Drugie urodziny Bałwochwalni

Bałwochwalnia dziś – 8 września – świętuje!!!

I Bałwochwalni stuknęło dziś – 8 września – dwa lata! Dokładnie dwa lata temu nastąpiło jej otwarcie! Dokładnie dwa lata temu uchyliła swe skromne wrota i zaprosiła w swe progi!

1 rok, 4 pory roku razy 2, 4 kwartały razy 2, 12 miesięcy razy 2, 52 tygodnie razy 2, 365 dni razy 2, 8760 godzin razy 2, 525 600 minut razy 2, 31 536 000 sekund razy 2!!! Aż i tylko!!!

Lokomotywa

Najpierw – powoli – jak żółw – ociężale,

Ruszyła – maszyna – po szynach – ospale,

Szarpnęła wagony i ciągnie z mozołem,

I kręci się, kręci się koło za kołem,

Lokomotywa Julian Tuwim

– Cóż to była za rok? – chciałoby się zakrzyknąć!!! Ale nieee! Ponieważ rok ten był… zbyt ospały, zbyt ociężały. Bałwochwalnia miała się kręcić jak karuzela szalona, nie ta z muzeum, która podrdzewiała skrzypi złowieszczo. Ale wyszło jak zawsze! Więc i tym razem nie będzie fajerwerków, piętrowego tortu, lejącego się strumieniami szampana, konfetti ani miliona prezentów.

Bo wciąż wszystko jakby dopiero ruszało, jakby dopiero się kręcić zaczynało. Wciąż nie tak szybko jakby się chciało i zwykle nie z takim efektem jakiego by człowiek oczekiwał czy pragnął.

Wielkie nadzieje

I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej,

I dudni, i stuka, łomoce i pędzi,

A dokąd? A dokąd? A dokąd? Na wprost!

Po torze, po torze, po torze, przez most,

Przez góry, przez tunel, przez pola, przez las,

I spieszy się, spieszy, by zdążyć na czas,

Do taktu turkoce i puka, i stuka to:

Tak to to, tak to to , tak to to, tak to to.

Gładko tak, lekko tak toczy się w dal,

Jak gdyby to była piłeczka, nie stal,

Nie ciężka maszyna, zziajana, zdyszana,

 

Lecz fraszka, igraszka, zabawka blaszana.

A skądże to, jakże to, czemu tak gna?

A co to to, co to to, kto to tak pcha,

Że pędzi, że wali, że bucha buch, buch?

To para gorąca wprawiła to w ruch,

To para, co z kotła rurami do tłoków,

A tłoki kołami ruszają z dwóch boków

I gnają, i pchają, i pociąg się toczy,

Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy,

I koła turkocą, i puka, i stuka to:

Tak to to, tak to to, tak to to, tak to to!…

Lokomotywa Julian Tuwim

Mimo to BJ nie poddaje się! Nie zamka Bałwochwalni na cztery spusty. Bo wie czego chce, wie co jest jej celem i wie, że upór, wytrwałość i cierpliwość to cnoty, którymi musi się tu wykazać, gdyż widzi, że pomimo tych wszystkich niepowodzeń, upadków, stania w miejscu i też niekiedy niestety cofania się (na poziomach wszelakich – technicznym, merytorycznym, wizerunkowym i każdym innym), jej wizja mimo wszystko krystalizuje się! Nabiera, choć bardzo powoli, ale jednak, realnych kształtów.

Podziękowania należą się ogromne!

Bałwochwalcom literatury i kultury, którzy motywują i inspirują, wszystkim Wspierwaczom, którzy otuchy dodają na co dzień i od święta. Ich obecność jest nie do przecenienia. BJ choć jest osobą mentalnie dość niezależną, to obejść się bez innych nie może! Potrzebuje towarzystwa, by móc po prostu oddychać.

Zatem, DZIĘKUJĘ!!! Tobie, Tobie i Tobie!

Narodowe Czytanie 2018

Uważaj na marzenia!!!

I stało się! Literatura przedmiotem narodowej dyskusji! A marzyło się o tym!!! A trzeba było z tymi marzeniami uważać! Bo wyszło nie jak zawsze, lecz jak nigdy!

Akcja Narodowe Czytanie, zainicjowana sześć lat temu przez Prezydenta RP, która ma promować czytelnictwo, podczas której głowa państwa wraz z narodem czyta wielkie dzieła literatury polskiej (Pana Tadeusza, dzieła Fredry, Trylogię Sienkiewicza, Lalkę, Qvo vadis, Wesele), zdążyła nam spowszednieć. Ktoś, gdzieś tam podczytuje sobie taką albo inną książkę z tak zwanego, zbędnego, znienawidzonego bądź obojętnego kanonu literackiego. A niech sobie czyta.

100 lat niepodległości

Aż tu nastał rok 2018 – symboliczny, bo to właśnie teraz obchodzimy stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Należało więc wybrać odpowiednie dzieło, które byłoby jak najbardziej à propos.

„W 2018 roku, w którym obchodzimy 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości będziemy czytali o odradzającej się i odrodzonej Polsce”[1] – zapowiedział Prezydent Andrzej Duda.

Przedwiośnie Stefana Żeromskiego

I wybrano! Wybór ten, rzecz nie bez znaczenia, doniosła, zadowolił wszystkich. Nawet tych, którzy nie pałają miłością do wybranego arcydzieła.

W trwającym roku stulecia odzyskania niepodległości pragnę zaprosić Polaków do Narodowego Czytania właśnie Przedwiośnia. Jestem przekonany, że wspólna lektura tej pięknej i mądrej książki pomoże nam jeszcze bardziej przybliżyć się do doświadczeń sprzed wieku. Bardzo zależy mi na tym, aby tegoroczna akcja, oprócz jej stałego, głównego celu, którym jest promocja czytelnictwa, była też formą uczczenia jubileuszu. A zarazem chcę, aby przesłanie Żeromskiego wzbogaciło program obchodów i wydarzeń o niezwykle istotny i potrzebny element krytycznej refleksji nad dziejami ojczystymi[2].

– wyjaśniał Prezydent RP i dodawał, przywołując słowa krytyka Tomasza Burka, który uznał, że Przedwiośnie „to powieść pytań, na które trzeba szukać odpowiedzi”[3].

I nikt nie miał nic przeciw, wszyscy się zgadzali, że jest to jeden z najważniejszych tekstów literackich dwudziestolecia międzywojennego, który choć napisany archaicznym językiem, stylem niekiedy wręcz nieznośnym, opowiada o skomplikowanych początkach kraju, oddając ducha tamtej Polski, idealny więc do narodowej akcji i do uczczenia jubileuszu.

I nadszedłby 8 września, finał akcji tegorocznej edycji, i sprawa przeszła by bez większego echa… Ktoś jednak zadbał, by stało się inaczej!

Ratunku, gwałcą!

Z Przedwiośnia Żeromskiego zrobiono bowiem Przedwiośnie bez Żeromskiego! Można? Można! Znów rzeczywistość przerosła wyobraźnię!

Oto Andrzej Duda, Prezydent RP, poprosił Andrzeja Dobosza, krytyka literackiego, eseistę i felietonistę, o adaptację arcydzieła literatury polskiej na potrzeby tegorocznej edycji akcji Narodowe Czytanie! No i poszło. Najpierw z pewnym onieśmieleniem, później coraz odważniej, pewniej, w końcu z rozmachem! A co, raz kozie śmierć, raz się żyje, raz się Przedwiośnia Żeromskiego pozbawia Żeromskiego, drugiej takiej okazji nie będzie!

I nie ma „tudzież”, nie uchodzi przecież, i nie ma powtórzeń bliskoznacznych przymiotników, nie ma licznych epitetów. I nie ma pierwszego zdania powieści, przecież za trudne („Nie chodzi tutaj – u kaduka! – o herb ani o szeregi przodków podgolonych, z sarmackimi wąsami i przy karabelach – ani wydekoltowane prababki w fiokach”), nie ma „Matka była niewidoczna, samoswoja, najzwyczajniejsza Jadwiga Dąbrowska, rodem z Siedlec”, została już tylko „Matka była najzwyczajniejsza Jadwiga Dąbrowska, rodem z Siedlec”. Nawet struktura powieści jest inna.

I tak to z Narodowego Czytania zrobił się Narodowy Gwałt.

Adaptacja! Adaptacja?

Człowiek uczy się całe życie. No, bo takie pojęcie jak „adaptacja”… Cóż to takiego? Wydawało się do tej pory, że to przystosowanie utworu literackiego do wystawienia na scenie lub do sfilmowania! Zatem, wynika z pewnej konieczności. Dziś okazuje się, że jest zupełnie czymś wręcz przeciwnym. Czym? Widzimisię! Okazała się niedopuszczalną ingerencją w tekst Stefana Żeromskiego. Cała bowiem sprawa (powody i kryteria, według których dokonano zmian) owiana jest tajemnicą.

Powszechną praktyką było i chyba wciąż jest omawianie na lekcjach języka polskiego fragmentów dzieł (o zgrozo), powszechną praktyką jest nadawanie oryginalnym dziełom klasycznym wersji ad usum Delphini. Adaptowano też już utwory na potrzeby akcji Narodowe Czytanie (polegało to na wybraniu fragmentów Lalki, Qvo vadis), by podczas finałów można było zrobić rodzaj performanceu. Każdą z tych praktyk, da się jakoś wyjaśnić, umotywować. W przypadku adaptacji Przedwiośnia racjonalnych argumentów, które  usprawiedliwiły takie haniebne poczynania, nie ma!

Dokąd zmierzamy?

W akcji Narodowe Czytanie chodzi o promowanie czytelnictwa, ale chyba nie o takie, które polega jedynie na składaniu liter!? Chodzi, chyba (???), o szeroko pojęte obcowanie z literaturą narodową, z dziełami literackimi (nie brykami), których części składowe to treść i forma! Jednej od drugiej oddzielić się nie da, bo przecież nie chodzi tu tylko o to „co?”, ale i o to „jak?”, jedno łączy się z drugim, tworząc nierozerwalną całość.

W przypadku adaptacji Przedwiośnia poprawia się styl autora – formę jakby nie było. Po co więc wybrano do tej akcji twórcę, którego maniera pisarska komuś się nie odpowiada? Próbuje uwspółcześnić się dziś już archaiczny język powieści, bo trudno (!!!!!!!!) się ją czyta. Po co więc wybrano do tej akcji tekst, którego język tak bardzo się zestarzał, że nie da się tego czytać?

Nowy twór

Czymże więc obdarzyli naród adaptatorzy Przedwiośnia? Otóż powołali do życia nowy twór, który z dziełem czołowego twórcy dwudziestolecia międzywojennego nie ma nic wspólnego, coś co ewentualnie możemy określić za Katarzyną Kłosińską wariacją na temat Przedwiośnia[4].

Skutki uboczne

Poczynania adaptatorów zaowocowały jeszcze czymś. Czymś zgoła ważniejszym, czego zapewne się nie spodziewali, czymś nieoczekiwanym i raczej niepożądanym. Dyskusją narodową bowiem! Działania te wzburzyły krytyków, znawców literatury, czytelników. Powołano SKOT, czyli Społeczny Komitet Obrony Tudzież(y) i się zaczęło!

Stworzono długą listę polskich słów, które odchodzą w zapomnienie, o które należy zawalczyć, gdyż są to słowa piękne, świadczące o bogactwie, wyjątkowości języka polskiego, których obecność ochroni nas przed równoważnikowymi formami, zubożałymi, monosylabowymi wypowiedziami. Jest więc nadzieja w narodzie! Dać mu tylko pretekst!

Uczta dla frajerów

Działania SKOT-u są mi bliskie. Bywalcy Bałwochwalni wiedzą, że niemalże od początku jej działalności istnieje rubryka „Słowo tygodnia” (patrz: kolumna na prawo, nad „Bałwochwalnianymi kątami”), której zadaniem jest wydobywanie z czeluści pamięci pięknych słów języka polskiego, które odchodzą do lamusa!

Należę do entuzjastów Przedwiośnia. Mam sentyment po prostu do tej opowieści o młodym Polaku, którego beztroskie życie wśród Ormian, Turków i Rosjan zburzyła rewolucja, który w końcu wyruszył do odradzającej się po 123 latach ojczyzny, opowieści o człowieku uwikłanym w dzieje świata, zaangażowanym, reagującym na bieżące wydarzenia, opowieści o buncie i dojrzewaniu. Bo i duch całego dwudziestolecia międzywojennego jest mi bliski. Te idee, te myśli, ten optymizm i ta schyłkowość w końcu, czarnowidztwo, katastrofizm.

Latem, by iść z duchem narodu (!!!???), Przedwiośnie ogłosiłam lekturą lata i sama pochyliłam się na dość sfatygowanym egzemplarzem powieści, by zanurzyć się w żeromszczyźnie i dziejach jej niejednoznacznego jakby nie było bohatera. Jakąż miałam ucztę!!! Właśnie ze względu na te precjoza, rarytasy, fioki, raptularzyki, latyfundia.

Czytajmy więc Przedwiośnie!!! W oryginale oczywiście!!!


[1]  Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, http://www.prezydent.pl/aktualnosci/wydarzenia/art,904,przedwiosnie-lektura-narodowego-czytania-w-2018-roku.html, dostęp 07.09.2018. 

[2]  Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, http://www.prezydent.pl/kancelaria/narodowe-czytanie/narodowe-czytanie-2018, dostęp 07.09.2018. 

[3]  Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, http://www.prezydent.pl/aktualnosci/wydarzenia/art,904,przedwiosnie-lektura-narodowego-czytania-w-2018-roku.html, dostęp 07.09.2018. 

[4] Katarzyna Kłosińska, „Jeśli ››Przedwiośnie‹‹ jest za trudne, to nie trzeba było go wybierać”. Katarzyna Kłosińska o słowach wyciętych Żeromskiemu, opublikowano 29.08.2018,  http://wyborcza.pl/7,162657,23835529,jesli-przedwiosnie-jest-za-trudne-to-nie-trzeba-bylo-go.html, dostęp 07.09.2018. 

Garść refleksji – o żywocie blogera

Dziś garść refleksji Bałwochwalicy Jednej o tym i o tamtym!

Okrągły Stół

23 czerwca, w Warszawie, w ramach imprezy Big Book Festival odbyło się historyczne wydarzenie 😉  – Okrągły Stół. Mimo, że tym razem zasiedli do niego blogerzy książkowi, wydawcy i czytelnicy, to debata również dotyczyła przyszłości rodzimego poletka, choć w zupełnie innym wymiarze.

Cel

Celem spotkania było utworzenie blogerskiego Kodeksu Dobrych Praktyk blogerów książkowych!!!

Przy jednym stole

Nie byłam, nie uczestniczyłam w obradach, cieleśnie nie zasiadałam przy stole, duchowo jednak, emocjonalnie, mentalnie tak. Obrady transmitowano (polecam obejrzeć retransmisję) i to wystarczyło (choć fakt, że nie mogłam zabrać głosu wyprowadzał z równowagi 😉 ), by zadać sobie kilka pytań, by nad kilkoma kwestiami się zastanowić.

Obrady, dyskusja, debata

Blogerzy podczas prezentacji mówili o swoich motywacjach i początkach przygody z blogowaniem, proponowali też zasady, które mogłyby obowiązywać w blogerskim Kodeksie Dobrych Praktyk. Wydawcy zaś przedstawili swój punkt widzenia. Zmierzało to do konfrontacji. I tak też się stało. Dyskusję tę poświęcono szeroko pojętej współpracy między blogerami i wydawcami. Głos zabierali też najważniejsi – odbiorcy jednych i drugich, czyli czytelnicy, od których zależy być albo nie być blogera, wydawcy, pisarza.

Wspólna idea

Każdemu podmiotowi, który zasiadł do owego stołu przyświecają szczytne idee. Nawet jeśli chodzi też gdzieś o chęć zysku, zaistnienia, pokazania się. Dla wszystkich punktem wyjścia jest literatura, punktem dojścia zaś zachęcenie jak największego grona do jej doświadczenia. Zatem wszyscy grają (gramy) do tej samej bramki, bo cel jest wspólny. Niestety, nie jest to takie po prostu.

Rozdźwięk

Mnie uderzyło jedno. Podczas obrad bowiem została obnażona smutna prawda – delikatnie mówiąc, rozdźwięk pomiędzy blogerami a wydawcami.

Status blogera

Może i trudno się temu dziwić. Wydawca bowiem musi być czujny, musi uważać na wszelkiej maści hochsztaplerów, który tylko szukają okazji do wywinięcia jakiegoś szwindla 😉 . Musi więc z rezerwą, dystansem podchodzić do każdego nieznanego, nowo poznanego, obcego. Status blogera jest wciąż niepewny, bo niejasny. Bo któż to taki? Do worka z definicją tego pojęcia można wrzucić wszystko – amator, dyletant, miłośnik, kreator, twórca, mistyfikator, mitoman, egocentryk, znawca, koneser. Mało tego, bloger to ktoś działający w sferze, w której można wszystko, bez względu na to kim się jest, w sferze, która jest dziś błogosławionym i przeklinanym jednocześnie centrum świata.

Profesjonalizm

Tu nasuwa się też takie pojęcie jak profesjonalizm, za którym kryją się czyjeś duże umiejętności i wysoki poziom wykonywanej pracy, ale także zawodowe uprawianie jakiejś specjalności. O ile wydawcy są profesjonalistami przede wszystkim w drugim znaczeniu, o tyle blogerzy książkowi jedynie w pierwszym być mogą. Na razie przynajmniej. Stąd może ten rozdźwięk. Tyle że oba podmioty są skazane na siebie. Bloger chcący mieć rękę na pulsie, musi współpracować z wydawcami, wydawca zaś patrzący w przyszłość, wie, że musi współpracować z tym amatorskim światkiem 😉 czy mu się to podoba czy nie, gdyż jego ekspansja trwa i zanosi się, że blogerski głos będzie coraz donioślejszy, będzie docierał do coraz szerszego grona odbiorców.

Wybór blogera

Dla formalności pozwolę sobie podkreślić oczywistą rzecz, mianowicie że świat wirtualny rządzi się swoimi prawami – wolnością i dowolnością. Zatem, być może nie każdy bloger pragnie być profesjonalistą, znawcą, wyrocznią, autorytetem. Wolno mu? Wolno! Jego dzieleniu się opinią może nie przyświecać żaden cel poza wyrażeniem się, podzieleniem się tym, co właśnie, być może przypadkiem, przeczytał. Może? Może! Może on nie mieć większych ambicji, wygórowany aspiracji, wyższych celów, misji do spełnienia. Może? Może! I dobrze! W tym wartość! Ten zaś, kto takowe ma, musi uzbroić się w cierpliwość. Bowiem wyrobienie sobie marki to proces – żmudny i długotrwały. Jego tempo zależy od kreatywności, zdolności, predyspozycji, talentów, umiejętności, wiedzy delikwenta. Zatem blogerom z ambicjami, misjami, ideami nie pozostaje nic innego, jak tylko działać wytrwale w pocie czoła, a będzie im (nam) dane. Choć wsparcie, zaufanie i dobre słowo wydawców z pewnością dodałoby im (nam) siły, energii, mocy, wiary, przysłowiowego kopa.

Być albo nie być blogera i tak jest w rękach odbiorców, zależy od ich oczekiwań, potrzeb, upodobań, sympatii.

Co dalej?

Chciałabym się zgodzić z Patrycją z Booklove, która wyciągnęła optymistyczny wniosek z tej konfrontacji, konkludując, że „jest wola dyskusji i debaty na temat współpracy wydawców z blogerami, więc jest szansa, że będzie ona bardziej satysfakcjonująca dla obu stron”[1], ja jednak przysłuchując się obradom, odniosłam wrażenie, że każdy mówi, nie słysząc jednak drugiego, będąc jakby głuchym na jego słowa (sobie a muzom). Mam nadzieję, że to tylko moje malkontenckie usposobienie podpowiada mi takie smutne wnioski. Uznaję jednak tę debatę za Kubą z Qbuś Pożera Książki za „początek na drodze do zmian podejścia blogerów do własnej aktywności w sieci oraz relacji z wydawcami”[2].

Wolna amerykanka

Mówiąc o prawach rządzonych światem wirtualnym, dochodzimy do sedna! Bowiem owa wolność i owa dowolność stawiają pod znakiem zapytania sens tworzenia czegoś takiego, jak Kodeks Dobrych Praktyk blogera książkowego. Niby pierwszy szkic już jest, ale czy jest on zasadny? Wolna amerykanka podważa sens wszelkich kodeksów, dekalogów. Wszystko zależy od tego, kim bloger chce być, jakie ma aspiracje, jakie cele sobie wyznacza, jakie idee mu przyświecają.

Kodeks Dobry Praktyk

Mimo to, pod powstałym szkicem Kodeksu, który jest efektem obrad Okrągłego Stołu, jak najbardziej podpisuję się, gdyż dotyka on istoty tego tajemniczego fachu. Ufam jednak, że owe złote reguły blogerzy mają po prostu we krwi i prędzej czy później dadzą o sobie znać, umożliwiając obranie właściwego kursu.

Recenzja?

Muszę jednak odnieść się do kilku kwestii. À propos tego, co powiedział podczas obrad Kuba i co pojawiło się wśród złotych reguł blogerskiego Kodeksu: by nie bać się pojęcia recenzja, by wyzbyć się asekuranctwa! Poczułam się adresatką tych słów, gdyż jestem z tych, którzy swoich tekstów poświęconych książkom nie nazywają recenzjami, tylko notami, ewentualnie à la recenzjami. Czynię to świadomie, gdyż jestem starej szkoły i wiem jakie tekst musi spełniać kryteria, by był stricte recenzją, a moje teksty tego nie czynią (inna sprawa, że dziś o stricte recenzje trudno, mało kto już o kryteriach gatunku pamięta).

Poza tym piszę noty tylko na temat tych publikacji, które chcę czy nawet muszę (przymus to wewnętrzny, nie zewnętrzny) polecić reszcie świata, które też z obiektywnego punktu widzenia – uniwersalnych kryteriów, nie tylko subiektywnego, spełniają zasady dzieł wartościowych, a nie na temat wszystkich, które zdołam przeczytać. Pomijam te, które znów nie tylko moim subiektywnym zdaniem, ale też z uwagi na obiektywne kryteria nie są warte uwagi i poświęcania im czasu, co też dyskwalifikuje mnie jako stricte recenzenta. Dopuszczam jednak te, które choć rozczarowały, to uznaję za warte uwagi albo takie, których mimo że nie uznaję za dzieła do końca udane, to jednak w jakiś sposób obeszły mnie. Wychodzę bowiem z założenia, że czas jest zbyt cenny, by poświęcać go rzeczom miernej jakości, które nie pozostawiają po sobie śladów, dlatego nie marnuję swego czasu (na pisanie, bo już niestety przeczytałam) i odbiorcom moich not chcę tego oszczędzić.

Elaboraty

Jedna z czytelniczek podczas debaty powiedziała coś, co wprawiło mnie w małą konsternację – nie czyta bowiem długich „recenzji”, gdyż czas, który miałaby im poświęcić, woli poświęcić książce. Skąd moja konsternacja? Nie, wcale się nie oburzyłam, wręcz przeciwnie. Nie dziwię się! Przyznaję nawet rację! A moje noty to elaboraty przecież… Z prostej przyczyny – chcę, by teksty na temat danych publikacji były wyczerpujące, ale patrząc z perspektywy czytelnika… Kto to czyta??? Przemyśleć zatem muszę tę sprawę!!!

Sięgać, gdzie wzrok nie sięga

I jeszcze jedna, dla mnie najistotniejsza, kwestia. Doświadczanie literatury – czytanie jest niewątpliwie czynnością dla każdego. Składać litery bowiem umie każdy, nie każdy jednak daną treść pojmie. Wszystko bowiem zależy od predyspozycji odbiorców, ich możliwości intelektualnych. Faktem jest, że czytanie jest aktywnością mało aktywną, mimo to wymagającą sporo samozaparcia. Potrzeba czasu, skupienia, cierpliwości, bowiem efekt nie jest obliczony na natychmiastowy zysk, o ile w ogóle o zysku można tu mówić, chyba że za zysk uznamy dobra niematerialne. Pomijając jednak te kwestie, zakładając, że te bariery zostaną pokonane, uwagę zwrócić należy na cel owego doświadczania, który niewątpliwie ma związek z gustami czytelniczymi (a o tych jak wiadomo, nie dyskutuje się, ładne jest bowiem to, co się komu podoba) i ze wspomnianymi predyspozycjami, intelektualnymi możliwościami, kwalifikacjami. I ja jestem z tych, którzy preferują i propagują literaturę sytuującą się po przeciwnej stronie od tej lekkiej, łatwej i przyjemnej, gdyż jestem za tym, by nie poprzestawać na małym, by sięgać wysoko, by podnosić sobie poprzeczkę.

Tyle!

Ps. Liczyłam, że podczas obrad poruszone zostaną też nieco inne kwestie. Takie jak logistyka, sprawy techniczne, warsztat, słowem kwestie z cyklu „jak oni pracują?”. Niestety, mamona przysłoniła inne tematy. Może następnym razem.


[1] Patrycja, Relacja z BBF: Okrągły stół blogerów, czytelników i wydawców, opublikowano 23.06.2018, http://booklove.pl/relacja-z-bbf-okragly-stol-blogerow-i-wydawcow/, dostęp 10.07.2018.

[2] Kuba Nowak, Ważność bycia poważnym, czyli Big Book a sprawa blogowa, opublikowano 27.06.2018, http://pozeracz.pl/big-book/, dostęp 10.07.2018.

Dzień Dziecka – enfant terrible

Dzień Dziecka

Dzień Dziecka

Dzieci!!! Przekleństwo czy błogosławieństwo? Hamlet mogłyby zapytać…

Zakładając, że człowiek nigdy nie przestaje być dzieckiem, ani wtedy, kiedy skończy osiemnaście lat, ani wtedy, kiedy rodzice umierają, bowiem dzieckiem pozostaje zawsze, będąc stale, niezmiennie potomkiem mitologicznej Gai i biblijnej Ewy, to gdy myślę o dzieciach małych – pucułowatych ufnych buziach – błogosławieństwo, gdy zaś o dużych – aroganckich, wyrachowanych, pozbawionych empatii, szacunku – przekleństwo. Zgodnie z porzekadłem – małe dzieci mały kłopot, duże dzieci duży kłopot (choć są wyjątki oczywiście – ja na przykład 😉 )

I choć dziecko uosabia niewinność i naiwność, przymioty ducha ludzkiego najpiękniejsze, bo nieskażone, czyste i delikatne, sytuujące go na wyżynach boskiego porządku, to istny demon, niosący pochodnie zniszczenia.

No, na przykład ten zbrodniarz Edyp… – zabija ojca, a matkę doprowadza do gestu ostatecznego, albo butny Ikar – za nic ma przestrogi ojca i rzuca się „po swoje”, albo mściwy Orestes – zadający śmiertelny cios matce i jej mężowi, albo współwinna temu Elektra, albo zakochana Medea – sprzeciwiająca się woli ojca, albo zbuntowana Antygona – za nic mająca porządek prawny.

A rozrzutny syn marnotrawny, który przysporzył ojcu tyle zmartwień? A ponury Kain, który zabija swego brata? Dalej mam wymieniać?

Proszę bardzo! Opuszczając mitologiczne i biblijne światy, to chociażby wspomniany książę duński!!! Dorosły mężczyzna, wykształcony, obdarzony analitycznym umysłem, a same z nim problemy. A okrutna Balladyna, która zabija swą siostrę, a matkę zamyka w wieży? A przemądrzały furiat Artur – za nic mający wyzwolonych rodziców, których obarcza odpowiedzialnością za upadek wszelkich norm moralnych?

No i jeszcze ci wszyscy pisarze, poeci – córki i synowie przeklęci!!! Bałamucą i na manowce sprowadzają swoimi dziełkami porządnych obywateli świata tego, którzy chcieliby żyć w błogim spokoju i z myślą niezmąconą. A zapowiadali się tak dobrze! Któż by przypuszczał, że z tych słodkich małych ludzi wyrosną potwory, których celem i sensem życia stanie się, zatruwanie go innym?

Dość o tych istotach okropnych, które mogą tkwić w słodkich aniołkach, zawsze niewinnych, przez które rodzic powieki zmrużyć nie może! Istot, które przecież światem całym i przyszłością.

Enfant terrible – sól ziemi!

Ekscytującego dzieciństwa!!!

Dzień Matki – nie taki diabeł straszny

Życie drugiego człowieka najpierw przyczepia się do ciebie w brzuchu, a kiedy już wyjdzie na zewnątrz, zniewala cię, trzyma na smyczy, przestajesz być panią samej siebie.

– Elena Ferrante Historia ucieczki

Ale potem pojawiła się Marta. Zaatakowała moje ciało i zmusiła do niekontrolowanej przemiany. Od pierwszej chwili objawiła się nie jako Marta, ale jako żywy kawałek żelaza w moim brzuchu. Mój organizm zamienił się w krwistą ciecz z doczepioną mulistą breją, wewnątrz której rozwijał się agresywny polip, jakże odległy jakiegokolwiek człowieczeństwa, i choć sam karmił się i rozrastał, mnie sprowadził do pozbawionej życia zgnilizny.

– Elena Ferrante Córka

Dzień Matki

O Matki Wszechobecne i Wszechmocne! Despotyczne! Pozbawione wyczucia i empatii! Dlaczego jesteście tak okrutne dla swych córek?

A może to córki są tak bezlitosne wobec swych matek? Walczą z nimi zaciekle, na śmierć i życie, nie dając im szansy na słowo wyjaśnienia, usprawiedliwienia. Nie pozwalają dojść im do głosu.

Spadkobierczynie

Matka nie jest postacią z krwi i kości. Jej profil dostojny zbudowany jest na solidnym fundamencie – stereotypach i kalkach myślowych. W jej żyłach płynie krew Demeter, Niobe, Jokasty, Gai, Ewy, Maryi. Trwa wytrwale na straży, piękna i szczęśliwa, niczym kamikaze gotowa na wszystko. Jest bowiem tą, która daje, od której się bierze, wymaga, żąda, która musi sprostać, która się poświęca. Jej byt na tym ludzkim padole to trud i znój, znój i trud.

Matka – potwór

Literatura jednak bywa dla matek mało łaskawa… Nie szczędzi ich Elfriede Jelinek (Pianistka), Margaret Atwood (Pani wyrocznia), Majgull Axelsson (Pępowina), Elizabeth Strout (Mam na imię Lucy), Toni Morrison (Skóra), Vedrana Rudan (Oby cię matka urodziła), Elena Ferrante (cykl Genialna przyjaciółka) czy Agneta Pleijel (Wróżba).

Matka, będąc figurą najistotniejszą w życiu każdego człowieka, bo „ustawia” go na całe życie, okazuje się tu siłą sprawczą, kreatorką świata cudzego, która definiuje jego życie na całe życie. W chwili rozdzielenia ciał, podejmuje życiową decyzję, która będzie jej kulą u nogi, wyrokiem śmierci, decyzją, przez którą znienawidzi swą latorośl nienawiścią najczystszą.

Decyduje się na heroiczny czyn – być już tylko samą miłością, dozgonną, niewyobrażalnych rozmiarów. Będzie sługą wiernym do ostatniego swego tchnienia, który od tej chwili nie będzie żył już swoim życiem, tylko życiem dzieciny swej. Nie pozwoli, by pępowina kiedykolwiek została przerwana. Będzie jej strażniczką. Będzie pieczołowicie dbała, by układ krążenia już na zawsze jeden pozostał. Nie pozwoli wymknąć się pierworodnemu, by uległ zatraceniu.

Postanowiła, że jej ukochane dziecko będzie najwspanialsze i będzie żyło najwspanialszym życiem. Już ona o to zadba! Bo wie, co dla niego jest najlepsze. Zostało jej to objawione. W swych działaniach będzie nieugięta, nie pozwali sobie na chwilę nieuwagi, będzie cierpliwa, wytrwała, skrupulatna, stale na straży. Co może przynieść tylko piorunujący efekt.

Uzależnia, mentalnie i duchowo, dostarcza i odcina tlen, wszystko dawkuje w odpowiednich ilościach, miłość i środki przeczyszczające, ogranicza dostęp do zewnętrzności, by nic nie nęciło. Każda zaś niesubordynacja może być pretekstem do awantury. Dochodzi wówczas nawet do rękoczynów, słów ostatecznych, histerii, lamentu, płaczu, oskarżeń, niekończących się pretensji.

Matki tu to potwory, które żyją tylko po to, by zatruć swym niewinnym i bezbronnym pociechom życie. Ich misją jedyną jest uprzykrzać, uniemożliwiać egzystencję ciał z ich ciał.

Matka – człowiek

Ale, ale… Wystarczy przyjąć nieco inną perspektywę, a czarno-biała rzeczywistość zacznie mienić się feerią szarości!

Maria Kuncewiczowa niespełna sto lat temu, w jednej z najwybitniejszych powieści dwudziestolecia międzywojennego i w ogóle w jednym z ciekawszych dzieł literatury polskiej, uznawanego za arcydzieło prozy psychologicznej, pokazała matkę z nieco innej strony – weszła w jej świat, zagłębiła się w jej wnętrze, po to, by odsłonić prawdę o niej.

Matka ułaskawiona

Cudzoziemka – połączenie retrospekcji, wspomnień z rzeczywistością – jest bowiem swoistym studium psychologicznym niespełnionej matki właśnie, której życie rozminęło się z jej wyobrażeniami.

Nadwrażliwa, skryta, nierozumiana i nieszczęśliwa żona i matka dwójki dorosłych dzieci jest zgorzkniała, oschła, wyniosła, gniewna i złośliwa. Najbardziej okrutna, bezwzględna i despotyczna zaś wydaje się wobec swych najbliższych. Słowem, potwór.

Jednak Kuncewiczowa na tym nie poprzestaje. Jak na powieść psychologiczną przystało autorka poddaje psychikę swej bohaterki głębokiej analizie, wskazuje psychologiczne uwarunkowania jej działań, wyborów, decyzji, odsłania mechanizmy funkcjonowania jej psychiki i odpowiada na pytanie dlaczego. Pisarka nie pomija tu niczego, dzięki czemu mamy możliwość wielowymiarowego poznania złożonej matczynej psychiki i zrozumienia. I ułaskawienia!

To, co zaoferowało kobiecie życie przyniosło jej jedynie ogromny ból i cierpienie. Czuła się więc nieprzystosowana, wyobcowana, słowem, cudzoziemka. Uciekała od teraźniejszości w przeszłość, która tyle jej obiecywała. Pragnęła bowiem zupełnie innego życia – wielkiej jedynej prawdziwej miłości, kariery śpiewaczki, życia artystki. Niestety, zaznała jedynie rozczarowania.

Życie stało się udręką. Nie potrafiła zaakceptować swej egzystencji. Wypełniała ją nienawiść i chęć odwetu, czemu dała niejako symboliczny wyraz – nosząc jedynie czarne suknie i zmieniając imię.

Dwa imiona – dwa życia: pierwsze krótkie i prawdziwe; drugie – wymyślone, długie, nadto długie… Pierwsze – kwiat, miłość i nieszczęście. Drugie: szacunek ludzki, honor, powolna śmierć duszy.[1]

Postać Róży – to bardzo udany w literaturze polskiej przykład rozdwojenia jaźni. Dwa jej oblicza symbolizują dwa imiona. Żeby pokazać miotające bohaterką sprzeczności, został jakby wprowadzony sobowtór, któremu na imię Ewelina. Imię Róża – to symbol życia pełnym tego słowa znaczeniu, to znak wywoławczy dla innych symboli: Taganrog, Michał, a więc dzieciństwo, młodość, wiosna, miłość itp. Imię Ewelina, nadane przez zrzędzącą ciotkę, używane przez niekochanego męża Adama – to symbol sztuczności, śmierci niemal. Skłonna do samoanalizy bohaterka doskonale zdaje sobie sprawę z tej dwoistości.[2]

Odwracając się od innych i od świata, kobieta postanowiła zemścić się na rodzaju ludzkim. Wyszła za mąż, czyniąc to niejako na złość wszystkim i wszystkiemu. Szybko porodziła dwóch synów. Poczętą córkę uznała za dziecko niechciane i odrzuciła je zaraz po narodzinach. Dzięki temu dane było dziewczynce zaznawać wolności i beztroskiej radości przez kilka pierwszych lat życia. Później, wraz z uzyskaniem kurateli matki, która po kilku latach przełamała swoją niechęć do dziecka, wszystko to utraciła.

Od tej pory świat córki był już w rękach matki, która od teraz decydowała o wszystkim. Także o jej dorosłym już życiu. Kobieta stała się niemalże matką z kart powieści Jelinek, czy Atwood, tyle że bliższą odbiorcy, bo rozpoznaną.

Matka-Polka z centra handlowego

Dziś temat zaś podjęła Natalia Fiedorczuk. Idąc niejako tropem Kuncewiczowej, zajrzała pod podszewkę.

Matka z Jak pokochać centra handlowe to kobieta, która przechodzi transformację. Narodziny dziecka są tu momentem granicznym, cezurą w jej egzystencji. Tkwi wówczas w pewnej izolacji – od świata zewnętrznego, od życia, które do tej pory wiodła, od dawnej siebie. Nie jest już panią swego losu, od teraz o jej życiu decyduje roszczeniowy nowonarodzony członek ludzkości.

Kobieta owa znajduje się w procesie stawania się matką. Staje twarzą w twarz z czymś zupełnie nowym, innym, wręcz niepojętym. Ten moment transformacyjny w istocie jest kryzysem egzystencjalnym, jak mówi sama autorka, gdyż na nowo musi zdefiniować siebie, a nawet siebie zidentyfikować, traci bowiem poczucie swej tożsamości, którą musi odbudować – to, co było „opadło jak suche listowie czy jaszczurza skóra”[3].

Ten kryzysowy moment wynika nie tylko z niegotowości do nowego jakże innego życia, ale także z niegotowości do bycia pod stałą presją wymagań, oczekiwań, z powodu zagubienia wśród ról, które musi odegrać, a które okazują się nie do pogodzenia, także z powodu niedopasowania do którejś z nich.

Nim jednak przejdzie ten proces, macierzyństwo zafunduje jej depresję, która, mimo że jest przypadłością demokratyczną, to podobno dopada tylko wyrodne matki…

I nie ma tu miejsca na róż i błękit. Wszystko zlewa się w burą breję, która zatyka! Jaki będzie finał? Różnie może być. Urodzisz, zobaczysz!

Nie taki diabeł…

Chciałaby się nieco inaczej skonstruowanego świata, ale nie dane nam! Ale może nie taki diabeł straszny, jak go malują? Te potwory może jednak nie żyją tylko po to, by zatruć swym niewinnym i bezbronnym pociechom życie, może ich jedyną misją nie jest uprzykrzanie, uniemożliwianie egzystencji ciał z ich ciał? Może wystarczy zajrzeć do głowy matki, a nie zatrzymywać się na progu jej kuchni!

Ekscytującego macierzyństwa wszystkim matkom!!!


[1] Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka, Warszawa 2016, s. 35.

[2] Halina Turkiewicz, „Cudzoziemka” jako powieść nie tylko psychologiczna, w, O twórczości Marii Kuncewiczowej, red., Lech Ludorowski, Lublin 1997.

[3] Natalia Fiedorczuk, Jak pokochać centra handlowe, Warszawa 2016, s. 15.