Dzień Przyjaźni – trafiła kosa na kamień

Dzień Przyjaźni

Z przyjaźnią sprawa nie jest tak prosta. Długo, z trudem się ją zdobywa, ale kiedy już się przyjaźń posiadło, nie sposób się od niej uwolnić, trzeba stawić czoło. Nich pan przede wszystkim nie wierzy, że pańscy przyjaciele będą telefonować do pana co wieczór, jak powinni, by dowiedzieć się, czy nie jest to przypadkiem ten wieczór, kiedy postanowił pan popełnić samobójstwo, lub, bardziej po prostu, czy nie pragnie pan towarzystwa, jeśli nie ma pan ochoty wyjść z domu[1].

30 lipca

Niniejsza nota jest okolicznościowa. A jaka to okoliczność? Dziś przypada Międzynarodowy Dzień Przyjaźni!!! To jest ta właśnie okoliczność – jakże ważna do podkreślenia.

Choć będzie nieco przewrotnie. Dotyczyć będzie ludzi, ale i książek oczywiście, inaczej przecież być nie może, ale w dość nietypowym ujęciu. Będzie o męskiej przyjaźń i tego, co ona ze sobą niesie.

Męska przyjaźń

Żył pewien mężczyzna, znany i ceniony pisarz, który wykonywał fascynujący zawód reportera i żył pewien mężczyzna, który świadomie bądź nie pragnął być cenionym i wykonywać fascynujący zawód. Ci dwaj mężczyźni pewnego dnia się spotkali. Spotkanie to zaowocowało wieloletnią przyjaźnią. Do śmierci jednego z nich. Nim ona jednak nastąpiła jeden z mężczyzn stał się dla drugiego poza tym, że przyjacielem, to jeszcze nauczycielem, jeden z mężczyzn stał się dla drugiego poza tym, że przyjacielem, to jeszcze uczniem. Nauczyciel okazał się znakomity, a uczeń pojętny, sumienny i zdolny, co z czasem przyniosło efekty, które stawiały pytanie „Czy aby uczeń nie przerósł mistrza?”.

Pokłosie

Owocem tej wieloletniej męskiej przyjaźń stała się prawda. Prawda o człowieku poszczególnym i ogólnym. A chodzi o słynną publikację Kapuściński non-fiction.

Kapuściński non-fiction

Kapuściński kontra Domosławski

Ci dwaj mężczyźni to Ryszard Kapuściński i Artur Domosławskim. To o nich mowa i o ich szczególnej przyjaźni, która osobliwe efekty przyniosła. Zapewne wpłynęła na wartość rzemiosła tego drugiego, którego kolejne prace okazują się bardzo cenne. Sławę jednak przyniosła mu ta, opowiadająca o życiu i pracy jego przyjaciela i mistrza. Nie wpłynął jednak na to talent pisarski autora, tylko kontrowersyjna postawa jaką ten zajął wobec swego bohatera. Jedni uznali, że jest hieną, pasożytem, który oczerniając Kapuścińskiego, chce obalić jego mit i sam zaistnieć w świadomości wielu, drudzy chwalili ten postępek. Brak jednak było w tej zażartej debacie „Kapuściński kontra Domosławski” trzeźwych i racjonalnych sądów. Zrodziła się ona pod wpływem chwili i w gruncie rzeczy chyba nie miała racji bytu. A może…

Bez „kontra”

Dziś już jest czysto. Domosławski wygrał wszystkie procesy, które mu w tej sprawie wytoczono, ukazało się też po latach nowe wydanie tej kontrowersyjnej publikacji (zaznaczę, że to nowe wydanie jest równe staremu, nic nie zostało usunięte ani zmienione, dodano jedynie wstęp Piotra Bratkowskiego prezentujący wszystkie okoliczności zaistniałe wokół tej sprawy), będącej jednym z czterech tomów (obok Gorączki latynoamerykańskiej, Śmierci w Amazonii i Wykluczonych) dzieł zebranych reportera „Gazety Wyborczej” i „Polityki” – sprawa jest więc zamknięta i można już na nią spojrzeć z nieco innej strony. Przede wszystkim bez „kontra”.

Autorytet

Byłam jedną z pierwszych czytelniczek tej książki (jak cała Polska 😉 ). Dlaczego? Bo Ryszard Kapuściński był dla mnie kimś niezwykle istotnym. I to na wielu poziomach. Z racji moich eksploracji zawodowych, ale i prywatnych. Po jego książki ustawione w rzędzie na półce wciąż sięgałam. Z nich się uczyłam. Jak wielu z nas. On przybliżał i wyjaśniał światy, których nie dane nam było doświadczyć, uczył miłości do bliźniego, do innego. On wskazywał, tłumaczył. Dlatego interesowało mnie wszystko, co na temat życia i twórczości Kapuścińskiego ukazało się i dlatego sięgnęłam od razu po biografię Domosławskiego.

Poza tym, jak już nie raz wspominałam, nie ma nic bardziej inspirującego niż drugi człowiek, dlatego uwielbiam podglądać innych. W gruncie rzeczy takie, jakby nie było, podglądanie ludzi, podsłuchiwanie, śledzenie ich poczynań, nieco pasożytnicze wręcz żerowanie na egzystencji innych jest fascynującym zajęciem, ale przede wszystkim pobudzającym, dającym energię, sprawiającym, że krew zaczyna szybciej krążyć, słowem inspirującym do życia. A biografia jako gatunek idealnie zaspokaja te potrzeby, a ta biografia w szczególności. Nim się ukazała, już była wielką kontrowersją. Do tego stopnia, że jej wydanie stanęło nawet pod znakiem zapytania. Więc kiedy już ujrzała światło dzienne od razu przystąpiłam do lektury.

Odsłonięcie niemiłej prawdy

Naiwnością jednak byłoby myślenie o Kapuścińskim jako o człowieku bez skazy i za pewne nikt tak nie myślał. Przytrafiło się jednak reporterowi coś znacznie gorszego. Na pewne kwestie spuszczona zasłonę milczenia i wyłączono z dyskursu, uznając za nieistniejące. I kiedy jego wieloletni przyjaciel zdecydował się na zerwanie tej zasłony i nazwanie rzeczy po imieniu doszło do skandalu!

W istocie publikacja Domosławskiego – będąca pokłosiem wielkiej przyjaźni – poza tym, że wskazała palcem te miejsca, które są rysą na życiu i twórczości Kapuścińskiego, poza tym, że odsłoniła prawdę o mistrzu i jego uczniu, to odsłoniła też prawdę o nas samych.


[1] Albert Camus, Upadek, Warszawa 2014.