Prymat skrzypiec nad fortepianem i saksofonem. „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” – Katarzyna Surmiak-Domańska

Ku Klux KlanTytuł – Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Autor – Katarzyna Surmiak-Domańska

Wydawnictwo – Czarne

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych historią USA, sprawami rasizmu, nacjonalizmu, dyskryminacji i nietolerancji, dla tych, którym nie są obojętne na sprawy współczesnego świata
  • PO CO – by rozumieć, by być czujnym
  • MOJA OCENA – 8/6
Prawda 1:1

Reportaż rzadko gości w Bałwochwalni. Co w cale nie znaczy, że nie jest ceniony. Faktem jednak jest, że Bałwochwalica Jedna częściej delektuje się prawdą wyrażoną nie wprost, czytaj fikcją literacką, niż tą 1:1, gdyż bliskie jest jej myślenie, że „literatura to proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów […]”[1].

Istotność polskiego reportażu

W Polsce ukazują się jednak reportaże tak istotne, że trudno o nich nie mówić. Ten, któremu niniejsza nota jest poświęcona do takich właśnie należy. I choć ukazał się w 2015 roku, to nie pozwala o sobie zapomnieć.

Sile oddziaływania reportażu Katarzyny Surmiak-Domańskiej z pewnością sprzyja moment historyczny, w którym się znaleźliśmy, w którym tkwimy. BJ sięgnęła po tę publikację z racji swych zainteresowań – rasizm, segregacja rasowa, dyskryminacja, nietolerancja, inność, odmienność, Północna Ameryka. Szybko jednak okazało się, że będzie to coś więcej, niż tylko zaspokojenie ciekawości w ramach zarysowanych zainteresowań.

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość Katarzyny Surmiak-Domańskiej to nie tylko rzetelny i znakomity reportaż o „lokalnym” Ku Klux Klanie, to też nie tylko historia rasizmu w USA i jego mechanizmów. To coś znacznie bardziej uniwersalnego, globalnego i aktualnego. To opowieść o nienawiści, która jest usprawiedliwiana najbardziej wzniosłymi hasłami, w imię najwznioślejszych idei.

Amerykańska przygoda

Polska reporterka w 2013 roku udała się na dość specyficzną wyprawę do Ameryki – do  Harrison (w stanie Arkansas) na doroczny Krajowy Zjazd Partii Rycerzy Ku Klux Klanu, by zebrać materiał do książki o organizacji i wyżej wymieniona publikacja jest tej wyprawy pokłosiem.

Ku Klux Klan w XXI wieku

Niewtajemniczonym wydawać się może, że praca poświęcona tej formacji będzie tylko wycieczką do odległej dość przeszłości. Nic bardziej mylnego. KKK to nie tylko przeszłość. KKK to też teraźniejszość. W XXI wieku wciąż istnieje i działa. KKK przystosował się do wymogów współczesności. Doskonale asymiluje się, adaptuje do otoczenia i idzie naprzód z duchem czasów. I mamy tu raczej do czynienia z korporacją, niż z tajemniczym zakapturzonym bractwem z pochodniami, ale w istocie niewiele się zmieniło. Co prawda twarz dzisiejszego KKK nie zieje już nienawiścią i nie napawa strachem, jest ciepła, przyjazna, życzliwa, ale istota pozostała ta sama. Zmieniły się metody funkcjonowania, ale jej cel się nie zmienił.

Wszystkich organizacji występujących pod szyldem KKK jest około czterdziestu. Oddziałów zaś ponad sto. Członków szacunkowo od pięciu do ośmiu tysięcy. Wszystkie te organizacje mają różne strategie i wizerunki. Są takie, dla których liczy się siła fizyczna, agresywność, ale są i takie, które podpisują się pod tradycyjnymi amerykańskimi wartościami i walczą słowem – językiem miłości. I taką jest ta, o której Surmiak-Domańska zrobiła reportaż.

Narracja reportażu prowadzona jest dwutorowo. Teraźniejszość przeplata się z historią. Relacja z wyprawy reporterki na południe USA, przeplatana jest przedstawieniem dziejów KKK. Mało tego, całość jest dwupoziomowa – fakty, konkrety przeplatają się refleksjami natury obyczajowej, społecznej, politycznej i historycznej.

Ważne jest tu coś jeszcze – podejście autorki. Postawa reporterki jest życzliwa, otwarta, bez uprzedzeń i z góry przyjętych tez. Niemalże jak dziecko ciekawa, zdziwiona, przenikliwa, empatyczna, poznaje i nie ocenia tylko próbuje zrozumieć. Ma to tu istotne znaczenie, gdyż w efekcie uwydatnia absurdalność tego z czym mamy do czynienia.

Szalony pomysł

Sytuacja jest nietypowa. Reporterka do Ameryki nie pojechała incognito. Pojechała jako Katarzyna Surmiak-Domański, polska dziennikarka, która zainteresowana historią USA, głównie historią kształtowania się amerykańskiej tożsamości, chce zrobić reportaż o KKK. Plan był tyleż prosty, co niemalże niemożliwy do ziszczenia, wydawało się – wziąć gościnnie udział w Krajowym Zjeździ Partii Rycerzy Ku Klux Klanu. W tym celu autorka wysłała maila do dyrektora stowarzyszenia, w którym wyraziła swe zainteresowanie sprawą. Już ten początkowy kontakt odsłonił przyszłe zasady relacji – uprzejmość, życzliwość, otwartość. Dziennikarka jasno wyartykułowała swój cel – pragnienie uchwycenia współczesnego wizerunku KKK i poznanie perspektywy jego członków oraz argumentacji ich poglądów – i zaznaczyła co nią kieruje – zainteresowanie narastaniem świadomości rasowej i nurtów nacjonalistycznych, a nie chęć wstąpienia w szeregi bractwa, gdyż nie jest rasistką – co zostało odebrane ze zrozumieniem, wręcz zachęcająco (dawało okazję przecież do pokazania się w dalekim kraju na starym kontynencie). Pastor Thomas Robb, ów dyrektor stowarzyszenia, zapewnił wówczas, że nie będzie ingerował w ocenę tego, co zobaczy i usłyszy, ale pod jednym warunkiem – że będzie pisać tylko prawdę.

Nic więc autorce nie pozostało jak tylko ruszyć za ocean i zdać relację z tego doświadczenia oraz podzielić się pewnymi spostrzeżeniami i refleksjami.

Żyć w raju na ziemi

Przybyła więc na tereny pasa biblijnego – raju na ziemi, prawie w stu procentach zamieszkanego przez białych, którego broni się zawzięcie przed zniszczeniem, takim jakie dokonało się w innych regionach kraju.

W samym sercu USA powstała biała ojczyzna. Tworzą ją ludzie, którzy uciekli ze zdegradowanych stanów na wschodnim i zachodnim wybrzeżu. Tutaj budują katalizatory nowej świadomości. Tworzą podwaliny naszego narodowego i rasowego odrodzenia […]. (s. 45)*

Tu „żarliwa, fundamentalna religijność kontrastuje z zamierającą pobożnością reszty chrześcijańskiego świata” (s. 27). Ten połudnowo-wschodni i południowo-centralny region USA, odpowiada w głównej mierze terenom stanów, które zawiązały Konfederację i wystąpiły z Unii. Wojna z Północą przyniosła im jednak klęskę. I tu nigdy nie pogodzono się porażką z roku 1865. Te południowe stany nigdy nie zaakceptowały narzuconych im zmian po przegranej wojnie secesyjnej. I miasto Harrison jest ucieleśnienie ideału. Nie ma tu innych, obcych, są sami swoi, którzy do szczęścia niczego więcej nie potrzebują. Nie pragną odkrywać nieznanych lądów.

Czyhające wieczne zło

Kraina, w której przyszło im żyć zapewnia im wszystko. Zdają sobie jednak sprawę, że muszą o nią dbać, walczyć, muszą stać na jej straży, bo zagrożenie czai się ze wszystkich stron.

Zbliżamy się do kresu cywilizacji. Biała Ameryka umiera […]. Ameryka umiera na anemię. Anemia pochodzi od starogreckiego słowa oznaczającego brak krwi. Oczywiście w tym wypadku chodzi nie tylko o wyciek krwi, ile o przypływ krwi niebiałej. Niebiała krew zalała nasz układ krwionośny, rozregulowała go i uczyniła niezdolnym do produkowania dostatecznej ilości krwinek krwi białej, potrzebnej, żeby zwalczyć chorobę… (s. 44)

[…] czarni przejmą w końcu rządy i doprowadzą ten kraj do upadku. Przyjdzie dzień, kiedy biali nie będą mogli już udawać, że nic się nie dzieje. A naszym zadaniem jest stworzyć siatkę. Prawidłowo wychować dzieci i wnuki, uświadamiać przyjaciół, żebyśmy wszyscy byli w pogotowiu. I kiedy wszystko runie, biali stracą pracę, domy i zobaczą, że nie istnieje żadna organizacja, która przemówiłaby w ich imieniu, wtedy my się obudzimy. Staniemy, żeby ratować ten kraj.

– Upadek jest nieunikniony?

– Tak. I przyjdzie szybciej, niż się spodziewamy. Dlatego tak ważne jest, by chronić to, co najcenniejsze. Czystość. (s. 52-53)

Tam ich początek

To właśnie na tych terenach, w miasteczku Pulaski w stanie Tennessee, w roku 1865 lub 1866, sześciu młodych weteranów armii Południa – John C. Lester, James R. Crowe, John B. Kennedy, Calvin Jones, Richard Reed i Franc O. McCord – założyło klub.

Trudno uwierzyć w początki tej organizacji, znając choć powierzchownie jej działalność. Jeden z założycieli przyznał otwarcie, że narodziny te były przypadkiem, a rozwój komedią (s. 77).

Apatyczne miasteczko, a w nim apatyczni, nie potrafiący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, pozbawieni zajęcia i przyszłości ludzie. Czas spędzali wspólnie wspominając dawne czasy. „Chłopaki, załóżmy jakiś klub” – rzucił pewnego razu jeden z nich. I dla żartu, dla rozrywki, by zabawić się, urozmaicić szarą codzienność, by zabić nudę reszta przystała na tę propozycję. Wybrali nazwę klubu, która w istocie nic nie znaczyła, później zaczęli obmyślać strategię działania. W końcu na koniach, okryci nakrochmaloną pościelą, udali się w teren. Reakcja społeczności na maskaradę zakapturzonych postaci przeszła chyba ich najśmielsze oczekiwania. Co tylko wzmogło ich apetyt. Brnęli dalej. Z każdym dniem rozkręcali się coraz bardziej w tej dość nietypowej zabawie. Tajemniczość, tajność, obrzędowość, stroje, tytuły – to działało na wyobraźnię wszystkich. Założyciele opracowywali coraz dokładniej zasady działania KKK, jego strategie, organizując i rozszerzając jego struktury.

Przypadkowa misja dziejowa

W efekcie bractwo zaczęło jawić się jako budząca strach elitarna organizacja, która pełni tajemniczą dziejową misję. O jaką misję chodziło? W istocie początkowo o żadnej misji nie było mowy. Celem przecież była rozrywka. W zmieniającej się sytuacji na Południu kraju – okres tak zwanej Rekonstrukcji – (integracja rasowa, odwet Afroamerykanów za lata ucisku, ich bezkarność), bractwo zaczęło upatrywać szansę na posłannictwo KKK. Wówczas to dopiero niejako przypadkowo objawił im się ich cel – wymierzanie sprawiedliwości, „karanie tych Murzynów, którzy byli […] bezczelni wobec białych ludzi, ale czasem także białych, którzy […] wykazywali skłonność do bratania się z Murzynami” (s. 75). Ta zabawa w efekcie doprowadziła do tragedii. Przypisuje się KKK czasu Rekonstrukcji półtora tysiąca ofiar śmiertelnych.

Zawsze na straży

Tak to się zaczęło i nigdy nie skończyło. Jeden z szóstki założycieli KKK zauważył, że bractwo swoje istnienie zawdzięcza nienormalnym czasom (s. 77). Tylko w takich nienormalnych czasach tego typu twór miał szansę powstać. Szybko okazało się, że nienormalne czasy jeszcze nie raz mają nadejść. Wszelkie kryzysowe momenty, I i II wojna światowa, wojna w Wietnamie, wojna w Zatoce Perskiej, przybierające na sile imigracje, zamach 11 września, wojna w Iraku i Afganistanie, kryzys gospodarczy, wybór Baracka Obamy na prezydenta, jego reelekcja – tego typu okoliczności nakazywały i wciąż nakazują zakładać kaptury i palić krzyże, by Światło Chrystusa rozpędziło mrok (s. 34).

Czasy nie zawsze były dla KKK sprzyjające, ale w istocie nigdy nie aż tak niesprzyjające, by bractwo raz na zawsze przestało istnieć. Były lata, że odchodziło w cień, to prawda, ale jego duch nigdy nie umarł. Reportaż Surmiak-Domańskiej pokazuje dlaczego.

Pokłosie

Autorka zgłębia to szczególne zjawisko. Sięga do początków i powoli zmierza ku czasom nam współczesnym. Przywołuje i analizuje sytuacje, konteksty z przeszłości tej odległej i tej nieco bliższej, które pozwalają zrozumieć. Uświadamiają też, że nie mamy do czynienia z irracjonalnym działaniem. Opowieść o przeszłości zmierzająca ku teraźniejszości pokazuje, że stare dzieje, sięgające początków państwowości i wojny secesyjnej są źródłem współczesnego amerykańskiego rasizmu, dzisiejszej nietolerancji, ksenofobii, nienawiści, wrogości względem innego, wszelkich głęboko zakorzenionych uprzedzeń, urazów, frustracji, kompleksów i są pokłosiem tego, co przyszło Ameryce doświadczyć. Materiał, który serwuje nam dziennikarka jest bardzo bogaty i merytoryczny. Przywołanych faktów, historii, sytuacji jest mnóstwo. Zestawione, tworzą rozległą panoramę zjawiska. Obnażają jego mechanizm, przyczyny i skutki.

Tu i teraz

Największe jednak wrażenie robi opowieść o teraźniejszości, bo najdobitniej uzmysławia, że sprawy, którym poświęcona jest publikacja wcale nie są odległe, abstrakcyjne, dotyczące kwestii marginalnych. Uświadamia, że dotyczą też naszego tu i teraz. Mało tego, reportaż pokazuje też jak cienka jest granica między dobrem a złem.

Zjazd w Harrison, w którym dziennikarka wzięła udział, to rodzinno-sąsiedzki piknik, podczas którego można się zrelaksować, spotkać z przyjaciółmi, znajomymi, pomodlić się i porozmawiać o sprawach tych najistotniejszych. Wspólnota, którą tworzą broni tradycyjnych wartości i religii. Otwarcie też broni białej rasy – symbolicznego prymatu skrzypiec (instrumentu najszlachetniejszego, ponieważ jest instrumentem ludzi białych) nad fortepianem i saksofonem (instrumentów pospolitych, na których wirtuozerię z łatwością osiągają czarni).

Rozmowy autorki z członkami tejże wspólnoty, dumnymi, bo uznającymi się za wyjątkowych, delikatnie mówiąc budzą niepokój. To rozmowy ze zwykłymi, prostymi, gościnnymi, sympatycznymi i kulturalnymi ludźmi. Kochającymi i troskliwymi rodzicami, mężami, żonami, którzy szerzą miłość i głoszą Słowo Boże. To oni jednak, zafascynowani Hitlerem, domagają się czystości rasy. I w ich mniemaniu, w tej ich mentalności wcale nie ma sprzeczności – jest spójna i właściwa, a rasistowskie i nacjonalistyczne poglądy są uzasadnione.

Empatyczna czujność

Poznajemy historie poszczególnych osób, ich drogi do KKK. Autorka przedstawia ich sytuacje, punkt widzenia, motywacje i sposób myślenia. Pokazuje ich obawy. W pierwszym odruchu rozmówcy przekonują nas do siebie, przyjmujemy ich racjonalne przesłanki. I z jednej strony rozumiemy ich, a nawet możemy z nimi się zgodzić i przyznać im rację, z drugiej zaś, mając łeb na karku, włos na głowie zaczyna się jeżyć. W gruncie rzeczy mamy przecież do czynienia z ksenofobiczną społecznością, przesiąkniętą uprzedzeniami, zamkniętą mentalnie i odciętą od reszty świata, która skrywa swe ekstremalnie poglądy pod płaszczem otwartości, serdeczności i uśmiechu.

Groza miłości

Paradoksalnie nie agresja tylko właśnie miłość napawa grozą. Bo tu nie ma przecież mowy o nienawiści, mowa jest tylko o miłości, nikt nie jest nikomu przeciw, wszyscy są tylko za. Jednak pod tą przyjazną fasadą czyha nienawiść. To ona ich integruje i uzasadnia rację ich bytu. To jest istota skrywana pod maską chrześcijańskiego miłosierdzia, którą dziennikarka obnaża.

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Klux Klan. Tu mieszka miłość, Katarzyna Surmiak-Domańska, Wałowiec 2015.


[1] Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z „The Paris Review”, Wrocław 2016, s. 48.

Znasz-li ten kraj? „Opowieść podręcznej” – Margaret Atwood

Opowieść podręcznejTytuł – Opowieść podręcznej

Autor – Margaret Atwood

Tłumaczenie – Zofia Uhrynowska-Hanasz

Wydawnictwo – Wielka Litera

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla wrażliwców, dla nadwrażliwców; dla tych, którym dobro wspólne nie jest obojętne; dla tych, którzy chcą zobaczyć więcej
  • PO CO – by żyć świadomiej, by nie lekceważyć, by nie ignorować
  • MOJA OCENA – 8/6
Drugie życie

Niekiedy okoliczności sprzyjają, by książka zyskała drugie życie. Z pewnością drugie życie Opowieści podręcznej Margaret Atwood* dała wiosenna premiera serialu na jej podstawie. Powieść ta, choć kilkakrotnie w Polsce wydawana (po raz pierwszy ukazała się w 1992 roku w Państwowym Instytucie Wydawniczym i od tamtej pory miała kilka wydań w różnych oficynach – Zysk 1998, Znak 2006), mimo że kultowa wręcz, to była do tej pory nieco zapomniana. Dzięki premierze serialu w wydawnictwie Wielka Litera ukazało się kolejne wydanie, co daje jej szansę na należytą uwagę.

Powieść powstała w 1985 roku, zatem ponad trzy dekady temu. Czytana teraz, z dzisiejszej perspektywy wywołuje niepokój. Bo jest wciąż aktualna. Zbyt aktualna. Czym wstrząsa i przeraża.

Przyszła noblistka

Margaret Atwood to jedna z najbardziej znanych kanadyjskich pisarek, też aktywistka społeczna i ekologiczna. Autorka wielu książek – powieści, zbiorów opowiadań i esejów, tomów poezji, rozpraw krytycznoliterackich, książek dla dzieci, laureatka prestiżowych nagród – m.in. Nagrody Bookera i Nagrody Księcia Asturii. Jest też jedną z najpoważniejszych kandydatek do literackiej Nagrody Nobla.

W swojej twórczości literackiej sięga po różne konwencje, wykorzystuje dobrze znane schematy powieści popularnych, by zgłębiać tematy, które najbardziej ją interesują.

Opowieść kobiety podręcznej

Dystopia Atwood

W przypadku Opowieść podręcznej mamy do czynienia z dystopią i niejako opowieścią w opowieści. Mamy pesymistyczny osąd zastanego świata, historię przedstawiającą czarną wizję rzeczywistości, która wynika z krytycznej obserwacji. Ta fantastyczna wizja jest rzeczywistości tej hiperboliczną konstatacją, negującą możliwość odmiany w przyszłości zastanego stanu rzeczy[1].

Autorka od razu rzuca nas na głęboką wodę. Bez drobnego ostrzeżenia wchodzimy w sam środek pierwszoosobowej relacji głównej bohaterki. Narratorka też niczego odbiorcom opowieści nie ułatwia. Sami, powoli, strona po stronie, akapit po akapicie, musimy scalić relację z podawanych nam fragmentów, zrekonstruować świat przedstawiony, odtworzyć bieg wydarzeń, powołać do życia bohaterów. Opowieść ta, mimo że skupiająca się na detalach, nie do końca jest jasna. Rzeczywistość przedstawiona jest dość enigmatyczna, pełna luk, niedopowiedzeń.

Na podstawie relacji narratorki odtwarzamy jej teraźniejszość i przeszłość. I opowieść ta stanowi właściwą fabułę powieści. Z jej końcem przekonujemy się, że mamy do czynienia z rodzajem opowieści w powieści. Relacja kobiety okazuje się swoistym dokumentem sporządzonym post factum, świadectwem przeszłości, który w formie taśm magnetofonowych trafił w ręce historyków. Otrzymaną opowieść badacze spisali, opracowali, opatrzyli odpowiednim komentarzem i wydali, a teraz, w roku 2195, profesor Jamesa Darcy Pieixoto, dyrektor Archiwów Dwudziestego i Dwudziestego Pierwszego Wieku Uniwersytetu Cambridge, na XX sympozjum poświęconym studiom nad Gileadem, które odbyło się podczas zjazdu Międzynarodowego Towarzystwa Historycznego na Uniwersytecie w Nunavit, omawia ją podczas swojej prelekcji[2]. Relacja, będąca przedmiotem dyskusji podczas sympozjum, stanowi główną oś fabularną powieści Atwood.

Jej bohaterką i narratorką jest trzydziestotrzyletnia kobieta, która kiedyś wiodła zwyczajne życie. Miała męża, dziecko, rodzinę, przyjaciół, pracę. Była wykształcona, wolna i niezależna. Teraz jest Fredą – podręczną komendanta Freda – i jej teraźniejszość nie ma nic wspólnego z jej przeszłością.

Dawno, dawno temu

Pewnego dnia, jakby z dnia na dzień, niespodziewanie, straciła pracę, zablokowano jej konto, a środki oddano do dyspozycji męża. Widziała co się dzieje, na jej oczach nastawał nowy porządek, wiedziała, że wszystko zmierza w złą stronę, ale nie przypuszczała, że dotychczasowy świat przestanie istnieć. Wraz z mężem podjęła próbę ucieczki. Niestety, nie powiodła się. Schwytali ją. Trafiła do Czerwonego Centrum. Tam poddano ją indoktrynacji, tam przeszła odpowiednią edukację, by następnie zostać podręczną i wiernie służyć państwu.

Nowy wspaniały świat[3]

Stary świat przestał istnieć. Nastały nowe porządki – Republika Gileadu, leżąca na terenach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, w której panuje wojskowy reżim, fundamentalizm religijny, fanatyzm. Władza należy do religijnych radykałów, do mężczyzn (w odróżnieniu od państwa kobiet z Seksmisji Juliusza Machulskiego[4]). Stworzono hierarchiczne społeczeństwo, nad którym panuje ścisła kontrola. Mimo że władza należy do mężczyzn, to kobiety w tej teokracji odgrywają fundamentalną rolę. Są podstawą działania społeczeństwa, choć paradoksalnie nie mają żadnych praw.

Są podzielone na zhierarchizowane kasty, ściśle zamknięte grupy społeczne, których odrębność wynika z zasad panujących w Republice. Członkinie poszczególnych kast spełniają określone funkcje – Podręczne (najcenniejsze, bo to jedynie płodne kobiety w państwie), którym przyporządkowany został kolor czerwony (w tym kolorze mają ubrania i dodatki) są od rodzenia dzieci, Marty od usługiwania, Ciotki od szkolenia Podręcznych w Czerwonym Centrum, Żony są oficjalnymi partnerkami Komendantów (będących elitą władzy), a Gospożony są żonami mężczyzn niżej postawionych w hierarchii społecznej.

Bolączki wspaniałego świata

Republika toczy wojny z innymi państwami, ale jej największą bolączką jest spadający przyrost naturalny. Przyczyny spadku narodzin, jak dowiadujemy się z prelekcji profesora, nie były do końca rozpoznane. Nie bez wpływu na to była, jak donosi uczony, powszechna dostępność środków antykoncepcyjnych, legalność aborcji. Istniała też duża śmiertelność niemowląt, coraz częściej dochodziło do poronień, coraz więcej dzieci rodziło się z wrodzonymi wadami. Były to według ustaleń naukowców skutki skażonego środowiska i katastrof ekologicznych.

Według badaczy autorka relacji musiała znaleźć się w pierwszej fali kobiet rekrutowanych do celów reprodukcyjnych i przydzielanych tym, którzy potrzebowali takich usług i jako członkowie elity mogli sobie na nie pozwolić. Reżim Republiki stworzył taką grupę reproduktorek – podręcznych właśnie. Wysoko postawieni w hierarchii mężczyźni mogli sobie spośród nich wybierać.

Zapotrzebowanie na usługi reprodukcyjne istniało, jak wyjaśnił profesor, już w okresie pregileadzkim. Wówczas to próbowano środków takich jak sztuczne zapładnianie, tworzenie specjalnych klinik, czy wynajmowanie matek zastępczych. Dwa pierwsze sposoby, jako niezgodne z religią, zostały w Republice zakazane, zalegalizowano zaś i upowszechniono trzeci, o którym mowa jest już w Biblii[5]. Poligamię seryjną, tak częstą w czasach pregileadzkich, zastąpiono starszą poligamią równoczesną, praktykowaną już we wcześniejszym okresie Starego Testamentu.

Podręczną być

Podręczne wyróżnia czerwona suknia (każda kasta miała swój kolor) niczym habit szczelnie okrywający ich ciała, którego zwieńczeniem było nakrycie głowy z szerokimi skrzydłami, które skutecznie osłaniały twarz przed spojrzeniami innych i jednocześnie uniemożliwiały im oglądanie świata zewnętrznego. Do tego czerwone buty i rękawiczki.

Jedynym celem podręcznych jest prokreacja, ich jedynym prawem i obowiązkiem jest tylko być, po to, by urodzić dziecko w tym jałowym świecie. Są najcenniejsze w tej nowej rzeczywistości, gdyż tylko one są jeszcze w stanie zmienić wskaźnik przyrostu naturalnego, a zatem coś, od czego zależy przyszłość Republiki. Paradoksalnie jednak pozbawione je wszystkiego – przeszłości, drobnych przywilejów, rzeczy osobistych, kosmetyków, prawa do czytania, rozmawiania, rozglądania się, śmiania, patrzenia drugiemu w oczy. Są uprzedmiotowione, nie mają własnych imion (noszą imię pana, do którego w danej chwili należą), oznaczone są jak bydło tatuażami, są jedynie naczyniami, w których ma narodzić się nowe życie. W istocie są niewolnicami, przedmiotami codziennego użytku, inkubatorami, podręcznymi właśnie. Póki istnieje możliwość zajścia w ciąże, mają szansę na przetrwanie. W innych wypadku czeka je zesłanie do Kolonii, a tam ciężka praca i śmierć.

Podręczne nigdy same nie wychodzą z domu swego pana. Idą zawsze w towarzystwie drugiej podręcznej, na którą trzeba jednak uważać. Jedna drugiej ma pilnować i donosić o ewentualnych jej przewinieniach, a nie być powiernicą czy choćby miłym towarzystwem. Uczestniczą w obowiązkowych rytuałach, modłach, ceremoniach, egzekucjach. Chodzą po zakupy, są obecne podczas narodzin kolejnych dzieci, biorą udział w ceremonii ślubów grupowych, chodzą popatrzeć na tzw. Mur, na którym na hakach wiszą ciała, tych którzy popełnili zbrodnię przeciwko Republice i teraz służą za przykład, uczestniczą w tzw. ceremoniach Wybawienia, podczas których wiesza się zbrodniarzy, same też wymierzają karę podczas tzw. Partycykucji, będących w istocie linczem podręcznych na mężczyznach, którzy dopuścili się gwałtu.

Przeżyć tylko

Główna bohaterka powieści Atwood, jedna z podręcznych, choć nie ulega indoktrynacji i nie wierzy w idee nowego wspaniałego świata, w swoją zaszczytną rolę, w swój przywilej, swoją służbę, to nie sprzeciwia się nowemu porządkowi, swoim oprawcom. Nie jest typem buntownika, rewolucjonisty. Poddaje się i posłusznie wykonuje codzienne czynności, to, co do niej należy. Spełnia oczekiwania innych. Skupia się na swojej codzienności w świecie teraźniejszym w nowej rzeczywistości. Przystosowuje się i żyje z dnia na dzień.

Nie szuka też kontaktu z ruchem oporu. Ten nawiązuje się sam, niejako bez jej woli. Wynika raczej z próby życia po swojemu w okolicznościach jakie są jej dane, z pragnienia przeżycia, wciąż łudząc się, że pewnego dnia zobaczy córkę i męża. Racjonuje sobie też z tego powodu myślenie, uznając, że lepiej za wiele nie myśleć, gdyż to może zmniejszyć szansę na przetrwanie. Taka postawa przyniesie jej ocalenie. Jakby niechcący, mimochodem.

Relacja bohaterki Opowieści, a więc jednej z kobiet Republiki, tej najcenniejszej, bo płodnej, przybliża nam ten dystopijny świat. Jednak ta opowieść nie pokazuje pełnego obrazu mechanizmów działania nowego porządku, nie jest też jego analizą. Jest intymną, a więc subiektywną relacją monady poszczególnej wrzuconej w ten system.

Piosenka o końcu świata[6]

Jednak ta fragmentaryczna, urywana, lakoniczna, choć i jednocześnie rzeczowa relacja Fredy nie jest tylko opowieścią o jej codzienności w Republice (np. o kąpielach, posiłkach, „zwiedzaniu” swego pokoju, wizytach u lekarza, o czasie niewypełnionym, o długich pauzach niczego, spotkaniach w alkowie ze swoim panem i jego żoną itp., itd.), którą przeplata wspomnieniami ze swego dawnego życia. Jest czymś znacznie więcej.

Pojedyncze zdania, wszystkie elementy tej relacji, łączą się i wyłania się z nich spójny i przerażający obraz przeistaczania się jednej rzeczywistości w drugą. Czytanie w ten sposób powieści Atwood pozwala dostrzec, że ten teoretycznie nieistniejący świat, faktycznie istnieje, że ta absurdalna, fikcyjna, wykreowana przez autorkę rzeczywistość nie jest wcale tak nierealna, że jest w istocie bliższa naszej rzeczywistości niż mógłby się wydawać, że faktycznie staje się niezauważenie na naszych oczach.

Atwood, wyłapując szczegóły, pozornie nieistotne detale rzeczywistości, jakby mimochodem, gdzieś przypadkiem rzuconym zdaniem, pokazuje nam na czym polega mechanizm zachodzących jakże niebezpiecznych przeobrażeń. Diagnozuje zjawiska społeczne i pokazuje, że przemiany nie nastają z dnia na dzień, że zachodzą powoli, po cichu, niezauważenie za naszym przyzwoleniem. My, odurzeni wolnością, swobodą, niezależnością, „pełnymi brzuchami” nie zastanawiający się nad przeszłością ani nad przyszłością, żyjący bezrefleksyjnie, patrzący krótkowzrocznie, nie dbający o wspólne dobro, a jedynie o dobro własne, czerpiący pełnymi garściami ze swojego tu i teraz, nie liczący się z konsekwencjami, nie biorący za nic odpowiedzialności, ignorujemy, lekceważymy, bagatelizujemy, nie reagujemy na drobne symptomy przemian, które zmierzają w złą stronę. A sygnały zagrożenia, które jeśli nie zostaną odczytane w porę, doprowadzą do…

Everyman

Opowieść podręcznej jest wizją alternatywnej rzeczywistości. To inna wersja historii świata, w której kobieta została sprowadzona do roli niemego reproduktora. I choć chodzi tu przede wszystkim o sytuację kobiet, to w istocie chodzi o sytuację człowieka w ogóle. Koszmar kobiet trwa, niezależnie od miejsca w hierarchii społecznej, ale faktycznie nikt tu nie jest bezpieczny. Czystki mogą dosięgnąć każdego. Każdy tu może stać się Józefem K., po którego pewnego dnia mogą przyjść. Atwood uświadamia nam jak niewiele potrzeba, by zniewolić człowiek. Powieść, jak i cała twórczość autorki, to dzieło zaangażowane, które traktuje przede wszystkim o władzy totalnej, jej mechanizmach i przerażającym zniewoleniu jednostki.

Wizję tę możemy utożsamiać z totalitaryzmami w ogóle, z totalitaryzmami XX wieku, możemy też odnieść do zjawisk zachodzących dziś w całym świecie, w USA, w Europie, na Bliskim Wschodzie, w Afryce.

Spodziewajmy się

Dalsze losy autorki nie są znane. Wiem jedynie, że udało jej się uciec. Inaczej nie nagrałaby swojej relacji dla potomnych. Znalezione taśmy są tego dowodem. Republika Gileadu natomiast upadła. Jest już obecna tylko we wspomnieniach zdziecinniałych badaczy. Co powinno przynieść czytelnikowi ulgę. Nie przynosi jednak. Nie może przynieść. Bo ten orwellowski świat Atwood wydaje się nam jakoś dziwnie znajmy, bliski. Skażenie środowiska, spadek populacji, walka o prawa kobiet, fanatyzm religijny, władza w rękach wojska, policji, służb specjalnych – czyż nie jest nam to w globalnym świecie XXI wieku znajome?

Kultowa powieść przetrwała próbę czasu. Atwood, aktywna działaczka, bacznie analizująca zjawiska świata sobie współczesnego ostrzegała w roku 1985 i dziś ostrzega jeszcze dobitniej przed powszechnym znieczuleniem, ignorowaniem sygnałów, które choć pozornie niewinne mogą okazać się brzemienne w skutkach.

*Tytuł oryginalny – Spådomen. En flickas memoarer, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Hasło, dystopiaSłownik terminów literackich, red. Janusz Sławiński, Wrocław 2002.

[2] Margaret Atwood, Komentarz historyczny do „Opowieści podręcznej”, Warszawa 2017.

[3] Aldous Huxley, Nowy wspaniały świat, Warszawa, 2011.

[4] Seksmisja, reż. Juliusz Machulski, Polska, 1983.

[5] Biblia tysiąclecia, Rdz. 30, 1-3.

[6] Czesław Miłosz, Piosenka o końcu świata, w, Ocalenie, Warszawa 1945.

Było sobie życie. „Całe życie” – Robert Seethaler

Całe życieTytuł – Całe życie

Autor – Robert Seethaler

Tłumaczenie – Ewa Kochanowska

Wydawnictwo – Otwarte

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla mających dość opasłych tomów, dla lubiących rzeczy niepozorne, dla niespieszących się, dla tych, którzy w codziennym chaosie i hałasie chcą się wyciszyć, zatrzymać, delektować się tym co tu i teraz
  • PO CO – by się zatrzymać, spojrzeć, być
  • MOJA OCENA – 4/6
Niepozorność

Tej książki właściwie to nie ma już po co czytać, bo wszyscy zdążyli już powiedzieć o niej wszystko co tylko było możliwe. Tyle że smakoszom kawy nie wystarczy o kawie opowiadać, muszą poczuć jej aromat, muszą jej skosztować. I tak jest trochę z powieścią austriackiego pisarza, scenarzysty i aktora Roberta Seethalera Całe życie* z 2014 roku (nominowanej do nagrody The Man Booker International Prize 2016), która całkiem niedawno nakładem ukazała się na polskim rynku.

Niepozorne publikacje, czytaj niewielkich rozmiarów, przykuwają moją uwagę. Szczególnie teraz kiedy z każdej strony atakują opasłe tomy rodem z XIX wieku. Te skromne są zwykle dla nich przeciwwagą. Teoretycznie nie wymagają od odbiorcy poświęcenia (przebrnięcie przez 100-200 stron nie jest tak czasochłonne jak przez 600-800), wystarczy jeden krótki wieczór, ale niekiedy praktycznie wymagają znacznie większego zaangażowania, bo wielopoziomowego.

Całe życie jest niepozorną książką. Jest opowieścią rozpisaną na nieco ponad 150 stronach. Niewielkim rozmiarom odpowiada niewielki format książki i okładka – estetyczna bardzo, skromna, ale szlachetna – niekrzykliwa, twarda, z tłoczeniami. Tytuł powieści w zestawieniu z niepozornym wydaniem zaskakuje. Określenie „całe życie” niesie przecież ze sobą ogrom, ciężar… (przychodzi tu na myśl Hanya Yanagihara i jej słynna powieść Małe życie, choć odmienna w wymowie, to jej objętość i tytuł są jak w przypadku powieści Seethalera paradoksem – na 800 stronach rozpisane jest małe życie). I to zestawienie okazuje się kluczem do opowieści austriackiego pisarza.

Akcja powieści rozgrywa się w austriackich Alpach na przestrzeni całego XX wieku. Głównym bohaterem jest Andreas Egger, przynajmniej teoretycznie, gdyż praktycznie jest nim natura. Przyczajona, cicha, choć dzika i bezwzględna. To ona jest tu siłą sprawczą, to jej podporządkowane jest całe ludzkie życie.

Całe życie – 79 lat jak jeden dzień

Dzieciństwo

Na początku XX wieku, Andreas, o nieznanej nikomu dacie urodzenia, po śmierci matki, może jako czterolatek, trafił do swego wuja na wychowanie. Niestety, nie był to dla niego sielski czas. Nie był traktowany jak pełnoprawny członek rodziny. Tylko jak bękart, jak obcy. Nigdy też nie traktowano go nawet jak dziecko, tylko jak stworzenie, które przyjęto ze względu na zawartości sakiewki, którą miało przy sobie. Krewny, bogaty bauer, wykorzystywał chłopca do najcięższych prac w gospodarstwie, karząc dotkliwie nawet za najdrobniejsze przewinienia.

Podczas jednej z chłost chłopiec został na trwałe okaleczony. Kość udowa prawej nogi nie wytrzymała. Skąpstwo opiekuna-oprawcy nie pozwoliło na fachową pomoc. Chłopcem zajął się okoliczny nastawiacz kości. I wkrótce Andreas powrócił do pełni sił, ale już nigdy do pełni zdrowia – „od tej pory musiał iść przez życie kulawym krokiem” (s. 21)**.

Chłopiec szybko wyrósł na silnego mężczyznę, jakby natura chciała mu wynagrodzić doznane krzywdy. To dodało mu z pewnością odwagi, by po długich latach cierpliwie znoszonych upokorzeń powiedzieć swojemu dręczycielowi w końcu dość. Od tamtej chwili Andreas stał się panem swojego życia „i myślał o swojej przyszłości, która rozpościerała się przed nim tak nieskończenie rozległa, bo niczego po niej nie oczekiwał” (s. 32).

Młodość i wiek dojrzały

Niewątpliwie Egger to człowiek o szczególnych przymiotach charakteru. Prosty, zwyczajny, skromny, wrażliwy, uczciwy, szczery, pracowity, ale też wycofany, wyciszony, zamknięty w sobie, pełen spokoju, akceptacji, harmonii. Żyjący w zgodzie ze sobą, z innymi, z naturą, ze światem. Posiadał też jedną, raczej zwyczajną cechę, która jednak umożliwiała mu harmonijny żywot. Egger był powolny. „Myślał powoli, mówił powoli i chodził powoli, jednak każda myśl, każde słowo i każdy krok pozostawiały ślad i to dokładnie tam, gdzie takie ślady jego zdaniem winny pozostać” (s. 27).

Jego siła i tężyzna wzbudzały respekt, ale szybko też zyskiwał szacunek i sympatię innych, mimo że z czasem zaczęto go uważać za dziwaka. Był wśród społeczności cenionym i szanowanym człowiekiem, któremu można było zaufać, na którym można było polegać.

Dalsze losy bohatera powieści były zwyczajne, po prostu, takie jak każdego. Wpisane w rytm przyrody, dziejów historii i cywilizacji.

Mimo że Egger był kaleką, to był też silnym mężczyzną o odpowiednim usposobieniu, a to wystarczało do zapewnienia sobie bytu. Bo nie potrzebował wiele. „Postrzegał siebie jako wprawdzie mały, lecz wcale nie tak nieistotny trybik gigantycznej machiny zwanej postępem, i czasem przed zaśnięciem wyobrażał sobie, jak siedzi w brzuchu tej machiny, niepowstrzymanie torującej sobie drogę przez góry i lasy, i jak w pocie własnego czoła przyczynia się do jej ciągłego marszu naprzód” (s. 61).

Żył z dnia na dzień, egzystując całą pełnią w danej chwili, w tu i teraz. Najmował się więc do rozmaitych prac fizycznych. Później do budowy kolei górskich. Każdą z tych prac wykonywał rzetelnie, odpowiedzialnie, z pełnym poświęceniem. Z czasem „dorobił się majątku”, czyli skrawka ziemi i kawałka podłogi. Poznał też kobietę Marie, z którą wkrótce się ożenił.

Było sobie życie

Ale życie Eggera nie byłoby całym życiem, gdyby mógł ze swoją niedawno poślubioną żoną żyć długo i szczęśliwie. „Jak wszyscy ludzie także i on nosił w sobie przez całe życie wizje i marzenia. Niektóre z nich sam realizował, niektóre zostały mu dane. Wiele pozostało nieosiągalnych lub też, gdy po nie sięgnął, wydarto mu je z rąk (s. 145). Natura jest czujna i nie pozwala sobie nawet na chwilę nieuwagi. Całe życie musi wypełnić. Lawina, która spadała, cudem oszczędziła Andreasa. Nie oszczędziła jednak Marie i ich domu.

Później przyszła wojna, walka na froncie, były też i łagry. Później Grace Kelly i Nil Armstrong na Księżycu.

Z radzieckiej niewoli Egger powrócił do dawnych stron – do siebie. Dobrze znana rzeczywistość po powrocie okazała się zupełnie inna. Dawna wioska, oddalona od tętniącego życia, zmieniła się w głośną turystyczną miejscowość. I jej Andreas stawił czoła. Dostosował się do okoliczności – został przewodnikiem górskim, dającym uciechę beztroskiej gawiedzi.

Tak długo już żył na tym świecie, widział, jak się zmienia i z każdym rokiem wydaje kręcić się coraz szybciej, i czuł się jak ostaniec z dawno pogrzebanego czasu, kolczaste zielsko, które choćby ostatkiem sił stale wyciąga się ku słońcu. (s. 61)

Starość

Z czasem jego ciało odmówiło posłuszeństwa, więc Egger usunął się w cień, by doczekać końca swoich dni – „było nieco samotnie, ale nie uważał samotności za coś złego. Nie miał nikogo, lecz miał wszystko, czego potrzebował, i to wystarczało” (s. 142). Zmarł samotnie, w ciszy i spokoju.

Zgodnie z aktem urodzenia, który zresztą jego zdaniem nie był wart nawet tyle, co tusz do widniejącej na nim pieczęci, Egger miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Wytrzymał dłużej, niż sam by kiedykolwiek przypuszczał, i ogólnie rzecz biorąc, mógł być zadowolony. Przeżył dzieciństwo, wojnę i lawinę […]. Jego życie bezustannie dyndało na włosku między niebem a ziemią […]. Wedle jego rozeznania nie ciążyła na nim żadna poważna wina i nigdy nie uległ pokusom tego świata, pijaństwu, rozpuście ni obżarstwu. Zbudował dom […]. Kochał. I zaznał przedsmaku tego, dokąd ta miłość mogła zaprowadzić. Widział, jak kilku mężczyzn spacerowało po Księżycu. Nigdy nie zwątpił w Boga i nie bał się śmierci. Nie potrafił sobie przypomnieć, skąd pochodzi, a koniec końców nie wiedział też, dokąd zmierza. Jednak mógł bez żalu spoglądać na czas między tymi punktami, na swoje życie, z raptownym śmiechem i jednym wielkim zdumieniem. (s. 149-150)

Pochwała prostoty

Nic więc nadzwyczajnego. Mało tego, takich historii monady poszczególnej wpisanej w bieg dziejów świata jest wiele. Nie trzeba daleko sięgać. Powieści takie jak Wyznaję Jaume Cabré, Ósme życie Nino Haratischwili, czy cykl Genialna przyjaciółka Eleny Ferrante tym właśnie są.

Całe życie, to prosta historia. Po prostu życie. Zwyczaje, przyzwoite, z radościami i smutkami swoimi. Można fabułę powieści sprowadzić do trzech czasowników – narodził się, żył i umarł – w których zawarte jest to, co najistotniejsze, w których zawarty jest cały sens.

Ta prosta historia idzie w parze z prostą formą i prostym językiem – mamy tu kwintesencję tych trzech składników. Mamy tylko to, co niezbędne, nic ponad. Nic, co zasłaniałoby to, co najważniejsze, co sprowadzałoby na manowce. Powieść Seethalera dzięki temu zakrawa o dzieło szczególnej wagi. Wydaje się, że autor znalazł idealny sposób na oddanie istoty życia ludzkiego, które jest wpisane w koleje natury, historii, cywilizacji, że dotarł do sedna, do głębi problemu.

Wszystko jest tu też stonowane, powściągliwe, oszczędne, pełne umiaru. Nie ma szaleństwa, zrywów, namiętności. Dystans jest wszechobecny, jednego wobec drugiego, wobec wszystkiego. Też surowość, nie tylko natury i chłód, nie tylko powietrza.

Idea jedynie słuszna

Stoicyzm jest tu niewątpliwie ideą nadrzędną, która okazuje się jedynie słuszna, jedynie możliwa do przyjęcia, by przeżyć, gdyż przeciwstawianie się światu, naturze, życiu, walka z nimi, niczego nie zmienią. Z góry skazane są na porażkę. Jedynie akceptacja, przyjęcie do wiadomości, przystosowanie się mogą przynieść wewnętrzny spokój, ład, harmonię, a więc szczęście jako takie. Mogą uchronić przed popadnięciem w otchłań, czarną rozpacz, mogą pozwolić dostrzec sens ludzkiego żywota, jego istotę i poczuć się w odpowiednim czasie i miejscu.

Wszystko to truizmy, banały, o tym już było. Polskiej tradycji literackiej też nie jest to obce. Tę problematykę podejmowali ojcowie rodzimej literatury z Mikołajem Rejem i Janem Kochanowskim na czele, Stanisław Reymont w swojej epopei Chłopi, Maria Dąbrowska w Nocach i dniach:

Najważniejsze jest dobrze przeżyć swoje dni i noce, to znaczy wypełnić je pracą, życzliwością do drugiego człowieka, zgodnym współistnieniem, uczciwością, poczuciem godności i honoru[1].

Niedawno Karl Ove Knausgård zasłynął opowieścią o całym życiu sześciotomowym cyklem Moja walka (każdy tom ma średnio około 600 stron, a wiec całość 3600!!!). I o tym teraz też mówi Seethaler w Całym życiu. Mówi po swojemu. I ten jego sposób – ta maksymalna kondensacja (to niewątpliwy klucz do sukcesu) – sprawił, że powieść zyskała wymiar uniwersalny, co chyba jest osiągnięciem najcenniejszym.

Ta powieść teoretycznie nie wymaga od czytelnika wielkiego poświęcenia. Ani treść, ani forma, ani objętość nie stanowią przeszkód w brnięciu przez historię Eggera. Praktycznie wymaga jednak sporo – skupienia, wyciszenia, uwagi, zaangażowania, niespiesznego czytania i refleksji. I o to przecież w literaturze chodzi, tyle że mnie ten dojmujący chłód powieści nieco zmroził. Dystans udzielił się piszącej te słowa. Więc choć rozum mówi tak, to niestety, serce nie zaczyna szybciej bić.

Ps. Nota powstała przy współpracy z wydawnictwem Otwarte.

*Tytuł oryginalny – Ein ganzes Leben, rok pierwszego wydania – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.

**Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Całe życie, Robert Seethaler, Kraków 2017.


[1] Maria Dąbrowska, Noce i dnie, Warszawa, 1999.

Bitwa o siebie. „Wojna Witkacego” – Krzysztof Dubiński*

Wojna WitkacegoTytuł – Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach. 

Autor – Krzysztof Dubiński

Wydawnictwo – Iskry

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską, historią Rosji oraz historią wojskowości; dla entuzjastów życia i twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Witkacowski bzik

Być może ktoś już dostrzegł, że Witkacy to twórca Bałwochwalicy Jednej szczególnie bliski. Wprawdzie nie obnosiłam się z tym faktem za bardzo, ale dałam temu sygnał już w chwili powołania Bałwochwalni do życia. Bo nie mogło być inaczej. Z jednej strony marzę tylko o wyrwaniu się z jego macek, dlatego nie mówię zbyt wiele o moich pozablogowych wycieczkach badawczych, z drugiej przesiąkłam nim na tyle, że uciec już nie sposób. Niech więc będzie…

Stale, od lat okazuje się, że witkacologa nie jest dziedziną badań zamkniętą, jest wciąż żywa, gdyż kolejni badaczy zabierają w tej sprawie głos i nie chcą powtarzać treści Jana Błońskiego, Janusza Deglera, Anny Micińskiej, Konstantego Puzyny. Ich ambicją jest pokazanie, że jeszcze nie wszystko powiedziano, że to, co już powstało należy do przeszłości, a trwające dziś domaga się nowego, innego, świeżego spojrzenia, czytania, uaktualnienia treści znanych, zinterpretowania adekwatnego do teraźniejszości czy nawet obalenie opinii tego znamienitego grona. Dowodem na to są kolejne publikacje, czy inicjatywy, jak powołanie do życia półrocznika „Witkacy” Państwowego Instytutu Wydawniczego.

Wojna Witkacego o siebie

Książka należąca do Krzysztofa Dubińskiego, dziennikarza i politologa, speca od wojskowości, nie dotyczy twórczości artysty spod Tatr, nie jest pracą z zakresu literaturoznawstwa czy historii sztuki, tylko jego biografii.

Wydawać się może, że publikacja tej kwestii poświęcona jest zupełnie zbędna, ponieważ życie Witkacego jest prześwietlone w każdy calu, udokumentowane, zbadane pod każdym kątem i powszechnie znane, więc nie ma potrzeby znów o tym pisać, gdyż będzie to wtórne, gdyż będzie to tylko powtarzanie znanych treści.

Istota sprawy

Dubiński udowadnia, że nic bardziej mylnego. Jego Wojna Witkacego wychodzi naprzeciw tym, którzy zdają sobie sprawę, że jest w biografii autora Szewców coś, co zbywa się zwykle jednym krótkim określeniem, niczego bliżej nie wyjaśniającym i całej reszcie dyletantów, która myślała, że na ten temat wie już wszystko.

Witkacy w Rosji

Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach, bo tak brzmi pełny tytuł rozprawy, o której mowa, jest monografią poświęconą niewielkiemu odcinkowi życia twórcy, który, mimo że uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów, bo przełomowych, to jednak tajemniczy, w istocie zaś znany tylko powierzchownie, nawet wśród witkacologów, na temat którego mnożą się domniemywania i spekulacje.

Temu czteroletniemu okresowi – od 1914 do 1918 czyli pobytowi Witkacego w Rosji, a zatem, gdy jako żołnierz elitarnego Pawłowskiego Pułku Lejbgwardii walczył na froncie I wojny światowej, a potem przebywał w ogarniętej rewolucją Rosji – Dubiński poświęcił swą pracę, będącą bardzo drobiazgowym i rzetelnym kompendium wiedzy na temat życia artysty tamtego czasu.

Posiłkując się rosyjską i polską dokumentacją wojskową oraz bazując na opracowaniach historycznych i literaturze wspomnieniowej, autor niemalże dzień po dniu zrekonstruował pobyt Witkacego w Rosji, przebieg jego służby wojskowej, odsłaniając przy tym prawdę o tamtym czasie, niejasne i niezrozumiałe kwestie, czy odkłamując pewne sprawy – weryfikuje mity, legendy, wyjaśnia zagadki, prostuje fakty. Dlatego publikacja Dubińskiego nie jest pracą odtwórczą, powtarzającą znane treści, jest pracą, która wnosi coś nowego do badań nad Witkacym, pomimo wielu hipotez, gdyż faktem jest, że skrupulatne badania autora nie przyniosły odpowiedzi na wszystkie pojawiające się pytania. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z istotnym źródłem wiedzy o życiu jednego z ważniejszych polskich twórców.

Tę stosunkowo obszerną (bo zakres problemu jest przecież bardzo wąski) monografię tworzy osiemnaście rozdziałów, które odpowiadają poszczególnym etapom pobytu Witkiewicza w Rosji. Wprowadzając, autor przypomina genezę podjętej przez artystę decyzji i wszelkie związane z tym okoliczności. Dalej, niezwykle skrupulatnie odtwarza kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata tego intensywnego czasu, by zamknąć opowieść powrotem artysty w rodzinne strony.

Geneza

Zakopiańska tragedia – samobójstwo narzeczonej – i jej konsekwencje – wyjazd u boku starego przyjaciela Bronisława Malinowskiego do Australii, który miał przywrócić równowagę psychiczną rozpaczającemu mężczyźnie – poprzedziły wybuch I wojny światowej. Wojna, można rzec, wybuchła dla Witkacego w najbardziej odpowiednim momencie, gdyż przy niemożności znalezienia ukojenia w tropikach zaczęła artyście jawić się jako jedyna szansa na ratunek – uzasadnienie sensu życia. Artysta uznał, że tylko udział w walce może nadać jego życiu godności. Nie zwlekając więc, podjął decyzję o powrocie do Europy.

Rosja

Tu zaczyna się zasadnicza część pracy Dubińskiego. W kolejnych rozdziałach autor bierze pod lupę epizod z życia Witkacego, który choć bezdyskusyjnie uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów tej biografii, to tu dopiero naprawdę poznajemy jego genezę, sens i znaczenie.

Począwszy od opuszczenia ziemi australijskiej autor idzie krok w krok za Witkiewiczem, przypomina powzięte przez niego decyzje, odkrywa fakty i szuka uzasadnień jego poczynań. Przywołuje carski Petersburga, do którego przybył Witkacy po długiej podróży z tropików, opisuje starania artysty wstąpienia do lejbgwardii, dalej jego pobyt w elitarnej Pawłowskiej Szkole Wojskowej, następnie życie w mundurze porucznika lejbgwardii, dowodzenie oddziałem, koszarową codzienność, walki na froncie i ich skutki, walki uliczne w ogarniętej rewolucją stolicy oraz ucieczkę z bolszewickiej już Rosji.

W poszczególnych rozdziałach Dubiński mierzy się z odkrytymi przez siebie faktami, ustaleniami, zestawiając je z stanem dotychczasowej wiedzy na ten temat. Dzięki temu otrzymujemy pełny obraz rosyjskiego fragmentu biografii Witkacego, niejako ostatecznie uporządkowany, nawet jeśli z miejscami, których nie udało się wyjaśnić, to z dokładnie nakreślonymi i wyznaczonymi, co satysfakcjonuje i nie pozostawia niesmaku niepełności.

Obiektywizm, prostowanie faktów, obalenie mitów, odzieranie z legendy

Dubieński mierzy się także ze znamienitym gronem witkacologów, zwracając uwagę na ich przemilczenia czy pewne skróty myślowe, a niekiedy nawet ignorancję. Ma za złe, że biografowie artysty uważniej przyglądają się kolorom jego garderoby niż postaciom, które w pamięci twórcy Pożegnania jesieni wpisały się z pewnością nie bez powodu. Prostuje też pewne fakty. Jak chociażby te dotyczące źródła zmiany jaka zaszła w stosowanej przez Witkiewicza technice rysunku (pastel zastąpił węgiel), tzw. kompozycji astronomicznych czy te dotyczące rzekomej bratobójczej walki.

Obala mity na temat zdemoralizowanej armii tamtego czasu, popełnianych przez oficerów samobójstw, narkotycznych seansów, czy dekadenckich gier w kukułkę, także te na temat odniesionych ran czy kontuzji, udziału w rewolucji rosyjskiej czy te dotyczące komisarza politycznego.

Autor utrwala też portret artysty odarty z legendy – poważnego, racjonalnego człowieka, twardo stąpającego po ziemi, głęboko odczuwającego rzeczywistość, który musiał być zawsze, jak mawiał, zapięty na ostatni guzik, i taki też jawi się jako uczeń pawłowskiej szkoły, jako porucznik i oficer carskiego wojska czy odpowiedzialny i odważny dowódca oddziału.

Warto odnotować, że Dubiński jawi się w swej publikacji jako badacz, który obiektywnie podchodzi do przedmiotu swych dociekań. Witkacy jest twórcą, który od zawsze wywołuje skrajne opinie i trudno tu o bezstronną postawę, tym bardziej ceni się obiektywną, bez poczynionych z góry założeń, niepodkolorowaną analizę jego biografii, której efektem jest właśnie Wojna Witkacego.

Konsekwencje

Powszechnie wiadomo, że rosyjski okres odcisnął się na życiu Witkacego w sposób zasadniczy, że to w jego życiu cezura, która oddziela młodego jeszcze nie w pełni ukształtowanego mężczyznę, od dojrzałego już artysty i człowieka. Dubiński z pasją i niemalże detektywistycznym zacięciem odrywa co to w istocie znaczyło, na czym poległo, gdyż sam artysta niewiele na ten temat ujawnił. Lektura Wojny Witkacego pozwala zrozumieć i docenić wyjątkowe znaczenie tego okresu dla przyszłości artysty na podstawie, co istotne, wniosków wysnutych z zebranych przez autora faktów. Dlatego publikacja jawi się jako podstawa do badań nad genezą Witkacego, jako punkt wyjścia.

Publikacja poświęcona jest w konkretnemu człowiekowi, szybko jednak przekonamy się, że w istocie jest czymś więcej. Bowiem możemy też potraktować Witkacego jako pretekst samego autora do odmalowania portretu carskiej armii, jej losów, od powołania jej do życia, do jej unicestwienia, odsłonięcia charakteru służby, panujących obyczajów, przedstawienia udziału jej w I wojnie światowej i roli jaką odegrała podczas rosyjskich rewolucji. Dubieński nie poprzestał na przedstawieniu losów głównego bohatera swej publikacji. Przedstawił je, nie pozbawiając ich kontekstu, tła. Dzięki temu otrzymaliśmy obraz umiejscowiony w realiach tamtego czasu, miejsca, tamtych okoliczności, a nie oderwany od rzeczywistości, abstrakcyjny wręcz. Zatem Wojna Witkacego nie jest pracą hermetyczną, tylko dla znawców czy entuzjastów Witkacego, jest publikacją dla odbiorców o szeroko zakrojonych zainteresowaniach.

*Niniejszy tekst w wersji zmienionej i uzupełnionej wkrótce ukaże się w jednym z czasopism humanistycznych.

Osobliwe czytanie. „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” – Anna Król

Iwaszkiewicz intymnieTytuł – Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie

Autor – Anna Król

Wydawnictwo – Wilk&Król

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską; dla wrażliwców; dla tych, którym wspólne dobro nie jest obojętne; dla ceniących pamięć, tradycję, przeszłość; dla entuzjastów życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć, zrozumieć, współbyć, współodczuwać
  • MOJA OCENA – 6/6
Igła w stogu siana

Ta książka długo musiała na swoją kolej czekać. Mimo że uznałam ją za pozycję obowiązkową, którą znać po prostu muszę, ze względów chociażby zawodowych, to leżała, bo pomysł powołania do życia takiej publikacji wydawał mi się po prostu naciągany, co skutecznie mnie zniechęcało. Nadszedł jednak moment, że postanowiłam odbębnić zaległą lekturę. Szybko przekonałam się, że będzie to piękna przygoda. Zrewidowałam też pogląd na temat tego typu publikacji. Że trzeba uważać, gdyż wśród nich, tych obliczonych jedynie na zysk, są takie książki jak Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie Anny Król – wartościowe, które nie są chwytem marketingowym.

Iwaszkiewicz intymnie

Anny Król czytanie intymne

Jarosław Iwaszkiewicz to pisarz zaczytany, zapisany można rzec dość dokładnie. To autor powszechnie znany. Prześwietlono jego życie i twórczość na wiele sposobów. Anna Król postanowiła zrobić to po swojemu. Zdecydowała się opowiedzieć o Iwaszkiewiczu przez pryzmat rzeczy, które twórca po sobie pozostawił. Ta jej metoda nie wydawała mi się dość oryginalna ani mająca uzasadnienie, rację bytu. Słowa „opowieść o Iwaszkiewiczu poprzez jego osobiste rzeczy” w zasadzie charakteryzują książkę Król i oddają jej sens, w istocie jednak tylko sprowadzają na manowce. I całe szczęście, bo otrzymujemy zgoła coś innego, coś więcej. Znacznie więcej.

Metoda, którą zastosowała autorka okazała się znacznie bardziej skomplikowana i uzasadniona, też wyjątkowa. I dzięki niej udało się osiągnąć niepowtarzalny efekt, którego mogą pozazdrościć inni, którzy żerują na cudze życie, czytaj biografowie.

W czym rzecz? Przymiotnik „intymnie” wydaje się tu kluczowy. Idzie o mniej formalne życie twórcy Brzeziny, intymne właśnie, ale i o intymność Anny Król, jej prywatny świat.

Debiut

Rzeczy czytałam jak literacki debiut pisarki, która musi wypowiedzieć kilka myśli, odcinając się od przeszłości, by móc ruszyć, by iść dalej. Debiut dobry, podkreślę, w myśl opinii Anny Marchewki, której zdaniem dobry debiut „to jest coś takiego, co sprawia, że przestaję być krytykiem a staję się znów czytelniczką, że chcę przeczytać jeszcze raz tę książkę i że coś się we mnie wydarzyło. Debiut przynosi coś nowego. Gdy rozmawiamy o debiucie, to mówimy o czymś wyjątkowym, czymś mocno dotykającym, poruszającym, o czymś, na co czekamy. Dobry debiut to jest coś, co mnie wytrąca z równowagi i sprawia, że przestaję pracować a zaczynam przeżywać”[1]. I ja, podczas lektury książki Król zapomniałam się. Całą sobą weszłam w opowiadany przez nią świat, w jej świat. Bo Iwaszkiewicz z kart Rzeczy, to nie Iwaszkiewicz obiektywnie pojmowany, tylko Anny Król. To ona na nowo, po swojemu, przez pryzmat swoich doświadczeń, swojej osobowości, tworzy go, zarysowuje jakże subiektywny, zindywidualizowany portret, lepi z fragmentów rozproszonych. Z rzeczy właśnie. Ale nie tylko. Bo i ze wspomnień, zdjęć, ze słów wypowiedzianych, zapisanych, z dialogów wyobrażonych, z miejsc, zwierząt  i ludzi.

Fabularyzowany zarys egzystencji

Z czym mamy do czynienia jeśli chodzi o przynależność gatunkową? Nie jest to dokument ani powieść sensu stricto. Bo choć są tam fakty, to są i zmyślenia. Dlatego chyba najtrafniejsze wydaje się określenie „fabularyzowana biografia”. Choć może „biografia” to za dużo powiedziane. Może lepiej „zarys egzystencji”, gdyż oddaje istotę przedsięwzięcia – w myśl samego Iwaszkiewicza, który w swych Dziennikach zanotował:

Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii ponieważ w swoim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom[2].

Istnieją wprawdzie popularne fabularyzowane biografie, będące jednak tradycyjnie pojętym powieściami, których jestem wielką entuzjastką, to w tym przypadku mowa jest o czymś znajdującym się znacznie bliżej literatury non fiction, chociażby przez sam sposób prowadzenia narracji. Narratorką jest z jednej strony Anna Król, badaczka życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, która po reportersku przemierza Polskę, tropiąc ślady przeszłości i skrupulatnie wszystko notując, z drugiej zaś, jednocześnie, Anna Król, wielbicielka twórcy i niejako jego wychowanka, która daje wyraz swoim doświadczeniom, upust intymnym przeżyciom i doznaniom. I tytułowe rzeczy, które artysta po sobie pozostawił są dla niej tylko pretekstem, do indywidualnego odczytania jednego z największych polskich twórców XX wieku.

Iwaszkiewicz Król

Z tego czytania Iwaszkiewicza przez Król wyłania się postać człowieka – dyplomaty, światowca, prezesa Związku Literatów Polskich, redaktora naczelnego „Twórczości”, posła, poety, pisarza – z krwi i kości, bardzo złożonego, jednak chyba tylko pozornie pełnego sprzeczności. Dla którego bycie wybitnym twórcą i politykiem jednocześnie nie było zaprzedaniem duszy diabłu, tylko możliwością. Wyłania się postać człowieka czułego, wrażliwego, niepewnego, samotnego, nierozumianego, targanego namiętnościami, dalekiego od zimnego polityka, czy człowieka zdystansowanego, może nawet wyrachowanego. Dotykając intymnego świata Iwaszkiewicza, autorka odkrywa przed odbiorcami zakamarki jego duszy, byśmy go zrozumieli i mogli z nim współodczuwać.

Najbardziej ujmujące są te migawki z życia pisarza, które ukazują relację z innymi. Z żoną, kochankiem czy choćby z sekretarzem/ kierowcą. Odsłania się nam wówczas Iwaszkiewicz mąż, kochanek, przyjaciel, towarzysz. Fragmenty dotyczące romansu z Jerzym Bełczyńskim, romansu podszytego tragizmem (kochanek-gruźlik), są niezapomniane[3]. Te zaś odnoszące się do małżeństwa z Anną, małżeństwa także naznaczonego dramatem (powracająca choroba psychiczna żony), składają się niewątpliwie na jedną z ciekawszych opowieści o życiu literackim polskiego XX wieku.

Odchodzenie

Rzeczy, podobnie jak Mahatma Witkac Joanny Siedleckiej, jest nie tylko opowieścią o danym twórcy, jest też uniwersalną narracją o odchodzeniu. Otwiera ją śmierć pisarza i jego pogrzeb, by później, cofając się w przeszłość, tropić znaki przemijania. Przemijania ludzi, rzeczy, świata. Ich starzenia się. Istnienie naznaczone tragizmem, tak obecne w całej twórczości Iwaszkiewicza, obecne jest i tu, gdy choroba zżera kochanka, też krewnego – Karola Szymanowskiego, gdy umiera żona, gdy starzeje się ciało, umysł, gdy niszczeją rzeczy.

Misja

Anna Król swoją publikacją jakby mimochodem wypełnia swą misję. Autorka Rzeczy jest animatorką kultury, pomysłodawczynią i dyrektorką Big Book Festival, a przede wszystkim jest autorką projektów literackich i edukacyjnych promujących – tu jej misja – literaturę i czytanie. Jest przy tym entuzjastką życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza. I poprzez powołanie do życia Rzeczy niewątpliwie zaraża innych i Iwaszkiewiczem, i czytaniem w ogóle.


[1] O czym mówimy, kiedy mówimy o debiucie literackim?, zapis audycji radiowej, 22.04.2015, Radio Kraków, http://www.radiokrakow.pl/rozmowy/o-czym-mowimy-kiedy-mowimy-o-debiucie-literackim/, dostęp 30.04.2017.

[2] Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, cyt. za, Anna Król, Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie, Warszawa 2015, s. 366.

[3] Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego, Warszawa 2017.