Podsumowanie miesiąca – sierpień-wrzesień 2018

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Dziś podwójne wydanie!

Sierpień

[…] Powietrze lepkie i gęste, wilgoć osiada na twarzach/ Ptak smętnie siedzi na drzewie, leniwie pióra wygładza/ […] A słońce wysoko, wysoko świeci pilotom w oczy/ Ogrzewa niestrudzenie zimne niebieskie przestrzenie

[…] Przez okno patrzę znużona, z tęsknotą myślę o burzy/ A słońce wysoko, wysoko świeci pilotom w oczy/ Ogrzewa niestrudzenie zimne niebieskie przestrzenie

– Kora Krakowski spleen

Niezapomniany czas. Lato, wakacje, słońca pod dostatkiem, bez deszczu, bez wiatru. Lekkość, radość, śmiech… Bo zaraz przyjdzie płakać, ale jeszcze nie teraz…

Książki

Sierpień BJ pod względem czytelniczym był pełen emocji, choć tytułów za wiele nie było. Pojawiła się tylko jedna tegoroczna nowość – bardzo mocny debiut flamandzkiej autorki. Resztę stanowiły nowości sprzed lat, niekiedy i dekad, które przetrwały próbę czasu (dwie z nich zdobyły prestiżowe nagrody literackie):

  • Kocie oko – Margaret Atwood, Wielka Litera, 2018 – o tej powieści jest już osobna nota, przypomnę więc tylko, że to historia o chłopczycy konfrontującej swe marzenia – o przyjaciółkach, sukienkach – z rzeczywistością, próbującej dostosować się do wymogów otoczenia, że to opowieść o traumie dzieciństwa i jego pokłosiu, o dojrzewaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości, o bezwzględnych, wyrachowanych oprawcach, istnych diabłach wcielonych w pozornie urocze, dobrze wychowane dziewczynki, które zdeterminowały życie kobiety, które naznaczyły swoją obecnością całą jej przyszłość, której pamięć o przeszłości uniemożliwia bycie sobą.
  • Kroniki portowe – Annie Proulx, Rebis, 2007, tł. Paweł Kruk – kultowa powieść, która zdobyła Nagrodę Pulitzera i National Book Award, o której po latach przypomniano polskiemu czytelnikowi za sprawą nowego tłumaczenia (Jędrzeja Polaka), co zmusza niejako bałwochwalców literatury do skonfrontowania starego z nowym. Narracja powolna, senna, melancholijna. Bez brawury, bez fajerwerków. Powieść do celebrowania procesu lektury. Więcej o tej kultowej prozie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu zaufaj i sięgnij po książkę.
  • Poczucie kresu – Julian Barnes, Świat Książki, 2018 – powieść zaskakująca, kunsztowna, uhonorowana Nagrodą Bookera, która obnaża ludzką naturę, to z jaką łatwością, wręcz instynktownie, człowiek „przystosowuje” rzeczywistość do swoich oczekiwań i wyobrażeń dla tak zwanego świętego spokoju, obnaża naturę pamięci, to z jaką łatwością człowiek usuwa z niej to, co niewygodne. Więcej o tej istotnej prozie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu zaufaj i sięgnij po książkę.
  • Szpadel – Lize Spit, Marginesy, 2018 – bezwzględna i brutalna, a przy tym chłodna i zdystansowana opowieść o przyjaźni, zazdrości, zemście, o dorastaniu, okrutnym, kładącym się cieniem na całej przyszłości. Więcej o tej mocnej prozie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu zaufaj i sięgnij po książkę.

Sierpień BJ przemierzała uzbrojona w Szpadel, z Poczuciem kresu i Kocim okiem w kieszeni i te powieści uznaje za lektury warte uwagi. Barnes i Atwood w tych odsłonach cenni, zaś Spit swoim debiutem tylko rozbudza apetyt.

Kroniki portowe do czytania stale, wciąż. Bez pośpiechu, bez hałasu, bez jazgotu. Idealne na długie jesienno-zimowe wieczory, idealne, by się wyłączyć.

Film

To nie był czas filmowy, ale dwa obrazy, skrajnie różne, wejdą do prywatnego kanonu BJ:

  • Blue Jay – reż. Alex Lehmann, USA, 2016 – BJ rodzaj kina – czarno-biały, kameralny, oszczędny, przegadany, niespieszny, pozbawiony akcji, istna psychodrama na dwa głosy na temat spraw podstawowych i najistotniejszych.
  • Mamma Mia! Here We Go Again! – Ola Parker, USA, 2018 – lekki, zabawny, inteligentny, pełen werwy i optymizmu.

Blue Jay – must see!

Podsumowując – sierpień roku 2018 przeminął BJ wśród everymanów, zwyczajnych ludzi zmagających się z codziennością, która za nich nie chce być łaskawa. Wciąż wystawiani na próbę, muszą zawalczyć o sobie, by móc iść dalej. W towarzystwie zawsze raźniej i łatwiej…

Wrzesień

Jutro zaczyna się wrzesień. Boże! Opadła na mnie nagle daremność i przemijanie moich dni i chciałam zacząć krzyczeć w bezsilnej furii na beznadziejne, nieuniknione przemijanie sekund, dni i lat.

– Sylvia Plath Dzienniki 1950-1962

Wrzesień to taki przejściowy miesiąc, bo wprawdzie lato wciąż trwa, ale już jakby jesień. BJ potrzebowała kilku chwil, by się przestawić, oswoić, zaakceptować, polubić, poczuć w tym nowym nadchodzącym dobrze, jak u siebie. Potrzebowała więc czegoś mocnego! I znalazła coś takiego!

Książki

Wydawnictwa urządziły wrzesień bałwochwalcom literatury. BJ poprzestała na dwóch nowościach. Pierwsza zachwyciła, druga zmęczyła:

  • Lincoln w Bardo – George Saunders, Znak, 2018 – wszelkie informacje, które wyjaśniają cóż to za dzieło nie zachęcały BJ. Nęcący był jednak fakt, że istotne jest tu „jak?”. BJ zasiadła więc i przepadła. W tym przypadku forma niesie treść. Lektura ta uświadamia czego brak w literaturze współczesnej (najnowszej), pomijając oczywiście literaturę gatunkową – metafizyki! Autor przekracza tu wszelakie granice! Literatury pięknej i użytkowej, rodzajów i gatunków literackich, i wreszcie (!!!) porządków, światów właśnie – znanego i nieznanego, racjonalizmu i duchowości. Więcej o tej wyjątkowej prozie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu zaufaj i sięgnij po książkę.
  • Widzi mi się – Zadie Smith – BJ zupełnie nie po drodze z tą twórczością. Starała się, podchodziła kilka razy. Z każdą książką Zadie Smith ma ten sam kłopot. Konsternację wywołały Białe zęby, Londyn NW też. Jedynie powieść O pięknie przekonała i zachwyciła, choć nie bez „ale”. Miała nadzieję, że Swing Time zachwyci bez „ale”. Niestety… Może więc najnowszy zbiór esejów? Spodobał się co prawda pomysł, by tom odczytać „jako pamiętnik, zapis autentycznych zdarzeń i nie mniej szczerych refleksji autorki nad nimi. Pamiętnik złożony z esejów pisanych przy różnej okazji i na różne tematy, ale z pewnością niebanalnych i nie udawanych”[1], ale niestety, nie wystarczył, by dobrnąć do końca. Nie tym razem! Może kiedyś wrócę.

BJ odsłuchała też znanej powieści w interpretacji Marcina Popczyńskiego:

  • Regulamin tłoczni win – John Irving, Prószyński i S-ka., 2015 – przejmująca opowieść o wchodzeniu w świat, które ukształtuje osobowość i pogląd na świat.

Co BJ uznaje za lekturę obowiązkową? Bez dwóch zdań Lincolna w Bardo!

Film

We wrześniu BJ udało się obejrzeć kilka filmów o wspólnym mianowniku – wszystkie bowiem tytuły dotykają literatury, niestety, nie było to kino porywające, zapadające w pamięć:

  • Księgarnia z marzeniami – reż. Isabel Coixet, Hiszpania, Niemcy, Wielka Brytania, 2017 – na podstawie powieści The Bookshop Penelope Fitzgerald; historia kobiety, która walczy z całym światem o swoje; niestety, film rozminął się zupełnie z oczekiwaniami i wyobrażeniami BJ, która spodziewała się pasji, emocji, namiętności, a dostała opowieść spod znaku angielskiej flegmy z urzekającymi zdjęciami.
  • Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek – reż. Mike Newell, Francja, USA, Wielka Brytania, 2018 – film na podstawie powieści Annie Barrows i Mary Ann Shaffer pod tym samym tytułem; sentymentalna opowieść o tym jak literatura może uchronić przed śmiercią, jak może przekonać i zbliżyć do siebie ludzi; niestety film nie oddaje ani ducha epoki, ani istoty sprawy.
  • Mary Shelley – reż. Haifaa Al-Mansour, USA, 2017 – opowieść o twórczyni powieści gotyckiej i prekursorce literatury fantastyczno-naukowej, o autorce Frankensteina; raczej dla amatorów opowieści melodramatycznych niż koneserów biografii.

Podsumowując – wrzesień roku 2018 Lincolnem stanął! Cóż to była za przygoda!? Raptem lektury dwa dni, a wrażeń estetycznych, emocji na tygodnie. Cała reszta przy tym zbladła. Z pewnością dzieło to znajdzie się w czołówce książek roku 2018. Dlatego – must read!

[1] Przemysław Poznański, Pamiętnik fascynacji. Zadie Smith, Widzi mi się, opublikowano 14.09.2018, https://zupelnieinnaopowiesc.com/2018/09/14/pamietnik-fascynacji-zadie-smith-widzi-mi-sie/, dostęp 03.10.2018.

Podsumowanie miesiąca – lipiec 2018

Podsumowanie miesiąca - lipiec

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Nie radujesz się życiem? Nie cieszy cię, że możesz powiedzieć: to jestem ja, to jest moja ręka, moja noga, istnieję, naprawdę istnieję, żyję?! Nie sprawia ci to radości?!

– George Orwell Rok 1984

Niestety, ostatnie dni lipca przesłoniły wszystkie wcześniejsze. Bowiem świat polskiej kultury wielce zubożał…

Wydarzenia
  • Kora – 8 czerwca 1951 – 28 lipca 2018.
  • Tomasz Stańko – 11 lipca 1942 – 29 lipca 2018.

„Zwinął się Tomasz Stańko z ziemskiego padołu zaraz po Korze, jakby „poczekaj na mnie” zakrzyknął, jakby towarzystwa chciał jej dotrzymać. Poszli więc razem w ten weekend duszny i lepki. I już nie wrócą, choć będą przecież z nami do świata końca”[1].

Książki

W lipcu był czas na nowości wczorajsze i przedwczorajsze oraz na klasykę, powszechną i polską. Nowości nie przyniosły zbyt wielu uniesień ani estetycznych, ani intelektualnych na szczęście klasyka to zrekompensowała!!!

  • Grona gniewu – John Steinbeck – co jest cechą klasyki? Uniwersalność! A ta odyseja, za którą autor otrzymał National Book Award i Nagrodę Pulitzera, która przyczyniła się do przyznania mu Nagrody Nobla, jest bardzo na dziś. Powieść ta, pozbawiona nowatorskich technik narracyjnych, odwołująca się do klasycznego motywu wędrówki, znakomicie pokazuje czym w istocie jest emigracja – walką o godność. Więcej o tej przejmującej prozie będzie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu sięgnij po książkę.
  • Jedyna historia – Julian Barnes – cóż, jestem entuzjastką twórczości Barnesa. Za sprawą Poczucia kresu, Papugi Flauberta. Nawet i Zgiełku czasu, choć przyznam, że kontrowersje narosłe wokół polskiego tłumaczenia powieści wywołały niesmak, ale z tym autor przecież nie miał nic wspólnego. Czekałam więc na lekturę najnowszej powieści brytyjskiego pisarza z niecierpliwością. Pierwsze zdanie i konsternacja. Dalej zażenowanie. Niepokój, dokąd to zmierza? I powtarzanie sobie – spokojnie, nie ma obaw, przecież to Barnes! Jemu się ufa! Brnęłam więc, czekając na więcej, na coś, co pozwoli mi odetchnąć z ulgą. Jedyna historia to powieść inicjacyjna, to opowieść o dojrzewaniu, o miłości, ale tematem jest tu także opowieść sama w sobie, bo to opowieść o opowieści, co okazało się dla mnie sednem sprawy, którego się uczepiłam, by móc odetchnąć z ulgą. Gdybym bowiem poprzestała na samej fabule, na samej konwencjonalnej, prostej i przewidywalnej historii, to powieść rzuciłabym w kąt i Jedyna historia byłaby wielkim rozczarowaniem. Autor bowiem zajął się wyświechtaną kwestią, na temat której można wygłaszać już tylko truizmy i banały, puste frazesy. I z nich to właśnie pisarz zbudował swą opowieść. I tu moja cierpliwość by się skończyła. Nawet jeśli ta historia o miłości jest w jakiś sposób nietypowa, nawet jeśli to studium wielkiego uczucia, jego narodzin i upadku, nawet jeśli jest to opowieść z tłem, które odgrywa tu niebagatelną rolę (angielska prowincja w czasach sprzed rewolucji obyczajowej). Na szczęście autor na tym nie poprzestał. Na szczęście raz po raz puszcza do odbiorcy oko i wówczas fabuła schodzi na dalszy plan, by zrobić miejsce czemuś zgoła innemu, fundamentalnemu dla literatury. Bo przecież to Barnes twierdzi, że literatura to „[…] proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów”[2]. Zatem Jedyna historia to coś więcej niż konwencjonalne romansidło (podobno najpiękniejsza i najsmutniejsza opowieść miłosna XXI wieku[3]), ale znacznie mniej niż spodziewałabym się po Barnesie.
  • Nielegalny. Moje życie w RPA – Trevor Noah – lektura tejże publikacji wprawia w zdumienie, z każdym kolejnym zdaniem oczy otwierają się coraz szerzej, nawet przy znajomości tematu. Wyjaśnia bowiem coś, czego wyjaśnić się nie da, czego nie sposób pojąć, zrozumieć. A robi to w sposób szczególny – bez patosu, poprzez śmiech, kpinę. Poprzez prywatną historię autora, popularnego dziś telewizyjnego komika mieszkającego w USA, oglądamy realia życia osoby kolorowej, nielegalnej – owoc nieprawego związku czarnej matki i białego ojca (związki międzyrasowe były wówczas zakazane i karane) – w kraju segregacji rasowej, w czasie ostatnich lata apartheidu. Poznajemy absurdy życia w systemie zbudowanym przez białych osadników w RPA. To jednak nie wszystko, bowiem te wspomnienia to też opowieść o matce autora – o czarnej niepokornej kobiecie, która znała swoją wartość i wiedziała czego chce. Niewątpliwie ta autobiograficzna proza pokazuje nam kawał świata, naszego przecież, wspólnego, choć jakże odrębnego.
  • Przedwiośnie – Stefan Żeromski – ta powieść była i wciąż jest moją propozycją książki na tegoroczne lato, gdyż w ramach Narodowego Czytania 2018 to właśnie to dzieło czytamy – o „odradzającej się i odrodzonej Polsce”[4]. Ale to także powieść o buncie, o dojrzewaniu, poszukiwaniu. Dawno temu historia młodego Polaka, którego beztroskie życie wśród Ormian, Turków i Rosjan zburzyła rewolucja, wzbudzała we mnie wiele emocji. Do dziś z zainteresowaniem śledzę losy tego typu bohaterów – uwikłanych w dzieje świata, zaangażowanych, reagujących na bieżące wydarzenia. Więcej o tej prozie będzie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu sięgnij po książkę, odśwież, poznaj. Warto czytać polską klasykę!

Był też audiobook (w interpretacji Marii Seweryn):

  • Siła – Naomi Alderman – rozczarowanie roku 2018, niestety, bo oczekiwania były spore. Siła rażenia Opowieści podręcznej Margaret Atwood, odświeżona sukcesem serialu, rozbudziła apetyt – stale podsycany akcją „Metoo”, bieżącymi wydarzeniami z kręgu kultury i show-biznesu, o których informacje docierają niemalże każdego dnia, walką o rzeczywiste równouprawnienie kobiet – na eksplorowanie tematu, pogłębioną (?) nad nim refleksję. Alderman, brytyjska gwiazda młodego pokolenia powieściopisarzy, zaproponowała powieść wpisującą się w ten trend. I poszło… Powieść Siła została okrzyknięta jedną z najważniejszych książek 2017 roku, za którą głowę dają znani, cenieni… Bo bezkompromisowa, niepokojąca, szokująca, odważna, zmuszająca do zrewidowania dotychczasowych poglądów, intelektualne wyzwanie! Rzekomo! Jakże więc nie mieć wobec niej oczekiwań? Niestety, wszystko (i bohaterowie, i wizja, i globalna rewolucja) jest tu uproszczone, potraktowane stereotypowo, pełne oczywistości, pozbawione pogłębionej refleksji i psychologii postaci (to raczej wydmuszki, niż bohaterowie z krwi i kości). Opowieść jest szczątkowa, fragmentaryczna, bez wnikania pod skórę, pełna truizmów. Pierwsze akapity kazały mi „uczepić się” konwencji komiksowej, bym nie zakończyła swych zmagań, bym brnęła dalej. Bo faktem jest, że z Siłą męczyłam się, walczyłam i nieco łatwiej było mi przebrnąć przez tę opowieść, mając świadomość, że wspomniana konwencja ma swoje prawa. I chyba tylko to tę powieść ratuje.

Co uznaję za lekturę obowiązkową? Oczywiście, bez dwóch zdań Grona gniewu!!! Polecam także autobiografię Nielegalny, publikację przybliżającą nam zniuansowany świat czarnego lądu.

Serial

Po mundialowym maratonie należało znaleźć sobie coś, co wypełni powstałą pustkę 😉 Uznałam, że serial będzie najlepszym remedium!  I udało się!

  • Elementary – amerykański serial telewizyjny nadawany od 2012 roku, stworzony przez Roba Doherty na podstawie dzieł Arthura Conana Doyle’a o Sherlocku Holmesie, 5 sezonów, każdy po 24 odcinki – nie jestem entuzjastką powstałych ekranizacji prozy Doyle’a (poza serialem Dr House, którego bohater, wzorowany na Holmesie, nie tylko zajmuje się arcyciekawymi przypadkami chorobowymi, ale i rozwiązuje związane z nimi zagadki – Holmes na miarę naszych czasów), ale serial Elementary wciągnął mnie na dobre. Miejsce akcji – Nowy York, stara kamienica, czas akcji – XXI wiek, bohater – niejaki Sherlock Holmes, detektyw, konsultant nowojorskiej policji, aspołeczny narkoman i geniusz oraz doktor Watson – kobieta (!!!), Joan, a nie John, była chirurg, trenerka trzeźwości, na którą główny bohater zostaje niejako skazany (zatrudniona została przez wpływowego ojca detektywa, który jest właścicielem zamieszkiwanej przez Holmesa kamienicy). Większość odcinków nie jest ze sobą powiązana, każdy epizod przedstawia śledztwo nad inną sprawą. Jednak nie fabuła ujęła mnie, ale główny bohater. Sherlock Holmes odbiega tu nieco od wizerunku zapisanego w zbiorowej świadomości – flegmatycznego dżentelmena, dystyngowanego, grającego na skrzypcach, którego bronią jest cięta riposta. Był już podobno Holmes na miarę bohatera XXI wieku (???) – Sherlock Holmes, reż. Guy Ritchie, Niemcy, USA, 2009 i Sherlock Holmes: Gra cieni, USA, 2011 – działał on jednak w dekoracjach XIX wieku (ma to oczywiście swój urok) co w połączeniu z, jak na superprodukcję przystało, teledyskowym montażem, niekończącymi się efektami specjalnymi i bohaterem, który nigdy jakimś cudem nie ginie, przyniosło efekt… dla koneserów. Kino akcji plus staroświecka wiktoriańska baśń plus estetyka reżysera – nie dla mnie. Zaś Holmes (nowy stary) z brytyjskiego serialu Sherlock (emitowany od 2010), działający już pełną parą w wieku XXI (detektyw ma swoją stronę internetową, a jego wierny towarzysz nie pisze dziennika tylko prowadzi blog), choć znacznie mi bliższy, jest przerysowany, teatralny wielce. Zbyt ekspansywny, zaborczy. Tu natomiast wszystko zagrało. Elemenatry to alternatywna historia genialnego detektywa na miarę XXI wieku w dekoracjach XXI wieku, pozbawiona karkołomnych zestawień, zderzeń. Nawet pozornie kontrowersyjny pomysł jak doktor Watson w spódnicy okazał się naturalny, oczywisty i trafiony, gdyż wprowadza dodatkowy efekt – podtekst erotyczne, który niewątpliwie jest tu atutem. Holmes w tym wydaniu to postać charyzmatyczna przy całej swej nieprzystępności i niezwykle barwna. To człowiek dwojakiej natury, pedantyczny oryginał, ekscentryk, elegancki dziwak, powściągliwy, wycofany, niedostępny, bezlitośnie szczery, opryskliwy, cyniczny, sarkastyczny, małostkowy, złośliwy, neurotyczny, nadpobudliwy, nieprzewidywalny, narcystyczny, wyobcowany ze społeczeństwa, z którym nie umie znaleźć wspólnego języka, otoczenie ma więc za nic („ludzie to otyłe melepety”), mizogin nad mizoginami, a przy tym genialny narkoman, piekielnie inteligentny, atrakcyjny, z wyostrzonymi zmysłami, z ponadprzeciętnymi umiejętnościami dedukcyjnymi, głodny wiedzy i poznania, odkrywający najgłębsze tajemnice ludzkiej natury, łaknący za wszelką cenę wniknąć pod skórę (istny Sherlock Doyle’a i doktor House w jednym). Poza tym, to bardzo dobry serial detektywistyczny, dopracowany w każdym szczególe.

Podsumowując – lipiec roku 2018 zapisze się w pamięci BJ „duszno, lepko i śmiertelnie”! „Żaden dzień się nie powtórzy” można zaśpiewać za Korą, powtórzyć za Szymborską czy zakrzyknąć za Heraklitem – panta rhei.


[1] Mike Urbaniak, opublikowano 31.07.2018, Klejnoty rodowe, https://www.vogue.pl/a/klejnoty-rodowe, dostęp 02.08.2018.

[2] Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z „The Paris Review”, Wrocław 2016, s. 48.

[3] Juliusz Kurkiewicz, Najpiękniejsza powieść o miłości napisana w XXI w., czyli „Jedyna historia” Juliana Barnesa. Uwierz i poczuj, opublikowano 24.04.2018, http://wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,23309251,czy-wolelibyscie-kochac-mniej-i-mniej-cierpiec-pyta-julian.html, dostęp 04.08.2018.

[4] Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, http://www.prezydent.pl/aktualnosci/wydarzenia/art,904,przedwiosnie-lektura-narodowego-czytania-w-2018-roku.html, dostęp 04.08.2018.

Podsumowanie miesiąca – czerwiec 2018

Podsumowanie miesiąca - czerwiec

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Przeżywał dzieciństwo w wieku dojrzałym, biorąc odwet za przedwczesną dojrzałość w dzieciństwie.

– Gustaw Herling-Grudziński Inny świat

Ach, co to był za czerwiec!? Czerwiec to ostatni miesiąc wiosny i początek lata… Koniec – moment bolesny, ściągający w dół, jest w istocie obietnicą początku – a to już moment, w którym możliwe jest wszystko, w którym nie ma niemożliwego. Zatem wchodzę w to nowe niewiadome z odwagą (?), otwartością, refleksją, spokojem i ekscytacją.

Niewątpliwie czerwiec Bałwochwalicy Jednej był pełen skrajnych emocji i uniesień. Wrażeń estetycznych najwyższych lotów, podniet intelektualnych. Inspiracji.

Wydarzenia

Za wydarzenie czerwca uznaję pewną debatę:

  • Okrągły stół blogerów, wydawców i czytelników w ramach Big Book Festival – nie byłam, nie uczestniczyłam, oglądałam jedynie transmisję, to jednak wystarczyło (choć fakt, że nie mogłam zabrać głosu wyprowadzał z równowagi 😉 ), by zadać sobie kilka pytań, by nad kilkoma kwestiami się zastanowić. To jednak wymaga osobnej noty. Proszę więc o cierpliwość, a będzie dane.

Niestety, nie zabrakło też wydarzeń mało radosnych:

  • Porażka polskiej reprezentacji na Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej 2018 – ja wiem, że to jest sport i tu wszystko może się zdarzyć, ale gdy pomyślę o aspiracjach… poniosła ułańska fantazja! Jak nic. Przegrana niekiedy bywa sukcesem, bo porażka porażce nierówna, ale w tym wypadku jest… nie będę kończyć. Proponuję samemu sobie dopowiedzieć!
Książki

Mundial sprawił, że nie za wiele miałam czasu na czytanie, co paradoksalnie przyczyniło się do efektywniejszego czytania. Sięgałam bowiem po książki nieco skromniejszej objętości (tym, o zgrozo, się kierowałam) i finał był taki, że jedna była lepsza od drugiej!!!

  • Białe łzy – Hari Kunzru – temat powieści – niechlubna przeszłość Ameryki, która kładzie się cieniem na teraźniejszości – eksplorowany był już na różne sposoby, jednak ten, który zastosował Kunzru, sprawił, że powieść odkrywa przed odbiorcą nowe lądy. Autor podszedł do tej trudnej kwestii od niecodziennej strony, od muzyki bowiem (przypomnę, że muzyka ma na mnie ogromny wpływ, dlatego częściej niż niekiedy słucham ciszy), od strony bluesa – muzyki niewolników – co zaowocowało powieścią wyrafinowaną, osobliwą, która uderza w struny delikatnie, ale jakże celnie. Choć zaczyna się niewinnie i lekko – młodość, przyjaźń, pasja, muzyka, wariactwo, Nowy Jork, to jest to jednak opowieść ciężkiego kalibru. Więcej o tej oryginalnej prozie będzie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu sięgnij po książkę. W klimat może wprowadzić odpowiednia muzyka – Spotify http://bit.ly/kunzru-spotify, Soundcloud http://bit.ly/kunzru-soundcloud, Tidal http://bit.ly/kunzru-tidal.
  • Zanim dopadnie nas czas – Jennifer Egan – powieść sprzed lat, którą uhonorowano Nagrodą Pulitzera. I słusznie! Bo to bardzo dobra rzecz! Bohaterem jej jest czas… Ten bezwzględny, bezlitosny wieczny towarzysz naszej egzystencji, której nadaje znaczenie znikomości. Więcej o tej smutnej powieści będzie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu sięgnij po książkę.
  • Koala – Lukas Bärfuss – zaskakująca powieść, niespodziewana, bezkompromisowa, bolesna, bo pozbawiająca złudzeń, zaangażowana; dwa różne wątki, odległe, nieprzystające do siebie nie tylko pod względem tematu, ale i formy podania – samobójstwo brata narratora/ autora, człowieka nieco wycofanego (wspomnienia) oraz kolonizacja Australii przez Wielką Brytanię i przy okazji próba wyniszczenia gatunku uznanego za nieużyteczny, koali (ale nie tylko), apatycznego leniwca (esej) – okazują się opowieścią o tym samym! To bowiem proza o tym, nad czym dziś, idąc po trupach do celu, powinniśmy się zastanowić – o dzisiejszym modelu życia jedynie akceptowalnym, o kapitalizmie, w którym nie ma miejsca na alternatywę, w istocie zaś o wartość ludzkiego istnienia samego w sobie. Więcej o tej nieoczywistej i mądrej powieści będzie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu sięgnij po książkę. Ale ostrzegam!

Był też audiobook (w interpretacji Paluliny Holtz):

  • Moja najdroższa – Gabriel Tallent – opowieść o tym jak kropla potrafi zatruć morze; powieść mocna, okrutna, bezkompromisowa, wali obuchem w łeb, pozbawia komfortu, boli. Opowieść o ojcu i córce, którzy zdani na siebie, żyją w kontrze do reszty świata. Jak to ich życie wygląda? Nie chcesz wiedzieć! A może? Ostrzegam jednak. Autor posunął się bowiem daleko. Czy nie za daleko? Czy nie lepszym wyjściem byłoby zatrzymać się i poprzestać na niedopowiedzeniu?

Co uznaję za lekturę obowiązkową? Zanim dopadnie nas czas i Koala to moje numery jeden czerwca, chyba półrocza (muszę pomyśleć?). Przypuszczam też, że znajdą się w czołówce podsumowania roku 2018!!!

Muzyka

Muzykę podsunął mi ktoś znający się na rzeczy. Podarowana płyta (z jakiej okazji nie powiem 😉 ) świetnie wpisała się w czerwcowy klimat:

  • With Orchestra – Hooverphonic – polecam szczególnie numer drugi tego belgijskiego zespołu!

No dobra, z okazji Dnia Dziecka to było 😉 !

Film

W czerwcu premierę miał film, na który bardzo czekałam. Nie dlatego, że jego twórca dostał Złotą Palmę w Cannes za reżyserię, że było o nim tak głośno, że było tyle zachwytów, och, achów. Tylko dlatego, że tenże reżyser tworzy filmy, które na mnie działają, które są mi bliskie. I nie zawiodłam się.

  • Zimna wojna – reż. Paweł Pawlikowski, USA, 2017 – owszem, niewtajemniczonemu w dokonania reżysera, z racji wywołanego szumu, może się wydawać, że będzie miał do czynienia z filmem pełnym przepychu, tym zaś, którzy mają za sobą doświadczenie tej twórczości, wiedzą, że nic bardziej mylnego. Mamy bowiem do czynienia z obrazem wyciszonym, niespiesznym, subtelnym, kameralnym, intymnym, lirycznym, oszczędnym, ale także pozbawionym patosu (co niezmiernie ważne), z lekkością, humorem, przy jednoczesnym wyrafinowaniu. Dialogi zredukowano do minimum, muzyka, od rodzimego folkloru po jazz i rock ‚n’ roll zza żelaznej kurtyny, mimo że jest tu jednym z głównych bohaterów czy nawet tematów, nie narzuca się, nie jest nachalna. Opowieść zaś snują zdjęcia – pełną tragizmu historię miłości w czasach zarazy (rzeczywistość bowiem zmaga się z zimną wojną), której bohaterowie, choć sobie oddani, wciąż muszą szukać sposobu, by zimna wojna, która ogarnęła także ich wnętrza, dobiegła końca i miłość zatriumfowała. Znajdują… (rodem z Witkacego) – motyw stary jak świat, ale siła rażenia jak nigdy. To także opowieść o człowieku zakorzenionym gdzieś, gdzie egzystencja staje się niemożliwa z racji wartości, którymi się kieruje. I jeszcze kreacje aktorskie – wręcz niemożliwe (choć mam tu małe ale do początku filmu, nim bohaterowie pokazali swoją prawdę, swój autentyzm, swoją siłę). To obraz, który nie jest uwikłany w tu i teraz, w nasze dzisiaj, choć na dziś, bo uniwersalny. Zacierający granice czasoprzestrzenne. A może właśnie przez to będący odpowiedzią na nasze tu i teraz?

Podsumowując – czerwiec roku 2018 był miesiącem ekscytującym! Aż chciałabym przeżyć go jeszcze raz! No, może pomijając ten mundialowy blamaż!

Podsumowanie miesiąca – marzec 2018

Podsumowanie miesiąca - marzec

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Społeczność, która za rzecz naturalną uznaje, że troska o dzieci i o dom ma prawo stłumić pokłady inteligencji u kobiet, jest sama dla siebie wrogą i nawet o tym nie wie.

– Elena Ferrante Historia ucieczki

Marzec jest taki skomplikowany! Według kalendarza to miesiąc zimowy, według wewnętrznego poczucia wiosenny, według aury… przez jej kapryśność różnie bywa. Tegoroczny pokazał nam środkowy palec, figę, język. Nie miał zamiaru spełniać naszych zachcianek. Był więc styczniowy – śnieżny, mroźny, zimny. I choć chwilami było nawet przyjemnie, to w środku wszystko się buntowało i krzyczało. I nic nie szło tak jak powinno…

Ale dość!!! Czas ten okrutny miesiąc podsumować, tym samym zamknąć zimę, by móc już tylko wiosną wiosennie egzystować!!!

Książki

Marzec pod względem czytelniczym nie był najlepszym miesiącem. Przygniótł mnie i sprawił, że zawitali nieproszeni goście, marazm z apatią i chandrą pod ręce. Początkowo walczyłam, później postanowiłam przeczekać… Dlatego poniżej nie ma mnogości tytułów. Choć te, po które zdołałam sięgnąć należą do literatury z najwyższej półki. Była więc klasyka. Powrót od dawna planowany. Pierwszy raz powieść o nęcącym starszego pana dziewczęciu czytałam w pośpiechu, bo czas leciał, a egzaminy były tuż, tuż… Tym razem delektując się…  Dwie pozostałe książki, to zaległości z zeszłego roku, tyle że jedna z nich – powalająca – powstała ponad pół wieku temu. Z pewnością w przyszłości bliższej bądź dalszej pojawią się osobne noty na temat tych moich marcowych lektur.

Zatem:

  • Zulejka otwiera oczy – Guzel Jachina – być może jako opowieść o losach tytułowej bohaterki, tatarskiej chłopki z czasów rozkułaczania nie brzmi na tyle intrygująco, by odczuć potrzebę doświadczenia tej lektury, ale nie dajmy się zwieść… Debiut młodej Tatarki to przede wszystkim fascynująca opowieść o kobiecie, która po prostu otwiera oczy.
  • Zapiski z domu wariatów – Christine Lavant – niewielka książeczka sprzed wielu lat dopiero niedawno ujrzała światło dzienne. Na szczęście. O ile ubożsi bylibyśmy, gdyby czas miniony ją pochłonął? Ale jest i nie tyle zachwyca, co obezwładnia. Autorka po latach powróciła do doświadczenia kilkutygodniowego pobytu w klinice psychiatrycznej. Przetransponowała to przez swoją wyobraźnię i podała tekst, będący rodzajem relacji z tamtego czasu – w istocie relacji z bycia osobnym, nigdzie nieprzynależącym.
  • Lolita – Vladimir Nabokov – tej powieści nie trzeba prezentować… Każdy, choćby tylko ze słyszenia, wie w czym rzecz. To dzieło, którym należy się delektować.

W marcu pojawiła się jeszcze jedna znakomita powieść. W lutym zaczęłam na dobre swoją przygodę z audobookami!!! Przekonałam się do nich po długim czasie nieuznawania, dlatego w marcu i ten rodzaj lektury praktykowałam. Tym razem padło na klasykę literatury rodzimej. Przednia powieść!!! Upajałam się każdym zdaniem, dialogiem, każdą sceną:

  • Zły – Leopold Tyrmand – klasyka polskiej powieści kryminalnej; tytułowy Zły poza prawem wymierza sprawiedliwość warszawskiej chuliganerii z lat pięćdziesiątych XX wieku; czyta Adam Ferency.

I jeszcze jedno! Z powodu czytelniczej marcowej ospałości szukałam czegoś, czym wiosną by żyła. Taką lekturę na wiosnę!!! Znalazłam!!!

  • 4321 – Paul Auster.

Uznałam, po wnikliwej analizie, że nowa powieść nowojorskiego pisarza powinna spełnić wiosenne potrzeby i zaspokoić wiosenne pragnienia! Były więc szybkie zakupy, później szybka przesyłka. Teraz nadszedł czas na lekturę, ale już niespieszną!!! Długo wąchałam, ale teraz już czytam!

Muzyka

W marcu duszę koiła muzyka najlepsza… Milesa Davisa… Polecam!!! To lek na całe zło, na najgorszą chandrę, na najbardziej parszywy nastrój!!!

Podsumowując – marzec roku 2018 był bardzo ciężkim miesiącem. To nie był czas na filmy. To też nie był najlepszy czas na czytanie. To był natomiast najlepszy czas na słuchanie muzyki, ale tylko takiej jak ta Davisa!!!

Podsumowanie miesiąca – luty 2018

Podsumowanie miesiąca - luty

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

W lutym życie stało w miejscu.

Ptakom nie chciało się latać, a dusza

obijała się o kształt świata jak łódka

o pomost do którego ją przycumowano.

– Tomas Tranströmer Twarzą w twarz

Wraz z lutym nastała zima. Ale słońce świeciło tak mocno, że wiosnę wyraźnie czuć było!!! Przedwiośnia to czas przecież – ukochanej pory roku, bo zapowiadającej to, co zapewnia radość bez powodu 🙂 !!! Luty tym razem jasny, słoneczny i biały był. Radosny niby, ale męczący, bo już prawie, ale jeszcze nie. Jeszcze trzeba poczekać na najlepsze. Więc najlepiej czekać, delektując się tym i owym!!!

Książki:

Jaki był luty książkowo? Rewelacyjny. Nie dość, że literatura była bardzo ciekawa, to jeszcze bardzo zróżnicowana. Pod wieloma względami. Były więc opowieści z jakże odmiennych kręgów kulturowych – dalekie Indie i jeszcze dalsza Indonezja – niż nasz europejski, były też opowieści należące do nurtu prozy feministycznej. Znalazła się też publikacja spoza literatury pięknej, należąca do literatury tak zwanej użytkowej. To zróżnicowanie dające satysfakcję ogromną było zapewne efektem zarzucenia praktyki planowania. Czytanie bez rozkładu jazd, spontanicznie, według własnego widzimisię, według potrzeb wewnętrznych i tęsknot jest zdecydowanie przyjemniejsze, choć na dłuższą metę wiem, że może okazać się zgubne. Ale poczekam…

Tymczasem odczułam skutki przedawkowania pewnego… Faktem jest, że literatura piękna jest mi bliższa, ale miewam okresy, że mam dość fikcji… Wówczas bez opamiętania pochłaniam literaturę z przeciwległego bieguna, tak zwaną literaturę użytkową, czyli literaturę faktu. Jakiś czas temu straciłam dla niej głowię i przedawkowałam. I przez wiele, wiele miesięcy stroniłam od niej. Próbowałam nawet samą siebie nakłonić do sięgnięcia znów po coś z tej półki, ale bezskutecznie… Aż w końcu nadszedł luty i poczułam, że nastąpiło przedawkowanie fikcji. Na odtrutkę więc biegusiem sięgnęłam po zaległą biografię. Uf, jak dobrze!

A teraz konkrety:

  • Bóg rzeczy małych – Arundhati Roy – poetycka opowieść, uhonorowana Nagrodą Bookera, o tym co lokalne i uniwersalne – o podziałach kastowych i religijnych, o relacjach rodzinnych, o dyskryminacji kobiet, tragicznej miłości, utraconym dzieciństwie, ogólnoludzkich namiętnościach.
  • Człowiek tygrys – Eka Kurniawan – niewielka książka indonezyjskiego pisarza, nominowana do Nagrody Bookera, opowiada o tym jak rodzi się w człowieku zło.
  • Amatorki – Elfriede Jelinek – powieści austriackiej noblistki uznana za jedno z ważniejszych dzieł nurtu feministycznego; okrutna opowieść o kobietach nie tylko dla kobiet, o miłości, jakiej nikt nie pragnie.
  • Świństwo – Marie Darrieussecq – klasyka literatury feministycznej, niewielka powieść, budząca skrajne emocje, odrażająca i pociągająca zarazem.
  • Broniewski. Miłość, wódka, polityka – Mariusz Urbanek – biografia jednego z ważniejszych poetów polskich XX wieku ukazująca skomplikowane życie twórcy, jego wybory i motywacje, z bogatym materiałem faktograficznym.

Każdy tytuł z wyżej wymienionych gorąco polecam!!! Ze wskazaniem na Jelinek i Urbanka  😉 !

W lutym zaczęłam też na dobre swoją przygodę z audobookami!!! Przyznam, że nie byłam zwolenniczką tego rodzaju „czytania”. Pytałam, czy przesłuchanie audiobooka jest równoznaczne z przeczytaniem książki? Czy nie jest mniej wartościowe? Bo tak bez wysiłku? Robiąc przy okazji tysiąc innych rzeczy? Gdzie trud? Gdzie znój? Poza tym nie ma wówczas miejsca na własną interpretację!? Lektor już ją nam gotową podaje. Narzuca. No, ale cóż. Kusiło. W końcu w ten sposób nasz mózg też się rozwija. Próbowałam raz, drugi, ale dopiero teraz zaskoczyło! Dzięki klasyce gatunku:

  • Morderstwo w Orient Expressie – Agatha Christie – klasyka powieści detektywistycznej podana przez Danutę Stenkę.

Rewelacja!

W lutym audiobooki zastąpiły mi muzykę 🙂 !

Film:

Czas nie sprzyjał seansom filmowym. Obejrzałam jednak coś, co z pewnością za szybko nie pójdzie w niepamięć:

  • Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – reż. Martin McDonagh, USA, Wielka Brytania, 2017 – wyjątkowa westernowa opowieść o kobiecie wymierzającej sprawiedliwość tym, którzy sprawiedliwość mieli za nic.

Podsumowując – luty roku 2018 był miesiącem pod znakiem literatury. Opowieści targały mną. Emocji było wiele, doznań estetycznych jeszcze więcej. No i dobrze było powrócić do literatury faktu. No i to urozmaicenie świata czytelniczego – audiobooki…