Walentynki – na pokuszenie

Słowom…

Walentynki, Dzień św. Walentego, Dzień Zakochanych – święto to pasuje do mnie jak przysłowiowa pięść do nosa, no, ale, żeby nie było, że jestem nieczuła, niewrażliwa, lodowata, z kamieniem zamiast serca 😉 !!!

Był sobie raz taki pan, i drugi, i trzeci, siódmy… Jednego, drugiego, trzeciego, siódmego… pokochałam miłością taką, na jaką sobie zasłużyli.

Jeden[1] uwiódł, zapewniając:

Miłość Ci wszystko wybaczy

Smutek zamieni Ci w śmiech.

Miłość tak pięknie tłumaczy:

Zdradę i kłamstwo i grzech.

Choćbyś ją przeklął w rozpaczy,

Że jest okrutna i zła,

Miłość Ci wszystko wybaczy

Bo miłość, mój miły, to ja.

Jeśli pokochasz tak mocno jak ja,

Tak tkliwie, żarliwie, tak wiesz,

Do ostatka, do szału, do dna,

To zdradzaj mnie wtedy i grzesz.

Bo miłość Ci wszystko wybaczy

Smutek zamieni Ci w śmiech.

Miłość tak pięknie tłumaczy:

Zdradę i kłamstwo i grzech.

Choćbyś ją przeklął w rozpaczy,

Że jest okrutna i zła,

Miłość Ci wszystko wybaczy

Bo miłość, mój miły, to ja.

Drugi[2] zaś mawiając:

Kochałbym cię (psiakrew, cholera!),

gdyby nie ta niepewność,

gdyby nie to, że serce zżera

złość, tęsknota i rzewność.

Byłbym wierny jak ten pies Burek,

chętnie sypiałbym na słomiance,

ale ty masz taką naturę,

że nie życzę żadnej kochance.

Kochałbym cię (sto tysięcy diabłów),

kochałbym (niech nagła krew zaleje!),

ale na mnie coś takiego spadło,

że już nie wiem, co się ze mną dzieje:

z fotografią, jak kto głupi, się witam,

z fotografią (psiakrew!) się liczę,

pójdę spać i nie zasnę przed świtem,

póki z grzechów się jej nie wyliczę,

a te grzechy (psiakrew!) malutkie,

więc (cholera) złości się grzesznik:

że na przykład, wczoraj piłem wódkę

lub że pani Iks – niekoniecznie.

Cóż mi z tego (psiakrew!), żem wierny,

taki, co to „ślady po stopach”?…

Moja miła, minął październik,

moja miła (psiakrew!), mija listopad.

Moja miła, całe życie mija…

Miła! Miła! – powtarzam ze szlochem…

To mi życie daje, to zabija,

że ja ciągle (psiakrew!) ciebie kocham.

Czasem lamentując[3]:

Tyś mnie kochała, ale nie tak,

jak kochać trzeba,

i szliśmy razem, ale nie w takt –

przebacz.

Ja jeszcze długo… Rok albo dwa.

Potem zapomnę.

Teraz, gdy boli, teraz, gdy trwa,

dzwonię podzwonne.

A tobie, miła, na co ten dzwon

brzmiący z oddali?

Miłość niewielka, błahy jej zgon,

i idziesz dalej.

Cóż mam od życia? – troskę i pieśń

(ciebie już nie ma).

Muszę im ufać, muszę je nieść,

pisać poemat.

Cóż mam od życia? – chyba już wiesz,

czujna i płocha? –

tylko ten smutek, tylko ten wiersz,

który mnie kocha.

Trzeci[4] wyjaśniając:

Powiedz mi jak mnie kochasz.

— Powiem.

— Więc?

— Kocham cię w słońcu. I przy blasku świec.

Kocham cię w kapeluszu i w berecie.

W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.

W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.

I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.

I gdy jajko roztłukujesz ładnie —

nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.

W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.

I na końcu ulicy. I na początku.

I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz.

W niebezpieczeństwie. I na karuzeli.

W morzu. W górach. W kaloszach. I boso.

Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.

I wiosną, kiedy jaskółka przylata.

— A latem jak mnie kochasz?

— Jak treść lata.

— A jesienią, gdy chmurki i humorki?

— Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki.

— A gdy zima posrebrzy ramy okien?

— Zimą kocham cię jak wesoły ogień.

Blisko przy twoim sercu. Koło niego.

A za oknami śnieg. Wrony na śniegu.

I też zapewniając[5]:

Kochanie, moje kochanie,

dobranoc, już jesteś senna –

i widzę twój sen na ścianie,

i noc jest taka wiosenna!

Jedyna moja na świecie,

jakże wysławię twe imię?

Ty jesteś mi wodą w lecie

i rękawicami w zimie.

Tyś szczęście moje wiosenne,

zimowe, latowe, jesienne –

lecz powiedz mi na dobranoc,

wyszeptaj przez usta senne:

za cóż to taka zapłata,

ten raj przy Tobie tak błogi?…

Tyś jesteś światłem świata

i pieśnią mojej drogi.

Siódmy[6] zapomnieć nie dając:

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem

Zapodziani po głowy, przez długie godziny

Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.

Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,

Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,

Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,

I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,

A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,

Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni

Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty

Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie

Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,

I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,

Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,

Porwałem twoje dłonie — oddałaś w skupieniu

A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

Ech, tamte dni i tamte noce… Pod kołdrą z latarką, by nikt nie dostrzegł, że oddaję się znajomościom ulotnym, żem niemądra i daję się wodzić na pokuszenie słowom…

Ekscytujących Walentynek!!!


[1] Julian Tuwim, Miłość ci wszystko wybaczy.

[2] Władysław Broniewski, Ze złości.

[3] Idem, Wiersz ostatni.

[4] Konstanty Ildefons Gałczyński, Rozmowa liryczna.

[5] Idem, List jeńca.

[6] Bolesław Leśmian, W malinowym chruśniaku.

Dramat pierwszej klasy. „Wchodzi koń do baru” – David Grosman

Tytuł – Wchodzi koń do baru

Autor – David Grosman

Tłumacz – Regina Gromacka

Wydawnictwo – Świat Książki

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla wrażliwców, dla koneserów niewielkich powieści, dla fanów mocnej literatury, dla wielbicieli historii, tradycji, kultury i literatury izraelskiej, żydowskiej, dla ceniących sobie oryginalną opowieść o przeszłości, dla łowców nagród
  • PO CO – by rozumieć lepiej
  • MOJA OCENA – 5/6
Booker dla Izraelczyka

David Grossman to jeden z bardziej znanych izraelskich pisarz. Serwuje nam literaturę najwyższej próby. Jego powieści stawiane są obok najcenniejszych dzieł historii literatury powszechnej (takich jak„Wściekłość i wrzask”, „Sto lat samotności” czy „Blaszany bębenek”). Odbiorców swoich dzieł – „Bądź mi nożem”, „Patrz pod: Miłość”, „Ciałem rozumiem”’, „Księga gramatyki intymnej”, „Poza czasem”, „Tam, gdzie kończy się kraj”, „Kto ze mną pobiegnie” – przyzwyczaił do tego, że jest panem od trudnych pytań[1]. Tak też jest z jego ostatnią powieścią.

Powieść „Wchodzi koń do baru” w 2017 otrzymała Międzynarodową Nagrodę Bookera (The Man Booker International Prize), która, przypomnę, przyznawana jest pisarzom z całego świata, bez względu na język, w jakim tworzą. Warunkiem jest dostępność publikacji w języku angielskim (uhonorowywany jest nie tylko autor, ale i tłumacz).

Stand-up jakiego nie znacie

To niewielka książka o sporej sile rażenia! Tak tylko można określić tę skromną powieść o zabawnym tytule (inna wersja rodzimego dowcipu „Przychodzi baba do lekarza”). Bo tak też jest w istocie. Uderza niespodziewanie, celnie trafiając i pozostawiając wyraźny ślad.

„Wchodzi koń do baru” ma szczątkową fabułę, akcji – żadnej, bohatera – jednego z wielu. Mimo to jej ładunek jest ogromny.

Powszedniość

Podrzędny klub w Netanja, niewielkiej mieścinie, do którego wieczorem ściągają miejscowi, oczekując po ciężkim dniu mało wysublimowanej rozrywki. Chcą poddać się chwili i zapomnieć o trudzie powszednim, słuchając dowcipów mistrza w swoim fachu, starego wyjadacza, chcącego sobie dorobić podstarzałego komika.

Po jednej stronie scena, on, artysta, któremu wewnątrz się kotłuje, po drugiej widownia żądna krwi – rozrywki. Mówisz, masz! Zasady jasne, granice wyznaczone.

Przelana czara goryczy

Jednak artysta to dusza wrażliwa – widzi więcej, słyszy więcej, czuje więcej. Narzucone ramy uwierają go, są za ciasne, ograniczają. Kwestią więc czasu jest wyjście poza, zerwanie niepisanej umowy.

Komik starannie taki moment zaplanował. Dwudziestego sierpnia, w czwartek, w dzień swoich pięćdziesiątych siódmych urodzin. Wieczór ten miał być dla artysty wyjątkowy. Ta rocznicowa data posłużyła mu za pretekst do…

Wśród publiczności znalazł się gość specjalny – Awiszaj Lazar, przyjaciel z dawnych lat (narrator opowieści), emerytowany sędzia, z którym komik na wiele lat utracił kontakt, którego teraz zaprosił na swój występ.

Wiwisekcja

Tego wieczora, Dowale Gee, Żyd, potomek ofiar Holocaustu, błyskotliwy, inteligentny, jak na komika przystało sprawnie manipulujący publicznością, którą się bawi, którą z wprawą prowokuje, płynie przechodzi od niewybrednych żartów do osobistych wynurzeń. Urodziny stały się więc pretekstem do spowiedzi, wiwisekcji – rozrachunku z przeszłością, która nie daje mu spokoju. Opowiada o swoim domu, o rodzicach, o trudnym dzieciństwie, o lękach, traumach, porażkach i wydarzeniach, które męczą go do dziś. Choć jego opowieść jest niezwykle osobista, indywidualna, to jest to opowieść o doświadczeniu zbiorowy. Komik, błaznując, opowiada o tym, co nieobce jest innym, co nieobce jest Izraelczykom, Żydom, których Holokaust bezpośrednio nie dotknął, gdyż należą do następnego pokolenia, ale jest stale obecny w ich egzystencji. Swe gorzkie historie przeplata dowcipami, które jednak nie są już zabawne.

Dowale jest okrutny, bezwzględny wobec każdego i wobec wszystkiego, nie ma litości dla nikogo i niczego. Nie szczędzi siebie, kpi z mieszkańców Netanja, z widzów, z gości, z przeszłości narodu, historii, kultury, tradycji, z sytuacji politycznej kraju. Nie ma dla niego żadnych świętości, tematów, których nie kala. Nie ma zahamowań, nie cofa się, idzie po przysłowiowych trupach.

Występ komika tym razem jednak nie wzbudza entuzjazmu widzów. Nie przyszli po to, by zastanawiać się nad pozbawionym sensu życiem. Przyszli po to, by o tym zapomnieć. Komediowe przedstawienie stopniowo zaczyna przypominać groteskę. Publiczność, którą artysta wprawia w coraz większą konsternację, powoli zaczyna okazywać swą dezaprobatę.

Komik jednak nie zważa na to, jest zupełnie obojętny na zniesmaczenie i zażenowanie odbiorców. Chce tylko jednego – rozliczenia się ze swojego życia oraz sprawiedliwej oceny i sprawiedliwego werdyktu obecnego na sali sędziego, który słyną z wydawania surowych wyroków.

Katharsis

W istocie, na oczach widowni rozgrywa się coś, co nie ma nic wspólnego z lekką rozrywką. To mrożący krew w żyłach spektakl, dramat pierwszej klasy, który ostatecznie może przynieść tylko oczyszczenie i ukojenie.

Komik, który na celownik bierze siebie i swoje życie, w istocie grzebie we wnętrzach innych, wyciąga na wierzch to, co tak skrzętnie skrywają, także sami przed sobą. Obnażając siebie, obnaża widzów. Konfrontuje ich z tym, od czego uciekają. Rozdrapuje rany, które jeszcze się nie zabliźniły, które wciąż się sączą.

Ten sceniczny monolog komika jest w pewnym sensie przedostatnim aktem jego egzystencji. Artysta, rozliczając się z przeszłością, która przez lata ciążyła i zatruwała mu życie, wypełnia niejako swój obowiązek wobec innych, wobec kraju, wobec narodu, także wobec siebie.

My, odbiorcy

Odbiorcami są tu nie tylko widzowie goszczący w klubie. Są też nimi czytelnicy powieści Grosmana. My także uczestniczymy w tym osobliwym przedstawieniu/ osobliwej narracji. Pozwalamy się wciągnąć w grę komika/ pisarza, zwodzić, prowokować. Dajemy sobą manipulować. Szybko przestaje nam być wesoło i lekko. Coś zaczyna nas uwierać, czujemy współczucie, niestosowność, zażenowanie, odrazę, złość, sprzeciw.

Wybór?

Pozornie odbiorca ma wybór. Może wyjść z klubu, może zakończyć lekturę przed jej ostatnim zdaniem, ale wewnętrzny przymus nie pozwala mu na ten gest. Czeka na dalszy rozwój wydarzeń. Na finał.

Jesteśmy jednak u kresu wytrzymałości. Nie kapitulujemy dlatego, że akcja traw tylko jeden krótki wieczór, tylko dlatego, że powieść ma niewiele stron. Więcej odbiorca nie zdołałby udźwignąć.

Inaczej

Powieść „Wchodzi koń do baru” poświęcona jest kwestiom wszystkim dobrze znanym. Grosmanowi udało się jednak ten eksplorowany na wiele różnych sposobów temat pokazać nieco odmiennie. Niewątpliwie nie „co”, ale „jak” odgrywa tu decydujące znaczenie. Powieść ta to kunszt formy, języka. Autor znakomicie dozuje nam skrajne bardzo emocje. Jedne przełamuje drugimi. Umiejętnie miesza jakże odmienne estetyki, dzięki czemu nie przytłacza nas, nie szantażuje emocjonalnie. Dochodzi do niebezpiecznych granic, nigdy jednak ich nie przekraczając.

Mimo że temat powieści jest konkretny, a koloryt lokalny jest tu znaczącym składnikiem świata przedstawionego, to wymowa dzieła tego izraelskiego pisarza wykracza poza te ramy.

* Tytuł oryginalny – Us echad nichnas lebar, rok pierwszego wydania – 2016, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Izabela Osiadacz, Dawid Grosman – pisarz trudnych pytań, opublikowano 07.10.2014, https://xiegarnia.pl/artykuly/dawid-grosman-pisarz-trudnych-pytan/, dostęp 11.02.2018.

Zgubna świadomość. „Dziewczyna z poczty” – Stefan Zweig

Tytuł – „Dziewczyna z poczty”

Autor – Stefan Zweig

Tłumacz – Karolina Niedenthal

Wydawnictwo – WAB

Seria – Nowy Kanon

Rok – 2012

  • DLA KOGO – dla wielbicieli Stefana Zweiga i międzywojnia,  dla fanów literatury austriackiej czy szerzej niemieckojęzycznej, dla tych, którzy przeczytane dzieło chcą długo nosić w sobie, dla koneserów dobrej literatury, dla ceniących sobie dobrze skonstruowaną fabułę, dla których styl, język, forma nie są obojętne, dla miłośników dobrej literatury po prostu
  • PO CO – by poczuć
  • MOJA OCENA – 7/6
Uczta dla wybrednych

Czym jest publikacja dzieła niedokończonego przez autora? Ucztą dla znawców, badaczy, koneserów twórcy, psychofanów pisarza. Czy może być też ucztą w oderwaniu od kontekstu, będąc samoistnym integralnym dziełem dla zwykłych bałowchwalców literatury? „Dziewczyna z poczty” Stefana Zweiga dowodzi, że tak.

Powieść najsmutniejszego pisarza na świecie[1] jest dziełem niedokończonym. Została opublikowana czterdzieści lat po śmierci autora staraniem wydawcy, który zebrał rozproszone fragmenty. Niemalże na kolejne tyle musiał czekać polski czytelnik.

I tak, i nie

Niewątpliwie publikacja tej powieści przypomniała o Stefanie Zweigu, pisarzu nieco zapomnianym, choć mającym stałe grono wiernych odbiorców, swego czasu bardzo poczytnym, znanym i znaczącym w kręgach literackich, ale nie tak cenionym w europejskich kręgach literackich jak inni twórcy niemieckojęzyczni. Zweig pisał swoje utwory zwykle lekko, sprawnie i szybko, co wzbudzało podejrzenia fachowców. Szeroki odbiór jego tekstów nakazywał zaliczyć go do grona twórców literatury popularnej, rozrywkowej, przeznaczonej dla przeciętnego czytelnika, a nie wyrafinowanego intelektualisty.

Najsmutniejszy pisarz na świecie

Stefan Zweig to właściwie wybraniec fortuny. Zaznał jednak nie tylko dostatku i uznania, ale i odrzucenia. Pełen energii i entuzjazmu, pogodny, odnoszący sukcesy, czerpiący radość z życia, stał się w końcu nadwrażliwym niespokojnym duchem, melancholikiem popadającym w stany depresyjne, pozbawionym wiary w lepszą przyszłość.

Austriak, Wiedeńczyk, Żyd, syn milionera, przed którym świat stał otworem. Pozbawiony trudów życia powszedniego, wybitnie uzdolniony, wiódł lekką i beztroską egzystencję. Oddawał się studiom (historii sztuki i filozofii, z której uzyskał doktorat) i poznawaniu świata. Podróżował po całym globie, znał największe tuzy wśród artystów i intelektualistów tamtego czasu, sam będąc wówczas postacią niezwykle popularną.

Autor wierszy, dramatów, opowiadań, powieści, biografii, licznych tłumaczeń. Kosmopolita, intelektualista, humanista, znawca ludzkiej psychiki, przeciwnik faszyzmu, pacyfista, pragnął pokoju za wszelką cenę, wojna była dla niego bowiem końcem tego wszystkiego, co ludzkość dotychczas osiągnęła.

Został zmuszony do opuszczenia Austrii, do której już nigdy nie powrócił. Tułając się po świecie, szukał miejsca dla siebie. Ze swoimi pacyfistycznymi poglądami nie mógł i nie był w stanie zaznać spokoju w rasistowskiej Europie. Na emigracji w Brazylii pogrążony w rozpaczy wraz z żoną popełnił samobójstwo – wyraz protestu przeciw Hitlerowi[2].

Dzieło niedokończone

W tym najmroczniejszym momencie swego życia, po wygnaniu, tułając się, Zweig rozpoczął pracę nad „Dziewczyną z poczty”. Okoliczność niewątpliwie wpłynęły na wymowę powstającego dzieła. Pisarz porzucił pracę nad powieścią na jakiś czas, by powrócić do niej, nie stawiając jednak kropki nad i. Ten niedokończony tekst, któremu brak ujednoliconej formy , z otwartym zakończeniem, zatytułowany roboczo „Historia panienki z poczty”, został wydany jako „Odurzenie przemianą”, w Polsce zaś jako „Dziewczyna z poczty”.

Błoga nieświadomość

To opowieść o dwudziestoośmioletniej Christine Hoflehner, asystentce oddziału urzędu pocztowego na austriackiej prowincji, która nieświadoma uroków życia pędziła ledwie znośny żywot. I wojna światowa zrujnowała jej rodzinę. Odebrała jej wszystko. W każdym sensie. Człowiek poszczególny w Austrii wciąż pogrążonej w kryzysie musiał zadowolić się minimum, które urągało jego godności. Zanurzony w apatii zmagał się z biedą, poczuciem beznadziei i braku sensu. Wegetował:

[…] ciasny stryszek ledwie starcza do życia, raczej tylko przygotowuje do jeszcze węższej trumny. (s. 19)

Chwila zapomnienia

Dziewczynie z poczty dane jednak było wyrwać się z tego marazmu i przenieść na krótki czas do innego wymiaru, co odmieniło jej marną egzystencję, jak się wkrótce okazało, na dobre. Wystarczył telegram bogatej ciotki z Ameryki, próbującej uspokoić swe sumienie, z zaproszeniem na kilka dni do ekskluzywnego kurortu gdzieś w szwajcarskich górach. Christine, staczając wewnętrzny bój, zdecydowała się na opuszczenie swego posterunku. Pełna obaw, niepewnie, wyruszyła w podróż, w istocie, jak czas pokazał, w jedną stronę.

Wylądowała w zupełnie innej rzeczywistości. Ni jak nie przystającej do niej. Bogatej, luksusowej, barwnej, beztroskiej, pełnej przepychu, blichtru. Instynktownie wręcz, bez udziału świadomości, dała się ponieść, świadomie już nie buntując się, nie czyniąc nawet drobnego gestu sprzeciwu, wiedząc znów instynktownie, podświadomie, że teraz albo nigdy:

[…] gdyby nie przypadek, gdyby nie ta podróż, mogłaby umrzeć sczeznąć i zmienić się w proch, nie przeczuwając nawet, że w ogóle istnieją, nigdy nie doświadczywszy ich wspaniałości. Żyło się tak obok tego wszystkiego, nigdy tego nie widząc i nawet nie chcąc zobaczyć; bujało się bez sensu w obłokach, w swym malutkim pokoju, niewiele szerszym niż rozłożone ręce, niewiele dłuższym niż rozprostowane nogi, a tu już po jednej nocy, po jednym dniu rozpościera się przed człowiekiem owa nieskończona nieskończoność! Nagle po raz pierwszy do obojętnego do tej pory i niczego niepragnącego umysłu zakrada się niejasne poczucie jakiejś straty, po raz pierwszy w zetknięciu z tą niezmierzoną potęgą doświadcza się mocy porywającej duszę podróży, która jednym jedynym ruchem może zedrzeć twardą skorupę, starych przyzwyczajeń, wyrzucając nagie, płodne ziarenko w kipiący żywioł przemiany. (s. 43)

Kilka chwil wystarczyło, by początkowo zagubiona kobieta poczuła się jak u siebie:

Odnosi wrażenie, że niesie ją fala, błogi wiatr; od dziecięcych dni nie czuła się podobnie lekko, równie uskrzydlona: właśnie tak zaczyna się odurzenie przemianą. (s. 72)

[…] żyje w pożyczonym luksusie, jakby był jej własny! (s. 157)

Odurzenie metamorfozą

Przemiana z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia dokonała się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Christine Hoflehner, dziewczyna z poczty, przeistoczyła się niemalże w jednej chwili w Christine van Boolen, młodą, piękną, atrakcyjną damę, duszę towarzystwa, zaskarbiającą sobie przychylność elity, pożądaną przez wszystkich mężczyzn i wzbudzającą zazdrość innych kobiet.

Przesuwający się na oknem pociągu krajobraz, pożyczona garderoba, drobne zakupy, wizyta u fryzjera, zbieg pewnych okoliczności, przypadków, wszystko to uczyniło z prowincjonalnej urzędniczki czarującą bywalczynię salonów. Przemiana dokonała się nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz kobiety. Wszystko to niejako obudziło ją ze snu, w którym do tej pory była pogrążona. Otworzyło jej oczy, uświadomiło i rozbudziło potrzeby, pragnienia, marzenia, aspiracje, ambicje. Pobudziło do życia, do bycia:

[…] tylko w siebie, w siebie samą się teraz wsłuchuje, w swoje latami tłamszone, uciskane, uciśnione ja, które teraz nagle w wielkim bólu się w niej burzy i rozsadza pierś. (s. 167)

Nastąpiła metamorfoza Christine. Dziewczyna porzuciła dawną tożsamość, by zyskać nową. Odurzona przemianą, choć świadoma w pełni procesu, który zaszedł, żyła pełnią nowego życia. Miała wątpliwości czy była do tej pory tą, za którą się miała, ale wiedziała, że nie jest tą, za którą inni teraz ją mają. Była świadoma oszustwa, mimo to brnęła w nie coraz głębiej:

Taki wytworny, światowy człowiek i nie rozpoznał w niej przebranej za damę oszustki […]. Dopiero teraz poczuła się w prawie, żeby tu przebywać. (s. 73)

Zgubna świadomość

Ułuda nie mogła jednak trwać zbyt długo. Prawda prędzej czy później musiała wyjść na jaw. Czar błyskawicznie prysł. Snobistyczne towarzystwo beztroskich ignorantów, pełne hipokryzji, żądne krwi, tylko czyhało na okazję, by bezlitośnie móc pogrążyć nieszczęśnika. Chcąc też zemścić się za to, że wprowadzono je w błąd, gotowe było na wszystko. Przezorna jednak ciotka nie pozwoliła na to. Chcąc uniknąć skandalu, bezlitośnie, nie licząc się z uczuciami krewnej, odprawiła siostrzenicę najszybciej jak tylko mogła.

Powrót do dawnego świata okazał się brutalny. Nic już nie było takie jak dawniej. Egzystencja dotąd ledwie znośna, stała się wegetacją niemożliwą do zniesienia:

[…] czuje tylko siebie, swoją samotność w tym pokoju, w tym budynku, we wszechświecie, kawałek oddychającego, drżącego mięsa, jeszcze ciepłego […]. Takie mocne obumieranie od wewnątrz, odmrażanie i zamarzanie kawałek po kawałku […]. (s. 172)

[…] wpatruje się w resztki fantomu, którym była. (s. 173)

Można dostrzec w tym zapowiedź przyszłej tragedii, konsekwencji nieodwracalnych, ale i nadziei na poprawę losu!

Pod pretekstem odwiedzin siostry, pod wpływem impulsu, Christine wyruszyła do Wiednia, by znów poczuć się szczęśliwą. Niestety, nie było jej to dane. Nawiązała tam jednak znajomość z niejakim Ferdinadem – bratnią duszą, mężczyzną, tak jak ona rozczarowanym rzeczywistością, bez perspektyw na lepsze jutro. Z każdą chwilą rozumieli się coraz lepiej, z każdą chwilą łączyło ich coraz więcej, z każdą chwilą więź między nimi stawała się coraz mocniejsza. Wspólne chwile były dla nich rodzajem pocieszenia, jednak bieda, poczucie beznadziei, brak szansy na odmianę losu, wyjście z ubóstwa, marazmu, apatii, wegetacji uniemożliwiały szczęście tych dwojga.

Nie dać się

Ta przypadkowa znajomość zaczęła nieść jednak nadzieję. Będąc u kresu wytrzymałości, zbuntowali się przeciw rzeczywistość. Postanowili rzucić wyzwanie losowi:

Podejmujemy to ryzykowne przedsięwzięcie, kładąc na szli własne życie, aby móc swobodnie żyć, przynajmniej przez jakiś czas. (s. 312)

Kunszt pisarza

„Dziewczyna z poczty” to opowieść o monadzie z historią w tle. W dusznym, apatycznym, szarym, brudnym i wrogim świecie, rozgrywa się dramat młodej kobiety, która rozczarowana rzeczywistością, zapragnęła więcej. Zweig ze znawstwem oddaje tu zniuansowane meandry kobiecej psychiki. Brawurowo portretuje jednak nie tylko jednostkę, ale i zbiorowość. Jest tu niezrównanym psychologiem natury ludzkiej.

Powieść Zweiga jest dziełem nieukończonym (nie wiemy co było zamiarem twórcy, a czego autor nie zdążył dopracować). Odbiorca podczas lektury nie odczuwa jednak tego. Brak ujednoliconej formy tylko pozornie jest zarzutem wobec utworu. Urwane/ otwarte zakończenie – intryga nie ma rozwiązania, powieść kończy się w miejscu, w którym mogłaby zacząć się od nowa – okazuje się atutem powieści.

Należy jednak doprecyzować, że brak ujednoliconej formy nie oznacza fragmentaryczności dzieła, nie oznacza zestawienia zróżnicowanych jakościowo i formalnie not. Powieść jest spójną, logiczną, samoistną całością. Brak jednoznacznego zakończenia równie dobrze może być zakończeniem po prostu – otwartym, pozostawiającym los bohaterów w rękach odbiorcy. Lektura całość zaś okazuje się ucztą na wysokim poziomie.

Uniwersalna wymowa

„Dziewczyna z poczty” to uniwersalna opowieść o ludziach pełnych lęku przed jutrem, zagubionych w bezwzględnej rzeczywistości, gotowych jednak walczyć. To opowieść o poszukiwaniu własnego „ja”, o bólu istnienia, o uwieraniu życia, o rozbudzonych nadziejach, marzeniach, aspiracjach, ambicjach, o próbie zawalczenia o siebie i swoje miejsce w świecie, o wyrwaniu kawałka tortu dla siebie.

Warto pamiętać, że to ostatnie dzieło tego szczególnego austriackiego pisarza jest też świadectwem jego ducha.

Ps. Polecam więcej cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

*Wszystkie cytaty z dzieła z pochodzą z tomu, Dziewczyna z poczty, Stefan Zweig, Warszawa 2012.

**Tytuł oryginalny – Rauch der Verwandlung, rok pierwszego wydania – 1982, rok pierwszego wydania polskiego – 2012.


[1] Janusz Rudnicki, Najsmutniejszy pisarz na świecie, „Książki. Magazyn do Czytania”, nr 4/27.

[2] Zob., Strona poświęcona Stefanowi Zweigowi, http://www.stefanzweig.org/zweig_bf.htm, dostęp 31.01.2018; Tomasz Małyszka, Posłowie, w, Stefan Zweig, Dziewczyna z poczty, Warszawa, 2012.

BIBLIOGRAFIA
  1. Grand Budapest Hotel, reż. Wes Anderson, USA, Niemcy, 2014.
  2. Małyszka Tomasz, Posłowie, w, Stefan Zweig, Dziewczyna z poczty, Warszawa, 2012.
  3. Na zawsze twoja, reż. Patrice Leconte, Belgia, Francja, 2013.
  4. Pożegnanie z Europą, reż. Maria Schrader, Austria, Francja, Niemcy, 2016.
  5. Rudnicki Janusz, Najsmutniejszy pisarz na świecie, „Książki. Magazyn do Czytania”, nr 4/27.
  6. Seksik Laurent, Sorel Guillaume, Ostatnie dni Stefana Zweiga, Warszawa, 2012.
  7. Strona poświęcona Stefanowi Zweigowi, http://www.stefanzweig.org/zweig_bf.htm.
  8. Zweig Stefan, Świat wczorajszy. Wspomnienia pewnego Europejczyka, Warszawa, 2015.

Dokąd zmierzamy? „Ludzie na drzewach” – Hanya Yanagihara

Tytuł – „Ludzie na drzewach”

Autor – Hanya Yanagihara

Tłumacz – Jolanta Kozak

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla fanów Hanyi Yanagihary i współczesnej literatury amerykańskiej, dla amatorów antropologii, dla ignorantów, dla zadających sobie pytania o współczesność, dla wielbicieli literatury tropiącej meandry ludzkiej psychiki, dla tych, których nurtują odwieczne pytania istotne
  • PO CO – by zrewidować swoje przekonania, by pojąć, zrozumieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Uroki debiutów

Debiuty literackie mają swój niepowtarzalny urok. Te pierwsze utwory, które twórcy decydują się puścić w świat są zawsze wielką niewiadomą, zagadką. Oczekiwania odbiorców są w istocie żadne, choć jednocześnie, paradoksalnie, nadzieje zawsze spore. Gdy debiuty okazują się porażką, nikt się nie dziwi i wszyscy wybaczają, puszczają w niepamięć, gdy zaś okazują się wybitnym osiągnięciem, zachwytom nie ma końca i pamięć o nich jest wiecznie żywa.

Z pewnością, jeśli chcemy delektować się literaturą tu i teraz, nie należy zaczynać od debiutu danego twórcy, gdyż możemy zrazić się skutecznie i już nie mieć ochoty sięgać po inne dzieła tegoż autora. Jeśli jednak chcemy na literaturę spojrzeć nieco szerzej, jak na proces, to debiut jest tu jednym z istotniejszych ogniw.

Powieść „Ludzie na drzewach” Hanya Yanagihara, debiut właśnie, z pewnością gdyby ukazała się na polskim rynku jako pierwsza powieść amerykańskiej autorki pewno przeszłaby bez echa. Ale stało się inaczej. Najpierw ukazała się druga powieść w dorobku pisarki, która okazała się ogromnym sukcesem. Wydawca dopiero wówczas zdecydował się na wydanie owego debiutu. Poszedł za ciosem, wykalkulował, że jaki ten debiut by nie był, przyniesie z pewnością zysk.

Dżungla życia

Bez oczekiwań

Mając świadomość, że „Ludzie na drzewach” to debiut, nie ma się wygórowanych oczekiwań. Na szczęście. Dzięki temu odbiorca nie doświadczy rozczarowania, dzięki temu może docenić, poczuć intensywność i wagę.

Wprawdzie z niespełna pięciuset stron można by przynajmniej ze trzysta wyrzucić, bo znużeniem i irytacją napawa lektura środkowej – choć zasadniczej – części powieści, to reszta kłuje dotkliwie (zredukowanie powieści do opowiadania, byłoby genialnym posunięciem), co podczas aktu czytania jest jednym z cenniejszych doznań.

Temat i problematyka rewelacyjne, świat przedstawiony, bohaterowie też, również forma, język, konstrukcja. Realizacji przedsięwzięcia, poza nużącym fragmentem, inni twórcy mogą pozazdrościć. Ale po kolei…

Forma i treść

Inspiracją dla autorki powieści był niejaki Daniel Carleton Gajdusek – amerykański wirusolog i pediatra, noblista w dziedzinie fizjologii i medycyny, opiekun kilkadziesięciorga dzieci sprowadzonych z wysp Pacyfiku, oskarżony przez jedno z nich o molestowanie seksualne i u schyłku życia skazany za pedofilię, który, po odbyciu krótkiej kary, (doszło do ugody) zaszył się w Europie (Francja, Holandia, Norwegia) i pisał pamiętniki[1].

Powieść (fabularyzowana biografia zniesławionego badacza) jest swego rodzaju połączeniem biografii z autobiografią amerykańskiego naukowca, niejakiego Abrahama Nortona Periny, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, ojca ponad czterdzieściorga adoptowanych z Mikronezji dzieci, który, w wyniku oskarżenia przez jedno z nich o molestowanie seksualne, został skazany na dwadzieścia cztery miesiące więzienia za przestępstwa seksualne na nieletnich. Jest też przy tym swego rodzaju powieścią szkatułkową.

Otóż niejaki Ronald Kubodera, współpracownik badacza, przyjaciel, który święcie wierzy, że Perina jest niewinny, postanowił zdać sprawozdanie z zaistniałej sytuacji i w ten sposób przywrócić nobliście dobre imię. By swą relację uzupełnić i udowodnić, że ma rację, nakłonił przebywającego w więzieniu badacza do spisania wspomnień, które ukażą prawdę.

Kubodera, po dokonanej przez siebie redakcji notatek Periny, włączył je do swojej relacji wraz z kilkoma doniesieniami prasowymi. Zdania Kubodery stanowią wstęp i w istocie zakończenie powieści, meritum zaś wspomnienia Nortona, które zostały opatrzone rozległymi przypisami Ronalda. To sprawia, że odbiorca może ulec złudzeniu, że ma do czynienia nie z fikcją, ale z czystą prawdą, gdyż przypisy te mają charakter wręcz naukowego opracowania.

Jednak ingerencja Kubodery w tekst noblisty nie jest tylko wyjaśnieniem czy komentarzem na marginesie, jest czymś znacznie poważniejszym. W istocie jest manipulacją – Kubodera próbuje chronić naukowca – usuwa niektóre fragmenty, uznając je za nieistotne, przestawia też kolejność wspomnień Periny, zmieniając w ten sposób cały wydźwięk jego relacji. Zatem nie poprzestaje na byciu redaktorem, staje się wręcz cenzorem.

Co ważniejsze?

Jaka jest prawda? Czy noblista był katem swych dzieci, czy może stał się ofiarą swych podopiecznych? Ale czy ta prawda jest tu najistotniejsza? Z punktu widzenia czytelnika, dla którego fabuła jest podstawą, to tak. I tu takowy odbiorca z pewnością się nie zawiedzie, gdyż autorka będzie trzymać go do samego końca w napięciu, nie da mu nawet na chwilę odetchnąć. Jednak z punktu widzenia tych czytelników, dla których ważniejsza jest wymowa utworu, to z pewnością owa prawda zejdzie na drugi plan.

Dziś

Z relacji Kubodery poznajemy teraźniejszość, natomiast z relacji Periny całą przeszłość.

Autorka zaczyna snuć swą historię od końca. Już pierwsze strony powieści odsłaniają przed odbiorcami kwestie zdawałoby się zasadnicze. Kubodera w swej relacji już na początku podaje informacje, które dla fabuły pozornie są najistotniejsze – dotyczą one czasu teraźniejszego i stanowią niejako puentę powieści.

Wczoraj

Cała reszta, poza zakończeniem, które, jak już wspomniałam w istocie należy do Kubodery, to opowieść Periny, będąca retrospekcją, stanowi fundament historii i nakreśla całe tło, okoliczności zaistniałej sytuacji. Dzięki niej poznajemy dzieciństwo głównego bohatera, jego dom, rodzinę – rodziców, brata, ciotkę, później czas studiów, dalej wyprawę w tropiki, adopcje dzieci, rozwój kariery badacza i głośny jego upadek. Ale to nie wszystko. Poznajemy tu nie tylko sumę faktów zewnętrznych, ale też to, co skrywa się pod nią – osobowość głównego bohatera, jego naturę, odbiór rzeczywistość w której żył, której doświadczał.

Ta zasadnicza część powieści – meritum – jest intrygująca i wciągająca, ale też i nużąca, również wiarygodna i przekonująca, ale też jak z powieści przygodowej, z której człowiek dawno wyrósł. Te podobno najciekawsze fragmenty – iście antropologiczne – które obrazują dżunglę, jej dzikość, jej naturę, faunę, florę, klimat, jej mieszkańców, ich język, tradycję, obrzędy, zachowania i zwyczaje, są sporym wyzwaniem. Choć wręcz kunsztowne, namacalne, szczegółowe, wyczerpujące wywołują nie tylko znużenie, ale i irytację, bo skutecznie zniechęcają do lektury i, co istotniejsze, usypiają czujność.

Bohater

Najciekawsze było to, co poza tym. A poza tym był on – główny bohater, Abraham Nortona Perina. I tu ukazuje się autorka znana z „Małego życia”. Właśnie tu ujawnia się ten charakterystyczny dla Yanagihary bohater – postać intrygująca, bo niejednoznaczna, skomplikowana wielce. Stosunek odbiorcy do niego jest ambiwalentny, wywołuje on konsternację, wprawia w zakłopotanie, bo nie pozwala na jednoznaczne oceny. Dostrzega deficyty jego osobowości i nie wie czy go lubi, czy mu współczuje czy może wzbudza w nim niesmak i wstręt. Niedostępny i nieodgadniony „jest […] wymodelowany […] na wzór Adriana Leverkühna”[2]. To „[…] człowiek o wybitnych zdolnościach i zasługach, podziwiany przez otoczenie, lecz zarazem skonfliktowany z nim, mający jednoznacznie negatywną opinię o swoich bliźnich i zupełnie samotny w życiu pozazawodowym”[3].

Kreacja wspomnień

Wspomnienia ze swej natury nie są obiektywne, są kreacją autora, w których ich bohater jest postacią wyidealizowaną. Tu jednak wykreowany portret jest jakby pozbawiony tego subiektywizmu wybielającego, choć oczywiście nie może być obiektywny, gdyż w przypadku pamiętnika zawsze mamy do czynienia tylko z kreacją. Perina ze swych wspomnień to człowiek, który wymyka się jednoznacznym sądom. Jest fascynujący, przenikliwy, nieprzeciętny, dumny, chłodny, zdystansowany, zblazowany, arogancki, z jednej strony ujmujący i pociągający, z drugiej odpychający, antypatyczny i niepokojący.

Błyskotliwy, zdolny, inteligentny absolwent medycyny na Harvardzie, za nic mając sztukę, naukę zaś za pewnik i wręcz przedmiot kultu, znudzony otoczeniem i lekceważący je, obojętny na rzeczywistość, bez pomysłu na siebie, za to z ogromnymi ambicjami, nie wiedząc co ze sobą począć, oczekując zaś rzeczy wielkich, wręcz irracjonalnie przeczuwając predestynowanie swoje do odkryć przełomowych dla ludzkości, poszukując sposobu na życie, skorzystał z okazji i wyruszył w nieznany nikomu świat.

Podróż ta okazała się punktem zwrotnym w życiu zawodowym początkującego badacza. Stworzyła nie tylko możliwość przeżycia fascynującej przygody, ale też wybicia się na polu naukowy. Z tych możliwości Norton skorzystał. Pobyt w tym niezbadanym do tej pory świecie spełnił jego wygórowane ambicje. Podczas tej ekspedycji, której celem było przeprowadzenie przez ekipę antropologa Paula Tallenta badań na nierozpoznanym do tej pory plemieniu, Perina, mimochodem, jakby niechcący, przypadkowo odkrył coś, co przyniosło mu Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny – sposób na nieśmiertelność!

Dżungla pochłaniała Perinę z każdym kolejnym krokiem, aż wciągnęła go bez reszty. Jakby w amoku, nie analizując konsekwencji, podążał jedynie za wzmożonym głodem wiedzy. Wydaje się, że chęć poznania, a raczej wewnętrzny przymus poznania, który okazał się fatalny, napędzał Nortona znacznie bardziej niż kariera, sława czy uznanie.

Nauki zgubny kult

I tu pojawia się jedna z dwóch najistotniejszych kwestii powieści „Ludzie na drzewach” – ów przedmiot kultu, czyli nauka!

Efekty działań Periny przyćmiły dokonania antropologiczne pozostałych uczestników ekspedycji. Oni obserwowali życie codzienne plemiennej społeczności, on zaś wziął pod lupę tych, których z niej wykluczono – starych umysłem, młodych ciałem. Perina nie spoczął póki nie odkrył tego, co „zarażało długowiecznością”[4]. Dżungla stała się dla ambitnego, wygłodniałego badacza własną pracownią laboratoryjną, w której nie miał sobie równych. Był głuchy na wszelkie napominania, sugestie innych, że jego działania są niszczycielskie, że posuwa się za daleko, że musi się cofnąć, bo przekroczy granice, których przekroczyć nie można, bo w ten sposób doprowadzi do zmian nieodwracalnych, bo degradujących, dewastujących świat dotąd nietknięty, bo skaże zamieszkujące wyspę plemiona, te pierwotne ludy na zagładę.

Ludzie nauki, których Perina uosabia, jawią się tu jako pasożyty, które żerują na innych, na bezbronnych, którzy są gotowi na wszystko, byleby tylko zdobyć dowód, by móc przeprowadzić badania, by wziąć pod lupę materiał zgromadzony z wielkim trudem i poświęceniem.

Ich ciekawość i fascynacja nieznanym, głód poznania, wiedzy, paradoksalnie, ograniczają, sprawiają, że ich horyzont zacieśnia się, perspektywa zawęża. Działają niczym w amoku, pozbawieni racjonalności, nie zważają na konsekwencje, byleby dojść do wyznaczonego celu, w myśl idei, że cel uświęca on środki.

Nienasycenie

Takie działania doprowadziły ludzkość tu – do miejsca, w którym teraz się znajduje. Dokąd zaś ją zaprowadzą?

Jak daleko człowiek może się posunąć w imię nauki, w imię wyższych celów? Jak daleko może się posunąć, zaspokajając swoje ambicje? Jak wysoką cenę jest w stanie ponieść za bycie pięknym, młodym, zdrowym i bogatym? Jak wielkie koszty jest w stanie ponieść? Czy zabawa w Boga warta jest gry?

Yanagihara swoją debiutancką powieścią wpisuje się w nurt twórczości, która wytrąca odbiorców z błogostanu. Margaret Atwood roztacza przed czytelnikami postapokaliptyczne wizje świata i zastanawia się między innymi do czego mogą prowadzić na przykład eksperymenty z inżynierią genetyczną, Annie Proulx zaś widmo katastrofy ekologicznej, do której prowadzi bezmyślne, egoistyczne czerpanie z zasobów naturalnych Ziemi. Przykładów jest wiele…

Nauka, która jest jednym z rodzajów wiedzy ludzkiej i pod względem poznawczym wydaje się być wiedzą najlepszą, najbardziej adekwatnie opisującą rzeczywistość[5], jawi się tu jako ta, która wyzwala w człowieku najdziksze instynkty, która odziera człowieka z jego istoty, zaprzecza jego człowieczeństwu. Bo idąc coraz dalej w cywilizacyjnym rozwoju ludzkości, człowiek, paradoksalnie, cofa się w swym ucywilizowaniu.

„Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”

Ta naukowa wyprawa okazała się punktem zwrotnym nie tylko w życiu zawodowym początkującego badacza. Naznaczyła też jego życie prywatne. Już na zawsze. W tym dziewiczym świecie zrodziła się jego „niesłabnąca miłość do dzieci”(s. 23). W rezultacie, „jakby za podszeptem kaprysu” (s. 354), na przestrzeni prawie trzydziestu lat, sprowadził do USA i adoptował czterdzieścioro troje dzieci, zapewniając im dostatni byt i edukację. Było to jego „odpowiedzią na błagania tubylców” (s. 23), co doprowadziło go do ruiny.

Dopiero w jednym z ostatnich rozdziałów w tej szczegółowej retrospekcji Periny, pojawiły się dzieci, które zdominowały życie badacza. Lgnęły one do młodego człowieka, który, mimo że był pochłonięty sprawami wielkiej wagi, to znajdował dla nich czas, poświęcał im uwagę. W końcu spełniło się jego marzenie „o układaniu w łóżku śpiącego malucha” (s. 354). Odkrywając, że tysiące dzieci jest porzuconych, zaczął je sprowadzać do Stanów. Z każdej kolejnej wyprawy w tropiki wracał, ku swemu zaskoczeniu jak przyznawał, z kolejnym dzieckiem. „To mnie uszczęśliwi. Wypełni moje życie” (s. 355) – tłumaczył sobie za każdym razem.

Po latach, Perina w wyniku oskarżenia przez jedno z nich o molestowanie seksualne, został aresztowany i wkrótce skazany na dwa lata więzienia.

Nielojalna i dwulicowa ludzkość

Postawienie zarzutów wywołało lawinę „zdrad byłych przyjaciół” (s. 15) i współpracowników Nortona. Odwrócono się od noblisty natychmiast, nie czekając na wyrok. Pozostali ledwie dotrwali do jego ogłoszenia. Tuż po szybko się ulotnili. Brat bliźniak noblisty od samego początku stał po stronie oskarżyciela.

Jedynie Kubodera pozostał wierny. I uparcie tłumaczył Perinę, przypominał „jego humanitaryzm, inteligencję, niezwykłość” (s. 15), „że to, co poprzedziło ostatnie dwa lata [czyli czas od oskarżenia – komentarz BJ], ma nieporównywanie większą wagę niż to, co działo się lub nie działo przez kilka krótkich miesięcy” (s. 25).

I tu pojawia się druga istotna kwestia powieści „Ludzie na drzewach” – bycie ponad!

Usprawiedliwianie przez Kubodera badacza, tłumaczenie, że nie ma znaczenie jaka jest prawda, gdyż to, co zrobił on dla dobra tej „nielojalnej i dwulicowej […] ludzkości” (s. 15), a także dla tych wyrwanych z nędzy dzieci jest najistotniejsze i bezcenne, każe zadać sobie kilka ważnych pytań.

Czy wybitnym jednostkom wolno więcej? Czy stoją oni ponad prawem? Czy wobec prawa jedni są równi, a drudzy równiejsi?

Być przyzwoitym

Daniel Carleton Gajdusek i Roman Polański – to przykłady wybitnych jednostek, które dopuściły się przestępstwa, a mimo to, nie tylko wymiar sprawiedliwości okazał się dla nich łaskawy, ale i środowisko (wypowiedzi niektórych twórców, biorących w obronę reżysera, były żenujące, napawały niesmakiem i wręcz grozą – Krzysztof Krauze delikatnie ujął to, mówiąc, że „zagalopowano się”[7]).

By przyznać nagrodę za wybitne osiągnięcia, od wybitnych nie wymaga się, by byli przyzwoitymi ludźmi (w ten sposób odpowiadano na opinie, które kwestionowały honorowanie Nagrodą Nobla takich osób jak Gajdusk)[8], ale od każdego oczekuje się, by był przyzwoitym człowiekiem.

„Ludzie na drzewach” to powieść szokująca i fascynująca. Choć rozmywa się to podczas lektury (może na szczęście), to wraz z końcem opowieści o zniesławionym naukowcu, odczuwamy jej ciężar. Yanagihara pokazuje prawdę o człowieku. Zawstydzającą i upokarzającą. Pokazuje jego zepsucie, wyrachowanie i okrucieństwo, jego egoizm, i co najgorsze, bezmyślność i ignorancję. Jego poczucie wyższości wobec słabszych i bezkarności wobec świata, który podbija.

*Wszystkie cytaty z dzieła pochodzą z tomu, Ludzie na drzewach, Hanya Yanagihara, Warszawa 2017.

**Tytuł oryginalny – The People in the Trees, rok pierwszego wydania – 2013, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.


[1] Zob., Geniusz i chłopcy ,  reż. Bosse Lindquist, Szwecja, 2009, Tomasz Walat, Daniel Carleton Gajdusek: noblista skazany za pedofilię, opublikowano 10.10.2017, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/1504996,1,daniel-carleton-gajdusek-noblista-skazany-za-pedofilie.read, dostęp 16.11.2017.

[2]Paweł Majewski, Powieść antropologiczna. O „Ludziach na drzewach” Hanyi Yanagihary, opublikowano  19.09.2017, http://kulturaliberalna.pl/2017/09/19/powiesc-antropologiczna-o-ludziach-na-drzewach-hanyi-yanagihary/?gclid=EAIaIQobChMIxd7g2amo1wIVGIuyCh0C1gYNEAAYASAAEgJlZPD_BwE, dostęp 16.11.2017.

[3] Ibidem.

[4] Kinga Dunin, Seks lepszy od nieśmiertelności, opublikowano 27.09.2017, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/kinga-dunin-czyta/seks-lepszy-od-niesmiertelnosci/, dostęp 16.11.2017.

[5] Hasło, nauka, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nauka, dostęp 16.11.2017.

[6] Filmowcy zagalopowali się w obronie Polańskiego, opublikowano 30.09.2009, https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/filmowcy-zagalopowali-sie-w-obronie-polanskiego,110591.html, dostęp 16.11.2017.

[7] Walat, op., cit.

Niespełniona odyseja. „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki” – Colson Whitehead

Tytuł – „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki”

Autor – Colson Whitehead

Tłumaczenie – Rafał Lisowski

Wydawnictwo – Albatros

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla wielbicieli literatury, kultury i historii amerykańskiej, dla łowców nagród, dla fanów Baraka Obamy i Oprahy Winfrey, dla interesujących się niewolnictwem, rasizmem, dyskryminacją wszelaką
  • PO CO – by wiedzieć, by zrozumieć, by poznać
  • MOJA OCENA – 4/6
Kunta Kinte i inni

Z pewnością po powieść „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki” Colsona Whiteheada sięgną zainteresowani ruchem abolicjonistycznym. Lekturze oddadzą się ci, którzy wychowali się na takich serialach jak „Niewolnica Izaura”, „Północ-Południe” czy „Korzenie”. Niestety, szum wokół książki wywołany gradem nagród, słyszanymi wszem i wobec zachwytami wykrzywia nieco jej odbiór.

Pulitzer za wymieszanie realizmu z alegorią

Smak goryczy

Gdyby o książce „Kolej podziemna” Whiteheada nikt nic nie mówił, nie byłoby oczekiwań. Czytelnik zasiadłby do lektury otwarty na to, co  powieść przyniesie. W tym jednak wypadku nie było na to szansy. Mówiono już o niej od jesieni 2016 roku przy okazji ogłoszenia laureatów National Book Awards za 2016 rok – Whiteheada ze swoją „Koleją podziemna” był jednym z nich. Później, w styczniu 2017 roku zapowiedziano polską premierę powieści na maj. W kwietniu zaś Whitehead został laureatem Pulitzera (do tej pory tylko „Kroniki portowe” Annie Proulx zdobył obie nagrody). Po tym wyróżnieniu „Kolej podziemna” nie schodziła już z języków. Wkrótce też, amerykański tygodnik „Time” wpisał autora na listę stu najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Zaraz zaczęto mówić o serialu, którego realizacją miał się zająć uhonorowany twórca (Barry Jenkins).

Nastał w końcu czerwiec i powieść ukazała się w Polsce. Podsycanie nastrojów trwało zatem ponad pół roku. Z każdym niemalże miesiącem temperatura rosła. Razem z nią i oczekiwania. Z pewnością gdyby nie fakt, że książka ze względu na swą problematykę znajdowała się w kręgu zainteresowań, to wszystkie ochy i achy raczej zraziłyby, niż zachęciły. A tak, apetyt rósł z każdą zasłyszaną opinią.

W takim przypadku odbiorca mógł doświadczyć tylko jednego – rozczarowania. Choćby nie wiem jak powieść byłaby dobra, to niczego innego przynieść nie mogła. Należało odczekać, zapomnieć, by zasiąść do czytania bez oczekiwań, nadziei, jedynie z ciekawością! Potrzeba było czasu, by się otrząsnąć i przestać pamiętać o oczekiwaniach – słowem, by wymazać prehistorię „Kolei podziemnej”. Niestety. Posmak zawiedzionych oczekiwań pozostał.

Ważność

Whiteheada w swej powieści zmierzył się z jednym z ważniejszych tematów Ameryki. Pozornie tylko dotyczącym przeszłości (książka „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” Katarzyny Surmiak-Domańskiej doskonale to pokazuje).

Niewolnictwo dla pisarza, Afroamerykanina, potomka niewolników, to temat szczególny, to sprawa osobista. Pomysł na tę powieść zrodził się prawie dwie dekady temu (w 2000 roku). Autor musiał jednak dojrzeć jako mężczyzna i twórca, by stawić mu czoła. Opublikował pięć powieści, nim zabrał się za realizację swego najlepszego jak się z czasem miało okazać pomysłu.

Etykietki, łatki

Było już wielu takich, którzy mierzyli się z tą jakże trudną i bolesną sprawą. Jednak efekt działań Whiteheada zaskakuje, żeby nie powiedzieć, że wprawia w konsternację. Powieść bowiem z jednej strony wymyka się etykietom wszelakim, z drugiej zaś można przypiąć jej każdą łatkę. Dowodem jest choćby nagroda za najlepszą powieść… science fiction roku 2016 (rozumianej jako historia alternatywna – potraktowanie metafory dosłownie; poza tym nauka to nie tylko technologia i inżynieria, to też socjologia)[1]. W plebiscycie zaś Goodreads, największego na świecie portalu społecznościowego dla czytelników, powieść ta zwyciężyła w kategorii powieści historyczna[2]. Zatem zgodzić się trzeba, że to „niezwykła mieszanka dokumentalnej prawdy i najbardziej wymyślnej fikcji”[3].

Droga ku wolności

„Kolej podziemna” to historia Cory – nastoletniej niewolnicy żyjącej na południu USA, w stanie Georgia, na jednej z plantacji bawełny, która pewnego dnia postanawia zbiec. I ta właśnie ucieczka – droga ku wolności – wypełnia opowieść Whiteheada.

Cora była niewolnicą w trzecim pokoleniu. Dziewczynka, porzucona przez matkę (ta zdołała z plantacji zbiec), musiała samotnie stawić czoła okrutnej rzeczywistości. Była twarda, nie dawała się. Walczyła o siebie, ale walka ta z góry skazana była na porażkę. Pogardzana przez towarzyszy niedoli, została zepchnięta na najniższy szczebel hierarchii panującej wśród niewolników. Wszyscy, właściciel, zarządca, nadzorca, pozostali niewolnicy gardzili nią. Kiedy więc jeden z nowo przybyłych na plantację niewolników postanowił zbiec i ucieczkę zaproponował Corze (uznając, że ta przyniesie mu szczęście, gdyż ma geny tej, która zyskała wolność), ta w pierwszym odruchu odmówiła, ale wkrótce, kiedy propozycja została ponowiona, rozumiejąc, że na plantacji będzie jej coraz trudniej, zdając sobie sprawę z ogromnego ryzyka, przystała na nią. Wiedziała, że to dla niej jedyna szansa.

Przemierzając kolejne stany – Georgię, Karolinę Południową i Północną, Tennessee – próbując dotrzeć do lepszego świata, Cora ucieka przed pościgiem najlepszego w kraju łowcy niewolników, który postawił sobie za punkt honoru jej schwytanie, gdyż była córką tej, która przyczyniła się do jego porażki – jako jedyna zdołała mu zbiec.

Miszmasz

„Kolej podziemna” zatem to powieść drogi, też powieść przygodowa, historyczna nawet, co sugerowałoby od razu, że mamy do czynienia z powieścią realistyczną. Nic bardziej mylnego. O ile problematyka/ treść dotyczy kwestii jak najbardziej realnych, wydarzeń, które miały miejsce w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni, dotyczy więc prawdy, to już sposób realizacji/ forma jest rodem z powieści fantastycznej. I zapewne to stanowi o jej osobliwości.

Dla kogoś, komu obcy jest temat ruchu abolicjonistycznego opowieść Whiteheada nie przekroczy granic realizmu, będzie powieścią dosłowną. Dla niego Cora wsiada po prostu w wagon kolei podziemnej, tajemnicze i prymitywne metro XIX wieku, przemierza poszczególne stany, by ziścił się jej sen o wolności. American dream. A przecież prawda jest zupełnie inna.

Dziecięca wizja

Można powiedzieć, że formalny zabieg zastosowany przez pisarza był wyjściem na przeciw dziecięcym oczekiwaniom. Bo dla małego Whiteheada kolej podziemna była realnym bytem[4]. Gdy dowiedział się, że nie było to prawdziwe metro, doświadczył rozczarowania. Uczucie musiało być bardzo intensywne skoro po tylu latach powrócił do tej dziecięcej wizji.

Kolej podziemna

W rzeczywistości kolej podziemna (ang. Underground Railroad) nie była bytem materialnym. Jest to jeden wielki symbol, metafora utworzonej przez abolicjonistów przed wojną secesyjną sieci przerzutowej zbiegłych czarnych niewolników, to szlak bezpiecznych kryjówek i kontaktów dla niewolników uciekających z amerykańskiego Południa na Północ, aż po Kanadę i Meksyk. „Na ten skomplikowany system ucieczkowy składały się drogi, tunele, szlaki, bezpieczne kryjówki, ale też ludzie – przewodnicy, sponsorzy, zarówno organizacje, jak i społeczności. Nazewnictwo kolejowe tworzyło tajny kod, jakim posługiwali się uciekinierzy i abolicjoniści. Do sekretnego języka dochodził też system tajnych znaków graficznych. Kolej podziemna jednoczyła czarnych i białych w walce o wolność, godność i prawa człowieka”[5]. Nie mamy więc do czynienia z koleją w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Odkrycie tego faktu przez Whiteheada leży więc u podstaw powieści. Autor wizję lat najmłodszych przeniósł na karty swego tekstu. Wyszło mu to, trzeba przyznać, znakomicie. Opowiedział o symbolu, amerykańskim micie dosłownie, oddając w ten sposób jego istotę. Pomysł godny najważniejszych laurów. Jego realizacja też, ale… O tym za chwilę.

Prawda w szczególny sposób pojęta

Mamy tu do czynienia z powieścią historyczną, należy to jednak dookreślić, by nie było nieporozumień. Nie chodzi tu o dokument, potwierdzający fakty. Mamy tu bowiem do czynienia z prawdą w szczególny sposób pojętą. Motto autora – „nawet jeśli nie będę trzymać się faktów, będę trzymać się prawdy”[6] – zdradza jego pojmowanie tej kwestii. Chodziło o trzymanie się prawdy, nie faktów. „To nie powieść historyczna, ale powieść o historii” – podkreślił Whitehead, usprawiedliwiając swe poczynania[7]. W powieści tej bowiem odnajdziemy elementy niezgodne z prawdą historyczną, co nie znaczy, że „Kolej podziemna” zadaje kłam rzeczywistości. Być może takie podejście do prawdy, nazwijmy je delikatnie niezobowiązujące, wyda się komuś manipulacją, wprowadzaniem w błąd, po prostu złe. Ale przecież nie chodzi o literaturę faktu. A czyż od prawdy 1:1 w literaturze pięknej nie wydaje się ważniejsza prawda szerzej pojęta, ogólna – jej waga, istotność, doniosłość?

Z tradycji to, co najlepsze

W tym celu, by zrealizować swój zamysł, autor pomieszał dwa porządki – realistyczny i fantastyczny, fakty historyczne i fantazję – traktując je w ten sam sposób. W pamięci miał, co sam podkreśla, rozwiązania formalne „Stu lat samotności” Gabriela Garcíí Márqueza i „Podróży Guliwera” Jonathana Swifta[8].

U Whiteheada wygląda to jednak nieco inaczej. We wspomnianych powieściach, efektem pomieszania wspomnianych nieprzystających do siebie pozornie porządków jest ich współistnienie. Tu natomiast jeden pochłonął drugi. Tam magia wpisana jest w świat rzeczywisty, bytując na tych samych prawach, tu jest dewaluowana, zasłaniana, by mogła udawać realność. Rzeczywistość zostaje zakłamana. I to jest zarzut pod adresem tej uhonorowanej powieści, który sprawia, że jej ważność zostaje podważona. Świat przedstawiony wraz ze swoimi bohaterami przez to nie przekonuje czytelnika, nie jest wiarygodny. To wszystko jest doskonale skrojone, dopracowane, wycyzelowane w każdym szczególe, jednak w tę rzeczywistość nie udaje się czytelnikowi wejść, nie wciąga, pozostawiając go z boku obojętnego.

Niespełnienie

A miało być tak pięknie! Cora, niczym mityczny Odyseusz lub Swiftowski Guliwer, miała, jak sugerował wydawca, przemierzać kolejne krainy, z których każda miała przerażać i zadziwiać bardziej niż poprzednia. Miała poszukiwać bezpiecznej przyszłości, ale też rozprawiać się z przeszłością, która wciąż była dla niej więzieniem. Miała, poznając samą siebie, dowiedzieć się sporo o ludzkości jako takiej[9]. Miało tak być… Jest natomiast grupa aktorów, która w sztucznych dekoracjach odgrywa, choć doskonale, to tylko mechanicznie jakieś z góry przypisane im role.

Doświadczenie wspólne

Teoretycznie, podążając w głąb „Kolei podziemnej” możemy się zagubić… Teoretycznie możemy się złapać bowiem na tym, o czym Surmiak mówiła w rozmowie z Whiteheadem, że już nie wiemy czy jesteśmy w pierwszej połowie XIX wieku w USA, czy w pierwszej połowie XX wieku w środkowej Europie, czy może w czasach feudalnych. Czy chodzi o Afrykanów, czy o Żydów, a może o poddanych chłopów. Teoretycznie uzasadnione też wydają się nawet skojarzenia z Bośnią czy Syrią[10]. Bo, jak mówi sam autor, supremacja wczoraj czy dziś, tam czy tu jest taka sama, zawsze i wszędzie. Prawda Whiteheada okazałaby się zatem doświadczeniem wspólnym. Tyle, że doświadczenie lektury „Kolej podziemna” tego praktycznie nie przynosi.

* Tytuł oryginalny – The Undeground Railroad, rok pierwszego wydania – 2016, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.


[1] „Kolej podziemna” Colsona Whiteheada z Nagrodą im. Arthura C. Clarke’a dla… najlepszej powieści science fiction, opublikowano 28.07.2017, http://booklips.pl/newsy/kolej-podziemna-colsona-whiteheada-z-nagroda-im-arthura-c-clarkea-dla-najlepszej-powiesci-science-fiction/, dostęp 17.10.2017.

[2] Najlepsze książki 2016 roku według czytelników z całego świata – znamy wyniki Goodreads Choice Awards, opublikowano 10.12.2016, http://booklips.pl/newsy/najlepsze-ksiazki-2016-roku-wedlug-czytelnikow-z-calego-swiata-znamy-wyniki-goodreads-choice-awards/, dostęp 17.10.2017.

[3] Nota od wydawcy, http://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazka,1713,3894,kolej-podziemna-czarna-krew-ameryki.html, dostęp 17.10.2017.

[4] „Kolej podziemna” Colsona Whiteheada – ucieczka z plantacji niewolników godna Nagrody Pulitzera i National Book Award, opublikowano 30.06.2017, http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/kolej-podziemna-colsona-whiteheada-ucieczka-z-plantacji-niewolnikow-godna-nagrody-pulitzera-i-national-book-award/, dostęp 17.10.2017.

[5] Nota od wydawcy, op. cit.

[6] Trzymam się prawdy, nie faktów – wywiad z Colsonem Whiteheadem, opublikowano 08.08.2017, http://booklips.pl/wywiady/trzymam-sie-prawdy-nie-faktow-wywiad-z-colsonem-whiteheadem/, dostęp 17.10.2017.

[7] Zagraj w zło i dobro. Z Colsonem Whiteheadem rozmawia Katarzyna Surmiak-Domańska, „Książki. Magazyn do czytania”, numer specjalny 1/2017.

[8] Ibidem.

[9] Nota od wydawcy, op. cit.

[10] Ibidem.