Dobry duch – Emily Dickinson – eremitka z Nowej Anglii

Dobry duch - Emily Dickinson
Emily Dickinson, fragment

Emily Dickinson

10 grudnia 1830 – 15 maja 1886
Dobry duch

W korowodzie dobrych duchów Bałwochwalni obok „kulawej” Metyski i wiecznej studentki, idzie też Emily Dickinson. Ona, ta eremitka z Nowej Anglii, musiała tu zagościć. Dlaczego? Bo była niezależną umysłowo kobietą, wymykającą się, odważną, o nieprzeniknionym umyśle, która wyprzedzała swą epokę, kobietą widzącą znacznie szerzej i głębiej, która potrafiła dostrzec niuanse ludzkiej egzystencji i pojąć niepojęte prawa rządzące światem, która zapłaciła za to wszystko wysoką cenę, jeśli nie najwyższą. A tylko ktoś taki może inspirować, dodawać otuchy, popychać do działania, dawać siłę i odwagę!

Niebyt

Emily Dickinson za życia była anonimową autorką ledwie kilku wierszy! Bo tylko tyle zostało uznanych za warte publikacji przez konwencjonalnego wydawcę, choć i tak dopiero po retuszach edytorskich. Zaufani znali ich znacznie więcej, choć nie mieli pojęcia o ich istotności i wartości. Po śmierci poetki sprawy także nie potoczyły się dla niej zbyt pomyślnie – pośmiertne tomiki opublikowano bez przekonania co do ich wartości i geniuszu autorki, modyfikując je zgodnie z obowiązującymi wówczas regułami.

Zaistnienie

Pomyślny czas nadszedł dopiero w latach pięćdziesiątych XX wieku. Wówczas to doszło do kompletnego krytycznego wydania poezji tej jednej z największych, najbardziej utalentowanych, najoryginalniejszych i najciekawszych amerykańskich poetek – 1775 utworów. Wkrótce też doszło do wydania pełnej edycji listów poetki.

Emily

I choć to krytyczne wydanie pokazało czym w istocie jest ta twórczość, to Emily Dickinson wciąż jest „nieprzeniknioną zagadką”[1], wciąż otacza ją nimb tajemnicy, aura legendy i niekiedy stereotypowego myślenia.

Niewiadome

O poetce w istocie wiemy niewiele. Właściwie to nawet nie wiemy jak wyglądała w dorosłym życiu (jej wizerunek znamy jedynie z jednej uwierzytelnionej fotografii z lat młodości, dwie inne, które pojawiły się, zostały odrzucone po dokładnych badaniach, choć ostatnio pojawiła się fotografia, której ekspertyzy przemawiają za jej autentycznością, więc jeśli badania potwierdzą autentyczność dagerotypu, będziemy musieli swe wyobrażenie nieco zmodyfikować, gdyż to nie jest już postać nastolatki[2]). Niewyjaśniony też ostatecznie pozostaje przebieg i znaczenie pewnych, istotnych dla rozwoju twórczego poetki, wydarzeń (takich jak choćby nieszczęśliwa miłości). To wszystko sprawia, jak słusznie zauważył Stanisław Barańczak – tłumacz Dickinson i popularyzator jej twórczości – że portret poetki sprowadza się do obrazu mitycznej „mniszki z Nowej Anglii”, eremitki[3].

Powierzchnia

W powszechnej świadomości zakorzeniony jest obraz snującej się po swym pokoju na piętrze bądź pochylonej nad biurkiem kobiety o niezmiennej twarzy siedemnastolatki, zatopionej w swoim wewnętrznym świecie, kobiety bardziej ze snu niż z jawy, w białej sukni, z płomiennie rudymi włosami, która, pogrążona w swym staropanieństwie i niemalże całkowitej alienacji, pisała wiersze we własnoręcznie wykonanych maleńkich zeszycikach.

Istota

A przecież pozostawiła po sobie ku zaskoczeniu wszystkich twórczość autentyczną, dojrzałą, głęboką, ponadczasową, nowatorską, która otworzyła nową epokę w poezji języka angielskiego. Trudno więc w istocie uwierzyć w sentymentalny wizerunek Dickinson – potulnej i samotnej starej panny. Słuszne wydają się zatem domniemania, że autorka wiele mówiących miniatur poetyckich miała świadomość swego geniuszu, a jej odosobnienie było zarówno praktycznym wyborem, jak i wewnętrzną koniecznością[4].

Modus vivendi

Barańczak przybliżając poetkę mówi wprost, że egzystencja i twórczość Emily Dickinson to droga wycofania się, wyrzeczenia, odosobnienia, zamykania się. To niemalże programowo przyjęty modus vivendi[5]. Poetka w swej twórczości postawiła autodiagnozę, którą potwierdzają dostępne fakty. Wyłania się z tego „obraz konsekwentnie postępującego – i w tej konsekwencji przybierającego formę objawów wręcz psychopatologicznych – wycofywania się z otwartej przestrzeni w coraz szczelniejsze zamknięcie i z życia wśród ludzi w głąb własnego ››ja‹‹. Dusza w tym wypadku ››zatrzaskuje drzwi‹‹ wyjątkowo wcześnie, aby pozostawać odtąd w starannie ››dobranym towarzystwie‹‹ samej siebie”[6].

Unikanie kontaktu z ludźmi (nie schodziła do gości, ewentualnie rozmawiała z nimi z piętra przez uchylone drzwi sypialni) nie było, jak diagnozuje Barańczak, wynikiem nieśmiałości czy depresji, ale raczej atakiem paniki, „do którego opanowania Dusza niejednokrotnie po prostu nie posiada dość ››hartu‹‹”[7].

Zapowiedzi

Młodość poetki, co zauważa Barańczak, nie zapowiadała jej alienacji. Była pełną życia młodą osobą z ogromnym i nietuzinkowym poczuciem humoru, pomimo poważnej atmosfery domu rodzinnego i Amherst, purytańskiego miasteczka, w którym Dickinson się wychowywała. Rodzina należała do wielce szanowanych w mieście. Silna osobowość ojca dominowała nad jej życiem. Wychowanie dzieci odbywało się pod jego kontrolą, w duchu protestanckim (kalwińskim i purytańskim). Wymagał przy tym ich solidnego wykształcenie. Nie zaskakuje więc fakt, że siedemnastoletnia Emily, po ukończeniu miejscowej szkoły średniej, podjęła naukę w „seminarium żeńskim” oddalonym o parę mil od Amherst. Jednak z niewyjaśnionych powodów studia przerwała przed upływem roku i powróciła na łono rodziny. Pozostała tam już do końca życia, odbywając jedynie nieliczne podróże do Filadelfii, Waszyngtonu i Bostonu.

Młodość poetki to czas głębokich przyjaźni i miłości. O tych ostatnich wiadomo jednak niewiele i wciąż stanowią przedmiot spekulacji biografów, snujących niezliczone hipotezy. Jednak dociekania te do tej pory nie przyniosły żadnych jednoznacznych ustaleń. Pewność możemy mieć tylko do jednego faktu – do przeżycia przez poetkę wielkiej i nieszczęśliwej miłości.

Odchodzenie

Życie Dickinson od porzucenia studiów stopniowo zawężało się. Początkowo do rodzinnej miejscowości (jeszcze przez pewien czas brała czynny udział w życiu towarzyskim miasteczka), później do rodzinnego domy, na końcu zaś do swego pokoju na piętrze.

Mnożące się teorie

Barańczak wylicza, że według niektórych teorii wielka i nieszczęśliwa miłość mogła być przyczyną alienacji poetki. Według innych decydujący wpływ na to miało poczucie zdominowania przez ojca, który uniemożliwiał autentyczne porozumienie z drugim człowiekiem. Według jeszcze innych chodziło o poczucie winy z powodu braku więzi uczuciowej z matką (matka nie miała zbyt wielkiego wpływu na osobowość córki, więź emocjonalna między nimi prawie nie istniała, zrodziła się dopiero, gdy matka zniedołężniała i wymagała opieki córki).

Teorie psychoanalityczne sugerują natomiast silniejsze niż miłość siostrzana powiązania emocjonalne z bratem czy skłonności lesbijskie (Emily miała starszego brata i młodszą siostrę, z którymi była bardzo mocno związana). Chodziłoby tu o tłumienie libido ze względów obyczajowych, z czego się rodziłaby się frustracja, której efektem miałoby być odwrócenie się od świata. Feministyczne zaś kładą nacisk na czynnik socjologiczny, za główny motyw urazów i neuroz poetki mając podrzędną pozycję kobiety w systemie społecznym trwającej epoki. Istnieją też teorie, które w procesie wycofywania się i izolowania poetki upatrują reakcję na rozczarowania czysto literackie, wynikające z braku uznania i zrozumienia dla jej twórczości (faktem jest, że właściwe żaden z czytelników, nie był w stanie docenić jej nowatorstwa).

Wśród powstających teorii są też prozaiczne wyjaśnienie medyczne, tłumaczące, że przyczyną unikania kontaktów z ludźmi mogły być nasilające się symptomy choroby Brighta, na którą poetka cierpiała i na którą zmarła, oraz psychiatryczne, interpretujące chorobliwe domatorstwo jako symptom ostrej agorafobii[8]. Są i teorie wskazujące na zaburzenia dwubiegunowe, chorobę maniakalno-depresyjną, często występującą u osób o wybitnych zdolnościach twórczych. Wiele danych wskazuje na związek większej aktywności twórczej ze stanami maniakalnymi o umiarkowanym nasileniu[9].

Aż poezja

Jaka jest prawda? Tego już chyba nigdy się nie dowiemy… Możemy tylko puszczać wodze fantazji i wyobrażać sobie, że gdzieś czeka na odnalezienie dziennik bądź pamiętnik poetki, a w nim cuda – odpowiedzi na nurtujące nas pytania, utrwalone myśli, uczucia, stany, które zaspokoiłby wręcz niezdrową ciekawość… Rzeczywistość jest jednak inna. Mamy poezję – i wcale nie tylko poezję, ale aż poezję! To ona skrywa to, co najcenniejsze, co Dickinson chciała ocalić i przekazać.


[1] Stanisław Barańczak, Wstęp, w, Emiliy Dickinson, 100 wierszy, red. Stanisław Barańczak, Kraków 1990.

[2] Odkryto drugie zdjęcie Emily Dickinson?, opublikowano 06.12.2012, http://booklips.pl/newsy/odkryto-drugie-zdjecie-emily-dickinson/, dostęp 19.12.2017.

[3] Barańczak, op. cit.

[4] Anna Arno, Jeszcze nie w Polsce: Emily Dickinson, opublikowano 08.2011, http://www.dwutygodnik.com/artykul/2515-jeszcze-nie-w-polsce-emily-dickinson.html, dostęp 19.12.2017.

[5] Barańczak, op. cit.

[6] Ibidem.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

[9] Janusz Rybakowski, Oblicza choroby maniakalno-depresyjnej, Poznań 2009.

BIBLIOGRAFIA
  1. Arno Anna, Jeszcze nie w Polsce: Emily Dickinson, opublikowano 08.2011, http://www.dwutygodnik.com/artykul/2515-jeszcze-nie-w-polsce-emily-dickinson.html, dostęp 19.12.2017.
  2. Barańczak Stanisław, Wstęp, w, Emily Dickinson, Wiersze wybrane, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016.
  3. Cicha namiętność, reż. Terence Davies, Belgia, Wielka Brytania 2016.
  4. Dickinson Emily, 100 wierszy, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 1990.
  5. Dickinson Emily, Drugie 100 wierszy, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 1995.
  6. Dickinson Emily, Listy do świata, red. i przekł. Danuta Piestrzyńska.
  7. Dickinson Emily, Wiersze wybrane, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016.
  8. Historia literatury amerykańskiej w zarysie. Wiek XVII-XIX, oprac. Andrzej Kopcewicz, Marta Sienicka, Warszawa 1983.
  9. Odkryto drugie zdjęcie Emily Dickinson?, opublikowano 06.12.2012, http://booklips.pl/newsy/odkryto-drugie-zdjecie-emily-dickinson/, dostęp 19.12.2017.
  10. Rybakowski Janusz, Oblicza choroby maniakalno-depresyjnej, Poznań 2009.

Dobry duch – Susan Sontag – wieczna studentka*

Dobry duch - Susan Sontag
Susan Sontag, fragment

Susan Sontag

16 stycznia 1933 – 28 grudnia 2004
Dobry duch

W korowodzie dobrych duchów Bałwochwalni obok „kulawej” Metyski idzie też Susan Sontag. Ona, ta wieczna studentka, musiała się tu znaleźć. Dlaczego? Bo to ikona, nie popkultury czy zbuntowanego myślenia, ale ikona świadomego życia, świadomego bycia, świadomej egzystencji. A tylko ktoś taki może inspirować, dodawać otuchy, popychać do działania, dawać siłę i odwagę!

Powierzchnia

Susan Sontag to postać powszechnie znana. Wszyscy pamiętają jej srebrne pasmo włosów, związek z Annie Leibovitz, wygraną walkę z rakiem, zaangażowanie w aktualne problemy współczesnego świata, teksty takie jak Przeciw interpretacji czy O fotografii.

Na jej temat krąży kilka, stale powtarzających się zdań, haseł jedna z ważniejszych intelektualistek XX wieku, charakteryzująca się niezależnością poglądów, otwartym umysłem i zaangażowaniem, podważająca przyjęte sposoby myślenia, kreśląca nowe horyzonty humanistyki, nadająca w ogóle ton współczesnej humanistyce; niepokorna, odważna; prowokująca i nieakceptująca schematycznych uproszczeń, obrończyni praw człowieka, zagorzała przeciwniczka wojny w Wietnamie, wspierająca w czasie stanu wojennego „Solidarność”, zaangażowana w wojnę w Jugosławii, sprzeciwiająca się polityce rządu Georga Busha po atakach terrorystycznych z 11 września; myślicielka, z której zdaniem liczyli się wszyscy, której opinii z jednej strony pożądano, z drugiej zaś obawiano się; amerykańska legenda, sumienie Ameryki, ikona popkultury, feminizmu; biseksualistka itp., itd.

Susan

Wszystko jest zatem tak jak należy – mamy wygląd zewnętrzny, życie prywatne i dokonania. To jednak zaledwie muśnięcie istoty. Powyższe hasła tylko powierzchownie portretują bohaterkę niniejszej noty. A kim w istocie była ta pisarka, aktywistka, polemistka, intelektualistka, też córka, żona, matka, kochanka[1]?

Fakty

Przypomnijmy tylko kilka faktów z życia tejże kobiety. Sontag na świat przyszła w 1933 roku w nowojorskiej rodzinie jako Susan Rosenblatt. Jej przodkami byli polscy Żydzi. Po wczesnej śmierci ojca, matka wyszła ponownie za mąż. Wtedy też dziewczynka otrzymała nowe nazwisko. W dzieciństwie wielokrotnie się przeprowadzała. W życiu dorosłym dużo zaś egzystowała między Stanami Zjednoczonymi a Europą.

Studiowała filozofię, literaturę i teologię w Berkley, w Chicago, na Harvardzie, w Oxfordzie i na Sorbonie. Początkowo marzyła o świecie akademickim, jednak szybko posadę nauczyciela uniwersyteckiego porzuciła na rzecz pisarstwa.

Mając siedemnaście lat, poślubiła profesora socjologii Philippa Rieffa, z którym miała syna Davida. Po ośmiu latach małżeństwa doszło do rozwodu. Jej późniejszy związek – ze słynną fotografką Leibovitz – przetrwał do śmierci Sontag, do 2004 roku. Pokonała raka piersi. Z białaczką jednak nie wygrała. Zmarła w Nowym Jorku. Spoczywa na paryskim cmentarzu Montparnasse.

Pokłosie

Rozprawy Sontag dotykają najrozmaitszych tematów, oscylujących wokół sztuki, kultury, szeroko rozumianej humanistyki. Świadczą o szczególnych przymiotach charakteru ich autorki, która nie przestawała pytać i podważać oczywistości, świadczą o jej oryginalności, niezwykłej wrażliwości, błyskotliwości, przenikliwości, żarze, pasji i nieustannej ciekawości.

Samoświadomość

Świadomość jest hasłem, które można uznać za synonim Susan Sontag, hasłem najbardziej adekwatnym, które oddaje najpełniej jej charakter, osobowość, istotę. Prywatne zapiski, intymne narracje unaoczniają to.

[…] ja siebie tworzę[2].

– pisze w swoim dzienniku jako nastolatka, by przez kolejne lata pracować bez wytchnienia, bez litości nad sobą.

Stwarzanie siebie

Intensywność doznań, bogactwo doświadczeń, przeżyć, odczuć, myśli wraz z potrzebą przyjrzenia się temu wszystkiemu przez samą zainteresowaną, jej autoanaliza, autorefleksja, samoświadomość sprawiają, że byt danej monady jest powoływaniem siebie do życia, jest aktem kreacji. Autokreacji. Jest aktem powołania do istnienia Susan Sontag – pisarki, aktywistki, polemistki, intelektualistki, no i też przecież córki, żony, matki, kochanki.

Doświadczenia, poszukiwania

Brak jej było myśli naiwnego i niewinnego dziecka. Odczuwała natomiast bardzo boleśnie udręki bytu. W życiu Sontag wszystko działo się znacznie wcześniej i znacznie intensywniej. Wczesna śmierć ojca, dość wczesne zamążpójście, dość wczesne macierzyństwo, to nie wszystko. Przeżyciom mocnym, znamiennym dla przyszłej pisarki nie było końca. Poza doświadczeniami emocjonalnymi, życiowymi, szybko miała także na swoim koncie istotne doświadczenia intelektualne. 

Interesowała się wszystkim – literaturą, filozofią, religią, antropologią, psychoanalizą, życiem społecznym i politycznym. Czytała setki książek, oglądała dziesiątki filmów, stale słuchała muzyki. Jej listy lektur do przeczytania, sztuk do obejrzenia, dzieł muzycznych do przesłuchania ciągnęły się w nieskończoność. I wszystko to podawała refleksji, szczegółowej analizie.

Sontag prowadziła intensywne życie na każdym poziomie – intelektualnym, towarzyskim i erotycznym. 

Poza zewnętrznością

Twarda, odważna, nieustępliwa Sontag odarta z maski ukazuje się jednak jako osoba niepewna, bezsilna, która w sposób przemyślany pragnęła stwarzać siebie. Chciała kontrolować swoją rzeczywistość, a każde wymknięcie się samej sobie z bezwzględnością karciła. Chciała diagnozować siebie, by być o zdobytą wiedzę bogatszą, mądrzejszą, by móc tę wiedzę wykorzystać w przyszłości.

Myślenie krytyczne

Krytyczne spojrzenie charakteryzowało Sontag od zawsze. Nic nie uchodziło jej uwadze. Postawa kontra pojawiała się wobec myśli, słów, czynów, wobec wszystkiego i wszystkich, a przede wszystkim wobec siebie. Brak zgody na bylejakość i powierzchowność, podważanie pozornie oczywistych rzeczy, nieakceptowanie zastanego porządku to cechy, które były dla niej charakterystyczne.

Sądy Sontag dotyczące innych były bezwzględne, była w nich bardzo surowa, ale to krytyka samej siebie poraża. Wymaganiom stawianym sobie nie było końca. Sontag była w tym okrutna, nie miała dla siebie litości. To była walka z samą sobą o siebie. Każdego dnia staczała bitwę. Na każdym kroku nie tylko kontrolowała i „lepiła” się („[…]z pełną świadomością i determinacją tworzy osobę, jaką pragnie zostać”[3]), ale wciąż też łajała i pouczała. Stale była niezadowolona z efektów i stale żyła z poczuciem braku zaufania do samej siebie i wiary w siebie.

Doskonale wiedziała czego chce:

[…] Chcę pisać – chcę żyć w intelektualnej atmosferze – […] pragnę tego wszystkiego i jeszcze więcej […]. (s. 28)

ale wciąż wątpiła w swą siłę, nie wierzyła w siebie, obawia się, że przy pierwszej lepszej okazji złamie się, porzuci swe cele, ideały, wartości. Zakazom i nakazom nie było więc końca. I na każdym kroku ujawniała się jej niebywała samodyscyplina. 

Stale robiła wykazy, na przykład postanowień na kolejny rok życia, rzeczy do wdrożenia, czy rzeczy, które należy albo których nie należy robić. Te rejestry zdumiewają drobiazgowością, wręcz małostkowością, ale też nieustanną próbą definiowania siebie, nadawania sobie i swojemu życiu określonych ram, z których nic nie miało prawa się wymknąć.

Wątpiła także w swoje zdolności intelektualne. Samokrytyce nie było więc końca. Miała też listę swoich wad, a na niej spóźnialstwo, kłamanie, gadatliwość, lenistwo, brak asertywności. Obwiniała się o niechlujstwo, próżność, brak taktu, tępotę, złe wypełnianie obowiązków. Stale wychowywała siebie i stale się krytykowała:

Czy ja już zawsze będę taka durna? (s. 35)

[…] ja sama też zachowałam się głupio, przybierając tę swoją sardoniczno-snobistyczno-intelektualną pozę […]. (s. 40)

Rzadko czuła radość, satysfakcję. Choć zdarzały się i takie chwile:

[…] zaakceptowałam się, tak jest, potrafię czerpać radość z samej siebie – […]. (s. 51)

Sontag i inni

Była bardzo krytyczna też wobec swojej matki, z którą wciąż walczyła i kiedy uświadomiła sobie, że oddala się emocjonalnie od tego, co „wybrakowane” (s. 30) – że uwolniła się od zależności od matki czy przywiązania do niej – czuła ogromną satysfakcję.

Sontag była też żoną i matką. Jak odnalazła się na polu rodzinnego życia? Jej słowa nie pozostawiają złudzeń:

Ten kto wymyślił małżeństwo, był genialnym dręczycielem. Jest to instytucja stworzona w celu stępiania uczuć. (s. 106)

Małżeństwo przypomina ciche łowy prowadzone w parach. Cały świat jest pełen par, każda z nich siedzi w swoim małym domku, zajmuje się swoimi drobnymi sprawami + kisi się we własnym sosie. To najohydniejsza rzecz pod słońcem. Należy odrzucić wyłączność, na którą skazuje małżeństwo. (s. 233)

Gdybym tylko dostała stypendium z Oksfordu! Będę przynajmniej wiedziała, że nie utknęłam na etapie zajmowania się domem i wicia gniazdka. (s. 165)

Słowo „utknęłam” wydaje się tu kluczowe. Ta wciąż nienasycona, zachłanna kobieta chciała więcej. Rola żony i matki, strażniczki domowego ogniska nie mogła spełnić i nie spełniała jej ambicji, oczekiwań.

Małżeństwo nie było jedyną relacją, która tak bardzo zaciążyła na życiu Sontag. W związkach z kobietami traciła zupełnie grunt pod nogami. Stale patrzyła na siebie przez pryzmat swych kochanek. Była od nich zależna, była nimi przygnieciona, była przez nie zdominowana. Zawsze uważnie przyglądała się tym romansom, które nie dawały jej zadowolenia, spełnienia, a raczej nienasycenie, ból, a nawet upokorzenie. Były wyniszczające, wycieńczające, nie dawały radości, poczucia pełni. Chwil radosnych było niewiele, upadków zaś mnóstwo. Przyznawała się tu przed samą sobą do słabości, do poczucia zagrożenia, niepewności, braku wiary w swoją siłę, w swoje możliwości. Krzywdzona przez innych była i tu jak zawsze bardzo surowa dla siebie.

Miłość jest bolesna. To tak, jakby pozwolić drugiej osobie, by zdarła z ciebie skórę, a potem żyć ze świadomością, że w każdej chwili może odejść z tą skórą w ręku. (s. 315)

Powyższe słowa, podyktowane przykrymi doświadczeniami, obnażają słabość jednostki w obliczu drugiego człowieka, którego z jednej strony pragnie się posiąść i zniewolić, z drugiej zaś łaknie się jego akceptacji i miłości.

Niepoznawalność

Susan Sontag była złożoną, wielowarstwową, niejednoznaczną i zaskakującą postacią. Okrutną wobec siebie, ale i wobec innych. Pragnącą akceptacji, miłości, ale i wolności, a nade wszystko poznania i doświadczenia wszystkiego.

Ta nadwrażliwa intelektualistka należy niewątpliwie do grona silnych, wybitnych kobiet, które dokonały rzeczy wielkich, bo zmieniających świat, ludzi, ich myślenie i ich rzeczywistość. A tylko ktoś taki jest w stanie dać siłę i odwagę, tylko ktoś taki może inspirować i wspierać, dlatego musiała zagościć w Bałwochwalni, by stać się jej dobry duchem.

*Niniejszy tekst w wersji zmienionej i uzupełnionej wkrótce ukaże się w jednym z naukowych czasopism. 


[1] W sprawie Susan Sontag, reż. Nancy Kates, USA 2014.

[2] Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki, tom 1. 1947-1963, Kraków 2012, s. 207. Z tego tomu pochodzą dalsze cytaty. Numery stron podano bezpośrednio po cytowanym fragmencie. 

[3] David Rieff, Przedmowa, w, Susan Sontag, Odrodzona, op. cit., s. 9.

Dobry duch – Frida Kahlo – „kulawa” Metyska

Dobry duch - Frida Kahlo
Frida Kahlo, fragment

Frida Kahlo

wł. Magdalena Carmen Frida Kahlo y Calderón

6 lipca 1907 – 13 lipca 1954
Dobry duch

Korowód dobrych duchów Bałwochwalni rozpoczyna Frida Kahlo. Skąd ten wybór? Nie, tu wyboru nie było. Frida musiała być pierwsza z racji szczególnego związku z Bałwochwalnią. Kiedy rodził się projekt, artystka towarzyszyła temu na każdym kroku. Za sprawą książki Barbary Mujicy Frida, którą wówczas niżej podpisana czytała, będącej rodzajem zbeletryzowanej biografii malarki. Nie będę pisać o samej książce, bo nie miejsce na to (być może kiedyś wrócę do niej), wspomnę jedynie, że książka oddaje ducha artystki i jej twórczości – niepowtarzalny koloryt, na pierwszy rzut oka radosny, na drugi już tragiczny. I tak, za sprawą przypadku, a może przeznaczenia, zarysowując wizję Bałwochalni, Frida stała tuż obok i podpowiadała… Inspirowała!

Powierzchnia

Frida Kahlo nie jest postacią nieznaną. Wręcz przeciwnie, ma swoją mocną pozycję w popkulturze. Wizerunek kolorowej artystki, o szczególnej urodzie, kaleki, komunistki, biseksualistki, żony Diego Rivery i kochanki Lwa Trockiego utrwalony jest na dobre. To niestety sprawia, że jest powszechnie znana tylko pozornie, że istoty się nie dotyka. Sama niekiedy łapię się na tym, że patrząc w wyobraźni na twarz malarki, zastanawiam się czy widzę rzeczywistą Fridę czy Salmę Hayek, która w popularnym swego czasu filmie wcieliła się w tę niepokorną postać. A na to przecież nie zasługuje.

Frida

Oczywiście o wyborze Fridy na dobrego ducha Bałwochwalni nie zadecydował zbieg okoliczności, ale to kim była i jaka była. Frida uosabia zjawiska, które w gruncie rzeczy się wykluczają, są nie do połączenia. Bo jak można być wolnym i jednocześnie zniewolonym? Od dziecka chadzająca swoimi ścieżkami (jako mała dziewczynka była krnąbrna, miała zawsze swoje zdanie, zaś jako nastolatka była typem chłopczycy, mającym na koncie wybryki, których największy chuligan by się nie powstydził), szybko musiała zmierzyć się z ograniczeniami, których nie można było pokonać. Można było albo się poddać, albo zacisnąć zęby, zaakceptować i robić swoje. Oczywiście przy temperamencie Fridy pierwsza ewentualność w ogóle nie wchodziła w grę. Dla niej była tylko jedna możliwość – robić swoje mimo wszystko.

Życie i sztuka

Świadectwem tego są zachowane zdjęcia i oczywiście obrazy. Bo malarka nie dzieliła życia na prywatne i zawodowe. I obrazy, które tworzyła opowiadają jej świat, ten zewnętrzny i ten wewnętrzny. Wyczytamy z nich utożsamianie się z Meksykiem, jego kulturą, folklorem, dorobkiem, historią, także miłość do wielkiego Diega Rivery, doświadczenie polio i wypadku autobusowego (złamania kręgosłupa, miednicy i nóg), którego konsekwencje ponosiła przez całe życie, unieruchomienie ciała w gipsie, stale nawracający ból, dolegliwości pourazowe, kolejne operacje, poronienia, stawianie czoła rzeczywistości, czerpanie z życia.

Inspiracja

Frida to wolny umysł i zniewolone ciało. Jej świat stał się dla artystki bezdennym źródłem inspiracji. Jej dzieła to głównie autoportrety oddające wiernie nie tylko jej twarz, ale i duszę – osobiste, ekspresyjne, dokumentujące jej egzystencję. To intymny autoportret. Trudno być wobec nich obojętnym. Przykuwają uwagę. I wywołują raczej gęsią skórkę, niż wzruszenie ramion. Włos się na głowie jeży, widząc zderzenia kolorów, mocną kreskę, uproszczenie środków wyrazu tych, jak sama Frida określała, realistycznych obrazów. Inni uznawali je za surrealistyczne, ale malarka sprzeciwiała się temu. Mawiała, że nie maluje marzeń, snów tylko swoją rzeczywistość.

Istota

Jaka była? Można mówić bez końca. Bystra, zadziorna, zdeterminowana, spontaniczna, energiczna, uwodzicielska, inteligentna, zdolna, z ogromnym poczuciem humoru, o żywiołowych charakterze i wyrazistych poglądach, niewyczerpanej fantazji i wyobraźni. Zawsze odrębna, osobna, inna. Dumna, pewna siebie, zuchwała, silna, uparta, twarda, pełna pasji, namiętności, kochająca życie.

Uczęszczała do najlepszej szkoły w Meksyku, by w przyszłości zostać lekarzem. Została jednak malarką. Nie z wyboru, ale z nudów. Unieruchomiona i przykuta do łóżka po wypadku (który przekreślił jej plany na dobre), chcąc zabić ciągnący się w nieskończoność czas, leżąc, zaczęła malować. Podstawy już miała, gdyż jako córka fotografa, pomogła ojcu retuszować fotografie w jego pracowni. I tak te pierwsze próby doprowadziły tę meksykańską artystkę do Luwru.

Multi-kulti

I jeszcze jedno. Byłam, jestem – i nie powiem, że będę tylko dlatego, że nigdy nic nie wiadomo, więc lepiej się nie zarzekać – zwolenniczką wielokulturowości. Idea multi-kulti bez dwóch zdań jest słuszna, a że człowiek jest istotą, która wszystko potrafi zniszczyć, nawet coś, co wydaje się, że do zniszczenia nie jest, to już inna kwestia. Wracając do meritum, jako więc entuzjastka koegzystencji różnych kultur z uwagą przyglądam się tym, którzy dają temu przykład. I fakt, że Kahlo była Metyską, że miała korzenie niemiecko-węgiersko-żydowskie z jednej stron, z drugiej indiańsko-hiszpańskie, jest kimś takim.

Z pewnością pomieszanie tak różnych kręgów kulturowych miało wpływ na osobowość, wrażliwość i wyobraźnię artystki. Choć podkreślić należy, że to z Meksykiem, w którym się urodziła i w którym żyła, utożsamiała się. Frida była Meksykiem, a Meksyk Fridą. Mawiała nawet, że urodziła się nie w roku 1907 tylko w 1910 – w roku narodzin nowego Meksyku. Co nie przeszkadzało jej wyjść poza lokalność, nie przeszkadzało jej być uniwersalną.

Podglądanie egzystencji Fridy, jej poczynań jest fascynujące. Pobudzić może, może dodać energii, siły, odwagi, może być inspiracją do działania, do życia. A o to przecież chodzi! Dlatego ta „kulawa” Metyska musiała znaleźć się w Bałwochwalni wśród gości honorowych!

Ps. Niektóre zdjęcia Fridy na długo zapadają w pamięć. Na mnie największe wrażenie zrobiły dwa ze szpitala w Nowym Jorku i tuż po operacji.

*Fot. Guillermo Kahlo (1871-1941) – Sotheby’s, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=32639240, dostęp 23.09.2016.


BIBLIOGRAFIA