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie

Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,

I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,

Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,

Porwałem twoje dłonie — oddałaś w skupieniu

A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

Ech, te dni i tamte noce… Pod kołdrą z latarką, by nikt nie dostrzegł, że oddaję się znajomościom ulotnym, żem niemądra i daję się wodzić na pokuszenie słowom…


[1] Julian Tuwim, Miłość ci wszystko wybaczy.

[2] Władysław Broniewski, Ze złości.

[3] Idem, Wiersz ostatni.

[4] Konstanty Ildefons Gałczyński, Rozmowa liryczna.

[5] Idem, List jeńca.

[6] Bolesław Leśmian, W malinowym chruśniaku.