Maska prawdę odsłoni. „Świat w płomieniach” – Siri Hustvedt

Tytuł – „Świat w płomieniach”

Autor – Siri Hustvedt

Tłumacz – Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla fanów literatury amerykańskiej, dla wybrednych, dla ceniących literaturę erudycyjną, stymulującą, dla snobów, pseudointelektualistów, malkontentów, dla feministów, seksistów, mizoginów, dla wrogów Paula Austera, dla zadających sobie pytania o istotę, dla wielbicieli po prostu dobrej literatury
  • PO CO – by się zastanowić, wytrącić się z błogostanu nieświadomości
  • MOJA OCENA – 8/6
Osobliwość formy

„Świat w płomieniach” Siri Hustvedt nie jest realizacją kolejnego neorealistycznego dzieła, na jaki obecnie panuje moda. Autorka zdecydowała się iść raczej tropem Nabokova. Jej ostatnia powieść ma bowiem nietypową strukturę, to rodzaj nietypowej biografii, bo pewnej fikcyjnej artystki. To zatem fikcyjna naukowa publikacja (fikcyjny dokument) albo inaczej rzecz ujmując rodzaj stylizacji na biografię artysty, na naukową publikację, ze wstępem redaktora, ze stosownym aparatem naukowym (z przypisami), która łączy intymny dziennik artystki z relacjami innych na jej temat (montaż źródeł). Słowem, to w wielogłos w sprawie niejakiej Harriet Burden.

Polifonia

Publikacja jawi się jako praca naukowa pod redakcją pewnego profesora estetyki, będąca kompilacją różnego rodzaju materiałów źródłowych. Jak na pracę naukową przystało, zasadniczą jej część poprzedza wstęp – „Słowo wstępne redaktora”, w którym ów redaktor przedstawia przedmiot swoich zainteresowań, badań. Wyjaśnia z czym mamy do czynienia, podaje genezę projektu – publikacji, słowem, wprowadza w świat przedstawiony. Część zasadniczą stanową fragmenty osobliwych dzienników głównej bohaterki oraz relacje osób z nią powiązanych – poszczególne rozdziały odpowiadają poszczególnym przekazom, przybierającym najróżniejsze formy (listu, wywiadu, recenzji, spisanych ustnych przekazów, relacji prasowych), a ich tytuły odpowiadają nazwiskom osób, które w taki bądź inny sposób, bezpośredni bądź pośredni, zabierają w publikacji głos.

I. V. Hess, ów profesor i redaktor publikacji, po dość przypadkowej lekturze pewnego listu autorstwa niejakiego Richarda Brickmana w prasie branżowej (w interdyscyplinarnym kwartalniku o sztuce i badaniach nad percepcją), którego bohaterką była wspomniana artystka i jej niekonwencjonalne przedsięwzięcie, zafascynowany i zaintrygowany, chcąc zaspokoić swoją rozbudzoną ciekawość, postanowił zbadać sprawę, znajdującą się w kręgu jego zainteresowań naukowych.

Niestety, nie mógł zwrócić się bezpośrednio do samej artystki, gdyż ta już nie żyła. Przedsięwziął zatem odpowiednie kroki i rozpoczął zakrojone na szeroką skalę badania. Po licznych rozmowach z bliskimi artystki, z córką, synem, przyjacielem i kochankiem, po zebraniu relacji jej przyjaciół, znajomych, ludzi związanych z jej działaniami, po przeprowadzeniu kilku wywiadów, po zaznajomieniu się z setkami stron jej prywatnych dzienników, po przeczytaniu różnego rodzaju publikacji, recenzji, artykułów, zrodził się pomysł na książkę „Świat w płomieniach” (od tytułu ostatniej pracy artystki, który ta zapożyczyła od Margaret Cavendish – siedemnastowiecznej brytyjskiej pisarki i filozof, autorki wierszy, traktatów, esejów i dramatów, publikującej pod własnym nazwiskiem, w czasach, gdy większość kobiet publikowała anonimowo, autorki „The Blazing World” – dzieła o utopijnym królestwie w nieznanym świecie, w którym władcą jest kobieta), która w efekcie stała się kompilacją zebranych materiałów źródłowych.

Portret wielokrotny

Ta wielogłosowa (łącznie dziewiętnaście głosów) narracja buduje bohaterkę widzianą z wielu różnych perspektyw. Jednak ten patchwork, kolaż, będący swoistym portretem artystki i intelektualistki, ale też kobiety, czy szerzej człowieka, sami niejako musimy stworzyć z fragmentów niekiedy nieprzystających do siebie. Co nie jest zadaniem prostym, gdyż Burden była kobietą nieokiełzaną – złożoną, niejednoznaczną, niedającą się zamknąć w schemacie, wymykającą się wszelkiemu zdefiniowaniu czy stawianym diagnozom.

W tym krótkim wstępie już poznajemy bohaterkę powieści „Świat w płomieniach” Hustved i publikacji „Świat w płomieniach” profesora Hessa, który postanowił zająć się spuścizną artystki, przybliżyć światu jej postać oraz jej idee i tym samym przywrócić należne jej miejsce w historii sztuki.

Życie i sztuka Harry’ego

„Świat w płomieniach” to opowieść o niejakiej Harriet (jednej z ciekawszych postaci kobiecej w literaturze współczesnej[1]) – o nazwisku nie bez znaczenia – Burden (ang. burden – ciężar, brzemię), która podzieliła los takich artystek jak Artemisia Gentileschi, Louise Bourgeois, Grace Hartigan, Eva Hesse, Lee Krasner, Joan Mitchell, Alice Neel czy Louise Nevelson.

To opowieść o charyzmatycznej, wykształconej, nieprzeciętnie inteligentnej, błyskotliwej, wielce oczytanej, interesującej się każdą dziedziną nauki, zbuntowanej, bezkompromisowej, gniewnej, neurotycznej, wiernej swoim przekonaniom idealistce, wrażliwej i utalentowanej, ale niespełnionej nowojorskiej artystce, latami ignorowanej przez świat sztuki, nierozumianej przez otoczenie, która co prawda dawniej wystawiała swoje prace w Nowym Jorku, ale rozczarowana ich odbiorem wycofała się z życia publicznego jako artystka, by poświęcić się roli matki i żony.

W latach dziewięćdziesiątych rozpoczęła jednak pewien eksperyment – „Pozoracje” – będący jednocześnie rodzajem performansu. Celem owego projektu miała być swoista zemsta na wrogim dla artystki świecie, w szerszej zaś perspektywie – zbadanie i odsłonięcie istoty sztuki, a nawet poznania ludzkiego.

„Świat w płomieniach” to jednak nie tylko opowieść o artystce i intelektualistce, to także opowieść o „gargantuicznej żonie” (s. 21) (Burden jest niedocenianą żoną słynnego nowojorskiego marszanda, który promując talenty innych, ignoruje dokonania własnej żony, żerując na niej), o matce, gospodyni, o kobiecie po prostu.

Harriet, dla bliskich Harry (jak nazywał ją ojciec, pragnący syna), to kobieta-monstrum, której umysł bezpośrednio splata się z ciałem[2]. Jej figura odbiega od tradycyjnie pojętego wzorca piękna. Jest postawna, bardzo wysoka, przytłaczająca wręcz, ma męską budowę ciała, duży biust, burzę bujnych loków i do tego ponadprzeciętny umysł. Zna swoją wartość, choć jest świadoma, że gdyby była mężczyzną jej kariera potoczyłaby się zupełnie inaczej – lepiej, poważniej. Nie czuje się w swym ciele idealnie, utrudnia jej ono w pewien sposób egzystencję, ale jest tego ciała w pełni świadoma i akceptuje bycie kobietą, czerpiąc z tego przyjemność i radość – z bycia matką, kochanką.

Wielowarstwowa opowieść

Powieść Hustvedt to zatem z jednej strony opowieść o kobiecości, z drugiej zaś o odsłanianiu prawdy o sztuce – o mizoginii panującej w tym pozornie otwartym, wyemancypowanym i tolerancyjny środowisku, słowem, o dyskryminacji kobiet w świecie sztuki, a szerzej o prawidłach rządzących ludzką percepcją i o ograniczonych możliwościach poznawczych – w jaki sposób podświadome wyobrażenia o płci, orientacji seksualnej, rasie i sławie wpływają na rozumienie przez odbiorców danego dzieła sztuki i o, co istotne i chyba najciekawsze, tożsamości, bo to także opowieść o zakładaniu masek, wcielaniu się w innych, by dotrzeć do siebie, swojego „ja”.

Los utalentowanej żony sławnego męża

Burden to bohaterka z krwi i kości. Inna też być nie mogła. Hustved wiedziała o czym pisze, zna bowiem doskonale położenie kobiet takich jak Harriet, sama jest kobietą-twórcą, która długo żyła (żyje?) w cieniu swego sławnego i cenionego męża, albowiem, przypomnę, Siri Hustvedt to amerykańska poetka, pisarka i eseistka, autorka tomów poezji, zbiorów esejów oraz powieści, doktor nauk humanistycznych, wykładowca, krytyk literacki i sztuk wizualnych, publikująca w prestiżowych czasopismach literackich i naukowych, przez lata badająca zagadnienia z dziedziny psychiatrii, neuronauki i neurologii, obecnie wykłada psychiatrię w nowojorskiej szkole medycznej[3], prywatnie zaś żona Paula Austera, zakwalifikowanego ostatnio do panteonu amerykańskich klasyków literatury, takich jak Faulkner, Steinbeck, Dos Passos[4].

Można jednak było się spodziewać, że dla kogoś takiego jak Harriet, ta zredukowana egzystencja (do roli żony i matki), nie wystarczy. Długo jednak artystka zaciskała zęby. Gniew, który latami hamowała jednak narastał. Po śmierci męża, w wieku sześćdziesięciu dwóch lat, zdecydowała się wyjść z ukrycia, z cienia i pokazać, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, że jeszcze pokaże…, że jeszcze udowodni kto tu jest górą.

Prześladowała mnie myśl o innym ciele, innym modelu egzystencji. (s. 39)

[…] myślałam o innych ścieżkach, alternatywnych egzystencjach, o innej Harry Burden, która mogła, powinna się była wcześniej zerwać ze smyczy […]. (s. 39)

Ja, Harriet Burden, niniejszym spowiadam się. Siłą napędową moich rozlicznych fantazji były:

1. ogólne pragnienie zemsty na palantach, cymbałach i kretynach,

2. samotność wywołana przeciągającą się bolesną izolacją intelektualną, ponieważ poruszałam się wśród zbyt wielu tytułów, o których z nikim nie mogłam porozmawiać,

3. pogłębiające się wrażenie, że zawsze byłam niezrozumiana i rozpaczliwie pragnęłam, żeby mnie zauważono, naprawdę zauważono, ale wszelkie moje starania spełzały na niczym.

W tej frustracji i zgryzocie nakręcałam się każdego dnia, jakbym była swoją starą zabawką, małpką z talerzami, i słuchałam, jak sama w nie uderzam […]. (s. 44-45)

Gorzki sukces czy sromotna klęska?

Artystka zaangażowała czy też wynajęła do realizacji „Pozoracji” trzech bardzo różnych artystów-mężczyzn – Antona Tisha, młodego twórcę, który dopiero co ukończył akademię sztuk pięknych, Phineasa Q. Eldridge’a, performera, czarnoskórego geja oraz Rune’a, celebrytę, znanego już w międzynarodowym światku artystycznym – którzy podpisali się pod jej pracami.

Dla każdego stworzyła trzy skomplikowane intertekstualne instalacje – „Historię sztuki zachodniej” dla Tisha, „Duszne pokoje” dla Eldridge’a i „Poniżej” dla Rune’a, które zostały zaprezentowane na trzech indywidualnych wystawach.

Dzieła te dotarły do szerokiego grona odbiorców jako prace trzech do tej pory nieznanych bądź znanych nielicznym artystów. Wystawy odniosły wielki sukces, potwierdzając tym samym tezy autorki. Prezentowane instalacje zyskały uznanie nie tylko odbiorców, ale i krytyki. Wynajęci artyści-mężczyźni osiągnęli zatem to, czego nie było dane zaznać faktycznej autorce-artystce-kobiecie dzieł pod jej prawdziwym nazwiskiem.

W kulminacyjnym momencie autorka projektu – eksperymentu w istocie – miała odrzucić trzy maski, za którymi się kryła, by ujawnić się i pokazać wszystkim w jakiej ułudzie żyją. Nie przewidziała jednak, że sprawy mogą nieco wymknąć się spod kontroli. Zaangażowani mężczyźni, po odniesionym przy okazji niejako sukcesie indywidualnym, nie byli skorzy do ujawnienia prawdy, do zdemaskowania całego konceptu – ogłoszenia sukcesu eksperymentu Burden. Jeden z nich odmówił przyznania się do mistyfikacji. Ujawnienie prawdy przez artystkę okazało się niemożliwe. Czy Harry poczuła gorzki smak sukcesu czy może poniosła sromotną klęskę? Udowodniła, że ma rację, ale tylko sobie, nie światu. Zatem…

Powieść o feministycznym eksperymencie filozoficznym traktatem

Interpretację „Świata w płomieniach” sprowadza się zwykle do traktowanego dość wąsko manifestu feministycznego, odnosząc go do konkretnej sfery życia, konkretnej przestrzeni. Jednak problematyka powieści sięga znacznie głębiej. Hustvedt mnożąc przykłady z dziejów ludzkości, dokumentuje nie tylko akty dyskryminacji, ale także i ignorancję wobec nich[5].

Zatem odczytywanie tej powieści w wąskich kategoriach jest rodzajem błędu w koncepcji interpretacyjnej, nie jest wystarczające, jest sporym uproszczeniem, zubożającym problematykę dzieła, jest odczytaniem tylko na jednym z wielu możliwych poziomów. Powieść traktuje bowiem o dużo bardziej złożonym zjawisku. „Świat w płomieniach” w istocie pokazuje, że „problem płci sięga głęboko ku ogólnoludzkim zagadnieniom”[6]. I nie jest osobnym, oderwanym zjawiskiem, zawieszonym w próżni. Powieść o feministycznym eksperymencie w istocie jest filozoficznym traktatem o braku niezależności, o uwarunkowaniach, od których nie jesteśmy w stanie uciec, także o mechanizmach ludzkiej percepcji, o niemożliwym poznaniu, o niedostępnej prawdzie, słowem, o ograniczonych możliwościach poznawczych.

Kierkegaard górą

Szerokie zainteresowania intelektualne autorki znajdują odzwierciedlenie w powieści. „Świat w płomieniach” przesiąknięty jest odwołaniami do nauki, historii sztuki i filozofii, niekiedy trudnymi do rozszyfrowania. Sama Hustvedt mówi nawet wprost, że książka jest próbą uprawiania filozofii za pomocą powieści[7], a nawet, że jest to po prostu powieść filozoficzna. Bliscy są tu autorce tacy filozofowie jak Friedrich Nietzsche czy, przede wszystkim, Søren Kierkegaard, którego styl dzieł bliższy jest formie literackiej i poetyckiej niż naukowej.

Kierkegaard daleki był od nadawania swoim dziełom postaci iście naukowego traktatu, w którym swoje poglądy podaje w formie gotowych twierdzeń, ostatecznych wniosków, które ograniczają możliwości interpretacyjne. Swe myśli chciał konfrontować z czytelnikiem, by skłonić go do refleksji. Poza tym ten duński filozof uprawiał twórczość pseudonimową – heteronimową (uważał, że mieszka w nim kilka odrębnych, a nawet skłóconych ze sobą osób), gdyż był zdania, że publikując pod pseudonimem czytelnicy nie będą kierowali się uprzedzeniami[8].

Te koncepcje bliskie są Hustvedt i w jej ostatniej powieści mamy tego wyraz. „Świat w płomieniach” jest bowiem przede wszystkim, w szerszym rozumieniu, najciekawszym i najistotniejszym, opowieścią o pseudonimach, maskach, słowem, o docieraniu do siebie, do swego „ja”, o poszukiwaniu swej tożsamości. Harriet wchodzi w poszczególne role. Gra matkę, żonę, artystkę, której nie satysfakcjonuje pozycja jaką zajmuje w świecie sztuki. Stawiając czoło swej egzystencji, zakłada kolejne maski, które Hustvedt za Kierkegaardem nazywa pseudonimami.

Po Gombrowiczowsku

Tu autorka bliska jest też rodzimemu Gombrowiczowi, jego gębie i formie. Człowiek bowiem odgrywa w życiu wiele różnych ról – zakłada maski, nieustannie poruszając się i zmieniając w relacjach z innymi, w zależności od kontekstu, w jakim się znajduje. Człowieka określa zewnętrzność. Jest on uwikłany w grę z innymi, a jego tożsamość kształtowana jest przez jego doświadczenie. Celem zaś zakładania masek – wchodzenia w poszczególne role – nie jest ukrycie się za nimi, ale odkrycie za ich pomocą pewnych aspektów własnego doświadczenia. To droga do poznania, objawienia (s. 72).

Istota maski

Życie Burden to poszukiwanie siebie. Zakładając kolejne maski (Harry’ego, Richarda Brickmana, Antona Tisha, Phineasa Q. Eldridge’a i Rune’a), wchodząc w kolejne role, zdobywając kolejne doświadczenie, dociera do swego „ja”.

Projekt „Pozoracje”, ten „wielki tryptyk” (s. 188), zakładał założenie trzech różnych masek poprzez wynajęcie trzech różnych artystów. Wynajęci mężczyźni już przez samo ich zaangażowanie oddziaływali na proces twórczy artystki. Z czego ta doskonale zdawała sobie sprawę. Wybierając właśnie tych mężczyzn, brała pod uwagę ich ewentualną moc sprawczą. Zakładane maski zmieniają samą bohaterkę, wywołują jej wewnętrzną transformację, ale też wpływają na jej twórczość. Artystka ulega im w pewnym sensie, poddaje się im. Wielka Wenus z instalacji Antona Tisha nie powstałaby gdyby nie Anton. To dzieło, które zrodziło się między nim a Burden, nie zostało więc stworzone przez samą artystkę. Poszczególne ekspozycje, które Burden powołała do życia, wizualnie znacznie różniły się od siebie, były bowiem tworzone przez pryzmat założonej maski.

Natura percepcji

Burden postanowiła poprzez wykorzystanie męskich masek poeksperymentować z odbiorem własnej sztuki.

[…] czy mnie interesowały eksperymenty z własnym ciałem […]. Nie. Interesowało mnie co innego – percepcja i jej zmienność, zjawisko, że przeważnie widzimy to, czego się spodziewamy. Czyż Harry, którą oglądałam w lustrze, nie zmieniała się już wystarczająco często? Zastanawiałam się, czy w ogóle potrafię ujrzeć siebie taką, jaka jestem naprawdę. Jednego dnia wydawałam się sobie w porządku, względnie szczupła […] a następnego dnia byłam obwisłą, grubą karykaturą siebie. Jak można wytłumaczyć tę przemianę, jeśli nie poglądem, że obraz własnej osoby jest w najlepszym razie mało wiarygodny? Nie, nie chciałam mieszać do tego swojego ciała, chciałam spróbować artystycznych wycieczek pod czyimiś imionami, ale chciałam czegoś więcej niż przykrywki w rodzaju „George Eliot”. Pragnęłam własnej komunikacji pośredniej à la Kierkegaard, którego maski ścierały się ze sobą i walczyły […]. Było co najmniej niejasne, jak osiągnąć tego typu transformacje w moim przypadku: coś mi zaledwie świtało w głowie, ale te przemyślenia okazały się płodne. (s. 43-44)

„Pozoracje” to swoisty intelektualny eksperyment[9], podczas którego artystka badała prawidła rządzące ludzką percepcją – w jaki sposób doświadczenie, wspomniane podświadome wyobrażenia o płci, orientacji seksualnej, rasie i sławie wpływają na rozumienie przez odbiorców danego dzieła sztuki. Harriet w swoim eksperymencie gra i manipuluje różnym na ten temat założeniami.

Palimpsest

Niewątpliwe ta polifoniczna powieść, gęsta i wielowarstwowa, pełna odniesień niełatwych do rozszyfrowania, jest erudycyjną, niezwykłą intelektualnie, pojemną i stymulującą wyprawą w świat pozornie odległy, w istocie zaś bliski każdemu. To swoisty palimpsest, który można czytać na wiele sposobów. Czy to jako powieść o feministycznym eksperymencie czy szerzej jako traktat filozoficzny o braku niezależności, o uwarunkowaniach, od których nie jesteśmy w stanie uciec, także o mechanizmach ludzkiej percepcji, o niemożliwym poznaniu, o niedostępnej prawdzie, słowem, o ograniczonych możliwościach poznawczych, będzie to wyprawa fascynująca, choć wywołująca trwogę.

* Tytuł oryginalny – The Blazing World, rok pierwszego wydania – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.


[1] Juliusz Kurkiewicz, „Świat w płomieniach”: najambitniejsza powieść Siri Hustvedt. Pisze lepiej niż jej mąż Paul Auster?, 11.02.2017, http://wyborcza.pl/7,75517,21359582,swiat-w-plomieniach-najambitniejsza-powiesc-siri-hustvedt.html, dostęp 06.04.2018.

[2] Book’s not dead, 10 Siri Hustvedt „Świat w płomieniach” [podcast, rozmowa], https://soundcloud.com/booksnotdead/10-siri-hustvedt-swiat-w-plomieniach, dostęp 10.04.2018.

[3]Grzegorz Jankowicz, Ruchome maski [rozmowa z Siri Hustvedt], opublikowani 20.11.2017, https://www.tygodnikpowszechny.pl/ruchome-maski-150907, dostęp 10.04.2018.

[4] Krzysztof Varga, „4 3 2 1”: tej wielkiej powieści nie da się zapomnieć. Paul Auster ostatecznie dołącza nią do panteonu amerykańskich klasyków, opublikowano 02.04.2018, http://wyborcza.pl/7,75517,23218715,4321-tej-wielkiej-powiesci-nie-da-sie-zapomniec-paul-auster.html, dostęp 06.04.2018.

[5] Teresa Fazan, Maski potwornej kobiety (Siri Hustvedt: ‚Świat w płomieniach’), opublikowano 01.07.2017, http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=328&artykul=6237, dostęp 17.04.2018.

[6] Ibidem.

[7] Jankowicz, op. cit.

[8] Konrad Szocik, Koncepcja prawdy subiektywnej i egzystencjalnej w filozofii Kierkegaarda, opublikowano 30.03.2008, http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5807#_f1, dostęp 15.04.2018.

[9] Book’s not dead, op. cit.

BIBLIOGRAFIA

„Mózgu/ Korytarze kryjome”*. „Grace i Grace” – Margaret Atwood

Tytuł – Grace i Grace

Autor – Margaret Atwood

Tłumacz – Aldona Biała

Wydawnictwo – Noir Sur Blanc

Rok – 1998

  • DLA KOGO – dla fanów Margaret Atwood, powieści o kobietach, powieści psychologicznych, kryminałów wiktoriańskich
  • PO CO – by spędzić czas, zmagając się z meandrami psychiki ludzkiej
  • MOJA OCENA – 6/6
„Rzemiosło” Atwood

Margaret Atwood jest autorką wielu książek: powieści, zbiorów opowiadań, tomów poezji i rozpraw krytycznoliterackich. Jak zauważa Kazimiera Szczuka, kanadyjska autorka żongluje rozmaitymi stylami. Humorystycznym, mroczno-paranoicznym, kliniczno-psychologicznym. Wykorzystuje schematy powieści popularnej, ale zawsze w sposób przewrotny[1].

Wiktoriański kryminał[2] i powieść historyczna oparta na faktach w jednym

W przypadku Grace i Grace mamy do czynienia z rodzajem wiktoriańskiego kryminału, powieścią historyczną opartą na faktach, okrytych jednak pewną do dziś nieodgadnioną tajemnicą. To zbeletryzowana opowieść o najsłynniejszej kobiecie Kanady lat czterdziestych XIX wieku, która nie pozwoliła nikomu odkryć prawdy o swej naturze.

To historia niejakiej Grace Marks alias Mary Whitney, którą jako szesnastolatkę skazano na karę śmierci zamienioną później (opinie na jej temat od samego początku były podzielone) na karę dożywocia (ze względu na młody wiek, słabość kobiety i domniemaną niepoczytalność) za współudział w zamordowaniu swego pracodawcy i jego gospodyni (rzekomego wspólnika Grace powieszono). Po niespełna trzydziestu latach przebywania w więzieniu i domu dla obłąkanych kobieta została uniewinniona i rozpoczęła nowe życie.

Grace i Grace

Podczas lektury przede wszystkim zadajemy sobie pytanie kim była owa kobieta? Katem czy ofiarą? Niewinną, zastraszoną bezwolną niewiastą zmuszoną do zbrodni czy wyrachowaną, pozbawioną skrupułów zbrodniarką, potworem w kobiecej skórze? Obłąkaną czy tylko obłąkaną udającą?

Kobieta (nastolatka właściwie) wzbudzała skrajne uczucia, bardzo różnie ją odbierano i oceniano:

[…] o mnie napisano – że jestem nieludzkim potworem w skórze kobiety, że jestem niewinną ofiarą łajdaka, który pozbawił mnie własnej woli i groził mi śmiercią, że byłam zbyt nieświadoma, żeby wiedzieć, jak mam postąpić, i że powieszenie mnie byłoby przestępstwem popełnionym w majestacie prawa, że lubię zwierzęta, że jestem bardzo przystojna i mam świetlistą cerę, że mam niebieskie oczy, że mam zielone oczy, że mam kasztanowate, a także brązowe włosy, że jestem wysoka, ale również średniego wzrostu, że jestem dobrze i porządnie ubrana, że obrabowałam w tym celu zamordowaną kobietę, że sprawnie wykonuję swoją pracę, że mam kapryśne i kłótliwe usposobienie, że raczej sprawiam wrażenie osoby wyższego stanu, że jestem dobrą dziewczyną o ustępliwej naturze i nie można mi nic zarzucić, że jestem podstępna i kłamliwa, że mam nie po kolei w głowie i że jestem niewiele mądrzejsza od idioty. Ciekawe, jak można mówić o mnie tyle różnych rzeczy naraz? (s. 33)

Pozornie w powieści chodzi o odpowiedź na to pytanie kim była Grace Marks. Ale powieść Atwood nie byłaby powieścią Atwood, gdyby sprawa była tak prosta. W istocie nie chodzi bowiem o prawdę, tylko o portret psychologiczny osadzonej. A ten Atwood tworzy po mistrzowsku.

Forma

Grace poznajemy z podwójnej (dwugłosowej) narracji. Trzecioosobowej, z perspektywy psychiatry, który przybył, by zdiagnozować osadzoną oraz pierwszoosobowej, którą stanowią spostrzeżenia, wnioski, refleksje, myśli samej osadzonej. To jednak nie wszystko. Dodatkiem są wiersze otwierające każdy rozdział, będące swojego rodzaju komentarzami, a także listy, wspomnienia, rozmaite relacje, raporty i doniesienia prasowe.

Nienasycenia

Ta wielogłosowość sprawia, że te rozsypane kawałki odbiorca sam musi poskładać. Nie dane mu jednak będzie zaznać satysfakcji. Nie powstanie bowiem spójna całość. Pozostanie wiele luk, zadanych pytań bez odpowiedzi. Otwarte zakończenie przyniesie dodatkowo frustrację… Na pocieszenie mamy jedynie słowa samej autorki, która radzi czytelnikowi, „aby nie opowiadał się po żadnej ze stron, nie osądzał, stosując prosty podział na „winny” lub „niewinny”. Zdaniem Atwood musimy zaakceptować fakt, że są pytania, na które nigdy nie poznamy jednoznacznej odpowiedzi”[3].

Nie zmienia to jednak faktu, że lektura tej nieoczywistej polifonicznej powieść jest ucztą pierwszej klasy, w której autentyczność miesza się z literacką fikcją. Nie jesteśmy w stanie oddzielić tych dwóch światów. Atwood na podstawie znanych faktów, zdobytych informacji, materiałów archiwalnych, korespondencji dotyczącej oskarżonej, doniesień prasowych z tamtych czasów stworzyła, wypełniając puste miejsca fikcją, intrygującą opowieść.

Próba poznania niepoznawalnego

Główną bohaterkę powieści poznajemy, gdy ta odsiaduje w więzieniu wyrok dożywocia. Grace udało się uniknąć śmierci dzięki staraniom adwokata i grupy obywateli, którzy uparcie wnosili o jej uniewinnienie. Pod naciskiem opinii publicznej sędzia przystał na to, aby zamienić karę śmierci na dożywocie. Jednak obrońcy kobiety nie dawali za wygraną. Duchowny wraz z lokalną społecznością wciąż czynił starania, by Grace uniewinnić. Pomóc miała opinia pewnego ambitnego o sporych aspiracjach psychiatry ze Stanów Zjednoczonych.

Do więzienia przybył zatem Simon Jordan – ów lekarz, by zbadać meandry umysłu osadzonej. Ich rozmowy – teraźniejszość – odbywające się w salonie komendanta więzienia, odsłaniają przed czytelnikiem historię życia Grace Marks – przeszłość.

Każde kolejne spotkanie odkrywa stopniowo przeszłość Grace, krok po kroku zbliżając do wydarzeń, które zaprowadziły ją niemalże na szafot – do miejsca, w którym obecnie się znajduje. Z rozmów tych dowiadujemy się między innymi o jej trudnym dzieciństwie spędzonym w Irlandii, o biedzie, o ojcu alkoholiku, w końcu o emigracji całej rodziny do Kanady, o śmierci matki na statku, pogrzebie, o dotarciu do nowej ojczyzny i niełatwych początkach lepszego życia. Dalej o pracy w domu państwa Parkinsonów, u którym służyła niejaka Mary Whitney, o ich przyjaźni, o śmierci Mary, w końcu o tym, jak Grace trafiła na służbę do niejakiego Thomasa Kinneara – tego, którego rzekomo wraz z Jamesem McDermottem zamordowała.

Podczas tych spotkań, osadzona nie ucieka od odpowiedzi, jest otwarta i życzliwa. Jednak każda jej myśl, wypowiedź uzmysławia nam, że nie mamy do czynienia z bezwolną i złamaną istotą, tylko z samoświadomą kobietą o skomplikowanej, bo niejednoznacznej naturze, która fascynuje nas coraz bardziej, mimo że czujemy, iż wodzi nas za nos, że pogrywa sobie z nami, tak samo jak i doktorem. Słowem, że prowadzi własną grę, której reguły sama dyktuje.

Wymykająca się poznanie

Autorka nie odpowiada jednoznacznie na nurtujące pytanie: jaka jest Grace? Która miałaby przybliżyć do prawdy. Z tych spotkań i rozmów wyłania się wielowymiarowa, niejednoznaczna natura Grace. Wymyka się skrajnym, jednoznacznym, czarno-białym opiniom. Nie jest kobietą niewinną i bezwolną, ale też trudno powiedzieć, że jest zdemoralizowaną i wyrachowaną prowodyrką. Jest z pewnością kobietą opanowaną i powściągliwą, ale i samoświadomą, silną, pewną siebie, logicznie myślącą o odważnych i sprecyzowanych poglądach, wolną od konwenansów, stereotypów, daleką od skostniałych i konserwatywnych poglądów:

To obłudnicy, myślą, że kościół to klatka, w której można zamknąć Boga, żeby nie włóczył się po ziemi w ciągu tygodnia, wtrącając się w ich sprawy i zaglądając w głębiny, mrok i hipokryzję ich serc oraz stwierdzając brak prawdziwej dobroci. Wierzą, że może im zawracać głowę tylko w niedziele, kiedy mają na sobie najlepsze ubrania i przybierają świętobliwe miny, myją do czysta ręce i zakładają rękawiczki i wszystko mają z góry przygotowane. (s. 244)

[…] łóżko to takie spokojne miejsce, które […] oznacza odpoczynek i twardy sen. Ale nie dla każdego jest takie. W łóżku może się dziać wiele złego. To tam przychodzimy na świat, co jest pierwszym niebezpieczeństwem w naszym życiu; i tam kobiety rodzą dzieci, często przy tym umierając. Tam odbywa się akt między mężczyzną a kobietą, […]. Niektórzy nazywają to miłością, inni niedolą albo przynajmniej niewygodą, którą muszą ścierpieć. I wreszcie łóżko to miejsce, w którym śpimy, śnimy i często umieramy. (s. 159)

Nie docieramy jednak do sedna bohaterki. Co z jednej strony wywołuje konsternację odbiorcy, z drugiej jednak, po zastanowieniu, musimy przyznać, że jest to jedynie słuszne rozwiązanie – brak w istocie rozwiązania wydaje się po prostu najbliższy prawdy, autentyczny, najwięcej mówiący o rzeczywistości.

Historia ducha tamtego czasu

To jednak nie wszystko. Grace i Grace to również fascynująca historia ducha tamtego czasu. Opowieść o słynnej morderczyni nie jest pozbawiona tła, które stanowi tu istotny element. Uwydatnia bowiem złożoność problemu i umieszcza sprawę w szerszym kontekście.

Atwood przemyca tu niejako opowieść o kanadyjskim społeczeństwie epoki wiktoriańskiej, o jego zwyczajach, modach, mentalności, postrzeganiu rzeczywistości. Możemy więc obserwować zachodzące zmiany społeczne i obyczajowe. Autorka przywołuje sprawy, które były wówczas w orbicie zainteresowań pewnych kręgów i które szeroko komentowano. Zainteresowanie ludzkim umysłem, wszelkimi odchyleniami od normy, przyczyniło się do rozwoju rozmaitych teorii na ten temat. Ciekawość budziły takie kwestie jak pamięć, amnezja, somnambulizm, sny, histeria, stany transowe, hipnoza, spirytyzm, mesmeryzm.

Szukając więc sposobu dotarcia do prawdy – poznania meandrów psychiki kobiety (Grace) i odkrycia prawdy (winna czy niewinna) – zaintrygowane kręgi szukały odpowiedniego klucza.

Atwood zaś zainteresowana procesem kształtowania się opinii publicznej na temat skazanej, analizuje stosunek społeczności do osadzonej i naszkicuje jej portret zbiorowy, który jest nie mniej fascynujący niż portret psychologiczny samej Grace.

* Emily Dickinson, 670 (Nie trzeba być Komnatą…), w, Wiersze wybrane, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016, s. 159.

** Tytuł oryginalny – Alias Grace, rok pierwszego wydania – 1996, rok pierwszego wydania polskiego – 1998.


[1] Kazimiera Szczuka, Witajcie w Gileadzie, opublikowano 10.04.2006, https://kultura.onet.pl/wiadomosci/witajcie-w-gileadzie/rf801fx, dostęp 18.02.2018.

[2] Ibidem.

[3] „Grace i Grace” Margaret Atwood – historia XIX-wiecznej morderczyni, o której do dziś nie znamy całej prawdy, opublikowano 02.12.2017, http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/grace-i-grace-margaret-atwood-historia-xix-wiecznej-morderczyni-o-ktorej-do-dzis-nie-znamy-calej-prawdy/, dostęp 18.02.2018.

BIBLIOGRAFIA
  1. „Grace i Grace” Margaret Atwood – historia XIX-wiecznej morderczyni, o której do dziś nie znamy całej prawdy, opublikowano 02.12.2017, http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/grace-i-grace-margaret-atwood-historia-xix-wiecznej-morderczyni-o-ktorej-do-dzis-nie-znamy-calej-prawdy/, dostęp 18.02.2018.
  2. Atwood Margaret, Posłowie, w, Grace i Grace, Warszawa 1998.
  3. Dickinson Emily, Wiersze wybrane, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016.
  4. Janota Paulina, Winna czy niewinna?, opublikowano 10.01.2018, http://booklips.pl/recenzje/winna-czy-niewinna/, dostęp 18.02.2018.
  5. Szczuka Kazimiera, Witajcie w Gileadzie, opublikowano 10.04.2006, https://kultura.onet.pl/wiadomosci/witajcie-w-gileadzie/rf801fx, dostęp 18.02.2018.

Zgubna świadomość. „Dziewczyna z poczty” – Stefan Zweig

Tytuł – Dziewczyna z poczty

Autor – Stefan Zweig

Tłumacz – Karolina Niedenthal

Wydawnictwo – WAB

Seria  Nowy Kanon

Rok – 2012

  • DLA KOGO – dla tych, którzy przeczytane dzieło chcą długo nosić w sobie, dla fanów literatury niemieckojęzycznej i austriackiej, dla wielbicieli Stefana Zweiga i międzywojnia, dla koneserów dobrej literatury, dla ceniących sobie dobrze skonstruowaną fabułę, dla których styl, język, forma nie są obojętne
  • PO CO – by poczuć
  • MOJA OCENA – 6/6
Uczta dla wybrednych

Czym jest publikacja dzieła niedokończonego przez autora? Ucztą dla znawców, badaczy, koneserów twórcy, psychofanów pisarza. Czy może być ucztą w oderwaniu od kontekstu, będąc samoistnym integralnym dziełem dla zwykłych bałowchwalców literatury? Dziewczyna z poczty Stefana Zweiga dowodzi, że tak.

Powieść najsmutniejszego pisarza na świecie[1] jest dziełem niedokończonym. Została opublikowana czterdzieści lat po śmierci autora staraniem wydawcy, który zebrał rozproszone fragmenty. Niemalże na kolejne tyle musiał czekać polski czytelnik.

I tak, i nie

Niewątpliwie publikacja tej powieści przypomniała o Stefanie Zweigu, pisarzu nieco zapomnianym, choć mającym stałe grono wiernych odbiorców, swego czasu bardzo poczytnym, znanym i znaczącym w kręgach literackich, ale swego czasu nie tak cenionym w europejskich kręgach literackich jak inni twórcy niemieckojęzyczni. Zweig pisał swoje utwory zwykle lekko, sprawnie i szybko, co wzbudzało podejrzenia fachowców. Szeroki odbiór jego tekstów nakazywał zaliczyć go do grona twórców literatury popularnej, rozrywkowej, przeznaczonej dla przeciętnego czytelnika, a nie wyrafinowanego intelektualisty.

Najsmutniejszy pisarz na świecie

Stefan Zweig to właściwie wybraniec fortuny. Zaznał jednak nie tylko dostatku i uznania, ale i odrzucenia. Pełen energii i entuzjazmu, pogodny, odnoszący sukcesy, czerpiący radość z życia, stał się w końcu nadwrażliwym niespokojnym duchem, melancholikiem popadającym w stany depresyjne, pozbawionym wiary w lepszą przyszłość.

Austriak, Wiedeńczyk, Żyd, syn milionera, przed którym świat stał otworem. Pozbawiony trudów życia powszedniego, wybitnie uzdolniony, wiódł lekką i beztroską egzystencję. Oddawał się studiom (historii sztuki i filozofii, z której uzyskał doktorat) i poznawaniu świata. Podróżował po całym globie, znał największe tuzy wśród artystów i intelektualistów tamtego czasu, sam będąc wówczas postacią niezwykle popularną.

Autor wierszy, dramatów, opowiadań, powieści, biografii, licznych tłumaczeń. Kosmopolita, intelektualista, humanista, znawca ludzkiej psychiki, przeciwnik faszyzmu, pacyfista, pragnął pokoju za wszelką cenę, wojna była dla niego końcem tego wszystkiego, co ludzkość dotychczas osiągnęła.

Został zmuszony do opuszczenia Austrii, do której już nigdy nie powrócił. Tułając się po świecie, szukał miejsca dla siebie. Ze swoimi pacyfistycznymi poglądami nie mógł i nie był w stanie zaznać spokoju w rasistowskiej Europie. Na emigracji w Brazylii pogrążony w rozpaczy wraz z żoną popełnił samobójstwo – wyraz protestu przeciw Hitlerowi[2].

Dzieło niedokończone

Dziewczyna z poczty nie powstała od razu, jest efektem kompozycyjnych przekształceń. W tym najmroczniejszym momencie swego życia, po wygnaniu, tułając się, Zweig rozpoczął nad nią pracę. Okoliczność niewątpliwie wpłynęły na wymowę powstającego dzieła. Pisarz porzucił pracę nad powieścią na jakiś czas, by powrócić do niej, nie stawiając jednak kropki nad i. Ten niedokończony tekst, zatytułowany roboczo Historia panienki z poczty, został wydany jako Odurzenie przemianą, w Polsce zaś jako Dziewczyna z poczty w serii „Nowy Kanon” wydawnictwa WAB przy współpracy z The New York Review of Books.

Błoga nieświadomość

To opowieść o dwudziestoośmioletniej Christine Hoflehner, asystentce oddziału urzędu pocztowego na austriackiej prowincji, która nieświadoma uroków życia pędziła ledwie znośny żywot. I wojna światowa zrujnowała jej rodzinę. Odebrała jej wszystko. W każdym sensie. Człowiek poszczególny w Austrii wciąż pogrążonej w kryzysie musiał zadowolić się minimum, które urągało jego godności. Zanurzony w apatii zmagał się z biedą, poczuciem beznadziei i braku sensu. Wegetował:

[…] ciasny stryszek ledwie starcza do życia, raczej tylko przygotowuje do jeszcze węższej trumny. (s. 19)*

Odurzenie metamorfozą

Dziewczynie z poczty dane jednak było wyrwać się z tego marazmu i przenieść na krótki czas do innego wymiaru, co odmieniło jej marną egzystencję, jak się wkrótce okazało, na dobre. Wystarczył telegram bogatej ciotki z Ameryki, próbującej uspokoić swe sumienie, z zaproszeniem na kilka dni do ekskluzywnego kurortu gdzieś w szwajcarskich górach. Christine, staczając wewnętrzny bój, zdecydowała się na opuszczenie swego posterunku. Pełna obaw, niepewnie, wyruszyła w podróż, w istocie, jak czas pokazał, w jedną stronę.

Wylądowała w zupełnie innej rzeczywistości. Ni jak nie przystającej do niej. Bogatej, luksusowej, barwnej, beztroskiej, pełnej przepychu, blichtru. Instynktownie wręcz, bez udziału świadomości, dała się ponieść, świadomie już nie buntując się, nie czyniąc nawet drobnego gestu sprzeciwu, wiedząc znów instynktownie, podświadomie, że teraz albo nigdy:

[…] gdyby nie przypadek, gdyby nie ta podróż, mogłaby umrzeć sczeznąć i zmienić się w proch, nie przeczuwając nawet, że w ogóle istnieją, nigdy nie doświadczywszy ich wspaniałości. Żyło się tak obok tego wszystkiego, nigdy tego nie widząc i nawet nie chcąc zobaczyć; bujało się bez sensu w obłokach, w swym malutkim pokoju, niewiele szerszym niż rozłożone ręce, niewiele dłuższym niż rozprostowane nogi, a tu już po jednej nocy, po jednym dniu rozpościera się przed człowiekiem owa nieskończona nieskończoność! Nagle po raz pierwszy do obojętnego do tej pory i niczego niepragnącego umysłu zakrada się niejasne poczucie jakiejś straty, po raz pierwszy w zetknięciu z tą niezmierzoną potęgą doświadcza się mocy porywającej duszę podróży, która jednym jedynym ruchem może zedrzeć twardą skorupę, starych przyzwyczajeń, wyrzucając nagie, płodne ziarenko w kipiący żywioł przemiany. (s. 43)

Kilka chwil wystarczyło, by początkowo zagubiona kobieta poczuła się jak u siebie:

Odnosi wrażenie, że niesie ją fala, błogi wiatr; od dziecięcych dni nie czuła się podobnie lekko, równie uskrzydlona: właśnie tak zaczyna się odurzenie przemianą. (s. 72)

[…] żyje w pożyczonym luksusie, jakby był jej własny! (s. 157)

Przemiana z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia dokonała się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dziewczyna z poczty, Christine Hoflehner przeistoczyła się niemalże w jednej chwili w Christine van Boolen, młodą, piękną, atrakcyjną damę, duszę towarzystwa, zaskarbiającą sobie przychylność elity, pożądaną przez wszystkich mężczyzn i wzbudzającą zazdrość innych kobiet.

Przesuwający się na oknem pociągu krajobraz, pożyczona garderoba, drobne zakupy, wizyta u fryzjera, zbieg pewnych okoliczności, przypadków, wszystko to uczyniło z prowincjonalnej urzędniczki czarującą bywalczynię salonów. Przemiana dokonała się nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz kobiety. Wszystko to niejako obudziło ją ze snu, w którym do tej pory była pogrążona. Otworzyło jej oczy, uświadomiło i rozbudziło potrzeby, pragnienia, marzenia, aspiracje, ambicje. Pobudziło do życia, do bycia:

[…] tylko w siebie, w siebie samą się teraz wsłuchuje, w swoje latami tłamszone, uciskane, uciśnione ja, które teraz nagle w wielkim bólu się w niej burzy i rozsadza pierś. (s. 167)

Nastąpiła metamorfoza Christine. Dziewczyna porzuciła dawną tożsamość, by zyskać nową. Odurzona przemianą, choć świadoma w pełni procesu, który zaszedł, żyła pełnią nowego życia. Miała wątpliwości czy była do tej pory tą, za którą się miała, ale wiedziała, że nie jest tą, za którą inni teraz ją mają. Była świadoma oszustwa, mimo to brnęła w nie coraz głębiej:

Taki wytworny, światowy człowiek i nie rozpoznał w niej przebranej za damę oszustki […]. Dopiero teraz poczuła się w prawie, żeby tu przebywać. (s. 73)

Zgubna świadomość

Ułuda nie mogła jednak trwać zbyt długo. Prawda prędzej czy później musiała wyjść na jaw. Czar błyskawicznie prysł. Snobistyczne towarzystwo beztroskich ignorantów, pełne hipokryzji, żądne krwi, tylko czyhało na okazję, by bezlitośnie móc pogrążyć nieszczęśnika. Chcąc też zemścić się za to, że wprowadzono je w błąd, gotowe było na wszystko. Przezorna jednak ciotka nie pozwoliła na to. Chcąc uniknąć skandalu, bezlitośnie, nie licząc się z uczuciami krewnej, odprawiła siostrzenicę najszybciej jak tylko mogła.

Powrót do dawnego świata okazał się brutalny. Nic już nie było takie jak dawniej. Egzystencja dotąd ledwie znośna, stała się wegetacją niemożliwą do zniesienia:

[…] czuje tylko siebie, swoją samotność w tym pokoju, w tym budynku, we wszechświecie, kawałek oddychającego, drżącego mięsa, jeszcze ciepłego […]. Takie mocne obumieranie od wewnątrz, odmrażanie i zamarzanie kawałek po kawałku […]. (s. 172)

[…] wpatruje się w resztki fantomu, którym była. (s. 173)

Można dostrzec w tym zapowiedź przyszłej tragedii, konsekwencji nieodwracalnych, ale i nadziei na poprawę losu!

Pod pretekstem odwiedzin siostry, pod wpływem impulsu, Christine wyruszyła do Wiednia, by znów poczuć się szczęśliwą. Niestety, nie było jej to dane. Nawiązała tam jednak znajomość z niejakim Ferdinadem – bratnią duszą, mężczyzną, tak jak ona rozczarowanym rzeczywistością, bez perspektyw na lepsze jutro. Z każdą chwilą rozumieli się coraz lepiej, z każdą chwilą łączyło ich coraz więcej, z każdą chwilą więź między nimi stawała się coraz mocniejsza. Wspólne chwile były dla nich rodzajem pocieszenia, jednak bieda, poczucie beznadziei, brak szansy na odmianę losu, wyjścię z ubóstwa, marazmu, apatii, wegetacji uniemożliwiał szczęście tych dwojga.

Nie dać się

Ta przypadkowa znajomość zaczęła nieść jednak nadzieję. Będąc u kresu wytrzymałości, zbuntowali się przeciw rzeczywistość. Postanowili rzucić wyzwanie losowi:

Podejmujemy to ryzykowne przedsięwzięcie, kładąc na szli własne życie, aby móc swobodnie żyć, przynajmniej przez jakiś czas. (s. 312)

Kunszt pisarza

Dziewczyna z poczty to opowieść o monadzie z historią w tle. W dusznym, apatycznym, szarym, brudnym i wrogim świecie, rozgrywa się dramat młodej kobiety, która rozczarowana rzeczywistością, zapragnęła więcej. Zweig ze znawstwem oddaje tu zniuansowane meandry kobiecej psychiki. Brawurowo portretuje jednak nie tylko jednostkę, ale i zbiorowość. Jest tu niezrównanym psychologiem natury ludzkiej.

Powieść Zweiga jest dziełem nieukończonym (nie wiemy co było zamiarem twórcy, a czego autor nie zdążył dopracować). Odbiorca podczas lektury nie odczuwa jednak tego. Brak ujednoliconej formy tylko pozornie jest zarzutem wobec utworu. Wraz z otwartym zakończeniem – intryga nie ma rozwiązania, powieść kończy się w miejscu, w którym mogłaby zacząć się od nowa – okazuje się atutem powieści.

Należy jednak doprecyzować, że brak tej ujednoliconej formy nie oznacza fragmentaryczności dzieła, nie oznacza zestawienia zróżnicowanych jakościowo i formalnie fragmentów. Powieść jest spójną, logiczną, samoistną całością. Brak jednoznacznego zakończenia równie dobrze może być zakończeniem po prostu. Zakończeniem otwartym, pozostawiającym los bohaterów w rękach odbiorcy. Lektura okazuje się więc ucztą na wysokim poziomie.

Uniwersalna wymowa

Dziewczyna z poczty to uniwersalna opowieść o ludziach pełnych lęku przed jutrem, zagubionych w bezwzględnej rzeczywistości, gotowych jednak walczyć. To opowieść o poszukiwaniu własnego „ja”, o bólu istnienia, o uwieraniu życia, o rozbudzonych nadziejach, marzeniach, aspiracjach, ambicjach, o próbie zawalczenia o siebie i swoje miejsce w świecie, o wyrwaniu kawałka tortu dla siebie.

Warto pamiętać, że to ostatnie dzieło tego austriackiego pisarza jest też świadectwem jego ducha.

Ps. Polecam więcej cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

*Wszystkie cytaty z pochodzą z tomu, Dziewczyna z poczty, Stefan Zweig, Warszawa 2012.

**Tytuł oryginalny – Rauch der Verwandlung, rok pierwszego wydania – 1982, rok pierwszego wydania polskiego – 2012.


[1] Janusz Rudnicki, Najsmutniejszy pisarz na świecie, „Książki. Magazyn do Czytania”, nr 4/27.

[2] Zob.: Strona poświęcona Stefanowi Zweigowi, http://www.stefanzweig.org/zweig_bf.htm, dostęp 31.01.2018; Tomasz Małyszka, Posłowie, w, Stefan Zweig, Dziewczyna z poczty, Warszawa, 2012.

BIBLIOGRAFIA
  1. Grand Budapest Hotel, reż. Wes Anderson, USA, Niemcy, 2014.
  2. Małyszka Tomasz, Posłowie, w, Stefan Zweig, Dziewczyna z poczty, Warszawa, 2012.
  3. Na zawsze twoja, reż. Patrice Leconte, Belgia, Francja, 2013.
  4. Ostatnie dni Stefana Zweiga, Laurent Seksik, Guillaume Sorel, Warszawa.
  5. Pożegnanie z Europą, reż. Maria Schrader, Austria, Francja, Niemcy, 2016.
  6. Rudnicki Janusz, Najsmutniejszy pisarz na świecie, „Książki. Magazyn do Czytania”, nr 4/27.
  7. Strona poświęcona Stefanowi Zweigowi, http://www.stefanzweig.org/zweig_bf.htm.
  8. Zweig Stefan, Świat wczorajszy. Wspomnienia pewnego Europejczyka, Warszawa, 2015.

Dokąd zmierzamy? „Ludzie na drzewach” – Hanya Yanagihara

Tytuł – Ludzie na drzewach

Autor – Hanya Yanagihara

Tłumacz – Jolanta Kozak

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla fanów Hanyi Yanagihary i współczesnej literatury amerykańskiej, dla amatorów antropologii, dla ignorantów
  • PO CO – by zrewidować swoje przekonania, by pojąć, zrozumieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Uroki debiutów

Debiuty literackie mają swój niepowtarzalny urok. Te pierwsze utwory, które twórcy decydują się puścić w świat są zawsze wielką niewiadomą, zagadką. Oczekiwania odbiorców są w istocie żadne, choć jednocześnie, paradoksalnie, nadzieje zawsze spore. Gdy debiuty okazują się porażką, nikt się nie dziwi i wszyscy wybaczają, puszczają w niepamięć, gdy zaś okazują się wybitnym osiągnięciem, zachwytom nie ma końca i pamięć o tym jest wiecznie żywa.

Z pewnością, jeśli chcemy delektować się literaturą tu i teraz, nie należy zaczynać od debiutu danego twórcy, gdyż możemy zrazić się skutecznie i już nie mieć ochoty sięgać po inne dzieła tegoż autora. Jeśli jednak chcemy na literaturę spojrzeć nieco szerzej, jak na proces, to debiut jest tu jednym z istotniejszych ogniw.

Powieść Ludzie na drzewach Hanya Yanagihara*, debiut właśnie, z pewnością gdyby ukazała się na polskim rynku jako pierwsza powieść amerykańskiej autorki pewno przeszłaby bez echa. Ale stało się inaczej. Najpierw ukazała się druga powieść w dorobku pisarki, która stała się ogromnym sukcesem. Wydawca dopiero wówczas zdecydował się na wydanie wspomnianego debiutu. Poszedł za ciosem, wykalkulował, że jaki ten debiut by nie był, przyniesie z pewnością zysk.

Ja okazałam się modelowym czytelnikiem. Małe życie było dla mnie doświadczeniem nieprawdopodobny, więc oczywiste, że gdy tylko dotarła do mnie pogłoska o wydaniu drugiej (choć faktycznie pierwszej) powieści Hanya Yanagihary, zaczęłam zacierać ręce.

Dżungla życia

Bez oczekiwań

Mając świadomość, że Ludzie… to debiut, nie miałam wygórowanych oczekiwań. Na szczęście. Dzięki temu nie doświadczyłam rozczarowania, dzięki temu mogłam docenić, poczuć intensywność i wagę.

Wprawdzie z niespełna pięciuset stron wyrzuciłabym przynajmniej ze trzysta, bo przyznam, że znużeniem i irytacją napawała lektura środkowej – choć zasadniczej – części powieści, to reszta kłuła dotkliwie (zredukowanie do opowiadania, byłoby genialnym posunięciem), co podczas aktu czytania jest dla mnie jednym z cenniejszych doznań.

Temat i problematyka rewelacyjne, świat przedstawiony, bohaterowie też, również forma, język, konstrukcja. Realizacji przedsięwzięcia, poza nużącym fragmentem, inni twórcy mogą pozazdrościć. Ale po kolei…

Forma i treść

Inspiracją dla autorki powieści był niejaki Daniel Carleton Gajdusek – amerykański wirusolog i pediatra, noblista w dziedzinie fizjologii i medycyny, opiekun kilkadziesięciorga dzieci sprowadzonych z wysp Pacyfiku, oskarżony przez jedno z nich o molestowanie seksualne i u schyłku życia skazany za pedofilię, który po odbyciu krótkiej kary (doszło do ugody) zaszył się w Europie (Francja, Holandia, Norwegia) i pisał pamiętniki[1].

Powieść (fabularyzowana biografia zniesławionego badacza) jest swego rodzaju połączeniem biografii z autobiografią amerykańskiego naukowca, niejakiego Abrahama Nortona Periny, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, ojca ponad czterdzieściorga adoptowanych z Mikronezji dzieci, który, w wyniku oskarżenia przez jedno z nich o molestowanie seksualne, został skazany na dwadzieścia cztery miesiące więzienia za przestępstwa seksualne na nieletnich. Jest też przy tym swego rodzaju powieścią szkatułkową.

Otóż niejaki Ronald Kubodera, współpracownik badacza, przyjaciel, który święcie wierzy, że Perina jest niewinny, postanowił zdać sprawozdanie z zaistniałej sytuacji i w ten sposób przywrócić nobliście dobre imię. By swą relację uzupełnić i udowodnić, że ma rację, nakłonił przebywającego w więzieniu badacza do spisania wspomnień, które ukażą prawdę. Kubodera, po dokonanej przez siebie redakcji notatek Periny, włączył je do swojej relacji wraz z kilkoma doniesieniami prasowymi. Zdania Kubodery stanowią wstęp i w istocie zakończenie powieści, meritum zaś wspomnienia Nortona, które zostały opatrzone rozległymi przypisami Ronalda. To sprawia, że odbiorca może ulec złudzeniu, że ma do czynienia nie z fikcją, ale z czystą prawdą, gdyż przypisy te mają charakter wręcz naukowego opracowania.

Jednak ingerencja Kubodery w tekst noblisty nie jest tylko wyjaśnieniem czy komentarzem na marginesie, jest czymś znacznie poważniejszym. W istocie jest manipulacją – Kubodera próbuje chronić naukowca – usuwa niektóre fragmenty, uznając je za nieistotne, przestawia też kolejność wspomnień Periny, zmieniając w ten sposób cały wydźwięk jego relacji. Zatem nie poprzestaje na byciu redaktorem, staje się wręcz cenzorem.

Co ważniejsze?

Jaka jest prawda? Czy noblista był katem swych dzieci, czy może stał się ofiarą swych podopiecznych? Ale czy ta prawda jest tu najistotniejsza? Z punktu widzenia czytelnika, dla którego fabuła jest podstawą, jest najważniejsza, to tak. I tu takowy odbiorca z pewnością się nie zawiedzie, gdyż autorka będzie trzymać go do samego końca w napięciu, nie da mu nawet na chwilę odetchnąć. Jednak z punktu widzenia tych czytelników, dla których ważniejsza jest wymowa utworu, to z pewnością owa prawda zejdzie na drugi plan.

Jaka jest więc ta wymowa Ludzi na drzewach?

Dziś        

Z relacji Kubodery poznajemy teraźniejszość, natomiast z relacji Periny całą przeszłość.

Autorka zaczyna snuć swą historię od końca. Już pierwsze strony powieści odsłaniają przed odbiorcami kwestie zdawałoby się zasadnicze. Kubodera w swej relacji już na początku podaje informacje, które dla fabuły pozornie są najistotniejsze – dotyczą one czasu teraźniejszego i stanowią niejako puentę powieści.

Wczoraj

Cała reszta, poza zakończeniem, które, jak już wspomniałam w istocie należy do Kubodery, to opowieść Periny, będąca retrospekcją, stanowi fundament historii i nakreśla całe tło, okoliczności zaistniałej sytuacji. Dzięki niej poznajemy dzieciństwo głównego bohatera, jego dom, rodzinę – rodziców, brata, ciotkę, później czas studiów, dalej wyprawę w tropiki, adopcje dzieci, rozwój kariery badacza i głośny jego upadek. Ale to nie wszystko. Poznajemy tu nie tylko sumę faktów zewnętrznych, ale też to, co skrywa się pod nią – osobowość głównego bohatera, jego naturę, odbiór rzeczywistość w której żył, której doświadczał.

Ta zasadnicza część powieści – meritum – jest intrygująca i wciągająca, ale też i nużąca, również wiarygodna i przekonująca, ale też jak z powieści przygodowej, z której człowiek dawno wyrósł. Przyznam, że, te podobno najciekawsze fragmenty – iście antropologiczne – które obrazują dżunglę, jej dzikość, jej naturę, faunę, florę, klimat, jej mieszkańców, ich język, tradycję, obrzędy, zachowania i zwyczaje, były dla mnie sporym wyzwaniem. Choć wręcz kunsztowne, namacalne, szczegółowe, wyczerpujące wywoływały nie tylko znużenie, ale i irytację, bo skutecznie zniechęcały do lektury i, co istotniejsze, usypiały czujność.

Bohater

Dla mnie najciekawsze było to, co poza tym. A poza tym był on – główny bohater, Abraham Nortona Perina. I tu ukazuje się autorka znana z Małego życia. Właśnie tu ujawnia się ten charakterystyczny dla Yanagihary bohater – postać intrygująca, bo niejednoznaczna, skomplikowana wielce. Stosunek odbiorcy do niego jest ambiwalentny, wywołuje on konsternację, wprawia w zakłopotanie, bo nie pozwala na jednoznaczne oceny. Dostrzegamy deficyty jego osobowości i nie wiemy czy go lubimy, współczujemy mu czy może wzbudza w nas niesmak i wstręt. Niedostępny i nieodgadniony „jest […] wymodelowany […] na wzór Adriana Leverkühna”[2]. To „[…] człowiek o wybitnych zdolnościach i zasługach, podziwiany przez otoczenie, lecz zarazem skonfliktowany z nim, mający jednoznacznie negatywną opinię o swoich bliźnich i zupełnie samotny w życiu pozazawodowym”[3].

Kreacja wspomnień

Wspomnienia ze swej natury nie są obiektywne, są kreacją autora, w której jego bohater – on sam – jest postacią wyidealizowaną. Tu jednak jego wykreowany portret jest jakby pozbawiony tego subiektywizmu wybielającego, choć oczywiście nie może być obiektywny, gdyż w przypadku pamiętnika zawsze mamy do czynienia tylko z kreacją. Perina ze swych wspomnień to człowiek, który wymyka się jednoznacznym sądom. Jest fascynujący, przenikliwy, nieprzeciętny, dumny, chłodny, zdystansowany, zblazowany, arogancki, z jednej strony ujmujący i pociągający, z drugiej odpychający, antypatyczny i niepokojący.

Błyskotliwy, zdolny, inteligentny absolwent medycyny na Harvardzie, za nic mając sztukę, naukę zaś za pewnik i wręcz przedmiot kultu, znudzony otoczeniem i lekceważący je, obojętny na rzeczywistość, bez pomysłu na siebie, za to z ogromnymi ambicjami, nie wiedząc co ze sobą począć, oczekując zaś rzeczy wielkich, wręcz irracjonalnie przeczuwając predestynowanie swoje do odkryć przełomowych dla ludzkości, poszukując sposobu na życie, skorzystał z okazji i wyruszył w nieznany nikomu świat.

Podróż ta okazała się punktem zwrotnym w życiu zawodowym początkującego badacza. Stworzyła nie tylko możliwość przeżycia fascynującej przygody, ale też wybicia się na polu naukowy. Z tych możliwości Norton skorzystał. Pobyt w tym niezbadanym do tej pory świecie spełnił jego wygórowane ambicje. Podczas tej ekspedycji, której celem było przeprowadzenie przez ekipę antropologa Paula Tallenta badań na nierozpoznanym do tej pory plemieniu, Perina, mimochodem, jakby niechcący, przypadkowo odkrył coś, co przyniosło mu Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny – sposób na nieśmiertelność!

Dżungla pochłaniała Perinę z każdym kolejnym krokiem, aż wciągnęła go bez reszty. Jakby w amoku, nie analizując konsekwencji, podążał jedynie za wzmożonym głodem wiedzy. Wydaje się, że chęć poznania, a raczej wewnętrzny przymus poznania, który okazał się fatalny, napędzał Nortona znacznie bardziej niż kariera, sława czy uznanie.

Nauki zgubny kult

I tu pojawia się jedna z dwóch dla mnie najistotniejszych kwestii powieści Ludzi na drzewach – ów przedmiot kultu, czyli nauka!

Efekty działań Periny przyćmiły dokonania antropologiczne pozostałych uczestników ekspedycji. Oni obserwowali życie codzienne plemiennej społeczności, on zaś wziął pod lupę tych, których z niej wykluczono – starych umysłem, młodych ciałem. Perina nie spoczął póki nie odkrył tego, co „zarażało długowiecznością”[4]. Dżungla stała się dla ambitnego, wygłodniałego badacza własną pracownią laboratoryjną, w której nie miał sobie równych. Był głuchy na wszelkie napominania, sugestie innych, że jego działania są niszczycielskie, że posuwa się za daleko, że musi się cofnąć, bo przekroczy granice, których przekroczyć nie można, bo w ten sposób doprowadzi do zmian nieodwracalnych, bo degradujących, dewastujących świat dotąd nietknięty, bo skaże zamieszkujące wyspę plemiona, te pierwotne ludy na zagładę.

Ludzie nauki, których Perina uosabia, jawią się tu jako pasożyty, które żerują na innych, na bezbronnych, którzy są gotowi na wszystko, byleby tylko zdobyć dowód, by móc przeprowadzić badania, by wziąć pod lupę materiał zgromadzony z wielkim trudem i poświęceniem.

Ich ciekawość i fascynacja nieznanym, głód poznania, wiedzy w istocie, paradoksalnie, ograniczają, sprawiają, że ich horyzont zacieśnia się, perspektywa zawęża. Działają niczym w amoku, pozbawieni racjonalności, nie zważają na konsekwencje, byleby dojść do wyznaczonego celu, w myśl idei, że cel uświęca on środki.

Nienasycenie

Takie działania doprowadziły ludzkość tu – do miejsca, w którym teraz się znajduje. Dokąd ją zaprowadzą?

Jak daleko człowiek może się posunąć w imię nauki, w imię wyższych celów? Jak daleko może się posunąć, zaspokajając swoje ambicje? Jak wysoką cenę jest w stanie ponieść za bycie pięknym, młodym, zdrowym i bogatym? Jakie wielkie koszty jest w stanie ponieść? Czy zabawa w Boga warta jest gry?

Yanagihara swoją debiutancką powieścią wpisuje się w nurt twórczości, która wytrąca odbiorców z błogostanu. Margaret Atwood, jedna z przedstawicielek takiej właśnie literatury, roztacza przed czytelnikami postapokaliptyczne wizje świata i zastanawia się między innymi do czego mogą prowadzić na przykład eksperymenty z inżynierią genetyczną, Annie Proulx zaś widmo katastrofy ekologicznej, do której prowadzi bezmyślne, egoistyczne czerpanie z zasobów naturalnych Ziemi. Przykładów jest wiele…

Nauka, która jest jednym z rodzajów wiedzy ludzkiej i pod względem poznawczym wydaje się być wiedzą najlepszą, najbardziej adekwatnie opisującą rzeczywistość[5], jawi się tu jako ta, która wyzwala w człowieku najdziksze instynkty, która odziera człowieka z jego istoty, zaprzecza jego człowieczeństwu. Bo idąc coraz dalej w cywilizacyjnym rozwoju ludzkości, człowiek, paradoksalnie, cofa się w swym ucywilizowaniu.  

„Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”[6]

Ta naukowa wyprawa okazała się punktem zwrotnym nie tylko w życiu zawodowym początkującego badacza. Naznaczyła też jego życie prywatne. Już na zawsze. W tym dziewiczym świecie zrodziła się jego „niesłabnąca miłość do dzieci”[7]. W rezultacie, „jakby za podszeptem kaprysu” (s. 354), na przestrzeni prawie trzydziestu lat, sprowadził do USA i adoptował czterdzieścioro troje dzieci, zapewniając im dostatni byt i edukację. Było to jego „odpowiedzią na błagania tubylców” (s. 23) i co doprowadziło go do ruiny.

Dopiero w jednym z ostatnich rozdziałów w tej szczegółowej retrospekcji Periny, pojawiły się dzieci, które zdominowały życie badacza. Lgnęły one do młodego człowieka, który, mimo że był pochłonięty sprawami wielkiej wagi, to znajdował dla nich czas, poświęcał im uwagę. W końcu spełniło się jego marzenie „o układaniu w łóżku śpiącego malucha” (s. 354). Odkrywając, że tysiące dzieci jest porzuconych, zaczął je sprowadzać do Stanów. Z każdej kolejnej wyprawy w tropiki wracał, ku swemu zaskoczeniu jak przyznawał, z kolejnym dzieckiem. „To mnie uszczęśliwi. Wypełni moje życie” (s. 355) – tłumaczył sobie za każdym razem.

Po latach, Perina w wyniku oskarżenia przez jedno z adoptowanych dzieci o molestowanie seksualne, został aresztowany i wkrótce skazany na dwa lata więzienia.

Nielojalna i dwulicowa ludzkość

Postawienie zarzutów wywołało lawinę „zdrad byłych przyjaciół” (s. 15) i współpracowników Nortona. Brat bliźniak noblisty od samego początku stał po stronie oskarżyciela. Odwrócono się od noblisty natychmiast, nie czekając na wyrok. Pozostali ledwie dotrwali do jego ogłoszenia. Tuż po także się ulotnili. 

Jedynie Kubodera pozostał wierny. I uparcie tłumaczył Perinę, przypominał „jego humanitaryzm, inteligencję, niezwykłość” (s. 15), „że to, co poprzedziło ostatnie dwa lata [czyli czas od oskarżenia – komentarz BJ], ma nieporównywanie większą wagę niż to, co działo się lub nie działo przez kilka krótkich miesięcy” (s. 25).

I tu pojawia się druga istotna kwestia powieście Ludzi na drzewach – bycie ponad!

Usprawiedliwianie przez Kubodera badacza, tłumaczenie, że nie ma znaczenie jaka jest prawda, gdyż to, co zrobił on dla dobra tej „nielojalnej i dwulicowej […] ludzkości” (s. 15), a także dla tych wyrwanych z nędzy dzieci jest najistotniejsze i bezcenne, każe zadać sobie kilka ważnych pytań.

Czy wybitnym jednostkom wolno więcej? Czy stoją oni ponad prawem? Czy wobec prawa jedni są równi, a drudzy równiejsi?

Być przyzwoitym

Daniel Carleton Gajdusek i Roman Polański – to przykłady wybitnych jednostek, które dopuściły się przestępstwa, a mimo to, nie tylko wymiar sprawiedliwości okazał się dla nich łaskawy, ale i środowisko (przyznam, że wypowiedzi niektórych twórców, biorących w obronę reżysera, były żenujące, napawały mnie niesmakiem i wręcz grozą – Krzysztof Krauze delikatnie ujął to, mówiąc, że „zagalopowano się”[8]).

By przyznać nagrodę za wybitne osiągnięcia, od wybitnych jednostek, owszem, nie wymaga się, by byli przyzwoitymi ludźmi (w ten sposób odpowiadano na opinie, które kwestionowały honorowanie Nagrodą Nobla takich osób jak Gajdusk)[9], ale od każdego oczekuje się, by był przyzwoitym człowiekiem.

Ludzie na drzewach to powieść szokująca i fascynująca. Choć rozmywa się to podczas lektury (może na szczęście), to wraz z końcem opowieści o zniesławionym naukowcu, odczuwamy jej ciężar. Yanagihara pokazuje prawdę o człowieku. Zawstydzającą i upokarzającą. Pokazuje jego zepsucie, wyrachowanie i okrucieństwo, jego egoizm, i co najgorsze, bezmyślność i ignorancję. Jego poczucie wyższości wobec słabszych i bezkarności wobec świata, który podbija.

* Tytuł oryginalny – The People in the Trees, rok pierwszego wydania – 2013, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.


[1] Zob. Geniusz i chłopcy (film dokumentalny) –  reż. Bosse Lindquist, Szwecja, 2009, Tomasz Walat, Daniel Carleton Gajdusek: noblista skazany za pedofilię, opublikowano 10.10.2017, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/1504996,1,daniel-carleton-gajdusek-noblista-skazany-za-pedofilie.read,

[2]Paweł Majewski, Powieść antropologiczna. O „Ludziach na drzewach” Hanyi Yanagihary, opublikowano  19.09.2017, http://kulturaliberalna.pl/2017/09/19/powiesc-antropologiczna-o-ludziach-na-drzewach-hanyi-yanagihary/?gclid=EAIaIQobChMIxd7g2amo1wIVGIuyCh0C1gYNEAAYASAAEgJlZPD_BwE, dostęp 16.11.2017.

[3] Ibidem.

[4] Kinga Dunin, Seks lepszy od nieśmiertelności, opublikowano 27.09.2017, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/kinga-dunin-czyta/seks-lepszy-od-niesmiertelnosci/, dostęp 16.11.2017.

[5] Hasło, nauka, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nauka, dostęp 16.11.2017.

[6] George Orwell, Folwark zwierzęcy,

[7] Hanya Yanagihara, Ludzie na drzewach, Warszawa 2017, s. 23. Z tego tomu pochodzą dalsze cytaty. Numery stron podano bezpośrednio po cytowanym fragmencie.

[8] Filmowcy zagalopowali się w obronie Polańskiego, opublikowano 30.09.2009, https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/filmowcy-zagalopowali-sie-w-obronie-polanskiego,110591.html,

[9] Walat, op., cit.

Portret wielokrotny. „Tylko Lola” – Jarosław Kamiński

Tylko LolaTytuł – Tylko Lola

Autor – Jarosław Kamiński

Wydawnictwo – WAB

Seria – Archipelagi

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla ceniących sobie kunszt pisarski, dla wielbicieli dobrej powieści, dla entuzjastów literatury, kultury i historii polskiej, dla kobiet i mężczyzn, dla ceniących sobie rozrywkę wymagającą
  • PO CO – by zatracić się, by wejść w inne światy
  • MOJA OCENA – 6/6
Na bakier ze współczesną literaturą polską

No, w końcu jest. Jakoś do tej pory nie było okazji do prezentacji w Bałwochwalni polskiej powieści współczesnej. Dlaczego? Nie dane mi było przeczytać takiej, na którą chciałabym zwrócić uwagę innych. Mamy niewątpliwie urodzaj polskich twórców słowa pisanego. I do publikacji literatury faktu nie mam wątpliwości, ale już do tych z półki z fikcją literacką tak. Faktem jednak jest, że nie czytam wszystkiego, więc prawdopodobnie coś przegapiłam, coś mnie ominęło. Słowem, wychodzi na to, że z polską powieścią współczesną jest mi po prostu nie po drodze. Chyba od czasu Madame Antoniego Libery z 1998 roku nie przeczytałam takiej, którą z kimkolwiek chciałabym się podzielić. Do teraz… Powieść, która ukazała się wiosną tego roku nakładem wydawnictwa WAB, która trafiła w moje ręce i do lektury której natychmiast przystąpiłam, okazała się publikacją, którą mam ochotę wciskać każdemu. Dlatego też musiała zagościć w Bałwochwalni.

Tylko Lola Jarosława Kamińskiego, bo o niej mowa, za sprawą okładki i tematyki przyciągnęła moją uwagę. Okładka przypomina mi wspomnianą Madame, która ma dla mnie szczególne znaczenie (wkrótce też tu zagości), a tematyka – kobiety na tle polskiej historii powojennej – to zagadnienia (bo można je potraktować osobno), które szczególnie mnie interesują.

Polska powieść lotów wysokich

Zatem Tylko Lola to zarazem powieść historyczna i psychologiczna, także społeczna. I to znakomita powieść, należy podkreślić. Autor snuje opowieść o losach prywatnych, indywidualnych, losach pojedynczych ludzi, konkretnych monad w konkretnym czasie i w konkretnych sytuacjach, jednak na tym nie poprzestaje. Kreśląc wnikliwe portrety psychologiczne bohaterów, przedstawia kwestie zasadnicze – stosunki społeczne panujące w przedwojennej Polsce, podczas wojny i po wojnie, a także kwestię emigracji i wiążących się z nią problemów.

Kobiet portret własny

Mamy do czynienia z tekstem, który został przedłożony jednemu z wydawnictw. Wydawca, po lekturze, nakreślił do autorki kilka słów, w których wyraził zainteresowanie publikacją oraz wdzięczność za powierzenie właśnie im tej osobistej opowieści.

Ten maszynopis stanowi zasadniczą treść powieść, która rozpisana jest na dwa głosy, dwóch bohaterek, Niny i Lidii (nie Loli, nie, nie), których drogi pewnego dnia skrzyżowały się. Z pewnością nie doszłoby do tego, gdyby nie właśnie tytułowa Lola. Wszystko na tle powojennej Polski – lat sześćdziesiątych i osiemdziesiątych. Cała narracja jednak przeskakuje w czasie i przestrzeni.

Młodsza z bohaterek, Nina Rodriguez, nowojorska emigrantka, oderwana od dawnej tożsamości, z dala od przeszłości, która pełna była niedopowiedzeń, półprawd, tajemnic i zakłamań, zdołała na nowo zbudować swoje życie. Jednak przeszłości nie daje się wymazać. Można ją jedynie wypierać bądź się z nią skonfrontować. I Nina konfrontuje się.

Starsza natomiast o pokolenie, Lidia Kowal, przebywa w zakładzie dla psychicznie chorych, zmagając się ze swoimi demonami.

Nina swe dzieciństwo i swą młodość spędziła we Wrocławiu, w którym wiodła dość beztroski, nieświadomy, bezrefleksyjny i naiwny żywot. Później, z braku perspektyw, wraz z ojcem przeniosła się do Warszawy. Tu, dzięki protekcji Kowal, starej znajomej ojca, która była przyjaciółką Loli – ciotki Niny, rozpoczęła pracę w TVP. Jej przełożoną i współpracowniczką była tam Lidia. Doszło jednak do „próby generalnej” (s. 379) – dramatycznych dla bohaterek powieści wydarzeń w latach sześćdziesiątych, będących zapowiedzią Marca ’68 – która przekreśliła i uniemożliwiła dalszą znajomość kobiet.

Nina po latach wraca do przeszłości, by stawić jej czoła. Zestawia swoje wspomnienia ze wspomnieniami spisanymi przez Lidię w szpitalu psychiatrycznym w ramach terapii. I my, odbiorcy tej opowieści, czytając podwójne wspomnienia, te przeplatane i uzupełniające się narracje Niny i Lidii, stajemy się niemalże świadkami procesu konfrontacji z czasem minionym, który położył się cieniem na życiu obu bohaterek.

Kunszt nie tylko treści, ale i formy

Forma, język, styl, konstrukcja utworu Kamińskiego nadają powieści odpowiedniego ciężaru. W kunsztowny wręcz sposób autor podaje nam opowieść o kobietach, którym przyszło żyć w absurdalnym miejscu i czasie.

Kamiński doskonale nakreślił tło historyczne, społeczne i obyczajowe, też rodzinne. Wszystko to się zazębia, tworząc spójny obraz pełen detali, które  są jednym z istotniejszych elementów powieści, bo oddają klimat, koloryt tamtych lat i uwiarygodniają tamtą rzeczywistość. Zaś portretów psychologicznych bohaterek z krwi i kości, niejednoznacznych, wielowymiarowych, skomplikowanych, mogą mu pozazdrościć inni parający się piórem. Tu nic nie jest kosztem czegoś. Dzięki temu powieść dotyka tak wielu istotnych spraw. I co ważnie nie powierzchownie, sygnalizując je jedynie, tylko głębiej, dotykając sedna.

Nim jednak zorientujemy się o co chodzi w tej opowieści, musimy przebrnąć przez kawał tekstu, który trudno nam zrozumieć. Mimo to brniemy, bo tekst ten wciąga, trzyma w napięciu i hipnotyzuje wręcz. O ile zdania narracji Niny są zrozumiałe, o tyle frazy Lidii są już niemalże bełkotem, są wypowiedziami osoby z zaburzeniami psychicznymi. Z czasem jednak, staną się jaśniejsze i do zrozumienia, aż w końcu wyłoni się z nich sens. Choć nie wszystko jest tu do pojęcia, bo wiele jest niedopowiedzeń, niejasności, nieoczywistości, to wszystko to, paradoksalnie, uwiarygodnia opowieść – oddając ducha przeszłości, sytuacji, w które człowiek chcąc nie chcąc był uwikłany.

Fikcja rodem z rzeczywistości

Bardzo sobie cenię biografie i inne gatunki literatury faktu, ale bliższa mi jest literatura fiction. Idealne więc wydaje się połączenie tych dwóch światów. Zbeletryzowane biografie zatem nie mają sobie równych.

Powieść Kamińskiego to wymysł, ale na tyle prawdopodobny, że pisarz czuł potrzebę podkreślenia jej fikcyjność w słowie odautorskim.

Owszem, fikcją są wydarzenia, bohaterowie, ale już nie emocje, uczucia, przeżycia, doznania i nie kafkowskie tło.

Portrety

Tylko Lola to portret podwójny Józefa K. To opowieść o kobietach odkrywających i budujących siebie, próbujących zrozumieć swe emocje, uczucia, pragnienia, też mechanizm, który steruje otaczającą rzeczywistością i wcielić w życie swe ideały, poszukujących swej tożsamości i swego miejsca w świecie, pragnących szczęścia, swobody, wolności, przekraczających różnego rodzaju granice, potrzebujących czegoś więcej, niż to, co codzienność ma im do zaoferowania, chcących wcielać w życie swe pragnienia i realizować swe marzenia. Tylko Lola to też portret Polski XX wieku rodem z Kafki.

Dodatkowy wymiar

Mnie uderzyły bardzo mocno jedne z pierwszych fragmentów powieści, dzięki którym utwór zyskuje dodatkowy wymiar – wytrącają go z lokalności, z konkretnego tu i teraz:

Nie lubię czystości, czystość kojarzy mi się z czystością rasową, moralną, ideologiczną, religijną, językową, seksualną i nade wszystko z czystką. Lubię brud, zmechacenia, zbrukanie i mieszanki. Metysów, Mulatów, Zambo, transwestytów, transgender. I wszystkie kundle z okolicy. Lubię wieloznaczne sytuacje, wypowiedzi i zakończenia. Brudne obrazy, brudne dowcipy i brudny język. (s. 8)*

O tak, nienawidzę czystości. Rasowej, moralnej, gatunkowej, iluzorycznej. Nie zniosłabym mieszkania w suburbiach, wśród równo przystrzyżonych trawników, idealnie zaprojektowanych domków, gładkiej nawierzchni ulic, tak schludnych, czystych, że zdrowiej jeść z nich kanapkę z burgerem niż z talerza w lokalnym Wendy’s. (s. 9)

– słowa te brzmią jakoś aktualnie! Uniwersalnie.

Ps. 1. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

Ps. 2.  Polecam wywiady z Jarosławem Kamińskim: http://www.polskieradio.pl/9/5648/Artykul/1772929,Tylko-Lola-ksiazkowe-spotkanie-kobiet-po-traumie, dostęp 30.08.2017 oraz https://www.facebook.com/Kurzojady/, dostęp 11.08.2017.

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Tylko Lola, Jarosław Kamiński, Warszawa 2017.