Podsumowanie miesiąca – czerwiec 2018

Podsumowanie miesiąca - czerwiec

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Przeżywał dzieciństwo w wieku dojrzałym, biorąc odwet za przedwczesną dojrzałość w dzieciństwie.

– Gustaw Herling-Grudziński Inny świat

Ach, co to był za czerwiec!? Czerwiec to ostatni miesiąc wiosny i początek lata… Koniec – moment bolesny, ściągający w dół, jest w istocie obietnicą początku – a to już moment, w którym możliwe jest wszystko, w którym nie ma niemożliwego. Zatem wchodzę w to nowe niewiadome z odwagą (?), otwartością, refleksją, spokojem i ekscytacją.

Niewątpliwie czerwiec Bałwochwalicy Jednej był pełen skrajnych emocji i uniesień. Wrażeń estetycznych najwyższych lotów, podniet intelektualnych. Inspiracji.

Wydarzenia

Za wydarzenie czerwca uznaję pewną debatę:

  • Okrągły stół blogerów, wydawców i czytelników w ramach Big Book Festival – nie byłam, nie uczestniczyłam, oglądałam jedynie transmisję, to jednak wystarczyło (choć fakt, że nie mogłam zabrać głosu wyprowadzał z równowagi 😉 ), by zadać sobie kilka pytań, by nad kilkoma kwestiami się zastanowić. To jednak wymaga osobnej noty. Proszę więc o cierpliwość, a będzie dane.

Niestety, nie zabrakło też wydarzeń mało radosnych:

  • Porażka polskiej reprezentacji na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2018 – ja wiem, że to jest sport i tu wszystko może się zdarzyć, ale gdy pomyślę o aspiracjach… poniosła ułańska fantazja! Jak nic. Przegrana niekiedy bywa sukcesem, bo porażka porażce nierówna, ale w tym wypadku jest… nie będę kończyć. Proponuję samemu sobie dopowiedzieć!
Książki

Mundial sprawił, że nie za wiele miałam czasu na czytanie, co paradoksalnie przyczyniło się do efektywniejszego czytania. Sięgałam bowiem po książki nieco skromniejszej objętości (tym, o zgrozo, się kierowałam) i finał był taki, że jedna była lepsza od drugiej!!!

  • Białe łzy – Hari Kunzru – temat powieści – niechlubna przeszłość Ameryki, która kładzie się cieniem na teraźniejszości – eksplorowany był już na różne sposoby, jednak ten, który zastosował Kunzru, sprawił, że powieść odkrywa przed odbiorcą nowe lądy. Autor podszedł do tej trudnej kwestii od niecodziennej strony, od muzyki bowiem (przypomnę, że muzyka ma na mnie ogromny wpływ, dlatego częściej niż niekiedy słucham ciszy), od strony bluesa – muzyki niewolników – co zaowocowało powieścią wyrafinowaną, osobliwą, która uderza w struny delikatnie, ale jakże celnie. Choć zaczyna się niewinnie i lekko – młodość, przyjaźń, pasja, muzyka, wariactwo, Nowy Jork, to jest to jednak opowieść ciężkiego kalibru. Więcej o tej oryginalnej prozie będzie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu sięgnij po książkę. W klimat może wprowadzić odpowiednia muzyka – Spotify http://bit.ly/kunzru-spotify, Soundcloud http://bit.ly/kunzru-soundcloud, Tidal http://bit.ly/kunzru-tidal.
  • Zanim dopadnie nas czas – Jennifer Egan – powieść sprzed lat, którą uhonorowano Nagrodą Pulitzera. I słusznie! Bo to bardzo dobra rzecz! Bohaterem jej jest czas… Ten bezwzględny, bezlitosny wieczny towarzysz naszej egzystencji, której nadaje znaczenie znikomości. Więcej o tej smutnej powieści będzie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu sięgnij po książkę.
  • Koala – Lukas Bärfuss – zaskakująca powieść, niespodziewana, bezkompromisowa, bolesna, bo pozbawiająca złudzeń, zaangażowana; dwa różne wątki, odległe, nieprzystające do siebie nie tylko pod względem tematu, ale i formy podania – samobójstwo brata narratora/ autora, człowieka nieco wycofanego (wspomnienia) oraz kolonizacja Australii przez Wielką Brytanię i przy okazji próba wyniszczenia gatunku uznanego za nieużyteczny, koali (ale nie tylko), apatycznego leniwca (esej) – okazują się opowieścią o tym samym! To bowiem proza o tym, nad czym dziś, idąc po trupach do celu, powinniśmy się zastanowić – o dzisiejszym modelu życia jedynie akceptowalnym, o kapitalizmie, w którym nie ma miejsca na alternatywę, w istocie zaś o wartość ludzkiego istnienia samego w sobie. Więcej o tej nieoczywistej i mądrej powieści będzie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu sięgnij po książkę. Ale ostrzegam!

Był też audiobook (w interpretacji Paluliny Holtz):

  • Moja najdroższa – Gabriel Tallent – opowieść o tym jak kropla potrafi zatruć morze; powieść mocna, okrutna, bezkompromisowa, wali obuchem w łeb, pozbawia komfortu, boli. Opowieść o ojcu i córce, którzy zdani na siebie, żyją w kontrze do reszty świata. Jak to ich życie wygląda? Nie chcesz wiedzieć! A może? Ostrzegam jednak. Autor posunął się bowiem daleko. Czy nie za daleko? Czy nie lepszym wyjściem byłoby zatrzymać się i poprzestać na niedopowiedzeniu?

Co uznaję za lekturę obowiązkową? Zanim dopadnie nas czas i Koala to moje numery jeden czerwca, chyba półrocza (muszę pomyśleć?). Przypuszczam też, że znajdą się w czołówce podsumowania roku 2018!!!

Muzyka

Muzykę podsunął mi ktoś znający się na rzeczy. Podarowana płyta (z jakiej okazji nie powiem 😉 ) świetnie wpisała się w czerwcowy klimat:

  • With Orchestra – Hooverphonic – polecam szczególnie numer drugi tego belgijskiego zespołu!

No dobra, z okazji Dnia Dziecka to było 😉 !

Film

W czerwcu premierę miał film, na który bardzo czekałam. Nie dlatego, że jego twórca dostał Złotą Palmę w Cannes za reżyserię, że było o nim tak głośno, że było tyle zachwytów, och, achów. Tylko dlatego, że tenże reżyser tworzy filmy, które na mnie działają, które są mi bliskie. I nie zawiodłam się.

  • Zimna wojna – reż. Paweł Pawlikowski, USA, 2017 – owszem, niewtajemniczonemu w dokonania reżysera, z racji wywołanego szumu, może się wydawać, że będzie miał do czynienia z filmem pełnym przepychu, tym zaś, którzy mają za sobą doświadczenie tej twórczości, wiedzą, że nic bardziej mylnego. Mamy bowiem do czynienia z obrazem wyciszonym, niespiesznym, subtelnym, kameralnym, intymnym, lirycznym, oszczędnym, ale także pozbawionym patosu (co niezmiernie ważne), z lekkością, humorem, przy jednoczesnym wyrafinowaniu. Dialogi zredukowano do minimum, muzyka, od rodzimego folkloru po jazz i rock ‚n’ roll zza żelaznej kurtyny, mimo że jest tu jednym z głównych bohaterów czy nawet tematów, nie narzuca się, nie jest nachalna. Opowieść zaś snują zdjęcia – pełną tragizmu historię miłości w czasach zarazy (rzeczywistość bowiem zmaga się z zimną wojną), której bohaterowie, choć sobie oddani, wciąż muszą szukać sposobu, by zimna wojna, która ogarnęła także ich wnętrza, dobiegła końca i miłość zatriumfowała. Znajdują… (rodem z Witkacego) – motyw stary jak świat, ale siła rażenia jak nigdy. To także opowieść o człowieku zakorzenionym gdzieś, gdzie egzystencja staje się niemożliwa z racji wartości, którymi się kieruje. I jeszcze kreacje aktorskie – wręcz niemożliwe (choć mam tu małe ale do początku filmu, nim bohaterowie pokazali swoją prawdę, swój autentyzm, swoją siłę). To obraz, który nie jest uwikłany w tu i teraz, w nasze dzisiaj, choć na dziś, bo uniwersalny. Zacierający granice czasoprzestrzenne. A może właśnie przez to będący odpowiedzią na nasze tu i teraz?

Podsumowując – czerwiec roku 2018 był miesiącem ekscytującym! Aż chciałabym przeżyć go jeszcze raz! No, może pomijając ten mundialowy blamaż!

Podsumowanie miesiąca – maj 2018

Podsumowanie miesiąca - maj

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

A w maju

Zwykłem jeździć, szanowni panowie,

Na przedniej platformie tramwaju!

Miasto na wskroś mnie przeszywa!

Co się tam dzieje w mej głowie:

Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,

Wesoło w czubie i w piętach,

A najweselej na skrętach!

Na skrętach – koliście

Zagarniam zachwytem ramienia,

A drzewa w porywie natchnienia

Szaleją wiosenną wonią,

Z radości pęka pąkowie,

Ulice na alarm dzwonią,

Maju, maju! – –

Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,

Wielce szanowni panowie!…

– Julian Tuwim Do krytyków

Ach, co to był za maj!? Nie pamiętam którego roku o tej porze było tyle słońca w mojej krainie… w ogóle kiedy było tyle słońca!? Człowiek mógł w końcu nacieszyć się nim do woli i delektować. Nawet wiatr, zwykle przeszywający, tym razem skrył się, by nie mącić.

A że mą głowę zaprzątały „pędy, zapędy” i jazda na „przedniej platformie tramwaju”, to miałam „wesoło w czubie i w piętach” i nie było za wiele miejsca na jakąś tam kulturę 😉 !!! Ewentualnie osobistą, nie wysoką 😉 !

Co oczywiście nie przeszkadzało mi czuć radość i dumę z dokonań polskich twórców!

Wydarzenia

Literatura i film to dziedziny sztuki, w których odnieśliśmy w maju ogromny międzynarodowy sukces:

  • Złota Palma za reżyserię dla Pawła Pawlikowskiego za film Zimna wojna.
  • Międzynarodowa Nagroda Bookera dla Olgi Tokarczuk za powieść Bieguni.

Niestety, nie zabrakło też i wydarzeń, które czynią spustoszenie wokół nas:

  • Śmierć Philipa Rotha.
Książki

Nie było za wiele książek i nie było za wiele radości z lektury – było zaś rozczarowanie i był niedosyt, ale jak zawsze lekiem na zło okazała się klasyka!

  • Pani wyrocznia – Margaret Atwood – moje wielkie rozczarowanie, dowód na to, że świetnym twórcą też zdarzają się wypadki przy pracy 😉 . Podczas lektury nurtowały mnie pytania typu: „po co?”, „czemu to służy?”, „do czego zmierza?”, na które niestety nie otrzymałam odpowiedzi.
  • Disneyland – Stanisław Dygat – klasyka powieści polskiej, zabawna, ironiczna, przewrotna, specyficzna, poruszająca kwestie natury egzystencjalnej, uniwersalna opowieść na tle Polski lat sześćdziesiątych XX w.
  • Ulga – Natalia Fiedorczuk – powieść ta, podobnie jak było z debiutem autorki, jest niedoskonała, bo choć uderza, to pozostawia niedosyt, bo czegoś w niej bark. Ślizga się po powierzchniach spraw jakby bez celu. Baza, punkt wyjścia – opowieść o dzisiejszych trzydziestolatkach, z kredytem, dzieckiem, z korporacją, z atroficznymi relacjami międzyludzkimi – jest, ale brak środków, które by to poniosły. Mimo to polecam i kibicuję autorce, bo mam przeczucie, że ona jeszcze nam pokaże!

Powieść Disneyland – lektura obowiązkowa!!!

Muzyka

Muzykę znalazłam odpowiednią do majowej aury. Przez przypadek. Lekko i zwiewnie:

  • Tranquility Base Hotel & Casino – Arctic Monkeys – nie byłam przekonana do tego brytyjskiego zespołu, ale teraz… popłynęłam!
Film

W maju było trochę filmów, głośnych filmów, z pewnością niekiedy wartych obejrzenia, gdyż niektóre z nich poruszają istotne kwestie, ale żaden z nich mnie nie porwał, nie zachwycił:

  • I tak cię kocham – reż. Michael Showalter, USA, 2017 – opowieść o parze, która zmaga się z dzielącymi ją różnicami kulturowymi; lekka, zabawna, nieoczywista.
  • Mudbound – reż. Dee Rees, USA, 2017 – film na podstawie powieści Hillary Jordan „Błoto”, opowieść o rasistowskiej walce i wojennych traumach, także o patriarchalnym świecie; bolesny obraz przeszłości do dziś pokutujący.
  • Spotlight – reż. Tom McCarthy, Kanada, USA, 2015 – oparty na faktach film, który ukazuje pracę dziennikarzy nad sprawą molestowania seksualnego dzieci w instytucjach kościelnych na terenie stanu Massachusetts, co okazało się początkiem międzynarodowego skandalu, którego pokłosiem była fala procesów i doniesień z całego świata (doszło wówczas do ujawnienia molestowania kleryków przez poznańskiego arcybiskupa Juliusza Paetza); poraża nie tyle skalą, co ufnością i przymykaniem oczu na „nadużycia”.

Podsumowując – maj roku 2018 był miesiącem gorącym i radosnym, choć z posmakiem smutku! Nakazującym wrócić do Rotha i Tokarczuk!!!

Dzień Dziecka – enfant terrible

Dzień Dziecka

Dzień Dziecka

Dzieci!!! Przekleństwo czy błogosławieństwo? Hamlet mogłyby zapytać…

Zakładając, że człowiek nigdy nie przestaje być dzieckiem, ani wtedy, kiedy skończy osiemnaście lat, ani wtedy, kiedy rodzice umierają, bowiem dzieckiem pozostaje zawsze, będąc stale, niezmiennie potomkiem mitologicznej Gai i biblijnej Ewy, to gdy myślę o dzieciach małych – pucułowatych ufnych buziach – błogosławieństwo, gdy zaś o dużych – aroganckich, wyrachowanych, pozbawionych empatii, szacunku – przekleństwo. Zgodnie z porzekadłem – małe dzieci mały kłopot, duże dzieci duży kłopot (choć są wyjątki oczywiście – ja na przykład 😉 )

I choć dziecko uosabia niewinność i naiwność, przymioty ducha ludzkiego najpiękniejsze, bo nieskażone, czyste i delikatne, sytuujące go na wyżynach boskiego porządku, to istny demon, niosący pochodnie zniszczenia.

No, na przykład ten zbrodniarz Edyp… – zabija ojca, a matkę doprowadza do gestu ostatecznego, albo butny Ikar – za nic ma przestrogi ojca i rzuca się „po swoje”, albo mściwy Orestes – zadający śmiertelny cios matce i jej mężowi, albo współwinna temu Elektra, albo zakochana Medea – sprzeciwiająca się woli ojca, albo zbuntowana Antygona – za nic mająca porządek prawny.

A rozrzutny syn marnotrawny, który przysporzył ojcu tyle zmartwień? A ponury Kain, który zabija swego brata? Dalej mam wymieniać?

Proszę bardzo! Opuszczając mitologiczne i biblijne światy, to chociażby wspomniany książę duński!!! Dorosły mężczyzna, wykształcony, obdarzony analitycznym umysłem, a same z nim problemy. A okrutna Balladyna, która zabija swą siostrę, a matkę zamyka w wieży? A przemądrzały furiat Artur – za nic mający wyzwolonych rodziców, których obarcza odpowiedzialnością za upadek wszelkich norm moralnych?

No i jeszcze ci wszyscy pisarze, poeci – córki i synowie przeklęci!!! Bałamucą i na manowce sprowadzają swoimi dziełkami porządnych obywateli świata tego, którzy chcieliby żyć w błogim spokoju i z myślą niezmąconą. A zapowiadali się tak dobrze! Któż by przypuszczał, że z tych słodkich małych ludzi wyrosną potwory, których celem i sensem życia stanie się, zatruwanie go innym?

Dość o tych istotach okropnych, które mogą tkwić w słodkich aniołkach, zawsze niewinnych, przez które rodzic powieki zmrużyć nie może! Istot, które przecież światem całym i przyszłością.

Enfant terrible – sól ziemi!

Ekscytującego dzieciństwa!!!

Dzień Matki – nie taki diabeł straszny

Życie drugiego człowieka najpierw przyczepia się do ciebie w brzuchu, a kiedy już wyjdzie na zewnątrz, zniewala cię, trzyma na smyczy, przestajesz być panią samej siebie.

– Elena Ferrante Historia ucieczki

Ale potem pojawiła się Marta. Zaatakowała moje ciało i zmusiła do niekontrolowanej przemiany. Od pierwszej chwili objawiła się nie jako Marta, ale jako żywy kawałek żelaza w moim brzuchu. Mój organizm zamienił się w krwistą ciecz z doczepioną mulistą breją, wewnątrz której rozwijał się agresywny polip, jakże odległy jakiegokolwiek człowieczeństwa, i choć sam karmił się i rozrastał, mnie sprowadził do pozbawionej życia zgnilizny.

– Elena Ferrante Córka

Dzień Matki

O Matki Wszechobecne i Wszechmocne! Despotyczne! Pozbawione wyczucia i empatii! Dlaczego jesteście tak okrutne dla swych córek?

A może to córki są tak bezlitosne wobec swych matek? Walczą z nimi zaciekle, na śmierć i życie, nie dając im szansy na słowo wyjaśnienia, usprawiedliwienia. Nie pozwalają dojść im do głosu.

Spadkobierczynie

Matka nie jest postacią z krwi i kości. Jej profil dostojny zbudowany jest na solidnym fundamencie – stereotypach i kalkach myślowych. W jej żyłach płynie krew Demeter, Niobe, Jokasty, Gai, Ewy, Maryi. Trwa wytrwale na straży, piękna i szczęśliwa, niczym kamikaze gotowa na wszystko. Jest bowiem tą, która daje, od której się bierze, wymaga, żąda, która musi sprostać, która się poświęca. Jej byt na tym ludzkim padole to trud i znój, znój i trud.

Matka – potwór

Literatura jednak bywa dla matek mało łaskawa… Nie szczędzi ich Elfriede Jelinek (Pianistka), Margaret Atwood (Pani wyrocznia), Majgull Axelsson (Pępowina), Elizabeth Strout (Mam na imię Lucy), Toni Morrison (Skóra), Vedrana Rudan (Oby cię matka urodziła), Elena Ferrante (cykl Genialna przyjaciółka) czy Agneta Pleijel (Wróżba).

Matka, będąc figurą najistotniejszą w życiu każdego człowieka, bo „ustawia” go na całe życie, okazuje się tu siłą sprawczą, kreatorką świata cudzego, która definiuje jego życie na całe życie. W chwili rozdzielenia ciał, podejmuje życiową decyzję, która będzie jej kulą u nogi, wyrokiem śmierci, decyzją, przez którą znienawidzi swą latorośl nienawiścią najczystszą.

Decyduje się na heroiczny czyn – być już tylko samą miłością, dozgonną, niewyobrażalnych rozmiarów. Będzie sługą wiernym do ostatniego swego tchnienia, który od tej chwili nie będzie żył już swoim życiem, tylko życiem dzieciny swej. Nie pozwoli, by pępowina kiedykolwiek została przerwana. Będzie jej strażniczką. Będzie pieczołowicie dbała, by układ krążenia już na zawsze jeden pozostał. Nie pozwoli wymknąć się pierworodnemu, by uległ zatraceniu.

Postanowiła, że jej ukochane dziecko będzie najwspanialsze i będzie żyło najwspanialszym życiem. Już ona o to zadba! Bo wie, co dla niego jest najlepsze. Zostało jej to objawione. W swych działaniach będzie nieugięta, nie pozwali sobie na chwilę nieuwagi, będzie cierpliwa, wytrwała, skrupulatna, stale na straży. Co może przynieść tylko piorunujący efekt.

Uzależnia, mentalnie i duchowo, dostarcza i odcina tlen, wszystko dawkuje w odpowiednich ilościach, miłość i środki przeczyszczające, ogranicza dostęp do zewnętrzności, by nic nie nęciło. Każda zaś niesubordynacja może być pretekstem do awantury. Dochodzi wówczas nawet do rękoczynów, słów ostatecznych, histerii, lamentu, płaczu, oskarżeń, niekończących się pretensji.

Matki tu to potwory, które żyją tylko po to, by zatruć swym niewinnym i bezbronnym pociechom życie. Ich misją jedyną jest uprzykrzać, uniemożliwiać egzystencję ciał z ich ciał.

Matka – człowiek

Ale, ale… Wystarczy przyjąć nieco inną perspektywę, a czarno-biała rzeczywistość zacznie mienić się feerią szarości!

Maria Kuncewiczowa niespełna sto lat temu, w jednej z najwybitniejszych powieści dwudziestolecia międzywojennego i w ogóle w jednym z ciekawszych dzieł literatury polskiej, uznawanego za arcydzieło prozy psychologicznej, pokazała matkę z nieco innej strony – weszła w jej świat, zagłębiła się w jej wnętrze, po to, by odsłonić prawdę o niej.

Matka ułaskawiona

Cudzoziemka – połączenie retrospekcji, wspomnień z rzeczywistością – jest bowiem swoistym studium psychologicznym niespełnionej matki właśnie, której życie rozminęło się z jej wyobrażeniami.

Nadwrażliwa, skryta, nierozumiana i nieszczęśliwa żona i matka dwójki dorosłych dzieci jest zgorzkniała, oschła, wyniosła, gniewna i złośliwa. Najbardziej okrutna, bezwzględna i despotyczna zaś wydaje się wobec swych najbliższych. Słowem, potwór.

Jednak Kuncewiczowa na tym nie poprzestaje. Jak na powieść psychologiczną przystało autorka poddaje psychikę swej bohaterki głębokiej analizie, wskazuje psychologiczne uwarunkowania jej działań, wyborów, decyzji, odsłania mechanizmy funkcjonowania jej psychiki i odpowiada na pytanie dlaczego. Pisarka nie pomija tu niczego, dzięki czemu mamy możliwość wielowymiarowego poznania złożonej matczynej psychiki i zrozumienia. I ułaskawienia!

To, co zaoferowało kobiecie życie przyniosło jej jedynie ogromny ból i cierpienie. Czuła się więc nieprzystosowana, wyobcowana, słowem, cudzoziemka. Uciekała od teraźniejszości w przeszłość, która tyle jej obiecywała. Pragnęła bowiem zupełnie innego życia – wielkiej jedynej prawdziwej miłości, kariery śpiewaczki, życia artystki. Niestety, zaznała jedynie rozczarowania.

Życie stało się udręką. Nie potrafiła zaakceptować swej egzystencji. Wypełniała ją nienawiść i chęć odwetu, czemu dała niejako symboliczny wyraz – nosząc jedynie czarne suknie i zmieniając imię.

Dwa imiona – dwa życia: pierwsze krótkie i prawdziwe; drugie – wymyślone, długie, nadto długie… Pierwsze – kwiat, miłość i nieszczęście. Drugie: szacunek ludzki, honor, powolna śmierć duszy.[1]

Postać Róży – to bardzo udany w literaturze polskiej przykład rozdwojenia jaźni. Dwa jej oblicza symbolizują dwa imiona. Żeby pokazać miotające bohaterką sprzeczności, został jakby wprowadzony sobowtór, któremu na imię Ewelina. Imię Róża – to symbol życia pełnym tego słowa znaczeniu, to znak wywoławczy dla innych symboli: Taganrog, Michał, a więc dzieciństwo, młodość, wiosna, miłość itp. Imię Ewelina, nadane przez zrzędzącą ciotkę, używane przez niekochanego męża Adama – to symbol sztuczności, śmierci niemal. Skłonna do samoanalizy bohaterka doskonale zdaje sobie sprawę z tej dwoistości.[2]

Odwracając się od innych i od świata, kobieta postanowiła zemścić się na rodzaju ludzkim. Wyszła za mąż, czyniąc to niejako na złość wszystkim i wszystkiemu. Szybko porodziła dwóch synów. Poczętą córkę uznała za dziecko niechciane i odrzuciła je zaraz po narodzinach. Dzięki temu dane było dziewczynce zaznawać wolności i beztroskiej radości przez kilka pierwszych lat życia. Później, wraz z uzyskaniem kurateli matki, która po kilku latach przełamała swoją niechęć do dziecka, wszystko to utraciła.

Od tej pory świat córki był już w rękach matki, która od teraz decydowała o wszystkim. Także o jej dorosłym już życiu. Kobieta stała się niemalże matką z kart powieści Jelinek, czy Atwood, tyle że bliższą odbiorcy, bo rozpoznaną.

Matka-Polka z centra handlowego

Dziś temat zaś podjęła Natalia Fiedorczuk. Idąc niejako tropem Kuncewiczowej, zajrzała pod podszewkę.

Matka z Jak pokochać centra handlowe to kobieta, która przechodzi transformację. Narodziny dziecka są tu momentem granicznym, cezurą w jej egzystencji. Tkwi wówczas w pewnej izolacji – od świata zewnętrznego, od życia, które do tej pory wiodła, od dawnej siebie. Nie jest już panią swego losu, od teraz o jej życiu decyduje roszczeniowy nowonarodzony członek ludzkości.

Kobieta owa znajduje się w procesie stawania się matką. Staje twarzą w twarz z czymś zupełnie nowym, innym, wręcz niepojętym. Ten moment transformacyjny w istocie jest kryzysem egzystencjalnym, jak mówi sama autorka, gdyż na nowo musi zdefiniować siebie, a nawet siebie zidentyfikować, traci bowiem poczucie swej tożsamości, którą musi odbudować – to, co było „opadło jak suche listowie czy jaszczurza skóra”[3].

Ten kryzysowy moment wynika nie tylko z niegotowości do nowego jakże innego życia, ale także z niegotowości do bycia pod stałą presją wymagań, oczekiwań, z powodu zagubienia wśród ról, które musi odegrać, a które okazują się nie do pogodzenia, także z powodu niedopasowania do którejś z nich.

Nim jednak przejdzie ten proces, macierzyństwo zafunduje jej depresję, która, mimo że jest przypadłością demokratyczną, to podobno dopada tylko wyrodne matki…

I nie ma tu miejsca na róż i błękit. Wszystko zlewa się w burą breję, która zatyka! Jaki będzie finał? Różnie może być. Urodzisz, zobaczysz!

Nie taki diabeł…

Chciałaby się nieco inaczej skonstruowanego świata, ale nie dane nam! Ale może nie taki diabeł straszny, jak go malują? Te potwory może jednak nie żyją tylko po to, by zatruć swym niewinnym i bezbronnym pociechom życie, może ich jedyną misją nie jest uprzykrzanie, uniemożliwianie egzystencji ciał z ich ciał? Może wystarczy zajrzeć do głowy matki, a nie zatrzymywać się na progu jej kuchni!

Ekscytującego macierzyństwa wszystkim matkom!!!


[1] Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka, Warszawa 2016, s. 35.

[2] Halina Turkiewicz, „Cudzoziemka” jako powieść nie tylko psychologiczna, w, O twórczości Marii Kuncewiczowej, red., Lech Ludorowski, Lublin 1997.

[3] Natalia Fiedorczuk, Jak pokochać centra handlowe, Warszawa 2016, s. 15.

Podsumowanie miesiąca – kwiecień 2018

Podsumowanie miesiąca - kwiecień

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany srebrnymi i złotawymi nitkami.

– Bolesław Prus Lalka

O jaki ten kwiecień przyjemny był… Dużo słońca, dużo ciepła, dużo zieleni!!! Nic właściwie z plecieniowej kwietniowej aury. Poza małym „prima aprilisem”, który szybko puściło się w niepamięć… Trzeba był zająć się pilniejszymi sprawami… Okularami słonecznymi, rowerami, spódnicami zwiewnymi, głową w chmurach, ptakami śpiewającymi.

Książki

Mimo sprzyjających okoliczności, kwiecień pod względem czytelniczym nie był najlepszym miesiącem, bo nie było mnogości tytułów, choć setki stron zostało przeczytanych, bo zabrakło urozmaicenia… Same nowości wczorajsze i przedwczorajsze:

  • Norma – Sofi Oksanen – ta ostatnia powieść fińsko-estońskiej pisarki, polskiej Sylwii Chutnik, sprawiła mi kłopot. Niby ciekawie, bo to gra konwencjami, ale czy miks thrillera, kryminału, manifestu feministycznego, współczesnej baśń o Roszpunce, mafijnej historii, opowieści o sytuacji kobiet i ich walce, o wyalienowaniu odmieńca, to nie za dużo jak na jedną powieść…? Bo do czego to może doprowadzić? Ja doszłam do ściany.
  • 4321 – Paul Auster – wielka powieść, ponad 800 stron, z którą też mam problem. Pomysł prosty i genialny, realizacja irytująca, choć warstwa formalna zasługuje na uznanie niewątpliwie. Nie znaczy to, że jestem na nie. Czuję jednak jakieś coś. Rozczarowaniem się to zwie? Cztery warianty egzystencji jednego człowieka, Archiego Fergusona, urodzonego 3 marca 1947 roku Żyda o polskich korzeniach. Wszystko zależy od tego, jakie bohater podejmie decyzje, jak zareaguje na otaczającą rzeczywistość. Perypetie rewelacyjnego bohatera uwikłanego w małą historię, z historią wielką w tle (szkoda, że tak bardzo w tle) oraz wszelkie opisy w większości bawią, ujmują (pomijając te ducha sportu oddające – dla mnie nie do zniesienia), warte są niewątpliwie wielogodzinnego pochylenia się nad powieścią, które jednak nie przyniesie spełnienia tym, których oczekiwania był większe niż żadne.
Muzyka

W oczekiwaniu na biografię Krzysztofa Komedy autorstwa Magdaleny Grzebałkowskiej i na Prawdziwą historię – najnowszy film Romana Polańskiego, w kwietniu rytm nadawała Kołysanka dla Rosemary oczywiście… Polecam!!! Idealne na rozmarzony czas. Kwiecień zaś zamknęłam muzyką Mikromusic z ostatniej ich płyty Tam mi się nie chce – bez patosu, z humorem, ironią, lekką i mądrą. Zwieńczeniem był koncert zespołu z Wrocławia promującego płytę – na żywo jeszcze lepsi są. Ech… Polecam!

Film

Zdecydowanie kwiecień był filmowym miesiącem!!! Dawno aż tylu filmów nie obejrzałam:

  • Na karuzeli życia – reż. Woody Allen, USA, 2017 – zapewne można się czepiać, mnie jednak ostatni film króla Manhattanu zachwycił. Piękne zdjęcia, światło, barwa, scenografia, charakteryzacja, kostiumy, słowem cała warstwa wizualna jakby baśniowa porywa odbiorcę – czytaj mnie. Do tego świetna gra aktorów i opowieść o tym, co spędza nam sen z powiek – ból jaki funduje człowiekowi życie – rozmijanie się wyobrażeń z rzeczywistością. To opowieść o ludzkiej naturze, o ludzkiej egzystencji, która jest wiecznym mocowaniem się ze światem i z samym sobą.
  • Nigdy cię tu nie było – reż. Lynne Ramsay, Francja, USA, Wielka Brytania, 2017 – bez komentarza!
  • Twarz – reż. Małgorzata Szumowska, Polska, 2017 – opowieść o odbieraniu innych przez pryzmat schematów i stereotypów – mężczyzna z przeszczepioną twarzą zostaje odrzucony nie tylko przez lokalną społeczność, ale i przez część rodziny. Problematyka ważna, istotna, tyle że na plan pierwszy wysuwa się coś innego, co pozostaje na długo w głowie – opowieść o brudnej Polsce i przaśnych, nieokrzesanych Polakach. Prawdziwy? Wykrzywiony? Szumowski?
  • W ułamku sekundy – reż. Fatih Akin, Francja, Niemcy, 2017 – tytuł nic nie mówiący, do tego ni jak mający się do wymownego oryginalnego (niem. Nichts – nicości), film zaś mocny i aktualny. Problematyka sprowadza się do trudnych relacji międzykulturowych na przykładzie doświadczeń jednostki. To opowieść o emocjach, o ludzkiej tragedii bez moralizowania i bez szantażu emocjonalnego.
  • Wieża. Jasny dzień – reż. Jagoda Szelc, Polska, 2017 – pozornie opowieść o rodzimej psychodramie w rodzimych dekoracjach, w istocie zaś rodzaj przepowiedni artystki, która zabiera nas w podróż „od znanego do nieznanego, od racjonalizmu do duchowości, od pozorów kontroli do jej zupełnego braku; wreszcie – od dramatu obyczajowego do horroru”[1], odwieczny spór klasyków z romantykami, by wybić nas z poczucia pewności, zaufania w moc tego, co poznane, zracjonalizowane.

Polecam Na karuzeli życia, W ułamku sekundy i Wieżę. Jasny dzień – trzy mądre obrazy skłaniające do refleksji.

Podsumowując – kwiecień roku 2018 był ekscytujący 😉 !!! Choć niestety z towarzyszącym lekkim niedosytem literackim. Ale jam malkontentka, więc nic dziwnego!!!


  • [1] Grzegorz Fortuna JR, Wieża. Jasny dzień [recenzja], „Kino” 2018, nr 03, s. 73-74.