Egzystencja w skisłym sosie. „Szklany klosz” – Sylvia Plath

Tytuł – „Szklany klosz”

Autor – Sylvia Plath

Tłumaczenie – Mira Michałowska

Wydawnictwo – Zysk i S-ka

Seria – Kameleon

Rok – 1995

  • DLA KOGO – dla koneserów dzieł kultowych, klasyki literatury, literatury powszechnej, dla fanów literatury amerykańskiej, dla feministów i antyfeministów, dla kobiet i mężczyzn, dla dziewcząt i chłopców, dla każdego, kto nie jest ignorantem, dla zadających sobie pytania o współczesność, dla wielbicieli po prostu dobrej literatury
  • PO CO – by dyskutować
  • MOJA OCENA – poza oceną

„Szklany klosz” jest już dziś pozycją nieco zapomnianą, choć widniejącą na listach dzieł kultowych, obok „Lotu nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya czy „Buszującego w zbożu” J.D. Selingera. Czy jednak czytaną? Jest szansa, że tak. W tym bowiem  roku wydawnictwo Marginesy wznowiło powieść, co z pewnością sprawi, że kilka osób więcej po nią sięgnie. Oby więcej niż kilka, bo warto. „Szklany klosz” mimo że powstał ponad pół wieku temu przechodzi pomyślnie próbę czasu, mało tego, okazuje się powieścią wręcz współczesną, czy nowoczesną, pozbawioną anarchiczności czy to jeśli chodzi o formę, czy o treść, co stanowi doskonały punkt wyjścia do dyskusji o rzeczywistości w której dziś żyjemy.

Najlepszy okres życia

Ameryka, początek lat pięćdziesiątych. Zdolna, utalentowana i ambitna, z jednej strony dość pewna siebie, z drugiej stale wątpiąca w swoją wartość („bezgranicznie niekompetentna” (s. 85)) dziewiętnastoletnia studentka z prowincji, Esther Greenwood, tuż przed przekroczeniem progu dorosłości, tuż przed podjęciem ważnych dla swej przyszłości decyzji, tuż przed dokonaniem wyborów, których konsekwencje ponosi się przez całe życie, złapała Pana Boga za nogi – dane jej było bowiem przeżyć „najlepszy okres swojego życia” (s. 6), wygrała bowiem miesięczny staż w ekskluzywnym nowojorskim magazynie dla kobiet. Takie cuda mogą zdarzyć się tylko w Ameryce.

Szczyt marzeń

Nowy Jork, mieszkanie w hotelu wraz z kilkoma innym szczęśliwymi pannami, premiery, rauty, przyjęcia, pokazy, salony piękności, randki, tańce, alkohol, zabawa – szczyt marzeń dziewczyn z prowincji stał się rzeczywistością Esther. I choć brała w tym aktywny udział, choć korzystała z tego, to była poza tym wszystkim. Nie odczuwała z tego powodu szczęścia. Widziała to bowiem nieco inaczej i „dąsała się i brykała jak narowista klacz” (s. 37).

Rzeczywistość

Skonfrontowanie rzeczywistości z wyobrażeniami, planami, marzeniami rozczarowało Greenwood. Uzmysłowiło, że nie ma wpływu na swój los. Nadrzędny cel życiowy, jasny, sprecyzowany, wręcz oczywisty – nauka i pisanie – wyblakł, rozpłynął się. Dotychczasowe osiągnięcia – dobre wyniki w nauce, najwyższe stopnie, studia w college’u, poparcie Esther jako kandydatki na studia doktoranckie na pierwszorzędnej uczelni, obiecane stypendia – okazały się nic nieznaczące.

Dotąd miała dokładnie opracowany plan działania, wiedziała bowiem czego chce – stypendium, dalsze studia, podróż edukacyjna po Europie, później praca wykładowcy albo redaktora pisma literackiego, pisanie i wydawanie poezji. Pobyt w Nowym Jorku sprowadził jednak tę młodą, ambitną dziewczynę na ziemię. Uświadomił, że jej wysiłki i tak na nic się zdadzą. Dla takich jak ona, nie ma miejsca realnym świecie.

Demony Esther

Esther zdawała sobie sprawę ze swych niekompetencji życiowych, ze swego braku przysposobienia do życia w Ameryce w połowie XX wieku. Uważała, że jest nieprzystosowana do czasów w których przyszło jej żyć, że nie jest w stanie sprostać wyzwaniom zastanej rzeczywistości. Czuła się więc jak „koń wyścigowy w świecie, gdzie nie ma torów wyścigowych” (s. 85).

Małżeństwo, mąż, dzieci, słowem, rodzina – racja i cel życia kobiety w powszechnym mniemaniu – równało się Esther „przepierce mózgu – człowiek staje się czymś w rodzaju głupiego niewolnika w małym totalitarnym państewku” (s. 94). Ona bała się „zakotwiczenia w bezpiecznej małżeńskiej przystani” (s. 92). „Nudne by to było, zmarnowane życie dla dziewczyny po piętnastu latach nauki” (s. 93). Nie mogła znieść myśli, że mogłaby „stać się kiedyś całkowicie zależna od jakiegoś mężczyzny” (s. 231). Uważała, że nad głową kobiety „wisi gruby kij w postaci strachu przed ciążą” (s. 231). Nie potrafiła jak inne kobiety „oddawać się marzeniom o gromadzie rozkosznych, gaworzących maluchów” (s. 231), jakby to była „rzecz najnaturalniejsza w świecie” (s. 231).

Zapadanie się

Świat nie miał Esther nic do zaoferowania. I ona zdawała sobie z tego sprawę. Krótki pobyt w Nowym Jorku tylko utwierdził ją w tym przekonaniu i zakończył się załamaniem.

Przed sobą miała ostatni rok studiów i pisanie pracy dyplomowej. Liczyła też na stypendium na letni kurs pisarski, gdyż obawiała się beztroskiego wakacyjnego czasu. Niestety, stypendium nie przyznano i Esther miała przed sobą całą „beznadziejną, bezdenną przestrzeń lata” (s. 123), z którą nie wiedziała co zrobić. Pisać powieść? Ale jak pisać powieść bez doświadczenia życiowego? Uczyć się stenografii? Oddać się lekturze Finnegan’s Wake”? Przerwać studia na rok? Iść na kurs ceramiki artystycznej? Jechać do Niemiec? Pomysły mnożyły się, żaden jednak nie satysfakcjonował.

Esther widziała swoje dotychczasowe życie jako „słupy telefoniczne, rozstawione w regularnych odstępach wzdłuż drogi i połączone ze sobą drutami… dziewiętnaście słupów” (s. 132). Nie mogła jednak dojrzeć ani jednego słupa za ostatnim, za dziewiętnastym.

Nie mogła jeść, spać, czytać, pisać. Była rozczarowana swoimi osiągnięciami. Nie opuszczało ją poczucie klęski. Sądziła, że zmarnowała stypendium, pobyt w Nowym Jorku, żałowała, że odrzuciła propozycję małżeństwa zdolnego, prawego, przystojnego i inteligentnego studenta medycyny. Miała dość czytania nieskończonej liczby książek, pisania referatów na temat bliźniąt u Jamesa Joyce’a. Chciała, żeby wszystko było zwyczajne, jak w życiu każdej dziewczyny, ale wszystko, czym zajmowali się inni, wydawało jej się idiotyczne.

Esther tkwiła pod „szklanym kloszem własnej udręki, pławiąc się we własnym skisłym sosie” (s. 194) i dusząc „zagęszczonym powietrzem, wypełniającym wnętrze szklanego klosza” (s. 195). Pod tym kloszem tkwiła znieczulona, „zatrzymana w rozwoju jak embrion w spirytusie” (s. 248). Szklany klosz odkształcał jej widzenie świata.

Jak żyć?

Proszki nasenne, które zażywała już nie działały. Rodzinna lekarka zaproponowała wizytę u specjalisty – psychiatry. Ten zaś zalecił kurację elektrowstrząsową.

Z czasem, coraz częściej jej myśli krążyły wokół samobójstwa. Podejmowane próby – podcięcie sobie żył, przedawkowanie leków, utopienie się, powieszenie – okazywały się nieskuteczne. Esther nabrała jednak przekonania, że musi jej się w końcu udać, gdyż jej przypadek jest nieuleczalny i w przeciwnym razie zostanie w „tej idiotycznej sytuacji na dalszych dobre pięćdziesiąt lat” (s. 169) i skończy w zakładzie zamkniętym dla umysłowo chorych.

Leczenie przynosiło jednak ulgę, ale też rozczarowywało. Esther liczyła, że po kuracji będzie pewna siebie, pewna swoich zamiarów na przyszłość. Niestety, mimo prawdopodobnego stempla, stwierdzającego, że nadaje się do dalszej drogi, za rogiem czaiły się demony – natarczywe znaki zapytania i obawa, że pewnego dnia znów znajdzie się pod szklanym kloszem.

Kobieta poszczególna

W „Szklanym kloszu” oglądamy świat przez pryzmat wrażliwości, dojrzałości, bystrości, inteligencji, dystansu, humoru, ambicji, talentu, spostrzegawczości Esther, przez szklany klosz, który ją otaczał. Widzimy młodą kobietę, nadwrażliwą, neurotyczną, o niezwykle skomplikowanej, niejednoznacznej osobowości, która nie dostrzega dla siebie miejsca w tej patriarchalnej i konserwatywnej rzeczywistość Ameryki połowy XX wieku.

Kobieta ta nie mieści się bowiem w schemacie, nie dostrzega dla siebie roli w przyjętym od dawien dawna, niezmiennym i powszechne akceptowanym scenariuszu jaki pisany jest dla kobiet – zamążpójście, rodzenie dzieci – przeznaczenie i szczęście kobiet, słowem, ich jedyna racja bytu zdaniem większości. Ona nie akceptuje tego stanu rzeczy, który uznawany jest za oczywistość, nie podlegającą nawet refleksji. Nie marzy jak inne dziewczęta o małym białym domku na przedmieściach, o mężu i gromadce dzieci. Nie godzi się na uprzywilejowaną pozycję mężczyzn, którym wolno więcej, których nie rozlicza się, od których się nie wymaga, którzy nie są na cenzurowanym tak jak kobiety.

Esencja życia

Esther jest bohaterką powieści i jednocześnie jej narratorką. To ona w pierwszej osobie zdaje relację ze swojego życia. Relacja ta jest intensywna, naładowana, bardzo esencjonalna, skondensowana. Esther choć opowiada o sprawach dla niej trudnych i bolesnych, to potrafi zdobyć się na dystans, a niekiedy nawet drwinę. Dzięki temu łatwiej odbiorcy przebrnąć przez tę opowieść, której skrótowość może sugerować lekkość. Ostatecznie efekt jest wręcz przeciwny. Wraz z końcem ostatniego zdania spada na czytelnika jej ciężar.

Morze spraw

Powieść ta to niewielki objętościowo tekst, ale zakres jego problematyki jest ogromny. Plath zawarła w tej skromnej powieści całe morze kwestii niezwykle istotnych, które wciąż możemy na nowo analizować, odczytywać, interpretować; spraw, które nie straciły na znaczeniu, które dziś także budzą niepokój, które niekiedy się wypiera, które wciąż stanowią temat tabu, które otacza nimb tajemnicy, a które wciąż napierają i nie tracą nic ze swego impetu.

Warto podkreślić, że autorka poruszyła tu kwestie, które na horyzoncie dopiero majaczyły, o których dopiero świat miał usłyszeć – rewolucja seksualna, zmiana obyczajowości, rewolucja feministyczna i emancypacja kobiet dopiero miały nadejść.

Mówiąc, że „Szklany klosz” jest dla dziewczyn wchodzących w dorosłość, które buntują się przeciwko zastanemu stanowi rzeczy i nie dookreślając, pozbawimy powieść możliwości odczytania na wyższym poziomie. Owszem, jest to powieść formacyjna (Bildungsroman) – opowieści o dojrzewaniu, o kształtowaniu się osobowości człowieka – która pozwala nastoletniemu zbuntowanemu odbiorcy utożsamiać się z bohaterem i delektować weltschmerzem, ale „Szklany klosz” jest czymś znacznie więcej. Lektura powieści po przekroczeniu progu dorosłości pozwala spojrzeć szerzej.

Po pierwsze

To powieść-manifest feministyczny. Mamy tu bowiem jasno wyartykułowany sprzeciw wobec tradycyjnych ról kobiecych, wobec podrzędnej roli kobiety, wobec jej uprzedmiotowienia. Poruszone też zostały takie kwestie jak niezależność finansowa kobiet, swoboda seksualna czy dostęp do antykoncepcji.

Po drugie

„Szklany klosz” to opowieść o samotności, wykluczeniu, zepchnięciu na margines, odrzuceniu przez społeczeństwo, gdyż nie jest się w stanie dopasować, dostroić do ogólnie przyjętych norm, zasad; o tym, że nie ma w społeczeństwie miejsca dla jednostek, które nie mieszczą się w obowiązującym schemacie, które wychodzą poza ramy, które przekraczają wyznaczone granice; o barku miejsca na indywidualizm.

Po trzecie

Ta proza to studium depresji, to opowieść o chorobie psychicznej, która także stygmatyzuje i wyklucza, stawia pod znakiem zapytania każdy kolejny dzień, która pozbawia sił, by zawalczyć o siebie, o swoje.

Szklany klosz

Bohaterka powieści znalazła się pod szklanym kloszem, który wpływa na jej odbiór rzeczywistości. Czy szklany klosz zniekształca widziany obraz, czy wręcz przeciwnie, wyostrza go?

Z pewnością oddziela od świata zewnętrznego, daje poczucie osobności, obcości, nierealności, ale i dystansu, który pozwala na właściwy ogląd rzeczy, na zobaczenie więcej.

Autonomiczność

Sylvia Plath, wokół której krąży legenda poetki wyklętej, stworzyła dzieło prozatorskie, które szybko zyskało miano powieści kultowej, czyli takiej, która symbolizuje doświadczenia, wartości i postawy jakiejś grupy społecznej, jakiegoś pokolenia. Powieść stała się legendą. Rzeczywistość dopisała do niej bowiem tragiczny epilog – niespełna miesiąc po ukazaniu się powieści, autorka popełniła samobójstwo, co wpłynęło na odczytywanie tej prozy, jej interpretację.

Pewne teksty literackie, które naznaczone są biografią autora, odczytujemy przez tego pryzmat, nie zważając na to, że są autonomicznymi dziełami, które stanowią wartość samą w sobie, które i bez kontekstu biograficznego okazują się istotne, wartościowe. I „Szklany klosz” należy do tej kategorii. I choć ma znamiona powieści autobiograficznej, to należy do literatury pięknej, co daje odbiorcy więcej możliwości interpretacyjnych.

*Wszystkie cytaty z dzieła pochodzą z tomu, Szklany klosz, Sylvia Plath, Poznań 1995.

** Tytuł oryginalny – The Bell Jar, rok pierwszego wydania – 1963, rok pierwszego wydania polskiego – 1975.

„Zgiełk czasu” – Julian Barnes

„Zgiełk czasu” to niewielka, ale bardzo intensywna i uderzająca rzecz o zgiełku jaki zafundował pojedynczemu człowiekowi XX wiek.

Julian Barnes zajął się tu biografią jednego z największych i najwybitniejszych rosyjskich kompozytorów XX wieku. Jednak nie w pełnym jej wymiarze. Autor bowiem pochylił się tu tylko nad pewnym aspektem życia wybitnego twórcy, ale niewątpliwie najistotniejszym, bo kładącym się cieniem na całej jego egzystencji  – nad relacją artysty ze stalinowską władzą.

Niejakiemu Dmitrijowi Szostakowiczowi przyszło zmagać się nie tylko ze swoim talentem, ale i z władzą, która wiedziała lepiej… Nie decydując się ani na emigrację zewnętrzną, ani na wewnętrzną, musiał skonfrontować się z opresyjnym systemem, który nie miał litości. Musiał, zderzając się z jego bezwzględnością, dokonywać wyborów. Nie raz, nie dwa…

Przypomnę, że postawa Szostakowicza (postaci tragicznej) wobec władzy jest niejednoznaczna. Z jednej strony bowiem kompozytor płynął z nurtem ideologii jedynie słusznej, z drugiej zaś wciąż popadał w niełaskę władzy.

Kompozytora poddano próbie trzykrotnie. Za każdym razem okazywał się tchórzem… Świadomym, udręczonym, gardzącym sobą, z wyrzutami sumienia i poczuciem śmierci za życia.

Ta niby biografia, niby autobiografia, ten niby monolog wewnętrzny głównego bohatera to uniwersalna rzecz o odwadze, wręcz heroizmie, o kompromisie i słabości, wręcz tchórzostwie. To też rzecz o sztuce przez wielkie S i wolności przez wielkie W.

Całość składa się z gonitwy myśli, która intensyfikuje odbiór, myśli, które suną niczym pociąg bez maszynisty – na łeb, na szyję, ku katastrofie!

Mocna rzecz!

Czytać najlepiej w oryginale!

Tytuł – „Zgiełk czasu”

Autor – Julian Barnes

Tłumaczenie – Dominika Lewandowska-Rodak

Wydawnictwo – Świat Książki

Rok – 2017

    • DLA KOGO – dla koneserów twórczości Juliana Barnesa, dla wielbicieli talentu Dmitrija Szostakowicza, amatorów muzyki oraz kultury rosyjskiej, dla fanów literatury angielskiej i dobrej literatury w ogóle, dla zainteresowanych relacją artysta – władza
    • PO CO – by się zastanowić i pojąć
    • MOJA OCENA – 5/6

* Tytuł oryginalny – The Noise of Time, rok pierwszego wydania – 2016, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.

„Broniewski. Miłość, wódka, polityka” – Mariusz Urbanek

To historia życia Władysława Broniewskiego – czołowego polskiego poety XX wieku i jednego z najbardziej kontrowersyjnych twórców tamtego czasu. Historia opowiedziana przez naczelnego biografa polskich jednostek zasłużonych w taki sposób, że czujemy się świadkami tamtych wydarzeń.

Broniewski, miłość, wódka, polityka – te cztery słowa z tytułu, będące tu punktem wyjścia opowieści, mówią wszystko o egzystencji autora wiersza „Bagnet na broń”. Relacje z kobietami, choroba alkoholowa i uwikłanie w politykę zdeterminowały życie poety. Sprawiły, że było ono wielce skomplikowane. Nie mieściło się w schematach i wymykało się jednoznacznym ocenom. Wszelkie zaś upraszczające sądy na ten temat mogły być tylko krzywdzące, bo zakłamujące prawdę.

Wyłaniający się z opowieści artysta to człowiek niejednoznaczny i intrygujący. Komunista, który nie znosił partii. Bolszewik odznaczony w wojnie przeciw innym bolszewikom. Więzień Stalina, którego sławił w swych wierszach. Człowiek wrażliwy, miotający się i wciąż zmagający nie tylko z sobą, ale i z całym światem. Polak, który chciał żyć jedynie w swoim ojczystym kraju – jaki by on nie był. Do końca wierny sobie, swoim ideałom.

To jednak nie wszystko. Bo Broniewski z opowieści Urbanka to także mąż, który zaprzedał duszę diabłu, by pomóc ukochanej żonie i ojciec, który skoczył za córką do grobu.

Tytuł – „Broniewski. Miłość, wódka, polityka”

Autor – Mariusz Urbanek

Wydawnictwo – Iskry

Rok – 2012

    • DLA KOGO – dla wielbicieli twórczości Władysława Broniewskiego, dla fanów Mariusza Urbanka, dla wielbicieli literatury polskiej, dla koneserów literatury faktu, biografii i poezji, dla fanów dobrej literatury w ogóle
    • PO CO – by zbyt komfortowo nie było
    • MOJA OCENA – 7/6

Dzień Przyjaźni – trafiła kosa na kamień

Dzień Przyjaźni

Z przyjaźnią sprawa nie jest tak prosta. Długo, z trudem się ją zdobywa, ale kiedy już się przyjaźń posiadło, nie sposób się od niej uwolnić, trzeba stawić czoło. Nich pan przede wszystkim nie wierzy, że pańscy przyjaciele będą telefonować do pana co wieczór, jak powinni, by dowiedzieć się, czy nie jest to przypadkiem ten wieczór, kiedy postanowił pan popełnić samobójstwo, lub, bardziej po prostu, czy nie pragnie pan towarzystwa, jeśli nie ma pan ochoty wyjść z domu[1].

30 lipca

Niniejsza nota jest okolicznościowa. A jaka to okoliczność? Międzynarodowy Dzień Przyjaźni!!!

Będzie jednak nieco przewrotnie. Dotyczyć będzie ludzi, ale i książek oczywiście, inaczej przecież być nie może, ale w dość nietypowym ujęciu. Będzie o męskiej przyjaźń i tego, co ona ze sobą niesie.

Męska przyjaźń

Żyło sobie dwóch mężczyzn, jeden znany i ceniony pisarz, który wykonywał fascynujący zawód reportera, drugi zaś świadomie bądź nie pragnął być znanym i cenionym pisarzem i wykonywać fascynujący zawód. Ci dwaj mężczyźni pewnego dnia się spotkali. Spotkanie to zaowocowało wieloletnią przyjaźnią. Do śmierci jednego z nich. Nim ona jednak nadeszła jeden z mężczyzn stał się dla drugiego poza tym, że przyjacielem, to jeszcze nauczycielem, jeden z mężczyzn stał się dla drugiego poza tym, że przyjacielem, to jeszcze uczniem. Nauczyciel okazał się znakomity, uczeń pojętny, sumienny i zdolny, co z czasem przyniosło efekty, które nasuwały pytanie „Czy aby uczeń nie przerósł mistrza?”.

Pokłosie

Owocem tej wieloletniej męskiej przyjaźń stała się prawda. Prawda o człowieku poszczególnym i ogólnym – słynna publikacja „Kapuściński non-fiction”.

Kapuściński kontra Domosławski

Ci dwaj mężczyźni to Ryszard Kapuściński i Artur Domosławskim. To o nich mowa i o ich szczególnej relacji, która osobliwe efekty przyniosła. Zapewne wpłynęła na wartość rzemiosła tego drugiego, którego kolejne prace okazują się bardzo cenne. Sławę jednak przyniosła mu ta, opowiadająca o życiu i pracy jego przyjaciela i mistrza. Nie wpłynął jednak na to talent pisarski autora, tylko kontrowersyjna postawa jaką ten zajął wobec swego bohatera. Jedni uznali, że jest hieną, pasożytem, który oczerniając mistrza, chce obalić jego mit i sam zaistnieć w świadomości wielu, drudzy chwalili ten postępek. Brak jednak było w tej zażartej debacie „Kapuściński kontra Domosławski” trzeźwych i racjonalnych sądów. Zrodziła się ona pod wpływem chwili i w gruncie rzeczy chyba nie miała racji bytu. A może…

Bez „kontra”

Dziś już jest czysto. Domosławski wygrał wszystkie procesy, które mu w tej sprawie wytoczono. Ukazało się też po latach nowe wydanie tej kontrowersyjnej publikacji (nowe wydanie jest równe staremu, nic nie zostało usunięte ani zmienione, dodano jedynie wstęp Piotra Bratkowskiego, który prezentuje wszystkie okoliczności zaistniałe wokół tej sprawy), będącej jednym z czterech tomów (obok Gorączki latynoamerykańskiej, Śmierci w Amazonii i Wykluczonych) dzieł zebranych reportera „Gazety Wyborczej” i „Polityki”. Sprawa jest więc zamknięta i można już na nią spojrzeć z nieco innej strony. Na przykład bez „kontra”.

Autorytet

Byłam jedną z pierwszych czytelniczek tej książki (jak cała Polska 😉 ). Dlaczego? Bo Ryszard Kapuściński był dla mnie kimś niezwykle istotnym. I to na wielu poziomach. Z racji moich eksploracji zawodowych, ale i prywatnych. Po jego książki ustawione w rzędzie na półce wciąż sięgałam. Z nich się uczyłam. Jak wielu z nas. On przybliżał i wyjaśniał światy, których nie dane nam było doświadczyć, uczył miłości do bliźniego, do innego. Wskazywał, tłumaczył. Dlatego interesowało mnie wszystko, co na temat życia i twórczości Kapuścińskiego ukazało się i dlatego sięgnęłam od razu po biografię Domosławskiego.

Poza tym, jak już nie raz wspominałam, nie ma nic bardziej inspirującego niż drugi człowiek, dlatego uwielbiam odkrywać innych. W gruncie rzeczy takie, jakby nie było, podglądanie ludzi, podsłuchiwanie, śledzenie ich poczynań, nieco pasożytnicze wręcz żerowanie na egzystencji innych jest fascynującym zajęciem, ale przede wszystkim pobudzającym, dającym energię, sprawiającym, że krew zaczyna szybciej krążyć, słowem inspirującym do życia. A biografia jako gatunek idealnie zaspokaja te potrzeby, a ta biografia w szczególności. Nim się ukazała, już była wielką kontrowersją. Do tego stopnia, że jej wydanie stanęło nawet pod znakiem zapytania. Dlatego więc kiedy już ujrzała światło dzienne od razu przystąpiłam do lektury.

Odsłonięcie niemiłej prawdy

Naiwnością jednak byłoby myślenie o Kapuścińskim jako o człowieku bez skazy i zapewne nikt tak nie myślał. Przytrafiło się jednak reporterowi coś znacznie gorszego. Na pewne kwestie spuszczono zasłonę milczenia i wyłączono z dyskursu, uznając je za nieistniejące. I kiedy jego wieloletni przyjaciel zdecydował się na nazwanie rzeczy po imieniu doszło do skandalu!

W istocie publikacja Domosławskiego – będąca pokłosiem wielkiej przyjaźni – poza tym, że wskazała palcem te miejsca, które są rysą na życiu i twórczości Kapuścińskiego, poza tym, że odsłoniła prawdę o mistrzu i jego uczniu, to odsłoniła też prawdę o nas samych.


[1] Albert Camus, Upadek, Warszawa 2014.

Bitwa o siebie. „Wojna Witkacego” – Krzysztof Dubiński*

Wojna WitkacegoTytuł – Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach. 

Autor – Krzysztof Dubiński

Wydawnictwo – Iskry

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską, historią Rosji oraz historią wojskowości; dla entuzjastów życia i twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Witkacowski bzik

Być może ktoś już dostrzegł, że Witkacy to twórca Bałwochwalicy Jednej szczególnie bliski. Wprawdzie nie obnosiłam się z tym faktem za bardzo, ale dałam temu sygnał już w chwili powołania Bałwochwalni do życia. Bo nie mogło być inaczej. Z jednej strony marzę tylko o wyrwaniu się z jego macek, dlatego nie mówię zbyt wiele o moich pozablogowych wycieczkach badawczych, z drugiej przesiąkłam nim na tyle, że uciec już nie sposób. Niech więc będzie…

Stale, od lat okazuje się, że witkacologa nie jest dziedziną badań zamkniętą, jest wciąż żywa, gdyż kolejni badaczy zabierają w tej sprawie głos i nie chcą powtarzać treści Jana Błońskiego, Janusza Deglera, Anny Micińskiej, Konstantego Puzyny. Ich ambicją jest pokazanie, że jeszcze nie wszystko powiedziano, że to, co już powstało należy do przeszłości, a trwające dziś domaga się nowego, innego, świeżego spojrzenia, czytania, uaktualnienia treści znanych, zinterpretowania adekwatnego do teraźniejszości czy nawet obalenie opinii tego znamienitego grona. Dowodem na to są kolejne publikacje, czy inicjatywy, jak powołanie do życia półrocznika „Witkacy” Państwowego Instytutu Wydawniczego.

Wojna Witkacego o siebie

Książka należąca do Krzysztofa Dubińskiego, dziennikarza i politologa, speca od wojskowości, nie dotyczy twórczości artysty spod Tatr, nie jest pracą z zakresu literaturoznawstwa czy historii sztuki, tylko jego biografii.

Wydawać się może, że publikacja tej kwestii poświęcona jest zupełnie zbędna, ponieważ życie Witkacego jest prześwietlone w każdy calu, udokumentowane, zbadane pod każdym kątem i powszechnie znane, więc nie ma potrzeby znów o tym pisać, gdyż będzie to wtórne, gdyż będzie to tylko powtarzanie znanych treści.

Istota sprawy

Dubiński udowadnia, że nic bardziej mylnego. Jego Wojna Witkacego wychodzi naprzeciw tym, którzy zdają sobie sprawę, że jest w biografii autora Szewców coś, co zbywa się zwykle jednym krótkim określeniem, niczego bliżej nie wyjaśniającym i całej reszcie dyletantów, która myślała, że na ten temat wie już wszystko.

Witkacy w Rosji

Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach, bo tak brzmi pełny tytuł rozprawy, o której mowa, jest monografią poświęconą niewielkiemu odcinkowi życia twórcy, który, mimo że uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów, bo przełomowych, to jednak tajemniczy, w istocie zaś znany tylko powierzchownie, nawet wśród witkacologów, na temat którego mnożą się domniemywania i spekulacje.

Temu czteroletniemu okresowi – od 1914 do 1918 czyli pobytowi Witkacego w Rosji, a zatem, gdy jako żołnierz elitarnego Pawłowskiego Pułku Lejbgwardii walczył na froncie I wojny światowej, a potem przebywał w ogarniętej rewolucją Rosji – Dubiński poświęcił swą pracę, będącą bardzo drobiazgowym i rzetelnym kompendium wiedzy na temat życia artysty tamtego czasu.

Posiłkując się rosyjską i polską dokumentacją wojskową oraz bazując na opracowaniach historycznych i literaturze wspomnieniowej, autor niemalże dzień po dniu zrekonstruował pobyt Witkacego w Rosji, przebieg jego służby wojskowej, odsłaniając przy tym prawdę o tamtym czasie, niejasne i niezrozumiałe kwestie, czy odkłamując pewne sprawy – weryfikuje mity, legendy, wyjaśnia zagadki, prostuje fakty. Dlatego publikacja Dubińskiego nie jest pracą odtwórczą, powtarzającą znane treści, jest pracą, która wnosi coś nowego do badań nad Witkacym, pomimo wielu hipotez, gdyż faktem jest, że skrupulatne badania autora nie przyniosły odpowiedzi na wszystkie pojawiające się pytania. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z istotnym źródłem wiedzy o życiu jednego z ważniejszych polskich twórców.

Tę stosunkowo obszerną (bo zakres problemu jest przecież bardzo wąski) monografię tworzy osiemnaście rozdziałów, które odpowiadają poszczególnym etapom pobytu Witkiewicza w Rosji. Wprowadzając, autor przypomina genezę podjętej przez artystę decyzji i wszelkie związane z tym okoliczności. Dalej, niezwykle skrupulatnie odtwarza kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata tego intensywnego czasu, by zamknąć opowieść powrotem artysty w rodzinne strony.

Geneza

Zakopiańska tragedia – samobójstwo narzeczonej – i jej konsekwencje – wyjazd u boku starego przyjaciela Bronisława Malinowskiego do Australii, który miał przywrócić równowagę psychiczną rozpaczającemu mężczyźnie – poprzedziły wybuch I wojny światowej. Wojna, można rzec, wybuchła dla Witkacego w najbardziej odpowiednim momencie, gdyż przy niemożności znalezienia ukojenia w tropikach zaczęła artyście jawić się jako jedyna szansa na ratunek – uzasadnienie sensu życia. Artysta uznał, że tylko udział w walce może nadać jego życiu godności. Nie zwlekając więc, podjął decyzję o powrocie do Europy.

Rosja

Tu zaczyna się zasadnicza część pracy Dubińskiego. W kolejnych rozdziałach autor bierze pod lupę epizod z życia Witkacego, który choć bezdyskusyjnie uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów tej biografii, to tu dopiero naprawdę poznajemy jego genezę, sens i znaczenie.

Począwszy od opuszczenia ziemi australijskiej autor idzie krok w krok za Witkiewiczem, przypomina powzięte przez niego decyzje, odkrywa fakty i szuka uzasadnień jego poczynań. Przywołuje carski Petersburga, do którego przybył Witkacy po długiej podróży z tropików, opisuje starania artysty wstąpienia do lejbgwardii, dalej jego pobyt w elitarnej Pawłowskiej Szkole Wojskowej, następnie życie w mundurze porucznika lejbgwardii, dowodzenie oddziałem, koszarową codzienność, walki na froncie i ich skutki, walki uliczne w ogarniętej rewolucją stolicy oraz ucieczkę z bolszewickiej już Rosji.

W poszczególnych rozdziałach Dubiński mierzy się z odkrytymi przez siebie faktami, ustaleniami, zestawiając je z stanem dotychczasowej wiedzy na ten temat. Dzięki temu otrzymujemy pełny obraz rosyjskiego fragmentu biografii Witkacego, niejako ostatecznie uporządkowany, nawet jeśli z miejscami, których nie udało się wyjaśnić, to z dokładnie nakreślonymi i wyznaczonymi, co satysfakcjonuje i nie pozostawia niesmaku niepełności.

Obiektywizm, prostowanie faktów, obalenie mitów, odzieranie z legendy

Dubieński mierzy się także ze znamienitym gronem witkacologów, zwracając uwagę na ich przemilczenia czy pewne skróty myślowe, a niekiedy nawet ignorancję. Ma za złe, że biografowie artysty uważniej przyglądają się kolorom jego garderoby niż postaciom, które w pamięci twórcy Pożegnania jesieni wpisały się z pewnością nie bez powodu. Prostuje też pewne fakty. Jak chociażby te dotyczące źródła zmiany jaka zaszła w stosowanej przez Witkiewicza technice rysunku (pastel zastąpił węgiel), tzw. kompozycji astronomicznych czy te dotyczące rzekomej bratobójczej walki.

Obala mity na temat zdemoralizowanej armii tamtego czasu, popełnianych przez oficerów samobójstw, narkotycznych seansów, czy dekadenckich gier w kukułkę, także te na temat odniesionych ran czy kontuzji, udziału w rewolucji rosyjskiej czy te dotyczące komisarza politycznego.

Autor utrwala też portret artysty odarty z legendy – poważnego, racjonalnego człowieka, twardo stąpającego po ziemi, głęboko odczuwającego rzeczywistość, który musiał być zawsze, jak mawiał, zapięty na ostatni guzik, i taki też jawi się jako uczeń pawłowskiej szkoły, jako porucznik i oficer carskiego wojska czy odpowiedzialny i odważny dowódca oddziału.

Warto odnotować, że Dubiński jawi się w swej publikacji jako badacz, który obiektywnie podchodzi do przedmiotu swych dociekań. Witkacy jest twórcą, który od zawsze wywołuje skrajne opinie i trudno tu o bezstronną postawę, tym bardziej ceni się obiektywną, bez poczynionych z góry założeń, niepodkolorowaną analizę jego biografii, której efektem jest właśnie Wojna Witkacego.

Konsekwencje

Powszechnie wiadomo, że rosyjski okres odcisnął się na życiu Witkacego w sposób zasadniczy, że to w jego życiu cezura, która oddziela młodego jeszcze nie w pełni ukształtowanego mężczyznę, od dojrzałego już artysty i człowieka. Dubiński z pasją i niemalże detektywistycznym zacięciem odrywa co to w istocie znaczyło, na czym poległo, gdyż sam artysta niewiele na ten temat ujawnił. Lektura Wojny Witkacego pozwala zrozumieć i docenić wyjątkowe znaczenie tego okresu dla przyszłości artysty na podstawie, co istotne, wniosków wysnutych z zebranych przez autora faktów. Dlatego publikacja jawi się jako podstawa do badań nad genezą Witkacego, jako punkt wyjścia.

Publikacja poświęcona jest w konkretnemu człowiekowi, szybko jednak przekonamy się, że w istocie jest czymś więcej. Bowiem możemy też potraktować Witkacego jako pretekst samego autora do odmalowania portretu carskiej armii, jej losów, od powołania jej do życia, do jej unicestwienia, odsłonięcia charakteru służby, panujących obyczajów, przedstawienia udziału jej w I wojnie światowej i roli jaką odegrała podczas rosyjskich rewolucji. Dubieński nie poprzestał na przedstawieniu losów głównego bohatera swej publikacji. Przedstawił je, nie pozbawiając ich kontekstu, tła. Dzięki temu otrzymaliśmy obraz umiejscowiony w realiach tamtego czasu, miejsca, tamtych okoliczności, a nie oderwany od rzeczywistości, abstrakcyjny wręcz. Zatem Wojna Witkacego nie jest pracą hermetyczną, tylko dla znawców czy entuzjastów Witkacego, jest publikacją dla odbiorców o szeroko zakrojonych zainteresowaniach.

*Niniejszy tekst w wersji zmienionej i uzupełnionej wkrótce ukaże się w jednym z czasopism humanistycznych.