Dzień Dziecka – enfant terrible

Dzień Dziecka

Dzień Dziecka

Dzieci!!! Przekleństwo czy błogosławieństwo? Hamlet mogłyby zapytać…

Zakładając, że człowiek nigdy nie przestaje być dzieckiem, ani wtedy, kiedy skończy osiemnaście lat, ani wtedy, kiedy rodzice umierają, bowiem dzieckiem pozostaje zawsze, będąc stale, niezmiennie potomkiem mitologicznej Gai i biblijnej Ewy, to gdy myślę o dzieciach małych – pucułowatych ufnych buziach – błogosławieństwo, gdy zaś o dużych – aroganckich, wyrachowanych, pozbawionych empatii, szacunku – przekleństwo. Zgodnie z porzekadłem – małe dzieci mały kłopot, duże dzieci duży kłopot (choć są wyjątki oczywiście – ja na przykład 😉 )

I choć dziecko uosabia niewinność i naiwność, przymioty ducha ludzkiego najpiękniejsze, bo nieskażone, czyste i delikatne, sytuujące go na wyżynach boskiego porządku, to istny demon, niosący pochodnie zniszczenia.

No, na przykład ten zbrodniarz Edyp… – zabija ojca, a matkę doprowadza do gestu ostatecznego, albo butny Ikar – za nic ma przestrogi ojca i rzuca się „po swoje”, albo mściwy Orestes – zadający śmiertelny cios matce i jej mężowi, albo współwinna temu Elektra, albo zakochana Medea – sprzeciwiająca się woli ojca, albo zbuntowana Antygona – za nic mająca porządek prawny.

A rozrzutny syn marnotrawny, który przysporzył ojcu tyle zmartwień? A ponury Kain, który zabija swego brata? Dalej mam wymieniać?

Proszę bardzo! Opuszczając mitologiczne i biblijne światy, to chociażby wspomniany książę duński!!! Dorosły mężczyzna, wykształcony, obdarzony analitycznym umysłem, a same z nim problemy. A okrutna Balladyna, która zabija swą siostrę, a matkę zamyka w wieży? A przemądrzały furiat Artur – za nic mający wyzwolonych rodziców, których obarcza odpowiedzialnością za upadek wszelkich norm moralnych?

No i jeszcze ci wszyscy pisarze, poeci – córki i synowie przeklęci!!! Bałamucą i na manowce sprowadzają swoimi dziełkami porządnych obywateli świata tego, którzy chcieliby żyć w błogim spokoju i z myślą niezmąconą. A zapowiadali się tak dobrze! Któż by przypuszczał, że z tych słodkich małych ludzi wyrosną potwory, których celem i sensem życia stanie się, zatruwanie go innym?

Dość o tych istotach okropnych, które mogą tkwić w słodkich aniołkach, nigdy nie winnych, przez które rodzic powieki zmrużyć nie może! Istot, które przecież światem całym i przyszłością.

Enfant terrible – sól ziemi!

Ekscytującego dzieciństwa!!!

Dzień Matki – nie taki diabeł straszny

Życie drugiego człowieka najpierw przyczepia się do ciebie w brzuchu, a kiedy już wyjdzie na zewnątrz, zniewala cię, trzyma na smyczy, przestajesz być panią samej siebie.

– Elena Ferrante Historia ucieczki

Ale potem pojawiła się Marta. Zaatakowała moje ciało i zmusiła do niekontrolowanej przemiany. Od pierwszej chwili objawiła się nie jako Marta, ale jako żywy kawałek żelaza w moim brzuchu. Mój organizm zamienił się w krwistą ciecz z doczepioną mulistą breją, wewnątrz której rozwijał się agresywny polip, jakże odległy jakiegokolwiek człowieczeństwa, i choć sam karmił się i rozrastał, mnie sprowadził do pozbawionej życia zgnilizny.

– Elena Ferrante Córka

Dzień Matki

O Matki Wszechobecne i Wszechmocne! Despotyczne! Pozbawione wyczucia i empatii! Dlaczego jesteście tak okrutne dla swych córek?

A może to córki są tak bezlitosne wobec swych matek? Walczą z nimi zaciekle, na śmierć i życie, nie dając im szansy na słowo wyjaśnienia, usprawiedliwienia. Nie pozwalają dojść im do głosu.

Spadkobierczynie

Matka nie jest postacią z krwi i kości. Jej profil dostojny zbudowany jest na solidnym fundamencie – stereotypach i kalkach myślowych. W jej żyłach płynie krew Demeter, Niobe, Jokasty, Gai, Ewy, Maryi. Trwa wytrwale na straży, piękna i szczęśliwa, niczym kamikaze gotowa na wszystko. Jest bowiem tą, która daje, od której się bierze, wymaga, żąda, która musi sprostać, która się poświęca. Jej byt na tym ludzkim padole to trud i znój, znój i trud.

Matka – potwór

Literatura jednak bywa dla matek mało łaskawa… Nie szczędzi ich Elfriede Jelinek (Pianistka), Margaret Atwood) (Pani wyrocznia), Majgull Axelsson (Pępowina), Elizabeth Strout (Mam na imię Lucy), Toni Morrison (Skóra), Vedrana Rudan (Oby cię matka urodziła), Elena Ferrante (cykl Genialna przyjaciółka) czy Agneta Pleijel (Wróżba).

Matka, będąc figurą najistotniejszą w życiu każdego człowieka, bo „ustawia” go na całe życie, okazuje się tu siłą sprawczą, kreatorką świata cudzego, która definiuje jego życie na całe życie. W chwili rozdzielenia ciał, podejmuje życiową decyzję, która będzie jej kulą u nogi, wyrokiem śmierci, decyzją, przez którą znienawidzi swą latorośl nienawiścią najczystszą.

Decyduje się na heroiczny czyn – być już tylko samą miłością, dozgonną, niewyobrażalnych rozmiarów. Będzie sługą wiernym do ostatniego swego tchnienia, który od tej chwili nie będzie żył już swoim życiem, tylko życiem dzieciny swej. Nie pozwoli, by pępowina kiedykolwiek została przerwana. Będzie jej strażniczką. Będzie pieczołowicie dbała, by układ krążenia już na zawsze jeden pozostał. Nie pozwoli wymknąć się pierworodnemu, by uległ zatraceniu.

Postanawiała, że jej ukochane dziecko będzie najwspanialsze i będzie żyło najwspanialszym życiem. Już ona o to zadba! Bo wie, co dla niego jest najlepsze. Zostało jej to objawione. W swych działaniach będzie nieugięta, nie pozwali sobie na chwilę nieuwagi, będzie cierpliwa, wytrwała, skrupulatna, stale na straży. Co może przynieść tylko piorunujący efekt.

Uzależnia, mentalnie i duchowo, dostarcza i odcina tlen, wszystko dawkuje w odpowiednich ilościach, miłość i środki przeczyszczające, ogranicza dostęp do zewnętrzności, by nic nie nęciło. Każda zaś niesubordynacja może być pretekstem do awantury. Dochodzi wówczas nawet do rękoczynów, słów ostatecznych, histerii, lamentu, płaczu, oskarżeń, niekończących się pretensji.

Matki tu to potwory, które żyją tylko po to, by zatruć swym niewinnym i bezbronnym pociechom życie. Ich misją jedyną jest uprzykrzać, uniemożliwiać egzystencję ciał, z ich ciał.

Matka – człowiek

Ale, ale… Wystarczy przyjąć nieco inną perspektywę, a czarno-biała rzeczywistość zacznie mienić się feerią szarości!

Maria Kuncewiczowa niespełna sto lat temu, w jednej z najwybitniejszych powieści dwudziestolecia międzywojennego i w ogóle w jednym z ciekawszych dzieł literatury polskiej, uznawanego za arcydzieło prozy psychologicznej, pokazała matkę z nieco innej strony – weszła w jej świat, zagłębiła się w jej wnętrze, po to, by odsłonić prawdę o niej.

Matka ułaskawiona

Cudzoziemka – połączenie retrospekcji, wspomnień z rzeczywistością – jest bowiem swoistym studium psychologicznym niespełnionej matki właśnie, której życie rozminęło się z jej wyobrażeniami.

Nadwrażliwa, skryta, nierozumiana i nieszczęśliwa żona i matka dwójki dorosłych dzieci jest zgorzkniała, oschła, wyniosła, gniewna i złośliwa. Najbardziej okrutna, bezwzględna i despotyczna zaś wydaje się wobec swych najbliższych. Słowem, potwór.

Jednak Kuncewiczowa na tym nie poprzestaje. Jak na powieść psychologiczną przystało autorka poddaje psychikę swej bohaterki głębokiej analizie, wskazuje psychologiczne uwarunkowania jej działań, wyborów, decyzji, odsłania mechanizmy funkcjonowania jej psychiki i odpowiada na pytanie dlaczego. Pisarka nie pomija tu niczego, dzięki czemu mamy możliwość wielowymiarowego poznania złożonej matczynej psychiki i zrozumienia. I ułaskawienia!

To, co zaoferowało kobiecie życie przyniosło jej jedynie ogromny ból i cierpienie. Czuła się więc nieprzystosowana, wyobcowana, słowem, cudzoziemka. Uciekała od teraźniejszości w przeszłość, która tyle jej obiecywała. Pragnęła bowiem zupełnie innego życia – wielkiej jedynej prawdziwej miłości, kariery śpiewaczki, życia artystki. Niestety, zaznała jedynie rozczarowania.

Życie stało się udręką. Nie potrafiła zaakceptować swej egzystencji. Wypełniała ją nienawiść i chęć odwetu, czemu dała niejako symboliczny wyraz – nosząc jedynie czarne suknie i zmieniając imię.

Dwa imiona – dwa życia: pierwsze krótkie i prawdziwe; drugie – wymyślone, długie, nadto długie… Pierwsze – kwiat, miłość i nieszczęście. Drugie: szacunek ludzki, honor, powolna śmierć duszy.[1]

Postać Róży – to bardzo udany w literaturze polskiej przykład rozdwojenia jaźni. Dwa jej oblicza symbolizują dwa imiona. Żeby pokazać miotające bohaterką sprzeczności, został jakby wprowadzony sobowtór, któremu na imię Ewelina. Imię Róża – to symbol życia pełnym tego słowa znaczeniu, to znak wywoławczy dla innych symboli: Taganrog, Michał, a więc dzieciństwo, młodość, wiosna, miłość itp. Imię Ewelina, nadane przez zrzędzącą ciotkę, używane przez niekochanego męża Adama – to symbol sztuczności, śmierci niemal. Skłonna do samoanalizy bohaterka doskonale zdaje sobie sprawę z tej dwoistości.[2]

Odwracając się od innych i od świata, kobieta postanowiła zemścić się na rodzaju ludzkim. Wyszła za mąż, czyniąc to niejako na złość wszystkim i wszystkiemu. Szybko porodziła dwóch synów. Poczętą córkę uznała za dziecko niechciane i odrzuciła je zaraz po narodzinach. Dzięki temu dane było dziewczynce zaznawać wolności i beztroskiej radości przez kilka pierwszych lat życia. Później, wraz z uzyskaniem kurateli matki, która po kilku latach przełamała swoją niechęć do dziecka, wszystko to utraciła.

Od tej pory świat córki był już w rękach matki, która od teraz decydowała o wszystkim. Także o jej dorosłym już życiu. Kobieta stała się niemalże matką z kart powieści Jelinek, czy Atwood, tyle że bliższą odbiorcy, bo rozpoznaną.

Matka-Polka z centra handlowego

Dziś temat zaś podjęła Natalia Fiedorczuk. Idąc niejako tropem Kuncewiczowej, zajrzała pod podszewkę.

Matka z Jak pokochać centra handlowe to kobieta, która przechodzi transformację. Narodziny dziecka są tu momentem granicznym, cezurą w jej egzystencji. Tkwi wówczas w pewnej izolacji – od świata zewnętrznego, od życia, które do tej pory wiodła, od dawnej siebie. Nie jest już panią swego losu, od teraz o jej życiu decyduje roszczeniowy nowonarodzony członek ludzkości.

Kobieta owa znajduje się w procesie stawania się matką. Staje twarzą w twarz z czymś zupełnie nowym, innym, wręcz niepojętym. Ten moment transformacyjny w istocie jest kryzysem egzystencjalnym, jak mówi sama autorka, gdyż na nowo musi zdefiniować siebie, a nawet siebie zidentyfikować, traci bowiem poczucie swej tożsamości, którą musi odbudować – to, co było „opadło jak suche listowie czy jaszczurza skóra”[3].

Ten kryzysowy moment wynika nie tylko z niegotowości do nowego jakże innego życia, ale także z niegotowości do bycia pod stałą presją wymagań, oczekiwań, z powodu zagubienia wśród ról, które musi odegrać, a które okazują się nie do pogodzenia, także z powodu niedopasowania do którejś z nich.

Nim jednak przejdzie ten proces, macierzyństwo zafunduje jej depresję, która, mimo że jest przypadłością demokratyczną, to podobno dopada tylko wyrodne matki…

I nie ma tu miejsca na róż i błękit. Wszystko zlewa się w burą breję, która zatyka! Jaki będzie finał? Różnie może być. Urodzisz, zobaczysz!

Nie taki diabeł…

Chciałaby się nieco inaczej skonstruowanego świata, ale nie dane nam! Ale może nie taki diabeł straszny, jak go malują? Te potwory może jednak nie żyją tylko po to, by zatruć swym niewinnym i bezbronnym pociechom życie, może ich jedyną misją nie jest uprzykrzanie, uniemożliwianie egzystencji ciał, z ich ciał? Może wystarczy zajrzeć do głowy matki, a nie zatrzymywać się na progu jej kuchni!

Ekscytującego macierzyństwa wszystkim matkom!!!


[1] Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka, Warszawa 2016, s. 35.

[2] Halina Turkiewicz, „Cudzoziemka” jako powieść nie tylko psychologiczna, w, O twórczości Marii Kuncewiczowej, red., Lech Ludorowski, Lublin 1997.

[3] Natalia Fiedorczuk, Jak pokochać centra handlowe, Warszawa 2016, s. 15.

Podsumowanie miesiąca – kwiecień 2018

Podsumowanie miesiąca - kwiecień

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany srebrnymi i złotawymi nitkami.

– Bolesław Prus Lalka

O jaki ten kwiecień przyjemny był… Dużo słońca, dużo ciepła, dużo zieleni!!! Nic właściwie z plecieniowej kwietniowej aury. Poza małym „prima aprilisem”, który szybko puściło się w niepamięć… Trzeba był zająć się pilniejszymi sprawami… Okularami słonecznymi, rowerami, spódnicami zwiewnymi, głową w chmurach, ptakami śpiewającymi.

Książki

Mimo sprzyjających okoliczności, kwiecień pod względem czytelniczym nie był najlepszym miesiącem, bo nie było mnogości tytułów, choć setki stron zostało przeczytanych, bo zabrakło urozmaicenia… Same nowości wczorajsze i przedwczorajsze:

  • Norma – Sofi Oksanen – ta ostatnia powieść fińsko-estońskiej pisarki, polskiej Sylwii Chutnik, sprawiła mi kłopot. Niby ciekawie, bo to gra konwencjami, ale czy miks thrillera, kryminału, manifestu feministycznego, współczesnej baśń o Roszpunce, mafijnej historii, opowieści o sytuacji kobiet i ich walce, o wyalienowaniu odmieńca, to nie za dużo jak na jedną powieść…? Bo do czego to może doprowadzić? Ja doszłam do ściany.
  • 4321 – Paul Auster – wielka powieść, ponad 800 stron, z którą też mam problem. Pomysł prosty i genialny, realizacja irytująca, choć warstwa formalna zasługuje na uznanie niewątpliwie. Nie znaczy to, że jestem na nie. Czuję jednak jakieś coś. Rozczarowaniem się to zwie? Cztery warianty egzystencji jednego człowieka, Archiego Fergusona, urodzonego 3 marca 1947 roku Żyda o polskich korzeniach. Wszystko zależy od tego, jakie bohater podejmie decyzje, jak zareaguje na otaczającą rzeczywistość. Perypetie rewelacyjnego bohatera uwikłanego w małą historię, z historią wielką w tle (szkoda, że tak bardzo w tle) oraz wszelkie opisy w większości bawią, ujmują (pomijając te ducha sportu oddające – dla mnie nie do zniesienia), warte są niewątpliwie wielogodzinnego pochylenia się nad powieścią, które jednak nie przyniesie spełnienia tym, których oczekiwania był większe niż żadne.
Muzyka

W oczekiwaniu na biografię Krzysztofa Komedy autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej i na Prawdziwą historię – najnowszy film Romana Polańskiego, w kwietniu rytm nadawała Kołysanka dla Rosemary oczywiście… Polecam!!! Idealne na rozmarzony czas. Kwiecień zaś zamknęłam muzyką Mikromusic z ostatniej ich płyty Tam mi się nie chce – bez patosu, z humorem, ironią, lekką i mądrą. Zwieńczeniem był koncert zespołu z Wrocławia promującego płytę – na żywo jeszcze lepsi są. Ech… Polecam!

Film

Zdecydowanie kwiecień był filmowym miesiącem!!! Dawno aż tylu filmów nie obejrzałam:

  • Na karuzeli życia – reż. Woody Allen, USA, 2017 – zapewne można się czepiać, mnie jednak ostatni film króla Manhattanu zachwycił. Piękne zdjęcia, światło, barwa, scenografia, charakteryzacja, kostiumy, słowem cała warstwa wizualna jakby baśniowa porywa odbiorcę – czytaj mnie. Do tego świetna gra aktorów i opowieść o tym, co spędza nam sen z powiek – ból jaki funduje człowiekowi życie – rozmijanie się wyobrażeń z rzeczywistością. To opowieść o ludzkiej naturze, o ludzkiej egzystencji, która jest wiecznym mocowaniem się ze światem i z samym sobą.
  • Nigdy cię tu nie było – reż. Lynne Ramsay, Francja, USA, Wielka Brytania, 2017 – bez komentarza!
  • Twarz – reż. Małgorzata Szumowska, Polska, 2017 – opowieść o odbieraniu innych przez pryzmat schematów i stereotypów – mężczyzna z przeszczepioną twarzą zostaje odrzucony nie tylko przez lokalną społeczność, ale i przez część rodziny. Problematyka ważna, istotna, tyle że na plan pierwszy wysuwa się coś innego, co pozostaje na długo w głowie – opowieść o brudnej Polsce i przaśnych, nieokrzesanych Polakach. Prawdziwy? Wykrzywiony? Szumowski?
  • W ułamku sekundy – reż. Fatih Akin, Francja, Niemcy, 2017 – tytuł nic nie mówiący, do tego ni jak mający się do wymownego oryginalnego (niem. Nichts – nicości), film zaś mocny i aktualny. Problematyka sprowadza się do trudnych relacji międzykulturowych na przykładzie doświadczeń jednostki. To opowieść o emocjach, o ludzkiej tragedii bez moralizowania i bez szantażu emocjonalnego.
  • Wieża. Jasny dzień – reż. Jagoda Szelc, Polska, 2017 – pozornie opowieść o rodzimej psychodramie w rodzimych dekoracjach, w istocie zaś rodzaj przepowiedni artystki, która zabiera nas w podróż „od znanego do nieznanego, od racjonalizmu do duchowości, od pozorów kontroli do jej zupełnego braku; wreszcie – od dramatu obyczajowego do horroru”[1], odwieczny spór klasyków z romantykami, by wybić nas z poczucia pewności, zaufania w moc tego, co poznane, zracjonalizowane.

Polecam Na karuzeli życia, W ułamku sekundy i Wieżę. Jasny dzień – trzy mądre obrazy skłaniające do refleksji.

Podsumowując – kwiecień roku 2018 był ekscytujący 😉 !!! Choć niestety z towarzyszącym lekkim niedosytem literackim. Ale jam malkontentka, więc nic dziwnego!!!


  • [1] Grzegorz Fortuna JR, Wieża. Jasny dzień [recenzja], „Kino” 2018, nr 03, s. 73-74.

Dzień Książki – mroczny przedmiot pożądania

Dzień Książki

Dzień Książki

Światowy Dzień Książki to dobra okazja na szczyptę refleksji!!! W końcu mowa o sprawach nie byle jakich, bo egzystencjalnych przecież! Poniżej przyznaję się do winy 😉 !!!

Zdrowa moda

Książek nigdy za wiele… ewentualnie półek za mało… Głosi hasło, ostatnio reklamowe. Według tej złotej myśli podąża moje życie czytelnicze. Nie jestem z tego ani dumna, ani zadowolona. Gromadzenie jest teraz przecież passe. Minimalizm zawładnął sumieniami. Moda modą, nic bardziej ulotnego, ale niekiedy pewne rzeczy z modnych tu i teraz warto wprowadzić w swe przekorne życie, by nam świata nic nie przysłoniło. I oczyszczanie swej przestrzeni z rzeczy, które po krótkim zastanowieniu okazują się zupełnie niepotrzebne, zbędne, a nawet przeszkadzające, wydaje się jednym z takich trendów. Na zdrowie wyjdzie nam ograniczenie ilości par butów, torebek, kosmetyków, sprzętów różnego rodzaju. A co z książkami??? Zapewne też, ale…

Horror dnia powszedniego

Niestety, ja do tego etapu jeszcze nie doszłam! Nie dojrzałam jeszcze do tego, by wyzbyć się potrzeby posiadania książek. Choć wyznam, że z każdym kolejnym tomem ten stan rzeczy coraz bardziej mnie przeraża. Czuję wyraźnie, namacalnie, że coraz trudniej mi o głęboki oddech. Moja przestrzeń kurczy się i nie pozwala swobodnie egzystować na danych mi metrach kwadratowych. Przestrzeń ta ciemnieje i zachodzi mgławym kurzem i aromatem, który niepokojąco zapiera dech w piersiach. I przed oczami obraz, który zapewnia sen z głowy… – profesor Marii Janion niczym w podziemiach wśród chyboczących się stosów książek grożących lada moment zawaleniem!

Książka – mroczny przedmiot pożądania

Ale cóż począć, kiedy człowiek słyszy diabelskie głosy? Których nic nie jest w stanie zagłuszyć, na które nie da się być głuchym! Które manipulują nim, wykrzywiają jego proces postrzegania rzeczywistości, sprawiają, że wszystko jest inne niż faktycznie, czarne staje się białe, a białe czarne. A raczej czarne, szare i bure nabiera barw egzotycznych. Jak nie ulec pokusie? Dlaczego by nie ulec pokusie? Jak wzbraniać się przed odrobiną przyjemności w tym nędznym życiu? I po co?

Comiesięczne uzupełnienie konta pozwala na użycie sobie… Oczywiście nie na zaspokojenie, ale lepszy rydz niż nic, lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, jak to się po ludowemu mówi. Promocje, wyprzedaże, przeceny, darmowe wysyłki i inne… Okazja wykorzystana, goni okazję wykorzystaną, przegapioną i zmarnowaną.

Emancypantki nad Jeziorem Bodeńskim

Ostatnie nowe na kurczących się półkach to Dygat, Dygat, Wańkowicz, Wańkowicz, Wańkowicz, Jones, Hemingway, Czechow, Proust i Prus – nad Jeziorem Bodeńskim siedzą emancypantki, obserwując ziele na kraterze, zastanawiają się komu bije dzwon w oddali i dumają jak uciec stąd do wieczności.

Spełnienie

Ja zaś upojona, bo trafiło się jak ślepej kurze ziarno – likwidacja prywatnej biblioteczki znajomych – wzdycham, podziwiam, wącham, głaszczę i upycham! By za chwil kilka, stopniowo, po kolei oddawać się czytaniu i delektować lekturą swoją własną. Czynność ta uświęcona, pożądana, intymna, przynosząca spełnienie jeśli nawet rozczarowanie, pobudzającąa apetyt, stymulująca, każe zapomnieć o Bożym świecie, oderwać się, schować przed wzrokiem innych i popłynąć. By doznać uniesienia, ekstazy, by się zatracić.

Jak więc uprawiać czytanie z obcą, nie swoją książką 😉 ?

Podsumowanie miesiąca – marzec 2018

Podsumowanie miesiąca - marzec

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Społeczność, która za rzecz naturalną uznaje, że troska o dzieci i o dom ma prawo stłumić pokłady inteligencji u kobiet, jest sama dla siebie wrogą i nawet o tym nie wie.

– Elena Ferrante Historia ucieczki

Marzec jest taki skomplikowany! Według kalendarza to miesiąc zimowy, według wewnętrznego poczucia wiosenny, według aury… przez jej kapryśność różnie bywa. Tegoroczny pokazał nam środkowy palec, figę, język. Nie miał zamiaru spełniać naszych zachcianek. Był więc styczniowy – śnieżny, mroźny, zimny. I choć chwilami było nawet przyjemnie, to w środku wszystko się buntowało i krzyczało. I nic nie szło tak jak powinno…

Ale dość!!! Czas ten okrutny miesiąc podsumować, tym samym zamknąć zimę, by móc już tylko wiosną wiosennie egzystować!!!

Książki

Marzec pod względem czytelniczym nie był najlepszym miesiącem. Przygniótł mnie i sprawił, że zawitali nieproszeni goście, marazm z apatią i chandrą pod ręce. Początkowo walczyłam, później postanowiłam przeczekać… Dlatego poniżej nie ma mnogości tytułów. Choć te, po które zdołałam sięgnąć należą do literatury z najwyższej półki. Była więc klasyka. Powrót od dawna planowany. Pierwszy raz powieść o nęcącym starszego pana dziewczęciu czytałam w pośpiechu, bo czas leciał, a egzaminy były tuż, tuż… Tym razem delektując się…  Dwie pozostałe książki, to zaległości z zeszłego roku, tyle że jedna z nich – powalająca – powstała ponad pół wieku temu. Z pewnością w przyszłości bliższej bądź dalszej pojawią się osobne noty na temat tych moich marcowych lektur.

Zatem:

  • Zulejka otwiera oczy – Guzel Jachina – być może jako opowieść o losach tytułowej bohaterki, tatarskiej chłopki z czasów rozkułaczania nie brzmi na tyle intrygująco, by odczuć potrzebę doświadczenia tej lektury, ale nie dajmy się zwieść… Debiut młodej Tatarki to przede wszystkim fascynująca opowieść o kobiecie, która po prostu otwiera oczy.
  • Zapiski z domu wariatów – Christine Lavant – niewielka książeczka sprzed wielu lat dopiero niedawno ujrzała światło dzienne. Na szczęście. O ile ubożsi bylibyśmy, gdyby czas miniony ją pochłonął? Ale jest i nie tyle zachwyca, co obezwładnia. Autorka po latach powróciła do doświadczenia kilkutygodniowego pobytu w klinice psychiatrycznej. Przetransponowała to przez swoją wyobraźnię i podała tekst, będący rodzajem relacji z tamtego czasu – w istocie relacji z bycia osobnym, nigdzie nieprzynależącym.
  • Lolita – Vladimir Nabokov – tej powieści nie trzeba prezentować… Każdy, choćby tylko ze słyszenia, wie w czym rzecz. To dzieło, którym należy się delektować.

W marcu pojawiła się jeszcze jedna znakomita powieść. W lutym zaczęłam na dobre swoją przygodę z audobookami!!! Przekonałam się do nich po długim czasie nieuznawania, dlatego w marcu i ten rodzaj lektury praktykowałam. Tym razem padło na klasykę literatury rodzimej. Przednia powieść!!! Upajałam się każdym zdaniem, dialogiem, każdą sceną:

  • Zły – Leopold Tyrmand – klasyka polskiej powieści kryminalnej; tytułowy Zły poza prawem wymierza sprawiedliwość warszawskiej chuliganerii z lat pięćdziesiątych XX wieku; czyta Adam Ferency.

I jeszcze jedno! Z powodu czytelniczej marcowej ospałości szukałam czegoś, czym wiosną by żyła. Taką lekturę na wiosnę!!! Znalazłam!!!

  • 4321 – Paul Auster.

Uznałam, po wnikliwej analizie, że nowa powieść nowojorskiego pisarza powinna spełnić wiosenne potrzeby i zaspokoić wiosenne pragnienia! Były więc szybkie zakupy, później szybka przesyłka. Teraz nadszedł czas na lekturę, ale już niespieszną!!! Długo wąchałam, ale teraz już czytam!

Muzyka

W marcu duszę koiła muzyka najlepsza… Milesa Davisa… Polecam!!! To lek na całe zło, na najgorszą chandrę, na najbardziej parszywy nastrój!!!

Podsumowując – marzec roku 2018 był bardzo ciężkim miesiącem. To nie był czas na filmy. To też nie był najlepszy czas na czytanie. To był natomiast najlepszy czas na słuchanie muzyki, ale tylko takiej jak ta Davisa!!!