Garść refleksji – o żywocie blogera

Dziś garść refleksji Bałwochwalicy Jednej o tym i o tamtym!

Okrągły Stół

23 czerwca, w Warszawie, w ramach imprezy Big Book Festival odbyło się historyczne wydarzenie 😉  – Okrągły Stół. Mimo, że tym razem zasiedli do niego blogerzy książkowi, wydawcy i czytelnicy, to debata również dotyczyła przyszłości rodzimego poletka, choć w zupełnie innym wymiarze.

Cel

Celem spotkania było utworzenie blogerskiego Kodeksu Dobrych Praktyk blogerów książkowych!!!

Przy jednym stole

Nie byłam, nie uczestniczyłam w obradach, cieleśnie nie zasiadałam przy stole, duchowo jednak, emocjonalnie, mentalnie tak. Obrady transmitowano (polecam obejrzeć retransmisję) i to wystarczyło (choć fakt, że nie mogłam zabrać głosu wyprowadzał z równowagi 😉 ), by zadać sobie kilka pytań, by nad kilkoma kwestiami się zastanowić.

Obrady, dyskusja, debata

Blogerzy podczas prezentacji mówili o swoich motywacjach i początkach przygody z blogowaniem, proponowali też zasady, które mogłyby obowiązywać w blogerskim Kodeksie Dobrych Praktyk. Wydawcy zaś przedstawili swój punkt widzenia. Zmierzało to do konfrontacji. I tak też się stało. Dyskusję tę poświęcono szeroko pojętej współpracy między blogerami i wydawcami. Głos zabierali też najważniejsi – odbiorcy jednych i drugich, czyli czytelnicy, od których zależy być albo nie być blogera, wydawcy, pisarza.

Wspólna idea

Każdemu podmiotowi, który zasiadł do owego stołu przyświecają szczytne idee. Nawet jeśli chodzi też gdzieś o chęć zysku, zaistnienia, pokazania się. Dla wszystkich punktem wyjścia jest literatura, punktem dojścia zaś zachęcenie jak największego grona do jej doświadczenia. Zatem wszyscy grają (gramy) do tej samej bramki, bo cel jest wspólny. Niestety, nie jest to takie po prostu.

Rozdźwięk

Mnie uderzyło jedno. Podczas obrad bowiem została obnażona smutna prawda – delikatnie mówiąc, rozdźwięk pomiędzy blogerami a wydawcami.

Status blogera

Może i trudno się temu dziwić. Wydawca bowiem musi być czujny, musi uważać na wszelkiej maści hochsztaplerów, który tylko szukają okazji do wywinięcia jakiegoś szwindla 😉 . Musi więc z rezerwą, dystansem podchodzić do każdego nieznanego, nowo poznanego, obcego. Status blogera jest wciąż niepewny, bo niejasny. Bo któż to taki? Do worka z definicją tego pojęcia można wrzucić wszystko – amator, dyletant, miłośnik, kreator, twórca, mistyfikator, mitoman, egocentryk, znawca, koneser. Mało tego, bloger to ktoś działający w sferze, w której można wszystko, bez względu na to kim się jest, w sferze, która jest dziś błogosławionym i przeklinanym jednocześnie centrum świata.

Profesjonalizm

Tu nasuwa się też takie pojęcie jak profesjonalizm, za którym kryją się czyjeś duże umiejętności i wysoki poziom wykonywanej pracy, ale także zawodowe uprawianie jakiejś specjalności. O ile wydawcy są profesjonalistami przede wszystkim w drugim znaczeniu, o tyle blogerzy książkowi jedynie w pierwszym być mogą. Na razie przynajmniej. Stąd może ten rozdźwięk. Tyle że oba podmioty są skazane na siebie. Bloger chcący mieć rękę na pulsie, musi współpracować z wydawcami, wydawca zaś patrzący w przyszłość, wie, że musi współpracować z tym amatorskim światkiem 😉 czy mu się to podoba czy nie, gdyż jego ekspansja trwa i zanosi się, że blogerski głos będzie coraz donioślejszy, będzie docierał do coraz szerszego grona odbiorców.

Wybór blogera

Dla formalności pozwolę sobie podkreślić oczywistą rzecz, mianowicie że świat wirtualny rządzi się swoimi prawami – wolnością i dowolnością. Zatem, być może nie każdy bloger pragnie być profesjonalistą, znawcą, wyrocznią, autorytetem. Wolno mu? Wolno! Jego dzieleniu się opinią może nie przyświecać żaden cel poza wyrażeniem się, podzieleniem się tym, co właśnie, być może przypadkiem, przeczytał. Może? Może! Może on nie mieć większych ambicji, wygórowany aspiracji, wyższych celów, misji do spełnienia. Może? Może! I dobrze! W tym wartość! Ten zaś, kto takowe ma, musi uzbroić się w cierpliwość. Bowiem wyrobienie sobie marki to proces – żmudny i długotrwały. Jego tempo zależy od kreatywności, zdolności, predyspozycji, talentów, umiejętności, wiedzy delikwenta. Zatem blogerom z ambicjami, misjami, ideami nie pozostaje nic innego, jak tylko działać wytrwale w pocie czoła, a będzie im (nam) dane. Choć wsparcie, zaufanie i dobre słowo wydawców z pewnością dodałoby im (nam) siły, energii, mocy, wiary, przysłowiowego kopa.

Być albo nie być blogera i tak jest w rękach odbiorców, zależy od ich oczekiwań, potrzeb, upodobań, sympatii.

Co dalej?

Chciałabym się zgodzić z Patrycją z Booklove, która wyciągnęła optymistyczny wniosek z tej konfrontacji, konkludując, że „jest wola dyskusji i debaty na temat współpracy wydawców z blogerami, więc jest szansa, że będzie ona bardziej satysfakcjonująca dla obu stron”[1], ja jednak przysłuchując się obradom, odniosłam wrażenie, że każdy mówi, nie słysząc jednak drugiego, będąc jakby głuchym na jego słowa (sobie a muzom). Mam nadzieję, że to tylko moje malkontenckie usposobienie podpowiada mi takie smutne wnioski. Uznaję jednak tę debatę za Kubą z Qbuś Pożera Książki za „początek na drodze do zmian podejścia blogerów do własnej aktywności w sieci oraz relacji z wydawcami”[2].

Wolna amerykanka

Mówiąc o prawach rządzonych światem wirtualnym, dochodzimy do sedna! Bowiem owa wolność i owa dowolność stawiają pod znakiem zapytania sens tworzenia czegoś takiego, jak Kodeks Dobrych Praktyk blogera książkowego. Niby pierwszy szkic już jest, ale czy jest on zasadny? Wolna amerykanka podważa sens wszelkich kodeksów, dekalogów. Wszystko zależy od tego, kim bloger chce być, jakie ma aspiracje, jakie cele sobie wyznacza, jakie idee mu przyświecają.

Kodeks Dobry Praktyk

Mimo to, pod powstałym szkicem Kodeksu, który jest efektem obrad Okrągłego Stołu, jak najbardziej podpisuję się, gdyż dotyka on istoty tego tajemniczego fachu. Ufam jednak, że owe złote reguły blogerzy mają po prostu we krwi i prędzej czy później dadzą o sobie znać, umożliwiając obranie właściwego kursu.

Recenzja?

Muszę jednak odnieść się do kilku kwestii. À propos tego, co powiedział podczas obrad Kuba i co pojawiło się wśród złotych reguł blogerskiego Kodeksu: by nie bać się pojęcia recenzja, by wyzbyć się asekuranctwa! Poczułam się adresatką tych słów, gdyż jestem z tych, którzy swoich tekstów poświęconych książkom nie nazywają recenzjami, tylko notami, ewentualnie à la recenzjami. Czynię to świadomie, gdyż jestem starej szkoły i wiem jakie tekst musi spełniać kryteria, by był stricte recenzją, a moje teksty tego nie czynią (inna sprawa, że dziś o stricte recenzje trudno, mało kto już o kryteriach gatunku pamięta).

Poza tym piszę noty tylko na temat tych publikacji, które chcę czy nawet muszę (przymus to wewnętrzny, nie zewnętrzny) polecić reszcie świata, które też z obiektywnego punktu widzenia – uniwersalnych kryteriów, nie tylko subiektywnego, spełniają zasady dzieł wartościowych, a nie na temat wszystkich, które zdołam przeczytać. Pomijam te, które znów nie tylko moim subiektywnym zdaniem, ale też z uwagi na obiektywne kryteria nie są warte uwagi i poświęcania im czasu, co też dyskwalifikuje mnie jako stricte recenzenta. Dopuszczam jednak te, które choć rozczarowały, to uznaję za warte uwagi albo takie, których mimo że nie uznaję za dzieła do końca udane, to jednak w jakiś sposób obeszły mnie. Wychodzę bowiem z założenia, że czas jest zbyt cenny, by poświęcać go rzeczom miernej jakości, które nie pozostawiają po sobie śladów, dlatego nie marnuję swego czasu (na pisanie, bo już niestety przeczytałam) i odbiorcom moich not chcę tego oszczędzić.

Elaboraty

Jedna z czytelniczek podczas debaty powiedziała coś, co wprawiło mnie w małą konsternację – nie czyta bowiem długich „recenzji”, gdyż czas, który miałaby im poświęcić, woli poświęcić książce. Skąd moja konsternacja? Nie, wcale się nie oburzyłam, wręcz przeciwnie. Nie dziwię się! Przyznaję nawet rację! A moje noty to elaboraty przecież… Z prostej przyczyny – chcę, by teksty na temat danych publikacji były wyczerpujące, ale patrząc z perspektywy czytelnika… Kto to czyta??? Przemyśleć zatem muszę tę sprawę!!!

Sięgać, gdzie wzrok nie sięga

I jeszcze jedna, dla mnie najistotniejsza, kwestia. Doświadczanie literatury – czytanie jest niewątpliwie czynnością dla każdego. Składać litery bowiem umie każdy, nie każdy jednak daną treść pojmie. Wszystko bowiem zależy od predyspozycji odbiorców, ich możliwości intelektualnych. Faktem jest, że czytanie jest aktywnością mało aktywną, mimo to wymagającą sporo samozaparcia. Potrzeba czasu, skupienia, cierpliwości, bowiem efekt nie jest obliczony na natychmiastowy zysk, o ile w ogóle o zysku można tu mówić, chyba że za zysk uznamy dobra niematerialne. Pomijając jednak te kwestie, zakładając, że te bariery zostaną pokonane, uwagę zwrócić należy na cel owego doświadczania, który niewątpliwie ma związek z gustami czytelniczymi (a o tych jak wiadomo, nie dyskutuje się, ładne jest bowiem to, co się komu podoba) i ze wspomnianymi predyspozycjami, intelektualnymi możliwościami, kwalifikacjami. I ja jestem z tych, którzy preferują i propagują literaturę sytuującą się po przeciwnej stronie od tej lekkiej, łatwej i przyjemnej, gdyż jestem za tym, by nie poprzestawać na małym, by sięgać wysoko, by podnosić sobie poprzeczkę.

Tyle!

Ps. Liczyłam, że podczas obrad poruszone zostaną też nieco inne kwestie. Takie jak logistyka, sprawy techniczne, warsztat, słowem kwestie z cyklu „jak oni pracują?”. Niestety, mamona przysłoniła inne tematy. Może następnym razem.


[1] Patrycja, Relacja z BBF: Okrągły stół blogerów, czytelników i wydawców, opublikowano 23.06.2018, http://booklove.pl/relacja-z-bbf-okragly-stol-blogerow-i-wydawcow/, dostęp 10.07.2018.

[2] Kuba Nowak, Ważność bycia poważnym, czyli Big Book a sprawa blogowa, opublikowano 27.06.2018, http://pozeracz.pl/big-book/, dostęp 10.07.2018.