Dzień Książki – życie bez książek jest możliwe/ życie bez książek jest niemożliwe*

Światowy Dzień Książki

Poeta to na pewno ktoś

Słuchajcie głosu poety

Choćby ten głos

był cienki jak włos

Jak jeden włos Julietty

Jeśli się zerwie włosek ten

to nasza nudna kula

upadnie w ciemność

Czy ja wiem

albo się zbłąka w chmurach

Słyszycie Czasem wisi coś

na jednym włosku wisi

Dziś włoskiem tym poety głos

Słyszycie

Ktoś tam słyszy**

Hymnu czas

Od dziś powyższy wiersz – Włosek poety Tadeusza Różewicza – nie jest zwykłym wierszem. Jest uroczystą pieśnią pochwalną, światowym hymnem książki UNESCO, autorstwa dwóch polskich twórców, poety – Tadeusza Różewicza i kompozytora – Jana Kantego Pawluśkiewicza. Przyznam, że duma mnie rozpiera, bo że z Polski, ale też dlatego, że odkąd poznałam List do ludożerców Różewicz jest moim ulubionym poetą, stale, niezmiennie, wiecznie, i odkąd poznałam Szaloną lokomotywę, to pokochałam Pawluśkiewicza (który był współtwórcą musicalu wraz z Markiem Grechutą, w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, na motywach utworu Witkacego) również miłością bezdenną. Dlatego też wybór tych właśnie twórców na autorów hymnu książki jest mi szczególnie bliski.

Dzień Literatury

Światowy Dzień Książki to dla mnie po prostu Dzień Literatury. Bo, powiem za Ryszardem Koziołkiem, „Mam skłonność do przyznawania literaturze rangi najważniejszego składnika kultury. Nic w tym dziwnego, w moim fachu to zawodowa powinność, niczym wiara księdza. Nie wystarcza mi jednak wypełnianie misji, która łączy się z moją profesją. Jestem notorycznym poszukiwaczem dowodów, że literatura to konieczność mówiącego człowieka, który w trosce o biologiczny i społeczny byt musi ulepszać swoją mowę, czyli czytać oraz tworzyć metafory i opowieści”[1].

Dlatego dziś pozwolę sobie na refleksję na temat istoty i sensu…

Istota

Dla Koziołka, jak zauważa Łukasz Żurek, literatura jest rodzajem laboratorium, w którym przeprowadza się podczas lektury eksperymenty egzystencjalne, emocjonalne oraz polityczno-społeczne. „Dzięki niej intensyfikujemy nasze doświadczenie rzeczywistości, uprzytamniamy sobie naszą jednostkowość, przestajemy się gapić i zaczynamy zauważać życie. Jak to jednak w laboratorium bywa, czasem połączenie jednego składnika z drugim doprowadza do sytuacji niekontrolowanych, do wybuchu. […] Co ważne, zdaniem Koziołka tych ciemnych afektów pojawiających się przy lekturze nie sposób usunąć, bo wówczas nie bylibyśmy zdolni do przeżywania literatury, do przejmowania się nią i do ćwiczenia się we wspomnianych eksperymentach”[2].

Życie a egzystencja

O egzystencjalnej wadze literatury mówił też już Michał Paweł Markowski w swojej książce Życie na miarę literatury[3], która jest manifestem, wyrażeniem poglądów badacza na temat literatury, jej sensu, źródeł, celów oraz na temat życia i egzystencji. Bo autor tych dwóch pojęć nie traktuje synonimicznie. Nie tylko je różnicuje, ale i wartościuje.

Życie według Markowskiego jest bytowaniem wyznaczanym przez biologię ciała i okoliczności. Życie samo w sobie nie ma sensu. Egzystencja zaś jest „spożytkowaniem” życia, nadawaniem znaczeń[4]. Literatura jest sposobem radzenia sobie ze światem, zatem jest wyrazem egzystencji. Niczym Marksistowskie opium dla mas… Tak, dla Markowskiego literatura jest środkiem uśmierzającym, który umożliwia być w świecie. Ona to nadaje temu byciu sens. Badacz, tak jak Augustyn twierdził, że czytanie jest czynnością sensotwórczą, uważa, że życie bez literatury po prostu nie ma sensu.

O kolejnych bałwochwalców literatury nie trudno. Dla Grzegorza Jankowicza fundamentem świata jest właśnie literatura.

Myślimy o tym, co przeczytaliśmy. Wyobrażamy sobie świat, do którego zostaliśmy zaproszeni. Nadajemy mu kształt. Meblujemy go po swojemu. Przy tym cały czas poruszamy się w naszej rzeczywistości, która wygląda już jednak nieco inaczej, a przynajmniej inaczej nam się jawi. Zaszła bowiem zmiana: najpierw w nas – dzięki literaturze, a potem w świecie – za naszą sprawą.

I wtedy budzi się w nas potrzeba rozmowy. Jest to potrzeba tak silna, tak intensywnie odczuwana, że nie sposób jej zignorować. Czytanie powoduje, że chcemy rozmawiać o literaturze i o reszcie świata, przy czym resztę należy tu rozumieć dosłownie: jako coś, co zostaje, gdy odejmiemy od rzeczywistości jej istotną część, gdy usuniemy spod niej fundament, na którym się wspiera. Tak, tak, właśnie to chcę powiedzieć: fundamentem świata jest według mnie literatura[5].

Dać szansę

Zrobiło się bardzo poważnie. Śmiertelnie poważnie. Ale przecież nie o błahostkę chodzi. Chodzi o coś najcenniejszego co mamy. Chodzi o nasze życie, więc o sprawę najcięższej wagi. Co oczywiście wcale nie znaczy, że nie może być lżej. To jednak pokazuje, uświadamia, że czytanie – obcowanie z literaturą – jest czynnością mającą ogromną moc sprawczą, mającą imponujący na człowieka wpływ, oddziałującą na jego egzystencję w sposób wręcz zadziwiający, nawet jeśli jest tylko codzienną przyjemnością, bo przecież, jak twierdziła Wisława Szymborska „czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła”, oczywiście pod warunkiem, że damy literaturze, a przede wszystkim sobie szansę.

Literacka prawda

Można do sprawy podejść tak jak Julian Barnes, który, odpowiadając niejako na pytanie Sartre’a Czym jest literatura?[6], stwierdził, że literatura to „[…] najlepszy sposób mówienia prawdy; literatura to proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów. Poza tym literatura jest wieloma rzeczami, takimi jak zachwyt, zabawa, język; jest również zadziwiająco intymnym sposobem komunikowania się z ludźmi, których nigdy się nie spotka”[7].

Podczas czytania, Virginię Woolf zewnętrzny świat w ogóle nie obchodził, dla niej książka „jakby wcale nie była książką, lecz częścią […] pejzażu, jakby to, co czytam, nie zostało wydrukowane, oprawione czy zszyte, ale stanowiło wytwór drzew, pól i upału letniego dnia, jakby było powietrzem, które w pogodne poranki opływa obrysy przedmiotów”[8]. W jednym ze swych esejów wyznała:

[…] jeśli zamykam książkę, to dlatego, że nasyciłam już umysł, nie dlatego, że wyczerpałam skarbnicę[9].

Książki mogą też być, jak dla dziewczyn z bloga Niespodziegadki, „[…] ulubionym środkiem lokomocji. Te niepozorne, papierowe samolociki pozwalają nie tylko na podróże w czasie i przestrzeni, ale także na zaglądanie w głąb ludzkich umysłów i patrzenie na świat cudzymi oczami”[10].

Podsumowując, można powiedzieć, że czytać po prostu warto, bo gdy „się ktoś zaczyta, zawsze się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega, albo zaśnie – w każdym razie wygra…” jak rzekł Henryk Sienkiewicz. Ale…

Mądre czytanie

Koziołek nie ubolewa nad polskim nieczytaniem (które kolejny raz potwierdziły wyniki badań Biblioteki Narodowej za rok 2016), bo wie, że literatury po prostu nic nie zastąpi, tylko ubolewa nad brakiem wspólnoty czytania[11], ja natomiast ubolewam nad czytaniem jako takim, bo jestem entuzjastką czytania mądrego, żarliwego a nie naiwnego, po prostu jestem propagatorką bycia świadomym czytelnikiem.

„Zindywidualizowana, monadyczna i nomadyczna lektura”[12], jako nowy sposób lektury, bardzo mi odpowiada, pozwala iść swoją drogą, ale niech ta droga nie będzie przypadkowa, pozbawiona znaczeń, niech nie będzie trywialna i nic nie warta! Niech przyświeca nam tu szalona myśl Magdaleny Samozwaniec:

Dobra książka to rodzaj alkoholu – też idzie do głowy.

*Parafraza fragmentu wiersza Tadeusza Różewicza Bez z tomu Płaskorzeźba z 1991 roku.

**Tadeusz Różewicz, Włosek poety, w, Uśmiechy, Wrocław 1955.


[1] Ryszard Koziołek, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016, s. 7.

[2] Łukasz Żurek, Praktyka filologiczna. Wokół książki „Dobrze się myśli literaturą” Ryszarda Koziołka, http://kulturaliberalna.pl/2016/02/16/lukasz-zurek-recenzja-dobrze-sie-mysli-literatura-ryszard-koziolek/, dostęp 22.04.2017.

[3] Michał Paweł Markowski, Życie na miarę literatury, Kraków 2009.

[4] Jolanta Prochowicz, Literatura a sens życia, „Znak” 2010, nr 658, http://www.miesiecznik.znak.com.pl/6592010jolanta-prochowiczliteratura-a-sens-zycia/, dostęp 22.04.2017.

[5] Grzegorz Jankowicz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.

[6] Jean-Paul Sartre, Czym jest literatura? Wybór szkiców krytycznoliterackich, Warszawa 1968.

[7] Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z „The Paris Review”, Wrocław 2016, s. 48.

[8] Virginia Woolf, Eseje wybrane, Kraków 2015, s. 8.

[9] Ibidem, s. 18.

[10] Niespodziegadki, http://niespodziegadki.pl/o-nas/, dostęp 22.04.2016.

[11] Koziołek, op. cit., s. 18.

[12] Ibidem.

Garść refleksji – o sprawach okołoksiążkowych

Garść refleksji - o sprawach okołoksiążkowychDziś garść refleksji Bałwochwalicy Jednej o tym i o tamtym!

Kanon lektur, biblioteki, księgarnie, cena książki to tematy, o których ostatnio dużo się mówi. I są to zagadnienia od lat mi bliskie. Dlatego teraz, niejako sprowokowana, postanowiłam dać upust swoim myślom na ten temat.

Cena książki

Zacznę od końca. Tu wszystko zależy od punktu siedzenia i racjonalności myślenia. Można dodać, że też od zasobności sakwy i stosunku do mamony. Niestety, trudno dojść do jakiegoś konsensusu. Jeden chce jak najtaniej kupić, drugi jak najdrożej sprzedać. Czy przy tym konflikcie interesów możliwe jest porozumienie? Odrobina dobrej woli i…

Słowa te piszę z pozycji rozkroku. Bo jestem czytelnikiem, a raczej molem książkowym i zbieraczem książek, ale także w pewnym sensie twórcą. Ten rozkrok nie jest wygodną pozycją. Z jednej strony chcę wydać jak najmniej, a z drugiej zarobić jak najwięcej. Czy to musi się wykluczać? Może trochę zrozumienia wystarczy i racjonalności myślenia?

Punk widzenia czytelnika jest jasny i widoczny dla każdego. Sprawa nie jest natomiast tak wyraźna jeśli chodzi o twórców. Kto ma na uwadze proces powstawania książki? Droga od jej napisania do sprzedaży jest bardzo długa. Po drodze zaś sztab ludzi (autor, wydawca, redaktor, korektor, ilustrator, projektant, grafik, drukarz, sprzedawca itp., itd.) zaangażowanych, by trafia w końcu w ręce czytelnika… Czy więc biorąc to pod uwagę i wydając około 50 złotych na książkę, powiemy, że to dużo? Porównajmy tę cenę z cenami innych towarów. Czy jest wygórowana? Nie sądzę, że ktoś w tym momencie powie TAK. Dajmy więc żyć każdemu, podajmy sobie ręce i miejmy na uwadze, że działamy przecież we wspólnym interesie, że dbamy o wspólne dobro!

Czytelnikom, którzy książki nie tylko czytają, ale i je zbierają, czyli takim jak ja, pozostaje nieco się zreflektować, bo nikt ich/ nas nie chce okraść, i wyrobić sobie nawyk mądrego kupowania! By mania posiadania prymu nie wiodła. By dać sobie czas, przemyśleć, zanalizować i z całej masy wybrać perełkę.

Księgarnie

W związku z powyższym, przechodząc płynnie do kolejnego zagadnienia – księgarń – postuluję rozważyć możliwość wybierania tych skrupulatnie przez nas wybranych rarytasów w małych księgarniach, zwanych kameralnymi, w których często właściciel jest sprzedawcą, a każdy sprzedawca najczęściej znawcą. Wydawanie pieniędzy na owe perełki, na coś czego naprawdę pożądamy, w takim miejscu, w takich okolicznościach przyrody jest czystą przyjemnością. Stanowi ucztę dla ducha i też dla ciała, bo zapewnia niektórym chleb.

Biblioteki

Dużo mówi się też o bibliotekach, niestety w kontekście ich likwidacji. Kwestia zasobów bibliotecznych też jest pretekstem do głoszenia opinii, iż biblioteka nie ma racji bytu.

Zżymam się zawsze, gdy słyszę jak ktoś narzeka, że nie ma w bibliotece nowości (jeśli już są, to w śladowych ilościach). Jakim sposobem, jakim cudem mają być? Nowości dziś są takie, jutro inne… Nie ma możliwości, by którąś bibliotekę było stać finansowo i powierzchniowo, choćby w niewielkim nawet stopniu, na dotrzymanie kroku zalewowi wydawniczemu!!! Musi wybierać z całej masy i mieć na uwadze, że masy tej z każdym dniem tylko przybywa. Mało tego, masy w większości wątpliwej wartości, o której jutro już nikt nie będzie pamiętał.

Nowości są w księgarniach, w bibliotekach zaś teksty, które przetrwały próbę czasu i są często już nie do nabycia. Wydawnictwa zajmują się zwykle wydawaniem tego, co jeszcze nie ujrzało światła dziennego, nie wznawiają wielu dzieł, które dziś możemy znaleźć albo w antykwariacie, albo na regale u wujka czy dziadka, albo w bibliotece właśnie. A że stare, że zniszczone, to co? Najważniejsze, że są i że możemy z nich skorzystać. Czy robienie miejsca na bibliotecznej półce na nowości o wartości w najlepszym wypadku chwilowej nie przeczy istocie biblioteki?

Kanon lektur

I jeszcze jedno. Ważne, jeśli nie najważniejsze – kanon lektur czyli podstawa programowa! Nie chodzi mi tu o to jaka będzie, ani o to jaka jest, ale o zastanowienie się czym w ogóle być powinna… Do refleksji tej nie skłoniło mnie ostatnie zamieszanie w związku z reformą oświaty, ale zasłyszana opinia, według której winę za niski poziom czytelnictwa w Polsce ponoszą listy lektur z podstawy programowej (nie tej czy tamtej, ogólnie), to, że zamiast „fajnych” pozycji, po które uczniowie z chęcią by sięgali, jest niezrozumiała klasyka literatury polskiej z elementami klasyki literatury powszechnej, bo rolą szkoły nie może być zadręczanie i zniechęcanie kolejnych pokoleń do książek, tylko ukazanie przyjemności z czytania. Hm…

Sprawa nie wydaje mi się aż tak prosta! Ryszard Koziołek jest zdania, że nie w kanonie leży „przyczyna rozczarowania rolą szkoły w kreowaniu społeczeństwa czytelników”, tylko w marginalizowaniu czytania literatury – tego czasochłonnego procesu. „Uniwersytet skoncentrował się na produkcji wiedzy o literaturze i nowych narzędzi teoretycznych. A szkoła skupia się więc na pragmatycznej funkcji przygotowania do egzaminu. W efekcie czytanie jawi się jako luksus dla emerytów i bezrobotnych”[1].

Celem lekcji języka polskiego jest znajomość polskiej tradycji literackiej z elementami europejskiej i kontekstów kulturowych! Oprócz tego, oczywiście też, bez dwóch zdań, wyrabianie gustów, poczucia smaku estetycznego i właśnie nawyku czytania, zaszczepianie miłości do literatury.

To jednak, nawet zdaniem Koziołka, który jest entuzjastą nie tylko literatury popularnej, ale i  „zindywidualizowanego, monadycznego i nomadycznego”[2] czytania, odbywać się musi na pewnej podstawie, czyli na podstawie pewnego zestawu tekstów klasycznych, uznanych za wzór, zestawu tekstów kultury podstawowych dla danego kręgu kulturowego, czyli dzieł tak zwanego kanonu, a nie na podstawie tekstów popularnych. 

I na straży tego, wydaje mi się, musi stać szkoła. To wydaje mi się jej misją. I tego chyba nie może zmienić żadna reforma oświaty, to chyba musi uwzględniać każda podstawa programowa, każdy nauczyciel, od którego najwięcej zależy (poza rodzicami), od jego predyspozycji, umiejętności, od tego jaką metodę sobie wybierze, jak bardzo się zaangażuje, ile z siebie da, by cele w zakresie wiedzy, umiejętności, postaw osiągnąć…

Tyle, choć długo by można jeszcze mówić…


[1] Ryszard Koziołek, Milena Rachid Chehab, Do czego służy kanon lektur szkolnych, „Gazeta Wyborcza”, opublikowano 05.12.2014, http://wyborcza.pl/1,75410,16145447,Do_czego_sluzy_kanon_lektur_szkolnych.html, dostęp 14,04.2017.

[2] Ibidem.

Dzień Kobiet – świat wielkich kobiet

Dzień Kobiet

Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!

Postaci twojej zazdroszczą anieli,

A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!…*

– inaczej chyba nie można zacząć noty z okazji Dnia Kobiet na blogu poświęconemu głównie literaturze niż tym znanym każdemu cytatem ze monologu Gustawa z dramatu wieszcza. Z drugiej zaś strony z takiej okazji na blogu takim, jakim jest Bałwochwalnia można by ugryźć temat z nieco innej, nieco poważniejszej strony. I taki był plan, jednak podczas robienia notatek, okazało się, że to plan niemożliwy do realizacji w jednej nawet przydługiej nocie.

Istotność

Dzień Kobiet jest okazją do uśmiechów, całusów, dobrych słów, prezentów, kwiatów, zapachów, ale w gruncie rzeczy wiąże się z zagadnieniami istotniejszymi, bo podstawowymi dla ludzkiej egzystencji. Każe cofnąć się w czasie, by myśleć o dziś i o jutrze. A to przecież kwestie nie na kilka akapitów. Dlatego planuję powrócić do tego w serii not sprawie tej poświęconych.

A dziś proponuję małe subiektywne zestawienie nazwisk kobiet z kilku dziedzin sztuki, które dokonują rzeczy niemałych w świecie kultury.

Pisarki

Na początek świat literacki. Dziś piszących kobiet jest wiele. I o ile nie miałam problemu z wybraniem tych dla mnie ważnych spośród tworzących literaturę powszechną, to z wyborem tych tworzących literaturę rodzimą doszłam do ściany. Założyłam, że w zestawieniu będą tylko autorki żyjące, a z każdym nazwiskiem, które znajduje się na liście tych, które cenię, okazywało się, że istnieją już po drugiej stronie… I niestety, jak widać poniżej, nie przeskoczyłam przeszkody, która się pojawiła – tylko jedna współczesna współtwórczyni literatury polskiej znalazła się w tym zebranym z okazji Dnia Kobiet towarzystwie…

  1. Eleanor Catton – lektura powieści Wszystko, co lśni tej nowozelandzkiej autorki przekonała mnie, że i dziś opowieść z krwi i kości ma rację bytu. 
  2. Elena Ferrante – nie ma jej, a jakby była… (na zdjęciu poniżej według ustaleń śledczych 😉 Anita Raja ukrywająca się pod pseudonimem Elena Ferrante).
  3. Lauren Groff.
  4. Nino Haratischwili.
  5. Elfriede Jelinek – kto raz zetknął się z pisarstwem tej austriackiej autorki, ten chyba już nigdy go nie zapomni, nawet gdyby chciał; po Pianistce już nic nie było u mnie takiej jak dawniej. 
  6. Toni Morrison.
  7. Herta Müller – twórczość tej niemieckiej autorki nie jest łatwa ani pod względem treści, ani pod względem formy, mimo to zdania z powieści Sercątko – surowe i poetyckie zarazem – nie opuszczają mnie.
  8. Vedrana Rudan – ta chorwacka autorka, z ogromnym poczuciem humoru, porusza tematy mało zabawne, już sam tytuł powieści Oby cię matka urodziła brzmi niezbyt ciepło.
  9. Zadie Smith.
  10. Elizabeth Strout.
  11. Zeruya Shalev.
  12. Donna Tartt – jestem pod urokiem tej autorki, a na taką opowieść jak Tajemna historia długo, choć nie do końca świadomie, czekałam.
  13. Olga Tokarczuk.
  14. Hanya Yanagihara.

Dzień Kobiet - pisarki

Reżyserki

Czas na świat filmowy. Tu miałam największy problem, bo wśród reżyserów w ogóle reżyserek nie ma zbyt wiele, ale te, które są, tworzą kino na najwyższym poziomie. I Polki mają tu swój osobny i doniosły głos.

  1. Andrea Arnold.
  2. Susanne Bier.
  3. Kathryn Bigelow.
  4. Jane Campion – autorka takich, niezapomnianych dla mnie, filmów jak Fortepian, Portret damy czy Tatuaż.
  5. Sofia Coppola – autorka kultowego już filmu Przekleństwa niewinności, który odkryłam dopiero za trzecim razem 😉 .
  6. Agnieszka Holland – autorka dla mnie filmów bezcennych, takich jak Całkowite zaćmienie czy Kopia Mistrza.
  7. Lone Scherfig.
  8. Małgorzata Szumowska – autorka, której każdy kolejny film odnosi coraz większy sukces, a na mojej psychice i tak największy ślad pozostawił jeden z jej pierwszych obrazów – 33 sceny z życia.
Dzień Kobiet - reżyserki
Piosenkarki

Na koniec świat muzyki. Tu było w czym wybierać. Wprawdzie ostatecznie zostało tylko osiem nazwisk, ale w pierwszej wersji niniejszej listy było ich ze trzy razy więcej. Hm… bark jednak Polek… Załóżmy, że jakoś mi to uleciało 😉 !

  1. Anna Calvi.
  2. Florence Welch.
  3. Imogen Heap.
  4. Lana Del Rey.
  5. Marianne Faithfull.
  6. Patti Smith.
  7. PJ Harvey.
  8. Sóley.

Dzień Kobiet - piosenkarki

A wszystkie te kobiety nie dość, że utalentowane, to jedyne w swoim rodzaju i jakże piękne…

Pań zdrowie!

*Adam Mickiewicz, Dziady, cz. IV, Warszawa 1974.

Walentynki – korespondencyjnie*

Czas najwyższy na walentynkowe propozycje Bałwochwalicy Jednej!!!

Wkrótce dzień św. Walentego, zwany powszechnie Walentynkami bądź Dniem Zakochanych. Pasuje to święto do mnie jak przysłowiowa pięść do nosa, ale każda okazja jest dobra do okazania życzliwości drugiemu. Niech więc choć tego jednego dnia człowiek nie będzie człowiekowi wilkiem.

W Bałwochwalni postanowiłam też wyjść dacie naprzeciw! Tytuł notatki sugeruje, że będą to propozycje. Tak, będą propozycje, ale nie będzie to lista książek o miłości, bo szukając w pamięci czegoś à propos tylko powieści Jane Austen ewentualnie odpowiadałyby okolicznościom. Inne tytuły, które przychodzą mi do głowy, owszem są à propos, ale mogą raczej pobudzić do gestów dramatycznych. Podobnie ma się sprawa z filmem. Dzieła X muzy, które mogłabym ewentualnie na walentynkowej liście umieścić raczej nie dałyby nikomu radości i szczęścia, jednie mogłyby wprowadzić zamęt i wywołać wątpliwości 😉 . Dlatego lepiej, bym się przed tym powstrzymała.

Inne walentynkowe propozycje

Może już doczytała(e)ś się, że jestem osobą ceniącą sobie nad wyraz sztukę epistolarną… Wymierającą niestety, jeśli już nie wymarłą. Niestety, ja też listy piszę już bardzo rzadko, bo odpowiedzi przychodzą w innej formie – z duchem czasu, gdyż wszyscy jesteśmy już na szybką reakcję nastawieni, no a wymiana listów wymaga przecież czasu. Kto dziś tyle by czekał? Nie mogłam jednak tej praktyki zarzucić całkowicie, musiałam ją jakoś przemycić do teraźniejszości i kartki świąteczne, urodzinowe i wszelkiego innego rodzaju kartki wysyłam w ilościach hurtowych niemalże. By nadać temu odpowiedni sznyt wypisuję je piórem. No, nie gęsim i bez kałamarza, nieco bardziej współczesnym, ale też pięknym – o wartości ogromnej. Nie w sensie materialnym oczywiście, ale sentymentalnym! I w niniejszej nocie Walentynkowe idę tym właśnie tropem!

Sztuka epistolarna

Proponuję więc list!!! Będzie romantycznie, staroświecko i dziś jakże odmiennie. Mam nadzieję, że zdołam Cię pobudzić i zainspirować. Byś poczuł(a) moc i wyobraźnia Twoja pokonała wszelkie granice 😉 . I by Cię może poniosło…, a spod Twego pióra wyszły zdania, których nie powstydziliby się najwięksi epistolografowie, bo płynących z najgłębszych zakamarków Twojej duszy! Albo choć, jeśli będzie brakować Ci słów, byś wzią(ę)ł(a) przykład z Mr. Biga[1] i wyraził(a) za pomocą cudzych słów to, co sam(a) czujesz. Albo… byś choć poczuł(a) chęć do lektury jakiegoś zbioru listów[2]. Albo… Sam(a) coś wymyśl. Mam nadzieję, że poniższe akapity uwolnią Twoją kreatywność.

Nieco historii

Listy zawsze zyskiwały jako utwory artystyczne, wchodząc na stałe do dziejów literatury pięknej. Każda literatura narodowa ma swoich klasyków epistolografii. Autorami słynnych listów w literaturze francuskiej byli między innymi Rabelais, Racine, Pascal, Rousseau, Diderot, Wolter, Sand, Flaubert, Gide. W angielskiej Locke, Swift, Stern, Scott, Byron. W niemieckiej Lessing, Winckelmann, Goethe, Schiller, Mann, Kafka. W rosyjskiej Turgieniew, Dostojewski, Czechow, Majakowski. W polskiej Jan III Sobieski, Stanisław August, Krasicki, Naruszewicz, Trembecki, Słowacki, Krasiński, Żmichowska, Brzozowski, Iwaszkiewicz, Poświatowska. Można by wymieniać bez końca…

Przyznasz, że imponująco przedstawia się ta lista!?

Witkacowskie listopisanie

Jednym z moich ulubieńców wśród epistolografów jest Stanisław Ignacy Witkiewicz. Jest on autorem kilku tysięcy listów, mimo to nigdy za epistolografa w sensie literackim się nie uważał. Pisanie listów było jednak istotnym elementem jego egzystencji. Korespondencja była dla niego swego rodzaju rozmową istotną z innymi i była mu niezbędna, „[…] była dla niego […] znakiem istnienia, wyrazem potrzeby kontaktu z bliskimi – nic więcej”[3]. Tak więc była to działalność czysto pragmatyczna. I myśl, że owa korespondencja, prywatna, tak bardzo przecież intymna, mogłaby wpaść w obce ręce, a nie tylko poszczególny adresatów, przerażała twórcę.

Listy Witkacego pisane są językiem mówionym, dosadnym, emocjonalnym, z kolokwializmami, wulgaryzmami. Ton ironiczny mieszał z poważnym, żart z wyznaniem. Autor bawił się w swym listopisaniu słowem, językiem, także jego formalnymi elementami. Przekształcał ceremonialne formułki, powitania i zakończenia, konwencjonalne zwroty. Bywało, że stylizował swe listy na antyczne, apostolskie czy urzędowe. Adresatów obdarzał przeróżnymi przydomkami, sam też rozmaicie się podpisywał, nadając sobie tytuły, przezwiska, często autoironicznie, adekwatne do jego stanu psychicznego i duchowego. Wszystko to było elementem zabawy i eksperymentu.

Te listy nie są wyrafinowaną sztuką. Jednak poza istotnymi walorami faktograficznymi i dokumentacyjnymi korespondencja ta wyróżnia się i jest na tle polskiej tradycji epistolograficznej czymś osobnym.

Witkacy jest też autorem ogromnej ilości listów miłosnych[4]! Choć należy podkreślić, że  w tym przypadku określenie to brzmi dość osobliwie, gdyż te Witacowskie listy miłosne znacznie odbiegają od powszechnego wyobrażenia na temat tego rodzaju korespondencji!

Miłosne listy twórcy awangardowego

Listy autora Szewców do żony stanowią wielowątkową powieść epistolarną o charakterze autobiograficznym, są jednocześnie intymnym dziennikiem, zawierającym obraz życia artysty od chwili poznania Jadwigi do śmierci. Są też fascynującym romansem literackim i osobistą powieścią psychologiczną. Korespondencja ta, to też dokument psychologiczny. Adresatka jest tu zaufanym spowiednikiem, oddanym i tolerancyjnym przyjacielem, któremu można zwierzyć się z najwstydliwszych myśli.

Listy te były przeznaczone wyłącznie dla niej. Autor prosił o ich spalenie. Na szczęście dla nas Jadwiga tego nie uczyniła…

Tematy Witkacowskich listów do żony są rozmaite. To nie tylko wyznania, zwierzenia, ale z uwagi na myśl przewodnią noty, poprzestanę na tym właśnie aspekcie tej korespondencji.

Już na samym początku autor Pożegnania jesieni pisał do swej narzeczonej:

Bądź łaskawa zrobić to, co miałaś zamiar, tj. uważać się za moją narzeczoną i dążyć do popełnienia tego potwornego (wprost) szaleństwa: wyjścia za mnie za mąż między 20 a 25 IV. Ja ze swojej strony zrobię wszystko, aby Ci życie urozmaicić. (s. 13)

Coraz więcej widzę, że Ty właśnie jesteś moim najistotniejszym przeznaczeniem. Kiedy będziesz moją żoną (o Boże, Boże!!), mam nadzieję, że się trochę (tylko trochę) uspokoję i będę mógł jeszcze wydobyć z siebie trochę rzeczy istotnych […]. (s. 17)

Witkacy stale zapewniał wybrankę o swych uczuciach i wciąż obiecywał, że nigdy jej nie zostawi. Prosił, gdy byli z dala od siebie, by osamotniona się nie czuła, bo jego duch jest zawsze przy niej:

Ja Cię przecież ani na chwilę nie chciałem opuścić, tylko muszę dążyć do tego, aby nie zwariować, bo wtedy to już nic ze mnie nie będzie. (s. 181)

Przekonywał, że dla niej jest „”zrezygnowany” na wszystko” (s. 15) i dodawał:

Wiedz na pewno, że jestem do Ciebie piekielnie przywiązany i że zerwanie z Twojej strony byłoby dla mnie katastrofą. (s. 7)

Nietypowym wyznaniom nie było końca:

Podkochuję się w Tobie powoli, ale za to systematycznie. Jest metoda w tym obłędzie. (s. 18)

Między innymi zajęciami kocham Cię. (s. 36)

Muszę Ci oświadczyć oficjalnie, że Cię b. kocham […]. (s. 8)

A jednak Ciebie jedną kocham i od tego nie odstąpię. (s. 160)

I dalej:

[…] tłum na ulicy i ja mizdrzący się do b. ładnej nieznanej kobiety. Czemu nie byłaś w tłumie. (s. 196)

B. mi bez Ciebie źle. Zajrzałem do pustego pokoju i mało się nie rozpłakałem. (s. 197)

Wyznania miłości przeplatały się z wyrazami tęsknoty i cierpienia, bo kochał i rozpaczał, że żona jest tak daleko:

Możesz wierzyć czy [nie] – wierzyć – jest mi to obojętne. [Bardzo] mi smutno bez Ciebie. (s. 54)

B. tęsknię za Tobą i b. mi jest źle. Czyż wszyscy tak ciągle cierpią jak ja. Zaczyna to być zupełnie nudne. (s. 225)

Gdy pojawił się problemy w małżeństwie, pragnął jak najszybszego ich rozwiązania, by mogli być razem, bo tylko we wspólnym życiu, jak twierdził, mógł znaleźć oparcie duchowe:

[…] od b. dawna już nie kochałem Ciebie tak b. jak obecnie. (s. 199)

Musimy załatwić tę sprawę, bo inaczej będzie źle. Z Tobą jestem dużo pewniejszy życiowo i duchowo. (s. 201)

Potwornie Cię wprost kocham i tęsknię za Tobą. Nie masz pojęcia, jakie parszywe jest moje życie bez Ciebie. Tylko w związku z Tobą można wytrzymać tę pospolitość i marność egzystencji. (s. 203)

Nic nie mogę napisać prócz tego, że Cię kocham b. (s. 208)

I można tak cytować bez końca…

Listy Witkacego do żony są „olśniewającymi konceptami”[5], stanowią istotną rozmowę dwóch osób, które pragnęły żyć ze sobą, a którym trudno było pragnienie to ziścić. Korespondencja ta stała się dialogiem niezwykłych osobowości. Przybiera formę nieprawdopodobnej opowieści w wymiarze duchowej egzystencji dwójki bohaterów, których życie rozgrywa się na jej kartach.

Niestety, w przypadku tej korespondencji brakuje odpowiedzi adresatki. Nie przetrwały. Musimy więc zadowolić się jedną stroną dialogu, to jednak wystarczy, by uczta była entej klasy!

Teraz wszystko w Twoich rękach – piłeczka jest po Twojej stronie 😉 . Mam nadzieję, że natchnęłam Cię do działań osobliwych w XXI wieku. Albo, że choć zaciekawiłam…

Ekscytujących Walentynek!!!

*Zasadnicza część niniejszego tekstu jest oparta na publikacji Dominiki Spietelun 😉 – Witkacowskie muzy. Kobiety w egzystencji i dziele artysty, Kraków 2013.


[1] Seks w wielkim mieście, reż. Michael Patrick King, USA, 2008.

[2] Na przykład, Listy Miłosne Sławnych Ludzi, oprac. Bertold Merwin, Lwów-Poznań, 1922, Listy na wyczerpanym papierze, Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora, Warszawa 2010, Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy, Kornel Filipowicz, Wisława Szymborska, Kraków 2016.

[3] Anna Micińska, Autoportret „Alcoforado”. O korespondencji Stanisława Ignacego Witkiewicza, w, Istnienie Poszczególne: Stanisław Ignacy Witkiewicz, oprac. Janusz Degler, Wrocław 2003, s. 269.

[4] Stanisław Ignacy Witkiewicz, Listy do żony, tom 1-4, Warszawa 2005-2012. Z tomu pierwszego pochodzą dalsze cytaty. Numery stron podano bezpośrednio po cytowanym fragmencie.

[5] Tomasz Bocheński, Idealne małżeństwo, w, Witkacy i reszta świata, Łódź 2010, s. 79.

Jane Austen 2017

Jane Austen
Jane Austen, 1873*

Rok 2017 – czas Jane Austen!!!

Mija bowiem dwieście lat od śmierci autorki Emmy

Jane Austen jest nie tylko powszechnie uznana, ale i powszechnie czytana. Ale… Są jednak też i tacy, do których wykreowana przez pisarkę rzeczywistość nie przemawia. W przypadku tej twórczości przekonanych przekonywać nie trzeba, a nieprzekonanych przekonać się nie da. Ale można próbować… Entuzjaści nie wyobrażają sobie swej egzystencji tu i teraz bez świata Austen, pozostali zaś – mówiąc eufemistycznie sceptycy – zżymają się, twierdząc, że nie ma tu nad czym się pochylać.

Jane Austen tylko w złych bibliotekach!?

Dobrą bibliotekę poznaje się ponoć po tym, że nie ma w niej ani jednej książki Jane Austen, choćby miało to oznaczać, że nie ma w niej ani jednej książki[1]. Hm… U mnie na regale stoi komplet, więc moja biblioteka nie jest dobra 😉 . A że jestem zbieraczem, to bym nie pogardziła też nowy wydaniem tych powieści, które proponuje jedno z wydawnictw z okazji dwustu lat pisarki. Czy u Ciebie na półce również widnieje Austen? Jeśli tak, to nie martw się, Virginia Woolf zapewne też miała swoje osobiste egzemplarze, które stale wertowała i analizowała[2]. Należmy zatem do zacnego grona posiadaczy złej biblioteki 😉 .

Ja zżymam się 😉 na wspomnianych sceptyków! I ośmielę się przypuszczać, że po prostu brak tu ich dobrej woli. Bo odrobina chęci, przełamanie dumy i pokonanie uprzedzeń oraz rozważne, ale i romantyczne podejście pozwoli dostrzec wartości, które cenione są u największych twórców.

Istota człowieczeństwa

W tej twórczości odnajdziemy definicję ludzkiej egzystencji. Nie tylko w tych najsłynniejszych powieściach Austen, ale też tych mniej poczytnych. Owszem, jakby w nieco przykurzonych dekoracjach, którym jednak wystarczy otwarcie okna, by powiew świeżego powietrza pozwolił dostrzec to, co niezmienne w czasie i przestrzeni.

Jeśli jesteś już entuzjast(k)ą tego „bawialnianego” pisarstwa, to zachęcam do ponownej lektury – przyjemność i tak gwarantowana. Jeśli jednak nie dała(e)ś się do tej pory porwać tej narracji, nie dała(e)ś się uwieść przez ten bogaty w subtelności i detale świat, to zrób mi tę przysługę i daj szansę! Sobie przede wszystkim!

*Na podstawie rysunku siostry Jane – Cassandry – University of Texas Libraries Duyckinick, Evert A. Portrait Gallery of Eminent Men and Women in Europe and America. New York: Johnson, Wilson & Company, 1873, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=183628, dostęp 12.01.2017.


[1] Emily Auerbach,„A Barkeeper Entering the Kingdom of Heaven”: Did Mark Twain Really Hate Jane Austen?, opublikowano 12.12.2003, http://www.vqronline.org/essay/barkeeper-entering-kingdom-heaven-did-mark-twain-really-hate-jane-austen, dostęp 12.01.2017.

[2] Virginia Woolf, Własny pokój, w, Własny pokój. Trzy gwinee, Warszawa 2002.