Podsumowanie sezonu – zima 2018/2019 – rekomendacje czytelnicze

W Bałwochwalnii do tej pory nie było podsumowań tego typu… Zarzucając praktykę podsumowań miesięcznych, postanowiłam wprowadzić sezonowe podsumowania czytelnicze, które w istocie będą rodzajem czytelniczych rekomendacji.

Zima 2018/2019

Zimą przeczytałam to i owo. Coś nowego, coś starego. Coś pierwszy raz, coś kolejny… Sezon był rewelacyjny, zbiory estetyczne i intelektualne obfite.

Bałwochwalcom literatury polecam to, co najlepsze!

Z przeszłości niedawnej

Berta Isla – Javier Marías – powieść będąca połączeniem prozy gatunkowej (szpiegowskiej, ale na opak i psychologiczno-obyczajowej) z literaturą najwyższej próby, z licznymi odniesieniami do literatury światowej, które pomagają bohaterom zmierzyć się ze swoją sytuacją, zanalizować i pojąć rzeczywistość.

Poznali się jeszcze w szkole. Nie był to wybuch miłości, nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dwójka pięknych, inteligentnych i pewnych siebie młodych ludzi racjonalnie podchodziła do kwestii życiowych. Po rozpatrzeniu wszelkich za i przeciw doszli do wniosku, że są dla siebie stworzeni. Pewnego dnia wyszło jednak na jaw, że nic nie jest takie, jak się wydawało… Niemożliwe stało się możliwe. Nieprawdopodobne stało się prawdopodobne.

To opowieść, która uzmysławia, że wiedziemy egzystencję pascalowskiej trzciny myślącej, co czyni z nas bohaterów na miarę tych mitologicznych – mamy bowiem świadomość nie tylko beznadziejności sytuacji, ale i niemocy, braku możliwości, by ten stan rzeczy zmienić.

Lucinella – Lore Segal – pozornie klasyczna satyra na środowisko literackie – zamkniętą społeczność poetów, krytyków i wydawców, którzy walczą ze swoimi demonami. Czym jednak dalej, tym większe cudza się dzieją. Konwencjonalna narracja przeobraża się z każdym kolejnym akapitem w jeden wielki eksperyment literacki – z czasem i językiem.

Siłą napędową jest główna bohaterka, postać tytułowa i jednocześnie narratorka opowieści – młoda poetka, „dwudziestoparolatka dobiegająca czterdziestki”, która niekiedy występuje dodatkowo w dwóch osobach – jako Lucinella młodsza i Lucinella starsza, która bywa, obraca się wśród odpowiedniego towarzystwa, a przede wszystkim zmaga z zewnętrznym chaosem i niemocą twórczą.

Błyskotliwa i pełna humoru opowieść o procesie twórczym i formach istnienia literatury, którą rozsadzają cytaty, kryptocytaty, aluzje i nawiązania literackie. Lekkość (nie mylić z beztroską), szybkość, dokładność, przejrzystość, wielorakość, zwartość. Zabawa w najczystszej postaci. Dla wytrwałych!

Ostępy nocy – Djuna Barnes – „meandryczne wielosłowie”, które wzbudza zachwyt i wprawia w konsternację, pojawiającym się nachalnie pytaniem „Cóż to takiego?”.

Klasyczny dramat, opowieść z kluczem, arcydzieło prozy modernistycznej, prekursorskie dzieło queer, klasyka literatury lesbijskiej, świadectwo epoki w jednym.

Osoby tego dramatu, bohaterowie tej opowieści – indywidua, osobowości ekscentryczne o tożsamościach przez siebie wybranych, w relacjach niejednoznacznych, istniejących poza nawiasem – zmagają się ze swoją codziennością, przez którą cierpią rozkoszne katusze, która nie pozwala im oddychać pełną piersią.

Szczątkowa jest jednak fabuła, gdyż cały spektakl odbywa się w języku, który jest tu „gęsty i nieprzejrzysty, bogaty leksykalnie i kapryśny składniowo, pełen kalamburów, obsesyjnie wielogłosowy, perfidnie wyrafinowany, niekiedy hipnotyczny i transowy”. W istocie to „stylistyczny eksperyment i bezkompromisowe, skrajnie indywidualistyczne podejście do materii języka”.

Proza gęsta, intensywna, ciężka, ekstrawagancka, pretensjonalna, nieznośna. Nie lada wyzwanie! Dla wytrwałych!

Z przeszłości nieco dalszej

Ciemno, prawie noc – Joanna Bator – istny miszmasz; powieść oscylująca między baśnią, legendą, dramatem psychologicznym, kryminałem, thriller i horrorem, powieść mieszająca porządki – realny z nadprzyrodzonym (realizm z oniryzmem), opowieść o duchach, które ingerują w życie ludzkie, o złu głęboko zakorzenionym, przybierających najrozmaitsze oblicza.

Polska. Ziemie odzyskane. Wałbrzych. Najbardziej ponury miesiąc w roku. Kraina z koszmaru sennego, której fundamenty tworzą kości ofiar nazistów i żołnierz Armii Czerwonej, która skupia jak w soczewce wszystko to, co w człowieku i w świecie najgorsze. Gdzie dobro walczy ze złem, kotojady wiodą prym, a kociary dzielnie stawiają im czoła.

Dziennikarka ze stolicy, wraca po wielu latach do rodzinnych stron, by zebrać materiał do reportażu na temat niekochanych dzieci, które giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Podświadomie wie, że reportaż jest tylko pretekstem. W istocie wraca, by zmierzyć się ze swoją przeszłością – odkryć ją, by móc ruszyć dalej, zbudować most pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, by przyszłość mogła zaistnieć.

Wałbrzych jest tu niczym królicza nora, do której wpada Alicja, niczym kolejne kręgi piekła Dantego, które Alicja przemierza, odkrywając, że może być jeszcze gorzej.

Z przeszłości dalekiej

Pogarda – Alberto Moravia – studium psychologiczne, które obnaża dramat człowieka, jego wewnętrzną pustkę, niepokój, samotność; pokazuje egzystencję w świecie, w którym dominuje pieniądz, w którym brak głębokich uczuć, gdzie stosunki międzyludzkie są nieautentyczne, a komunikacja z drugim człowiekiem okazuje się niemożliwa, gdyż język zamiast prowadzić do rozwiązania konfliktu, zaciemnia tylko obraz sprawy.

On, oddany mąż, wrażliwy artysta, intelektualista egzystujący w świecie wyższych wartości. Ona, oddana żona, stenotypistka twardo stąpająca po ziemi. Żyją szczęśliwie, choć skromnie w wynajmowanym pokoju.

Pewnego dnia on otrzymuje intratną propozycję, która jest sprzeczna z jego ambicjami. Mimo to podejmuje się komercyjnego zadania, gdyż zdaje sobie sprawę, że dzięki temu będzie mógł spełnić marzenia żony i zapewnić jej poziom życia jakiego nigdy nie zaznała.

Niestety, wraz z poprawą statusu materialnego małżonków nadchodzi kryzys małżeński.

Ta psychologiczno-obyczajowa powieść w istocie jest rozpisanym na kilka osób, wyrwanym z szerszego kontekstu, w którym tło ograniczono do niezbędnego minimum, kameralnym dramatem w dwóch aktach.

Powieść wydaje się na wskroś realistyczna, ale nie chodzi tu o odwzorowanie świata. Chodzi o coś znacznie istotniejszego – o tworzenie egzystencjalnych modeli, paradygmatów zachowań.

Szklany klosz – Sylvia Plath – powieść mająca znamiona prozy autobiograficznej, powieść formacyjna, powieść-manifest feministyczny, w którym wyartykułowano sprzeciw wobec tradycyjnych ról kobiecych, opowieść o samotności, wykluczeniu, odrzuceniu przez społeczeństwo, gdyż nie jest się w stanie dostroić do ogólnie przyjętych norm, zasad, że nie ma w społeczeństwie miejsca dla jednostek, które nie mieszczą się w obowiązującym schemacie, studium depresji, opowieść o chorobie psychicznej, która wyklucza i stygmatyzuje.

Ameryka, początek lat pięćdziesiątych. Zdolna i ambitna dziewiętnastoletnia studentka z prowincji, tuż przed przekroczeniem progu dorosłości, złapała Pana Boga za nogi – wygrała miesięczny staż w ekskluzywnym nowojorskim magazynie dla kobiet. Jednak skonfrontowanie rzeczywistości z planami i marzeniami rozczarowało ją. Uzmysłowiło, że nie ma wpływu na swój los, że nie jest w stanie sprostać wyzwaniom rzeczywistości owego czasu, że dla takich jak ona, nie ma miejsca realnym w świecie.

Proza poruszająca wiele istotnych kwestii, które nie straciły na znaczeniu, które dziś także budzą niepokój, które wciąż napierają i nie tracą nic ze swego impetu.

Powieść naznaczona biografią autora, która mimo to jest autonomicznym dziełem, które stanowi wartość samą w sobie, które i bez kontekstu biograficznego okazuje się istotne.

„Grona gniewu” – John Steinbeck

„Grona gniewu” to jedna z ważniejszych powieści Johna Steinbecka. To jednak nie wszystko. To bowiem jedna z ważniejszych powieści amerykańskich. Mało tego, to jedna z ważniejszych powieści literatury powszechnej. Autor otrzymał za nią National Book Award i Nagrodę Pulitzera, ona to przyczyniła się także do przyznania mu Nagrody Nobla. Ta klasyka literatury, ta swoista odyseja czytana po osiemdziesięciu latach od ukazania się, jest dziełem na nasze dziś. Ta zaangażowana powieść, pozbawiona nowatorskich technik narracyjnych, napisana w konwencji naturalistycznej, odwołująca się do klasycznego motywu wędrówki, znakomicie pokazuje czym w istocie jest emigracja – temat, który powraca jak echo – walką o godność.

„Porzućcie wszelką nadzieję…”

To opowieść o losach pewnej amerykańskiej rodziny, która wyruszyła w długą wędrówkę do Kalifornii. Niczym Odys podążający do Itaki czy Mojżesz prowadzący lud Izraelitów do Ziemi Obiecanej.

Rodzina Joadów, należąca do najemnych farmerów, z powodów trudności finansowych musiała opuścić farmę w Oklahomie (bank zajął ziemię) i, skuszona wizją raju gdzie indziej, zaryzykować. Nie był to akt odwagi, gdyż wyboru nie miała. Z całym dobytkiem wyruszyła w podróż do Kalifornii, krainy rzekomego dobrobytu, która miała zapewnić jej pracę, byt i godność.

Utrata

Podróż okazuje się gehenną, a jej cel – „gaj pomarańczowy”, kraina mlekiem i miodem płynąc, niczym obrazki z ulotek – mrzonką. Bohaterowie wiele doświadczają i widzą podczas wędrówki pełnej bólu, cierpienia, okrucieństwa. Wędrówka ta odziera ich z resztek godności, pozbawia wiary w lepsze jutro, nadziei na przyszłość. Ziemi Obiecanej bowiem nie ma, a to z czym wyruszyli, po drodze, tracą.

Szosami ciągnęły jak mrówki tłumy wędrowców w poszukiwaniu pracy i chleba. Fermentowały w nich pierwsze zaczątki gniewu. (s. 420)

Tysiące mil ciągnęła się rzeka ludzi, swoista karawana wędrujących  szosą 66 robotników, z których życie uchodziło, dosłownie i symbolicznie, z każdym świtem.

Wielki kryzys

Rodzina Joadów jest rodziną jedną z wielu, które stały się ofiarami tamtego czasu, tamtych okoliczności – wielkiego kryzysu ekonomicznego 1929-1933. Jego skutkiem była między innymi utrata pracy przez miliony ludzi. Kryzys szczególnie silnie odczuło właśnie rolnictwo. Zadłużonych farmerów, których nie było stać na spłacenie długów, wysiedlano.

Nie mając środków do życia, byli zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron i do migracji zarobkowej – udania się w podróż ku szczęściu – po lepszy byt.

Pogarszające się z każdym dniem warunki życia, pociągały za sobą rozkład w każdym sensie, dosłownym i symbolicznym, w każdej sferze – utrata ziemi, domu, wysiedlenie, wykorzenienie, odarcie z przeszłości, wyrwanie z tradycji, w końcu głód, rozpad rodziny i śmierć.

Ziemia była dla nich wszystkim. W ich myśleniu, ziemia i człowiek to jedno, bez niej nie jest on sobą. Jej utrata oznaczała jedno…

Sceny iście dantejskie działy się podczas tej wędrówki ludów czy w obozach, w których zatrzymywali się „poszukiwacze szczęścia”. W Kalifornii zaś okazało się, że na tych wycieńczonych fizycznie i duchowo migrantów nikt nie czeka, że nikt nie przyjmuje ich z otwartymi ramionami. Szybko zdali sobie sprawę, że dla tubylców są wrogami, tymi, którzy zagrażają ich bezpieczeństwu, którym należy pokazać gdzie ich miejsce.

Rozpacz, rozkład, wyzysk, ucisk, głodowe stawki, poniżenie, wrogość, upodlenie – pojęcia, które najlepiej oddają doświadczenia ludzi, którzy podjęli walkę o siebie, którzy chcieli tylko jednego – móc spokojnie i godnie żyć.

Klęska wyziera z oczu tych ludzi. Z oczu tych zgłodniałych wyziera rosnący gniew. W sercu ich wzbierają i dojrzewają grona gniewu – zapowiedź przyszłego winobrania.

Opowieść o nas

W „Gronach gniewu” autor brutalnie rozprawił się z narodowym etosem USA – American dream – ideałami demokracji, równości, wolności (eksploatowanym po wielokroć nie tylko prze literaturę, ale i film). Pokazując z czym wiąże się kapitalizm, uświadamiał, że to nie jest w istocie kraj dla biednych ludzi. Z tego powodu powieść była objęta zakazem rozpowszechniania (w bibliotekach była na na liście książek zakazanych, palono ją też publicznie w wielu miastach).

Podczas lektury odbiorca traci poczucie czasu i miejsca. Na obrazy rodem z początku XX wieku zza oceanu nakładają się obrazy, które ogląda tu i teraz, na początku wieku XXI w środku Europy – sunące karawany ludzi, którzy uciekają nie tylko przed wojną, ale także przed biedą, nędzą nie tylko fizyczną, ale i duchową, którzy pragną poprawić swój byt; obozy, płaczące dzieci, kobiety i mężczyźni gotowi na wszystko, chyba tylko nie na pogardę bliźniego.

Ps. W 1940 roku John Ford nakręcił na podstawie powieści film z Henrym Fondą w jednej z głównych ról.

Tytuł – „Grona gniewu”

Autor – John Steinbeck

Tłumaczenie – Alfred Liebfeld

Wydawnictwo – Prószyński S-ka

Rok – 2012

  • DLA KOGO – dla koneserów klasyki literatury, literatury powszechnej, dla fanów literatury amerykańskiej, dla miłośników dobrej literatury po prostu, dla każdego, kto nie jest ignorantem, dla wrażliwych na ludzką krzywdę, dla zadających sobie pytania o współczesność
  • PO CO – by się zreflektować, by zrewidować swe przekonania
  • MOJA OCENA – poza oceną

* Tytuł oryginalny – The Grapes of Wrath, rok pierwszego wydania – 1939, rok pierwszego wydania polskiego – 1949.

Egzystencja w skisłym sosie. „Szklany klosz” – Sylvia Plath

Tytuł – Szklany klosz

Autor – Sylvia Plath

Tłumaczenie – Mira Michałowska

Wydawnictwo – Zysk i S-ka

Seria – Kameleon

Rok – 1995

  • DLA KOGO – dla koneserów dzieł kultowych, klasyki literatury, literatury powszechnej, dla fanów literatury amerykańskiej, dla feministów i antyfeministów, dla kobiet i mężczyzn, dla dziewcząt i chłopców, dla każdego, kto nie jest ignorantem, dla zadających sobie pytania o współczesność, dla wielbicieli po prostu dobrej literatury
  • PO CO – by dyskutować
  • MOJA OCENA – poza oceną

„Szklany klosz” jest już dziś pozycją nieco zapomnianą, choć widniejącą na listach dzieł kultowych, obok „Lotu nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya czy „Buszującego w zbożu” J.D. Selingera. Czy jednak czytaną? Jest szansa, że tak. W tym roku bowiem  wydawnictwo Marginesy wznowiło powieść, co z pewnością sprawi, że kilka osób więcej po nią sięgnie. Oby więcej niż kilka, bo warto. „Szklany klosz” mimo że powstał ponad pół wieku temu przechodzi pomyślnie próbę czasu, mało tego, okazuje się powieścią wręcz współczesną, czy nowoczesną, pozbawioną anarchiczności czy to jeśli chodzi o formę, czy o treść, co stanowi doskonały punkt wyjścia do dyskusji o rzeczywistości w której dziś żyjemy.

Najlepszy okres życia

Ameryka, początek lat pięćdziesiątych. Zdolna, utalentowana i ambitna, z jednej strony dość pewna siebie, z drugiej stale wątpiąca w swoją wartość, „bezgranicznie niekompetentna” (s. 85) dziewiętnastoletnia studentka z prowincji, Esther Greenwood, tuż przed przekroczeniem progu dorosłości, tuż przed podjęciem ważnych dla swej przyszłości decyzji, tuż przed dokonaniem wyborów, których konsekwencje będzie ponosić przez całe życie, złapała Pana Boga za nogi – dane jej było bowiem przeżyć „najlepszy okres swojego życia” (s. 6), wygrała bowiem miesięczny staż w ekskluzywnym nowojorskim magazynie dla kobiet. Takie cuda mogą zdarzyć się tylko w Ameryce.

Nowy Jork, mieszkanie w hotelu wraz z kilkoma innym szczęśliwymi pannami, premiery, rauty, przyjęcia, pokazy, salony piękności, randki, tańce, alkohol, zabawa – szczyt marzeń dziewczyn z prowincji stał się rzeczywistością Esther. I choć brała w tym aktywny udział, choć korzystała z tego, to była poza tym wszystkim. Nie odczuwała z tego powodu szczęścia. Widziała to bowiem nieco inaczej i „dąsała się i brykała jak narowista klacz” (s. 37).

Rzeczywistość

Skonfrontowanie rzeczywistości z wyobrażeniami, planami, marzeniami rozczarowało Greenwood. Uzmysłowiło, że nie ma wpływu na swój los. Nadrzędny cel życiowy, jasny, sprecyzowany, wręcz oczywisty – nauka i pisanie – wyblakł, rozpłynął się. Dotychczasowe osiągnięcia – dobre wyniki w nauce, najwyższe stopnie, studia w college’u, poparcie Esther jako kandydatki na studia doktoranckie na pierwszorzędnej uczelni, obiecane stypendia – okazały się nic nieznaczące. Dotąd miała dokładnie opracowany plan działania, wiedziała bowiem czego chce – stypendium, dalsze studia, podróż edukacyjna po Europie, później praca wykładowcy albo redaktora pisma literackiego, pisanie i wydawanie poezji. Pobyt w Nowym Jorku sprowadził jednak tę młodą, ambitną dziewczynę na ziemię. Uświadomił, że jej wysiłki i tak na nic się zdadzą. Dla takich jak ona, nie ma miejsca realnym świecie.

Demony Esther

Esther zdawała sobie sprawę ze swych niekompetencji życiowych, ze swego braku przysposobienia do życia w Ameryce w połowie XX wieku. Uważała, że jest nieprzystosowana do czasów w których przyszło jej żyć, że nie jest w stanie sprostać wyzwaniom rzeczywistości owego czasu. Czuła się więc jak „koń wyścigowy w świecie, gdzie nie ma torów wyścigowych” (s. 85).

Małżeństwo, mąż, dzieci, słowem, rodzina – racja i cel życia kobiety w powszechnym mniemaniu – równało się Esther „przepierce mózgu – człowiek staje się czymś w rodzaju głupiego niewolnika w małym totalitarnym państewku” (s. 94). Ona bała się „zakotwiczenia w bezpiecznej małżeńskiej przystani” (s. 92). „Nudne by to było, zmarnowane życie dla dziewczyny po piętnastu latach nauki” (s. 93). Nie mogła znieść myśli, że mogłaby „stać się kiedyś całkowicie zależna od jakiegoś mężczyzny” (s. 231). Uważała, że nad głową kobiety „wisi gruby kij w postaci strachu przed ciążą” (s. 231). Nie potrafiła jak inne kobiety „oddawać się marzeniom o gromadzie rozkosznych, gaworzących maluchów” (s. 231), jakby to była „rzecz najnaturalniejsza w świecie” (s. 231).

Zapadanie się

Świat nie miał Esther nic do zaoferowania. I ona zdawała sobie z tego sprawę. Krótki pobyt w Nowym Jorku tylko utwierdził ją w tym przekonaniu i zakończył się załamaniem.

Przed sobą miała ostatni rok studiów i pisanie pracy dyplomowej. Liczyła też na stypendium na letni kurs pisarski, gdyż obawiała się beztroskiego wakacyjnego czasu. Niestety, stypendium nie przyznano i Esther miała przed sobą całą „beznadziejną, bezdenną przestrzeń lata” (s. 123), z którą nie wiedziała co zrobić. Pisać powieść? Ale jak pisać powieść bez doświadczenia życiowego? Uczyć się stenografii? Oddać się lekturze Finnegan’s Wake? Przerwać studia na rok? Iść na kurs ceramiki artystycznej? Jechać do Niemiec? Pomysły mnożyły się, żaden jednak nie satysfakcjonował.

Esther widziała swoje dotychczasowe życie jako „słupy telefoniczne, rozstawione w regularnych odstępach wzdłuż drogi i połączone ze sobą drutami… dziewiętnaście słupów” (s. 132). Nie mogła jednak dojrzeć ani jednego słupa za ostatnim, za dziewiętnastym.

Nie mogła jeść, spać, czytać, pisać. Była rozczarowana swoimi osiągnięciami. Nie opuszczało ją poczucie klęski. Sądziła, że zmarnowała stypendium, pobyt w Nowym Jorku, żałowała, że odrzuciła propozycję małżeństwa zdolnego, prawego, przystojnego i inteligentnego studenta medycyny. Miała dość czytania nieskończonej liczby książek, pisania referatów na temat bliźniąt u Jamesa Joyce’a. Chciała, żeby wszystko było zwyczajne, jak w życiu każdej dziewczyny. Ale wszystko, czym zajmowali się inni, wydawało jej się idiotyczne.

Esther tkwiła pod „szklanym kloszem własnej udręki, pławiąc się we własnym skisłym sosie” (s. 194) i dusząc „zagęszczonym powietrzem, wypełniającym wnętrze szklanego klosza” (s. 195). Pod tym kloszem tkwiła znieczulona, „zatrzymana w rozwoju jak embrion w spirytusie” (s. 248). Szklany klosz odkształcał jej widzenie świata.

Jak żyć?

Proszki nasenne, które otrzymywała już nie działały. Rodzinna lekarka zaproponowała wizytę u specjalisty – psychiatry. Ten zaś zalecił kurację elektrowstrząsową.

Z czasem, coraz częściej jej myśli krążyły wokół samobójstwa. Podejmowane próby – podcięcie sobie żył, przedawkowanie leków, utopienie się, powieszenie – okazywały się nieskuteczne. Esther nabrała jednak przekonania, że musi jej się w końcu udać, gdyż jej przypadek jest nieuleczalny i w przeciwnym razie zostanie w „tej idiotycznej sytuacji na dalszych dobre pięćdziesiąt lat” (s. 169) i skończy w zakładzie zamkniętym dla umysłowo chorych.

Leczenie przynosiło jednak ulgę, ale też rozczarowywało. Esther liczyła, że po kuracji będzie pewna siebie, pewna swoich zamiarów na przyszłość. Niestety, mimo prawdopodobnego stempla, stwierdzającego, że nadaje się do dalszej drogi, za rogiem czaiły się demony – natarczywe znaki zapytania i obawa, że pewnego dnia znów znajdzie się pod szklanym kloszem.

Kobieta poszczególna

W „Szklanym kloszu” oglądamy świat przez pryzmat wrażliwości, dojrzałości, bystrości, inteligencji, dystansu, humoru, ambicji, talentu, spostrzegawczości Esther, przez szklany klosz, który ją otaczał. Widzimy młodą kobietę, nadwrażliwą, neurotyczną, o niezwykle skomplikowanej, niejednoznacznej osobowości, która nie dostrzega dla siebie miejsca w tej patriarchalnej i konserwatywnej rzeczywistość Ameryki połowy XX wieku.

Kobieta ta nie mieści się bowiem w schemacie, nie dostrzega dla siebie roli w przyjętym od dawien dawna, niezmiennym i powszechne akceptowanym scenariuszu jaki pisany jest dla kobiet – zamążpójście, rodzenie dzieci – przeznaczenie i szczęście kobiet, słowem, ich jedyna racja bytu zdaniem większości. Ona nie akceptuje tego stanu rzeczy, który uznawany jest za oczywistość, nie podlegającą nawet refleksji. Nie marzy jak inne dziewczęta o małym białym domku na przedmieściach, o mężu i gromadce dzieci. Nie godzi się na uprzywilejowaną pozycję mężczyzn, którym wolno więcej, których nie rozlicza się, od których się nie wymaga, którzy nie są na cenzurowanym tak jak kobiety.

Esencja życia

Esther jest bohaterką powieści i jednocześnie jej narratorką. To ona w pierwszej osobie zdaje relację ze swojego życia. Relacja ta jest intensywna, naładowana, ale jednocześnie bardzo esencjonalna, skondensowana. Esther choć opowiada o sprawach trudnych dla niej i bolesnych, to potrafi zdobyć się na dystans, a niekiedy nawet drwinę.  Dzięki temu łatwiej odbiorcy przebrnąć przez tę opowieść, której skrótowość może sugerować lekkość. Ostatecznie efekt jest wręcz przeciwny. Wraz z końcem ostatniego zdania spada na czytelnika jej ciężar.

Morze spraw

Powieść ta to niewielki objętościowo tekst, ale zakres jego problematyki jest ogromny. Plath zawarła w tej skromnej powieści całe morze kwestii niezwykle istotnych, które wciąż możemy na nowo analizować, odczytywać, interpretować; spraw, które nie straciły na znaczeniu, które dziś także budzą niepokój, które niekiedy się wypiera, które wciąż stanowią temat tabu, które otacza nimb tajemnicy, a które wciąż napierają i nie tracą nic ze swego impetu.

Warto podkreślić, że autorka poruszyła tu kwestie, które na horyzoncie dopiero majaczyły, o których dopiero świat miał usłyszeń – rewolucja seksualna, zmiana obyczajowości, rewolucja feministyczna i emancypacja kobiet dopiero miały nadejść.

Mówiąc, że „Szklany klosz” jest dla dziewczyn wchodzących w dorosłość, które buntują się przeciwko zastanemu stanowi rzeczy i nie dookreślając, pozbawimy powieść możliwości odczytania na wyższym poziomie. Owszem, jest to powieść formacyjna (Bildungsroman) – opowieści o dojrzewaniu, o kształtowaniu się osobowości człowieka – która pozwala nastoletniemu zbuntowanemu odbiorcy utożsamiać się z bohaterem i delektować weltschmerzem, ale „Szklany klosz” jest czymś znacznie więcej. Lektura powieści po przekroczeniu progu dorosłości pozwala spojrzeć szerzej.

Po pierwsze

To powieść-manifest feministyczny. Mamy tu bowiem jasno wyartykułowany sprzeciw wobec tradycyjnych ról kobiecych, wobec podrzędnej roli kobiety, wobec jej uprzedmiotowienia. Poruszone też zostały takie kwestie jak niezależność finansowa kobiet, swoboda seksualna czy dostęp do antykoncepcji.

Po drugie

„Szklany klosz” to opowieść o samotności, wykluczeniu, zepchnięciu na margines, odrzuceniu przez społeczeństwo, gdyż nie jest się w stanie dopasować, dostroić do ogólnie przyjętych norm, zasad; o tym, że nie ma w społeczeństwie miejsca dla jednostek, które nie mieszczą się w obowiązującym schemacie, które wychodzą poza ramy, które przekraczają wyznaczone granice; o barku miejsca na indywidualizm.

Po trzecie

Ta proza to studium depresji, to opowieść o chorobie psychicznej, która także wyklucza, stygmatyzuje, stawia pod znakiem zapytania każdy kolejny dzień, która pozbawia sił, by zawalczyć o siebie, o swoje.

Szklany klosz

Bohaterka powieści znalazła się pod szklanym kloszem, który wpływa na jej odbiór rzeczywistości. Czy szklany klosz zniekształca widziany obraz, czy wręcz przeciwnie, wyostrza go?

Z pewnością oddziela od świata zewnętrznego, daje poczucie osobności, obcości, nierealności, ale i dystansu, który pozwala na właściwy ogląd rzeczy.

Autonomiczność

Sylvia Plath, wokół której krąży legenda poetki wyklętej, stworzyła dzieło prozatorskie, które szybko zyskało miano powieści kultowej, czyli takiej, która symbolizuje doświadczenia, wartości i postawy jakiejś grupy społecznej, jakiegoś pokolenia. Powieść stała się legendą. Rzeczywistość dopisała do niej bowiem tragiczny epilog – niespełna miesiąc po ukazaniu się powieści, autorka popełniła samobójstwo, co wpłynęło na odczytywanie tej prozy, jej interpretację.

Pewne teksty literackie, które naznaczone są biografią autora, odczytujemy przez tego pryzmat, nie zważając na to, że są autonomicznymi dziełami, które stanowią wartość samą w sobie, które i bez kontekstu biograficznego okazują się istotne, wartościowe. I „Szklany klosz” należy do tej kategorii. I choć ma znamiona powieści autobiograficznej, to należy do literatury pięknej, co daje odbiorcy więcej możliwości interpretacyjnych.

* Tytuł oryginalny – The Bell Jar, rok pierwszego wydania – 1963, rok pierwszego wydania polskiego – 1975.

„Pogarda” – Alberto Moravia

„Pogarda” Alberto Moravii – włoskiego prozaika, eseisty, dziennikarza, którego debiut literacki (Obojętni) uchodzi za najgłośniejszy debiut w dziejach dwudziestowiecznej włoskiej literatury i za prekursorskie dzieło egzystencjalizmu – choć jest z roku 1954, to dotyka spraw, które i dziś spędzają sen z powiek co wrażliwszym duszom.

Lektura powieść obnaża z jednej strony jej anachroniczność, dekoracje bowiem nieco się zestarzały, co jednak nadaje jej retro sznytu, z drugiej zaś aktualność, która sprawia, że obcowanie z prozą Moravii ma poza szczególnym urokiem także ciężar, który nie pozostawia odbiorców obojętnymi.

Sztuka w dwóch aktach

„Pogarda” to powieść psychologiczno-obyczajowa, ale w istocie to rozpisany na kilka osób (właściwie na dwie, pozostałe można potraktować jako głosy zza), wyrwany z szerszego kontekstu, w którym tło ograniczono do niezbędnego minimum, kameralny dramat w dwóch aktach.

Głównym bohaterem powieści i jednocześnie jej narratorem jest Riccardo Molteni, młody, bez grosza przy duszy, krytyk teatralny. Egzystuje on u boku żony, będąc wiernym swym ideałom i marząc o karierze dramaturga.

Riccardo wraz z Emilią są małżeństwem od dwóch lat. Żyją szczęśliwie, choć skromnie w wynajmowanym pokoju. On, oddany mąż, wrażliwy artysta, intelektualista egzystujący w świecie wyższych wartości. Ona, oddana żona, stenotypistka twardo stąpająca po ziemi.

Pewnego dnia Riccardo otrzymuje intratną propozycję od wpływowego producenta filmowego – napisania scenariusza do jego najnowszego projektu. Propozycja jest sprzeczna z ambicjami młodego twórcy, który uważa, że racją i celem pracy scenarzysty są pieniądze, których kultu on nie wyznaje. Mimo to Riccardo podejmuje się tego komercyjnego zadania, gdyż zdaje sobie sprawę, że dzięki temu będzie mógł spełnić marzenia żony i zapewnić jej poziom życia jakiego nigdy nie zaznała.

Pogarda

Niestety, wraz z poprawą statusu materialnego małżonków nadchodzi kryzys małżeński. Riccardo zauważa, że Emilia, nieoczekiwanie, zaczyna coraz bardziej oddalać się od niego. Z czasem niechęć i narastająca wrogość przeradzają się tytułową pogardę…

Dlaczego?

Całość jest retrospekcją, rodzajem spowiedzi, relacją z dochodzenia do prawdy, monologiem wewnętrznym mężczyzny, który roztrząsa swój dramat. Próbuje on z perspektywy czasu dociec przyczyn i zrozumieć powody klęski swego małżeństwa – utraty miłości. Pogarda żony pozbawia go bowiem wszelkiego sensu. Analizuje więc, szuka przyczyn, próbuje zrozumieć, wyciągnąć wnioski, powziąć pewne decyzje. Targają nim sprzeczne emocje. Nęka żonę, która nie daje mu konkretnych, zadowalających odpowiedzi. Każda próba rozmowy przynosi mu tylko rozczarowanie i rozgoryczenie. Jeden z głosów zza (reżyser, z którym ma współpracować) podsuwa mu psychoanalityczną interpretację relacji Odyseusza i Penelopy, która choć niejako wszystko wyjaśnia, to niczego nie rozwiązuje. Wszystko na próżno, stało się…

Dramat monady poszczególnej

W tym studium psychologicznym autor obnaża dramat człowieka. Jego wewnętrzną pustkę, egzystencjalny niepokój, cierpienie, samotność, bierność, brak możliwości porozumienia. Pokazuje egzystencję w świecie, w którym dominuje pieniądz, w którym brak głębokich uczuć, gdzie stosunki międzyludzkie są nieautentyczne, a komunikacja z drugim człowiekiem okazuje się niemożliwa, gdyż język zamiast prowadzić do rozwiązania konfliktu, zaciemnia tylko obraz sprawy[1]. Czy nie brzmi to znajomo?

Na dziś

Twórczość Moravii to realistyczna proza psychologiczna, wyrastająca z powieści XIX wieku (linearna akcja, tradycyjna budowa, realistyczne opisy, rzeczowy język), „oparta na marksistowskiej krytyce kapitalizmu i freudowskiej interpretacji związków międzyludzkich”[2]. Faktem jednak jest, że tematy, które włoski prozaik podejmował – z jednej strony niedający satysfakcji przesyt, z drugiej ciągłe nienasycenie, poczucie braku, pustki, niespełnienia i nieprzystosowania, kryzys wszelkich wartości, kult pieniądza, rozpad relacji międzyludzkich, alienacja jednostki, samotność – i dziś wydają się nie tylko aktualne, ale i istotne[3].

Istota

Powieść wydaje się na wskroś realistyczna, ale zgodzić się trzeba z Anną Wasilewską, że nie chodzi tu o odwzorowanie świata. Chodzi o coś znacznie istotniejszego – o tworzenie egzystencjalnych modeli, paradygmatów zachowań[4].

Ps. Wiele utworów Moravii doczekało się ekranizacji. Na warsztat twórczość tę brali najwięksi – Bernard Bertolucci i Jean-Luc Godard. Ten ostatni w roku 1963 przeniósł na ekran „Pogardę” z Brigitte Bardot w jednej z głównych ról.

Tytuł – „Pogarda”

Autor – Alberto Moravia

Tłumaczenie – Zofia Ernstowa

Wydawnictwo – WAB

Seria – Nowy Kanon

Rok – 2014

  • DLA KOGO – dla wielbicieli literatury tropiącej meandry ludzkiej psychiki, dla tych, których nurtują odwieczne pytania istotne
  • PO CO – by poczuć ciężar egzystencji człowieka we wrogiej mu rzeczywistości
  • MOJA OCENA – 6/6

* Tytuł oryginalny – Il disprezzo, rok pierwszego wydania – 1954, rok pierwszego wydania polskiego – 1961.


[1] Anna Wasilewska, Przedmowa. Życie jako gra, w, Alberto Moravia, Pogarda, Warszawa, 2014.

[2] Piotr Kofta, Czarna energia i żądza pieniądza. „Pogarda” i „Konformista” Alberto Moravii, opublikowano 29.02.2014, https://kultura.gazetaprawna.pl/artykuly/850392,czarna-energia-i-zadza-pieniadza-pogarda-i-konformista-alberto-moravii.html, dostęp 27.02.2019.

[3] Ibidem.

[4] Wasilewska, op. cit.

„Berta Isla” – Javier Marías

Bohaterowie powieści „Berta Isla” – Berta Isla i Tomás Nevinson – poznali się jeszcze w szkole. Ona Hiszpanka, on pół Hiszpan, pół Anglik. Nie był to wybuch miłości, nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dwójka pięknych, inteligentnych i pewnych siebie młodych ludzi racjonalnie podchodziła do kwestii życiowych. Po rozpatrzeniu wszelkich za i przeciw doszli do wniosku, że są dla siebie stworzeni. Długie rozłąki (on na studiach w Oksfordzie, później stale w służbowych rozjazdach, ona zakotwiczona w Madrycie) sprawiały, że w ich związku nie było miejsca na rutynę, wywołującą frustracje, pretensje, żal, złość i w końcu schyłek wspólnego szczęścia.

Jednak pewnego dnia wyszło na jaw, że nic nie jest takie jak się wydawało… Niemożliwe stało się możliwe. Nieprawdopodobne stało się prawdopodobne.

Opowieść o niej, o nim, o nich

To opowieść o kobiecie i mężczyźnie. To opowieść o skomplikowanych relacjach dwojga ludzi, którym przyszło żyć w absurdalnej rzeczywistości.

To historia mężczyzny, który został naznaczony. Nie ukrył swych nadzwyczajnych zdolności, co nie uszło uwadze tych, którzy decydowali. Znalazł się w nieodpowiednim czasie i w nieodpowiednim miejscu i nie miał wyjścia – podpisał pakt z diabłem. I zaczęło się jego życie gdzie indziej, poza światem.

To opowieść kobiecie (głównie z jej punktu widzenia prowadzona jest narracja), współczesnej Penelopie, która w niepewności cierpliwie czekała na Odyseusza, który spod Troi latami wracał do domu. To historia kobiety żyjącej w drugiej połowie XX wieku w Madrycie, która teoretycznie miała wybór. Była młoda, piękna, inteligentna, ambitna, pewna siebie, mogła decydować jak chce żyć i z kim. I wybierała. Czas pokazał jednak, że tylko pozornie. Praktycznie nie miała wyjścia, żadnego pola manewru. Skazano ją na stan wiecznego oczekiwania, wiecznej niepewności, życia tylko w półprawdzie i jakby w półrealności.

Wyrafinowanie literackie

Najnowsza powieść Javiera Maríasa, poczytnego na całym świecie choć niezależnego wielce hiszpańskiego pisarza, to nietypowa proza szpiegowska. W istocie to coś znacznie więcej. Bowiem „Berta Isla” to wyrafinowana literacko powieść, będąca połączeniem prozy gatunkowej (szpiegowskiej, choć opowiedzianej od drugiej strony, od kulis i psychologiczno-obyczajowej) z literaturą najwyższej próby. Mamy tu też liczne odniesieniami do literatury światowej (tu głównie T.S. Eliota, ale też Shakespearea, Balzaka i Dickensa), które pomagają bohaterom zmierzyć się im z ich sytuacją, zanalizować i pojąć ich rzeczywistość.

Brak tu brawurowej akcji jak na powieść szpiegowską przystało, mimo to wiele się dzieje, choć nie na tym podstawowym, nawierzchniowym poziomie. Tempo jest nieco zwolnione za sprawą języka, który odgrywa u Maríasa niemałą rolę. Długie wywody spowalniają bieg wydarzeń, nadając im tym samym ciężkości.

Ciężar prozy Maríasa

„Berta Isla” to też opowieść, która boli. Uzmysławia bowiem brutalnie coś, o czym zapominamy albo co wypieramy, iż wiedziemy egzystencję pascalowskiej trzciny myślącej, co czyni z nas bohaterów na miarę tych mitologicznych (choć marne to pocieszenie) – mamy bowiem świadomość nie tylko beznadziejności sytuacji, ale i niemocy, by ten stan rzeczy zmienić.

Bo po pierwsze, wieczna wojna:

Pokój niestety zawsze jest tylko pozorny i przejściowy, taka maskarada. Naturalnym stanem świata jest wojna. Często otwarta, a jeśli nie, utajniona, pośrednia albo po prostu odłożona w czasie. […] Kiedy nie ma wojny, jest jej groźba, więc zdolni ludzie […] mogą utrzymywać ją w tej fazie, odsuwać, żeby pozostała tylko groźbą. Wiszącą, ale nie wybuchającą. […] I to właśnie oznacza interweniowanie w rzeczywistość […]. Umiarkowane. To jakby zatykać palcem dziurę i powstrzymywać potop… prowizorycznie. (s. 69-70)

Po drugie, brak możliwości wyboru:

Od kiedy to ludzie wybierają sobie życie? Przez wieku ludzkie losy były określone. Z minimalnymi wyjątkami, To norma, nie tragedia. […] Jaśnie pan nie wybrał sobie życia. Tak jak cała ludzkość jeszcze zupełnie do niedawana, a i teraz to czysta ułuda. […] Większość tkwi w swoim losie i żyje, nie zadając pytań albo dziękując za to, co im przypadło w udziale, taka jest norma; skupiają się na codziennych trudnościach i to im starcza. Brak wyboru to żadna kara, to standard. Wciąż tak jest w większej części świata […] mimo powszechnych złudzeń. (s. 528-529)

Po trzecie, brak możliwości wejrzenia w drugiego człowieka:

[…] każda istota ludzka tak została stworzona, że jest nieodgadnioną tajemnicą i zagadką dla innych istot ludzkich.

Kiedy wyjeżdżam do wielkiego miasta, mimo woli uderza mnie myśl, że każdy z tych ciemnych zamkniętych domów kryje swoją tajemnicę, że każde serce z tysięcy bijących serc jest poniekąd tajemnicą dla najbliższych mu serc. (s.554-555)

Wyrafinowana uczta

Lektura powieści „Berta Isla” to uczta dla odbiorców. I to dla najwybredniejszych. Zaspokaja bowiem potrzeby wielu poziomów. Zatem dla każdego, co nie znaczy w tym przypadku, że dla nikogo!

Tytuł – „Berta Isla”

Autor – Javier Marías

Tłumaczenie – Tomasz Pindel

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2018

  • DLA KOGO – dla każdego
  • PO CO – by pożyć życiem na granicy, by przypomnieć sobie na czym stoimy
  • MOJA OCENA – 5/6

* Tytuł oryginalny – Berta Isla, rok pierwszego wydania – 2017 , rok pierwszego wydania polskiego – 2018.