Dzień Matki – nie taki diabeł straszny

Życie drugiego człowieka najpierw przyczepia się do ciebie w brzuchu, a kiedy już wyjdzie na zewnątrz, zniewala cię, trzyma na smyczy, przestajesz być panią samej siebie.

– Elena Ferrante Historia ucieczki

Ale potem pojawiła się Marta. Zaatakowała moje ciało i zmusiła do niekontrolowanej przemiany. Od pierwszej chwili objawiła się nie jako Marta, ale jako żywy kawałek żelaza w moim brzuchu. Mój organizm zamienił się w krwistą ciecz z doczepioną mulistą breją, wewnątrz której rozwijał się agresywny polip, jakże odległy jakiegokolwiek człowieczeństwa, i choć sam karmił się i rozrastał, mnie sprowadził do pozbawionej życia zgnilizny.

– Elena Ferrante Córka

Dzień Matki

O Matki Wszechobecne i Wszechmocne! Despotyczne! Pozbawione wyczucia i empatii! Dlaczego jesteście tak okrutne dla swych córek?

A może to córki są tak bezlitosne wobec swych matek? Walczą z nimi zaciekle, na śmierć i życie, nie dając im szansy na słowo wyjaśnienia, usprawiedliwienia. Nie pozwalają dojść im do głosu.

Spadkobierczynie

Matka nie jest postacią z krwi i kości. Jej profil dostojny zbudowany jest na solidnym fundamencie – stereotypach i kalkach myślowych. W jej żyłach płynie krew Demeter, Niobe, Jokasty, Gai, Ewy, Maryi. Trwa wytrwale na straży, piękna i szczęśliwa, niczym kamikaze gotowa na wszystko. Jest bowiem tą, która daje, od której się bierze, wymaga, żąda, która musi sprostać, która się poświęca. Jej byt na tym ludzkim padole to trud i znój, znój i trud.

Matka – potwór

Literatura jednak bywa dla matek mało łaskawa… Nie szczędzi ich Elfriede Jelinek (Pianistka), Margaret Atwood) (Pani wyrocznia), Majgull Axelsson (Pępowina), Elizabeth Strout (Mam na imię Lucy), Toni Morrison (Skóra), Vedrana Rudan (Oby cię matka urodziła), Elena Ferrante (cykl Genialna przyjaciółka) czy Agneta Pleijel (Wróżba).

Matka, będąc figurą najistotniejszą w życiu każdego człowieka, bo „ustawia” go na całe życie, okazuje się tu siłą sprawczą, kreatorką świata cudzego, która definiuje jego życie na całe życie. W chwili rozdzielenia ciał, podejmuje życiową decyzję, która będzie jej kulą u nogi, wyrokiem śmierci, decyzją, przez którą znienawidzi swą latorośl nienawiścią najczystszą.

Decyduje się na heroiczny czyn – być już tylko samą miłością, dozgonną, niewyobrażalnych rozmiarów. Będzie sługą wiernym do ostatniego swego tchnienia, który od tej chwili nie będzie żył już swoim życiem, tylko życiem dzieciny swej. Nie pozwoli, by pępowina kiedykolwiek została przerwana. Będzie jej strażniczką. Będzie pieczołowicie dbała, by układ krążenia już na zawsze jeden pozostał. Nie pozwoli wymknąć się pierworodnemu, by uległ zatraceniu.

Postanawiała, że jej ukochane dziecko będzie najwspanialsze i będzie żyło najwspanialszym życiem. Już ona o to zadba! Bo wie, co dla niego jest najlepsze. Zostało jej to objawione. W swych działaniach będzie nieugięta, nie pozwali sobie na chwilę nieuwagi, będzie cierpliwa, wytrwała, skrupulatna, stale na straży. Co może przynieść tylko piorunujący efekt.

Uzależnia, mentalnie i duchowo, dostarcza i odcina tlen, wszystko dawkuje w odpowiednich ilościach, miłość i środki przeczyszczające, ogranicza dostęp do zewnętrzności, by nic nie nęciło. Każda zaś niesubordynacja może być pretekstem do awantury. Dochodzi wówczas nawet do rękoczynów, słów ostatecznych, histerii, lamentu, płaczu, oskarżeń, niekończących się pretensji.

Matki tu to potwory, które żyją tylko po to, by zatruć swym niewinnym i bezbronnym pociechom życie. Ich misją jedyną jest uprzykrzać, uniemożliwiać egzystencję ciał, z ich ciał.

Matka – człowiek

Ale, ale… Wystarczy przyjąć nieco inną perspektywę, a czarno-biała rzeczywistość zacznie mienić się feerią szarości!

Maria Kuncewiczowa niespełna sto lat temu, w jednej z najwybitniejszych powieści dwudziestolecia międzywojennego i w ogóle w jednym z ciekawszych dzieł literatury polskiej, uznawanego za arcydzieło prozy psychologicznej, pokazała matkę z nieco innej strony – weszła w jej świat, zagłębiła się w jej wnętrze, po to, by odsłonić prawdę o niej.

Matka ułaskawiona

Cudzoziemka – połączenie retrospekcji, wspomnień z rzeczywistością – jest bowiem swoistym studium psychologicznym niespełnionej matki właśnie, której życie rozminęło się z jej wyobrażeniami.

Nadwrażliwa, skryta, nierozumiana i nieszczęśliwa żona i matka dwójki dorosłych dzieci jest zgorzkniała, oschła, wyniosła, gniewna i złośliwa. Najbardziej okrutna, bezwzględna i despotyczna zaś wydaje się wobec swych najbliższych. Słowem, potwór.

Jednak Kuncewiczowa na tym nie poprzestaje. Jak na powieść psychologiczną przystało autorka poddaje psychikę swej bohaterki głębokiej analizie, wskazuje psychologiczne uwarunkowania jej działań, wyborów, decyzji, odsłania mechanizmy funkcjonowania jej psychiki i odpowiada na pytanie dlaczego. Pisarka nie pomija tu niczego, dzięki czemu mamy możliwość wielowymiarowego poznania złożonej matczynej psychiki i zrozumienia. I ułaskawienia!

To, co zaoferowało kobiecie życie przyniosło jej jedynie ogromny ból i cierpienie. Czuła się więc nieprzystosowana, wyobcowana, słowem, cudzoziemka. Uciekała od teraźniejszości w przeszłość, która tyle jej obiecywała. Pragnęła bowiem zupełnie innego życia – wielkiej jedynej prawdziwej miłości, kariery śpiewaczki, życia artystki. Niestety, zaznała jedynie rozczarowania.

Życie stało się udręką. Nie potrafiła zaakceptować swej egzystencji. Wypełniała ją nienawiść i chęć odwetu, czemu dała niejako symboliczny wyraz – nosząc jedynie czarne suknie i zmieniając imię.

Dwa imiona – dwa życia: pierwsze krótkie i prawdziwe; drugie – wymyślone, długie, nadto długie… Pierwsze – kwiat, miłość i nieszczęście. Drugie: szacunek ludzki, honor, powolna śmierć duszy.[1]

Postać Róży – to bardzo udany w literaturze polskiej przykład rozdwojenia jaźni. Dwa jej oblicza symbolizują dwa imiona. Żeby pokazać miotające bohaterką sprzeczności, został jakby wprowadzony sobowtór, któremu na imię Ewelina. Imię Róża – to symbol życia pełnym tego słowa znaczeniu, to znak wywoławczy dla innych symboli: Taganrog, Michał, a więc dzieciństwo, młodość, wiosna, miłość itp. Imię Ewelina, nadane przez zrzędzącą ciotkę, używane przez niekochanego męża Adama – to symbol sztuczności, śmierci niemal. Skłonna do samoanalizy bohaterka doskonale zdaje sobie sprawę z tej dwoistości.[2]

Odwracając się od innych i od świata, kobieta postanowiła zemścić się na rodzaju ludzkim. Wyszła za mąż, czyniąc to niejako na złość wszystkim i wszystkiemu. Szybko porodziła dwóch synów. Poczętą córkę uznała za dziecko niechciane i odrzuciła je zaraz po narodzinach. Dzięki temu dane było dziewczynce zaznawać wolności i beztroskiej radości przez kilka pierwszych lat życia. Później, wraz z uzyskaniem kurateli matki, która po kilku latach przełamała swoją niechęć do dziecka, wszystko to utraciła.

Od tej pory świat córki był już w rękach matki, która od teraz decydowała o wszystkim. Także o jej dorosłym już życiu. Kobieta stała się niemalże matką z kart powieści Jelinek, czy Atwood, tyle że bliższą odbiorcy, bo rozpoznaną.

Matka-Polka z centra handlowego

Dziś temat zaś podjęła Natalia Fiedorczuk. Idąc niejako tropem Kuncewiczowej, zajrzała pod podszewkę.

Matka z Jak pokochać centra handlowe to kobieta, która przechodzi transformację. Narodziny dziecka są tu momentem granicznym, cezurą w jej egzystencji. Tkwi wówczas w pewnej izolacji – od świata zewnętrznego, od życia, które do tej pory wiodła, od dawnej siebie. Nie jest już panią swego losu, od teraz o jej życiu decyduje roszczeniowy nowonarodzony członek ludzkości.

Kobieta owa znajduje się w procesie stawania się matką. Staje twarzą w twarz z czymś zupełnie nowym, innym, wręcz niepojętym. Ten moment transformacyjny w istocie jest kryzysem egzystencjalnym, jak mówi sama autorka, gdyż na nowo musi zdefiniować siebie, a nawet siebie zidentyfikować, traci bowiem poczucie swej tożsamości, którą musi odbudować – to, co było „opadło jak suche listowie czy jaszczurza skóra”[3].

Ten kryzysowy moment wynika nie tylko z niegotowości do nowego jakże innego życia, ale także z niegotowości do bycia pod stałą presją wymagań, oczekiwań, z powodu zagubienia wśród ról, które musi odegrać, a które okazują się nie do pogodzenia, także z powodu niedopasowania do którejś z nich.

Nim jednak przejdzie ten proces, macierzyństwo zafunduje jej depresję, która, mimo że jest przypadłością demokratyczną, to podobno dopada tylko wyrodne matki…

I nie ma tu miejsca na róż i błękit. Wszystko zlewa się w burą breję, która zatyka! Jaki będzie finał? Różnie może być. Urodzisz, zobaczysz!

Nie taki diabeł…

Chciałaby się nieco inaczej skonstruowanego świata, ale nie dane nam! Ale może nie taki diabeł straszny, jak go malują? Te potwory może jednak nie żyją tylko po to, by zatruć swym niewinnym i bezbronnym pociechom życie, może ich jedyną misją nie jest uprzykrzanie, uniemożliwianie egzystencji ciał, z ich ciał? Może wystarczy zajrzeć do głowy matki, a nie zatrzymywać się na progu jej kuchni!

Ekscytującego macierzyństwa wszystkim matkom!!!


[1] Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka, Warszawa 2016, s. 35.

[2] Halina Turkiewicz, „Cudzoziemka” jako powieść nie tylko psychologiczna, w, O twórczości Marii Kuncewiczowej, red., Lech Ludorowski, Lublin 1997.

[3] Natalia Fiedorczuk, Jak pokochać centra handlowe, Warszawa 2016, s. 15.

Dzień Matki – bez lukru

Dzień Matki

Wszystkie matki kochają swoje dzieci; takie są prawa natury. Nawet kotka. Albo koza. Nawet matki kryminalistów i morderców. Nawet matki nazistów. Nawet matki śliniących się dzieci specjalnej troski. Nawet matki potworków[1].

Rzeczywistość bezlitosna

Wszyscy dobrze wiemy, że prawa natury prawami natury, a człowiek na każdym kroku musi sobie i innym udowadniać, że potrafi! Oz też wiedział. Dalej pisał:

Fakt, że tylko mnie kochać się nie dało, że to ode mnie matka uciekła, dowodzi niezbicie, że mnie po prostu nie ma za co kochać. Że mnie miłość się nie należy. Coś ze mną jest nie tak, musi być we mnie coś paskudnego i okropnego, do tego stopnia odrażającego, że trudniej to znieść niż kalectwo, upośledzenie czy chorobę psychiczną. Musi we mnie być coś obmierzłego, czego nie da się naprawić, rzecz tak obrzydliwa, że nawet moja matka, dobra i wrażliwa kobieta, która umiała miłością darzyć ptaki, żebraków na ulicy czy zagubione szczenięta – nawet ona nie mogła mnie już ścierpieć i musiała w końcu uciec ode mnie najdalej, jak się da. Jest takie arabskie powiedzenie: […] każda małpa w oczach swojej matki jest gazelą. Tylko nie ja[2].

Matka jest tylko jedna

Skąd taki cytat? Oczywiście Dzień Matki stał się tu pobudką. W istocie jednak nie chodzi o samo święto, ale o temat. Tak złożony, trudny, bogaty i jakże fascynujący. I teksty kultury tego dowodzą. Niekiedy aż dech zapiera…

Twórcy wyposażeni w odpowiednie radary dostarczają nam sporo ujęć tego zagadnienia. Współcześnie dalekie są one od patosu, chyba dość charakterystycznego dla przeszłości i wyidealizowaniu, bliskie zaś pragnieniu odczarowywania, odarcia z lukru. Ukazują świat zniuansowany, wieloaspektowy, o wielu odcieniach szarości.

Daleko tym narracjom literackim do opowieści o matkach uosabiających elementarny ład świata, świata, w którym wszystko jest tak jak być powinno, w którym nie ma miejsca na ambiwalencję, na szarości właśnie. W tym świecie wiadomo co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne. Utrata zaś matki, jej śmierć, jest amputacją. Odbiera człowiekowi wszystko to, co pozwala mu trwać, wyrywa go i wrzuca w pustkę, nicość. Od tej chwili będzie już tylko on sam. Blisko zaś tym narracjom do opowieści o ohydzie i okrucieństwie człowieka.

Literatura – Pianistka Elfride Jelinek* – kreacyjna dekonstrukcja

Gdy myślę o literackich matkach to widzę tę z Pianistki Elfride Jelinek. Tam, teoretycznie, matka nie jest główną bohaterką, tą jest córka, ale praktycznie, w istocie, to właśnie matka jest tu centralną postacią, gdyż to ona jest siłą sprawczą, kreatorką świata przedstawionego.

Dzień Matki - PianistkaPowieść ta ukazała się ponad trzy dekady temu, w 1983 roku. Po niej powołano do życia powieści, bardzo dobre powieści, oscylujące wokół postaci matki, ale każda z nich przy zestawieniu z Pianistką blednie. Pępowina Majgull Axelsson, Mam na imię Lucy Strout Elizabeth, Skóra Toni Morrison, czy ta o tytule, który już wywołuje gęsia skórkę – Oby cię matka urodziła Vedrany Rudan, to powieści z ostatnich pięciu lat (trzy ostatnie z 2016 roku, pierwsza z 2013), które portretują matkę, pozbawiając ją lukru – Kinga Dunin pochylając się nad tymi powieściami bardzo sugestywnie zatytułowała swój tekst – Matka jest jedna, o jedną za dużo[3] – ale nie są to portrety już tak zapadające w pamięć jak ten Jelinek.

Nic właściwie dziwnego. Świat przedstawiony Pianistki poraża, wstrząsa, szokuje. Autorka wyznała kiedyś, że jej kreatywność bierze się z tego, co negatywne. I rzeczywiście, tu mamy tego dowód[4]. Rozczarowana światem postanowiła swym pisarstwem zdemaskować prawdę o nim, o nas. Czytelnik, który zdecyduje się stawić czoła tej prozie (co nie jest łatwe) dozna bólu, i fizycznego, i psychicznego. Będzie chciał zapomnieć i zapomnieć nie będzie mógł. Czytelnik, który zdecyduje się stawić czoła tej prozie zostanie wytrącony z równowagi. Złość bijąca z każdego słowa udzieli się i jemu. To powieść brutalna, ironiczna, sarkastyczna, groteskowa, absurdalna, przejaskrawiona, pełna bólu, oskarżeń, wściekłości i nienawiści. Postacie przerysowane wywołują niesmak, dyskomfort, odrazę. Ale poklei…

Powieść austriackiej noblistki porusza wiele tematów, ale najważniejszy chyba jest ten, który wydaje się najistotniejszy w życiu każdego, bo „ustawia” go na całe życie – relacje matki z dzieckiem, tu relacje matki z córką.

Teoretycznie, jak już zaznaczyłam, główną bohaterką jest ukochana córka – dobijająca do czterdziestki Erika Kohut, niespełniona pianistka, nauczycielka gry na fortepianie w wiedeńskim konwersatorium, żyjąca z ukochaną matką pod jednym dachem, wciąż od niej zależna (mentalnie i duchowo) i niespełniająca jej oczekiwań. Ta relacja z matką zdefiniowała jej całe życie.

W chwili narodzin już córka „usunęła się” w cień, a matka wyszła na plan pierwszy. Bo to ona, matka, postanawia, że jej ukochane dziecko będzie najwspanialsze i będzie żyło najwspanialszym życiem. Już ona o to zadba! Jak postanowiła, tak też zrobiła. W swych działaniach była nieugięta, nie pozwalała sobie na chwilę nieuwagi, była cierpliwa, wytrwała, skrupulatna, stała stale na straży. Co mogło przynieść tylko piorunujący efekt.

Akt kreacji udał się znakomicie – nastąpiła całkowita dekonstrukcja. Ukochane dziecko, wprawdzie nie zostało światowej sławy pianistką (to już nie matki wina, tylko świata, który nie poznał się na jej talencie, też córki, która temu nie sprostała), ale udało się matce osiągnąć coś, na czym w gruncie rzeczy znacznie bardziej jej zależało – udało się zapobiec wymknięciu się córki.

Nadopiekuńcza czy raczej zaborcza matka zniewoliła dziecko, które wyrosło na upośledzoną emocjonalnie kobietę. Od najmłodszych lat, indoktrynując, wyznaczała granice świata swojej jedynej córki, oddzielając ją od normalnego życia, wpływając na każdą jego sferę. I od tamtego czasu nic się nie zmieniło.

Erika, już jako dorosła kobieta, poważna pani profesor konwersatorium, przekazująca swoim uczniom tajniki gry na fortepianie, wciąż jest pod kontrolą matki, która stale nadzoruje każdy krok córki – dokąd wychodzi, o której wraca, z kim się spotyka, na co wydaje swoje pieniądze, w co się ubiera itd. Wymagając przy tym bezwzględnego posłuszeństwa, zabraniając na najdrobniejszy przejaw samodzielności. Każda niesubordynacja zaś jest pretekstem do awantury. Dochodzi wówczas do rękoczynów, słów ostatecznych, histerii, lamentu, płaczu, oskarżeń, pretensji, a w konsekwencji i do wyrzutów sumienia, błagań, przeprosin.

Świat Eriki jest wypaczony, wypaczona jest i wewnętrznie ona sama. Jest emocjonalną kaleką. Nienawidzi swej matki, ale nie potrafi wyzwolić się spod jej wpływów, co tylko pokazuje jakiego spustoszenia psychiczno-emocjonalnego dokonała matka – jak doskonale wykonała zadanie, do którego przed samą sobą się zobowiązała. Erika nie potrafi nawiązać zdrowych relacji z innymi. Pogardza nimi, czuje wobec nich wyższość. Jest nieprzyjemna i niedostępna. Wręcz znęca się nad swoimi podopiecznymi. Swe erotyczne pragnienia zaspokaja w sposób dość perwersyjny. Przyjemność czerpie z podglądania par uprawiających seks w parku czy samookaleczeń.

Erika ma tego wszystkiego świadomość. Sfrustrowana, obolała, cierpiąca, zredukowana, zdekonstruowana, marzy skrycie o życiu innym, takim jak żyje większość ludzkości. Niestety…

W przypadku twórczości Jelinek forma idzie w parze z treścią. I w przypadku Pianistki nie jest inaczej. Autorka idealnie dostosowała formę do treści zawartych w powieści, uwydatniając je tym samym. W języku noblistki zawarty jest cały dramat.

Kończąc ten wątek, wspomnę jedynie, że na podstawie Pianistki Jelinek, Michaela Haneke, rodak pisarki, nakręcił w 2001 roku film pod takim samym tytułem. Z ekranizacjami wiadomo, bywa różnie, zwykle jednak wypadają znacznie gorzej niż literackie pierwowzory, tutaj jednak mamy do czynienia ze znakomitym i autonomicznym dziełem, co w przypadku tego reżysera wcale nie dziwi.

Film – Zabiłem moją matkę Xaviera Dolana** – pragnienie obcości

Temat matczyny nie jest też obojętny też filmowcom. Wystarczy wspomnieć filmy trzech reżyserów z ostatnich dwóch lat – komediodramat The Meddler (reż. Lorene Scafaria, USA, 2015) – przemilczę karkołomny polski tytuł – znakomity dramat Matka jest tylko jedna (reż. Paul Duddridge, USA, 2016) oraz słynny już obraz Julieta (reż. Pedro Almodovar, Hiszpania, 2016) – w których twórcy to właśnie zagadnienie po swojemu odsłaniają.

Dzień Matki - Zabiłem moją matkę

Xavier Dolan, francusko-kanadyjski reżyser młodego pokolenia, jest także autorem filmów oscylujących wokół tego problemu (na marginesie dodam, że film Pianistka jest ulubionym filmem jednego z ulubionych reżyserów Dolana). W 2009 roku nakręcił wymowny film o sugestywnym tytule – Zabiłem moją matkę. Po kilku latach, w 2014, stworzył inny obraz pod tytułem Mama, idącym krok dalej w porównaniu z pierwszą opowieścią, będącym swego rodzaju jej powtórzeniem czy przedłużeniem albo kolejną jej wariacją.

Zabiłem moją matkę jest debiutem reżyserskim i opowiada o konflikcie pokoleń na przykładzie relacji nastolatka (w tej roli sam Dolan) z matką. I nie są to proste relacje, jednoznaczne. Są zaś bardzo intensywne, burzliwe, histeryczne.

Film opowiada historię w zasadzie jakich wiele, niczym nie wyróżniającą się, to narracja o ludziach zwykłych, żyjących zwyczajnym życiem, o sytuacjach codziennych, znanych każdemu – samotna matka, oddająca się całkowicie swemu dziecku i zbuntowany nastolatek, mający pretensje do wszystkich o wszystko i ich codzienny byt, ich zmaganie się ze sobą.

Twórca zdecydował się pokazać problem dobrze znany, przerobiony i rozpoznany, ale zrobił to po swojemu, w swojej, dopiero co zarysowującej się estetyce. I wyszło mu to, przy wielu mankamentach, rewelacyjnie. To, co widzimy na ekranie nie jest nam obojętne. Współodczuwamy wraz z bohaterami, rozumiemy ich, kibicujemy im. Obrazy na długo pozostają w naszych głowach.

Gdy Hubert był małym chłopcem wszystko było tak jak trzeba, bo liczyła się tylko mama i jej miłość, i te jego pragnienia były zaspokajane, teraz zaś, jak twierdzi, już nie ma z matką nic wspólnego. Robi z niej swojego największego wroga. Sądzi, że jest złą, najgorszą matką, że nie powinna mieć dzieci.

Ten zbuntowany, egocentryczny i narcystyczny nastolatek wstydzi się swojej matki, samotnej kobiety, urzędniczki spędzającej wolny czas na oglądaniu seriali, układaniu pasjansa, która poświęciła życie swemu dziecku. Pogardza nią. Krytykuje ją na każdym kroku. Za jej gust, sposób zachowania, nawyki, mentalność. Z zazdrością patrzy na matki rówieśników – nowoczesne, atrakcyjne, pożądane, które rozumieją swe nastoletnie dzieci i traktują je po partnersku. On, jak twierdzi, na zrozumienie matki liczyć nie może, dlatego też dystansuje się od niej, nie mówi jej o swych życiu, nie pyta ją o jej życie, podważa jakikolwiek z nią związek. Pragnie nie autonomii, niezależności, przerwania pępowiny, tylko bycia obcymi dla siebie. Co paradoksalnie umożliwiłoby, według Huberta, ich miłość.

W istocie Hubert jest dobrym chłopakiem, dobrym dzieckiem, wrażliwym, utalentowanym, lubianym, potrzebującym wsparcia, zrozumienia, kogoś bliskiego, zaufanego, kochającego. Zwykle jest wobec matki okrutny, ale wydaje się, że jest to podyktowane tylko okresem buntu, buntu który jest charakterystyczny dla danego wieku, wieku, w którym jest właśnie Hubert, a nie rzeczywistymi przesłankami, okolicznościami, faktami, które by usprawiedliwiały takie zachowanie, tłumaczyły, wyjaśniały. Z zasady więc zachowuje się tak a nie inaczej – odgrywa pewną rolę, którą mu nastoletni wiek narzuca.

Choć chce odciąć się od matki, symbolicznie nawet ją uśmierca, to matkę czyni główną bohaterką swojego życia – to jej poświęca uwagę w swym dzienniku, to ona jest w centrum jego wizji czy wynurzeń przed kamerą. Jego życie podporządkowane jest matce, tak samo jak matki życie podporządkowane jest jemu.

Matka nie wydaje się ani zaborcza, ani toksyczna, ani nadopiekuńcza. Po prostu jest matką, dla której syn jest najważniejszy, bo poza nim nie ma nikogo. Słowa krótkiego dialogu na długo w widzach pozostają:

– Co byś zrobiła, gdybym dzisiaj umarł?

– Umarłabym jutro.

I wcale nie jest tak, że matka nie rozumie Huberta. Wręcz przeciwnie, tyle że on nie dopuszcza jej do siebie, nie daje jej szansy. Mało tego, nie tylko matka jest pełna zrozumienia, pełen zrozumienia jest także syn, który to głęboko skrywa. Słowa pełne złości i nienawiści tak często przez niego wypowiadane brzmią nieszczerze, jak właśnie wyuczone kwestie odgrywanej roli. Zdarzają się jednak sytuacje, w których przełamuje się. Jego wypowiedzi są wtedy pełne zrozumienia, życzliwości i miłości. Wówczas, jakby wychodząc z roli, staje się naprawdę wiarygodny, szczery. Wierzymy mu, przekonuje nas. To z jego ust padają znamienne słowa – Czcij ojca swego i matkę swoją.

Świat przedstawiony i bohaterowie filmu Dolana są zarysowani w sposób dość powierzchowny i schematyczny, co tu okazuję się jednak zaletą, gdyż to nie wywołuje poczucia braku wiarygodności, tylko poczucie ich uniwersalności.

Podsumowując

Powieść Jelinek i film Dolana to dwie narracje, które ukazują ten sam problem, rolę matki (demonicznej?) w życiu swoich dzieci – wręcz archetyp matki. Obie bardzo emocjonalne, rozhisteryzowane, bardzo charakterystyczne dla swoich autorów, opowiedziane zindywidualizowanym językiem. Łącz je coś jeszcze. Obie mają znamiona autobiograficzne. Twórcy wzięli na warsztat swoje życie i po swojemu, przepuszczając je przez swoją wrażliwość i wyobraźnię, opowiedzieli historię na ten sam temat – w pierwszym przypadku otrzymaliśmy brutalną, przerysowaną, wykrzywioną opowieść o toksycznej relacji matki z dorosłą córką, z wyrazistym portretem tej pierwszej, w istocie portretem tyrana, w drugim zaś nieco zmanieryzowaną i schematyczną, choć i zahaczającą o coś bardziej uniwersalnego, opowieść o relacji pełnej miłości i nienawiści matki i nastoletniego syna. Obie szczególne i fascynujące! Obie warte uwagi!

*Elfride Jelinek, Pianistka, tłum. Warszawa, WAB, 2004, tytuł oryginalny – Die Klavierspielerin, rok pierwszego wydania – 1983, rok pierwszego wydania polskiego – 1997.

**Zabiłem moją matkę, reż. Xavier Dolan, Kanada, 2009, tytuł oryginalny – J’ai tué ma mère.


[1] Amos Oz, Opowieści o miłości i mroku, Poznań 2016.

[2] Ibidem.

[3] Kinga Dunin, Matka jest jedna, o jedną za dużo, „Krytyka Polityczna”, opublikowano 10.06.2010, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/kinga-dunin-czyta/matka-jest-jedna-o-jedna-za-duzo/, dostęp 25.05.2017.

[4] Agnieszka Kobroń, Twórczość Jelinek – pisać o sobie i dla siebie, http://www.afiszteatralny.pl/2016/07/tworczosc-jelinek-pisac-o-sobie-i-dla.html, dostęp 25.05.2017.

BIBLIOGRAFIA