„Pogarda” – Alberto Moravia

„Pogarda” Alberto Moravii – włoskiego prozaika, eseisty, dziennikarza, którego debiut literacki („Obojętni”) uchodzi za najgłośniejszy debiut w dziejach dwudziestowiecznej włoskiej literatury i za prekursorskie dzieło egzystencjalizmu – choć jest z roku 1954, to dotyka spraw, które i dziś spędzają sen z powiek co wrażliwszym duszom.

Lektura powieść obnaża z jednej strony jej anachroniczność, dekoracje bowiem nieco się zestarzały, co jednak nadaje jej retro sznytu, z drugiej zaś aktualność, która sprawia, że obcowanie z prozą Moravii ma poza szczególnym urokiem także ciężar, który nie pozostawia odbiorców obojętnymi.

Sztuka w dwóch aktach

„Pogarda” to powieść psychologiczno-obyczajowa, ale w istocie to rozpisany na kilka osób (właściwie na dwie, pozostałe można potraktować jako głosy zza), wyrwany z szerszego kontekstu, w którym tło ograniczono do niezbędnego minimum, kameralny dramat w dwóch aktach.

Głównym bohaterem powieści i jednocześnie jej narratorem jest Riccardo Molteni, młody, bez grosza przy duszy, krytyk teatralny. Egzystuje on u boku żony, będąc wiernym swym ideałom i marząc o karierze dramaturga.

Riccardo wraz z Emilią są małżeństwem od dwóch lat. Żyją szczęśliwie, choć skromnie w wynajmowanym pokoju. On, oddany mąż, wrażliwy artysta, intelektualista egzystujący w świecie wyższych wartości. Ona, oddana żona, stenotypistka twardo stąpająca po ziemi.

Pewnego dnia Riccardo otrzymuje intratną propozycję od wpływowego producenta filmowego – napisania scenariusza do jego najnowszego projektu. Propozycja jest sprzeczna z ambicjami młodego twórcy, który uważa, że racją i celem pracy scenarzysty są pieniądze, których kultu on nie wyznaje. Mimo to Riccardo podejmuje się tego komercyjnego zadania, gdyż zdaje sobie sprawę, że dzięki temu będzie mógł spełnić marzenia żony i zapewnić jej poziom życia jakiego nigdy nie zaznała.

Pogarda

Niestety, wraz z poprawą statusu materialnego małżonków nadchodzi kryzys małżeński. Riccardo zauważa, że Emilia, nieoczekiwanie, zaczyna coraz bardziej oddalać się od niego. Z czasem niechęć i narastająca wrogość przeradzają się tytułową pogardę…

Dlaczego?

Całość jest retrospekcją, rodzajem spowiedzi, relacją z dochodzenia do prawdy, monologiem wewnętrznym mężczyzny, który roztrząsa swój dramat. Próbuje on z perspektywy czasu dociec przyczyn i zrozumieć powody klęski swego małżeństwa – utraty miłości. Pogarda żony pozbawia go bowiem wszelkiego sensu. Analizuje więc, szuka przyczyn, próbuje zrozumieć, wyciągnąć wnioski, powziąć pewne decyzje. Targają nim sprzeczne emocje. Nęka żonę, która nie daje mu konkretnych, zadowalających odpowiedzi. Każda próba rozmowy przynosi mu tylko rozczarowanie i rozgoryczenie. Jeden z głosów zza (reżyser, z którym ma współpracować) podsuwa mu psychoanalityczną interpretację relacji Odyseusza i Penelopy, która choć niejako wszystko wyjaśnia, to niczego nie rozwiązuje. Wszystko na próżno, stało się…

Dramat monady poszczególnej

W tym studium psychologicznym autor obnaża dramat człowieka. Jego wewnętrzną pustkę, egzystencjalny niepokój, cierpienie, samotność, bierność, brak możliwości porozumienia. Pokazuje egzystencję w świecie, w którym dominuje pieniądz, w którym brak głębokich uczuć, gdzie stosunki międzyludzkie są nieautentyczne, a komunikacja z drugim człowiekiem okazuje się niemożliwa, gdyż język zamiast prowadzić do rozwiązania konfliktu, zaciemnia tylko obraz sprawy[1]. Czy nie brzmi to znajomo?

Na dziś

Twórczość Moravii to realistyczna proza psychologiczna, wyrastająca z powieści XIX wieku (linearna akcja, tradycyjna budowa, realistyczne opisy, rzeczowy język), „oparta na marksistowskiej krytyce kapitalizmu i freudowskiej interpretacji związków międzyludzkich”[2]. Faktem jednak jest, że tematy, które włoski prozaik podejmował – z jednej strony niedający satysfakcji przesyt, z drugiej ciągłe nienasycenie, poczucie braku, pustki, niespełnienia i nieprzystosowania, kryzys wszelkich wartości, kult pieniądza, rozpad relacji międzyludzkich, alienacja jednostki, samotność – i dziś wydają się nie tylko aktualne, ale i istotne[3].

Istota

Powieść wydaje się na wskroś realistyczna, ale zgodzić się trzeba z Anną Wasilewską, że nie chodzi tu o odwzorowanie świata. Chodzi o coś znacznie istotniejszego – o tworzenie egzystencjalnych modeli, paradygmatów zachowań[4].

Ps. Wiele utworów Moravii doczekało się ekranizacji. Na warsztat twórczość tę brali najwięksi – Bernard Bertolucci i Jean-Luc Godard. Ten ostatni w roku 1963 przeniósł na ekran „Pogardę” z Brigitte Bardot w jednej z głównych ról.

Tytuł – „Pogarda”

Autor – Alberto Moravia

Tłumaczenie – Zofia Ernstowa

Wydawnictwo – WAB

Seria – Nowy Kanon

Rok – 2014

  • DLA KOGO – dla wielbicieli literatury tropiącej meandry ludzkiej psychiki, dla tych, których nurtują odwieczne pytania istotne
  • PO CO – by poczuć ciężar egzystencji człowieka we wrogiej mu rzeczywistości
  • MOJA OCENA – 6/6

* Tytuł oryginalny – Il disprezzo, rok pierwszego wydania – 1954, rok pierwszego wydania polskiego – 1961.


[1] Anna Wasilewska, Przedmowa. Życie jako gra, w, Alberto Moravia, Pogarda, Warszawa, 2014.

[2] Piotr Kofta, Czarna energia i żądza pieniądza. „Pogarda” i „Konformista” Alberto Moravii, opublikowano 29.02.2014, https://kultura.gazetaprawna.pl/artykuly/850392,czarna-energia-i-zadza-pieniadza-pogarda-i-konformista-alberto-moravii.html, dostęp 27.02.2019.

[3] Ibidem.

[4] Wasilewska, op. cit.

„Berta Isla” – Javier Marías

Bohaterowie powieści „Berta Isla” – Berta Isla i Tomás Nevinson – poznali się jeszcze w szkole. Ona Hiszpanka, on pół Hiszpan, pół Anglik. Nie był to wybuch miłości, nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Dwójka pięknych, inteligentnych i pewnych siebie młodych ludzi racjonalnie podchodziła do kwestii życiowych. Po rozpatrzeniu wszelkich za i przeciw doszli do wniosku, że są dla siebie stworzeni. Długie rozłąki (on na studiach w Oksfordzie, później stale w służbowych rozjazdach, ona zakotwiczona w Madrycie) sprawiały, że w ich związku nie było miejsca na rutynę wywołującą frustracje, pretensje, żal, złość i w końcu schyłek wspólnego szczęścia.

Jednak pewnego dnia wyszło na jaw, że nic nie jest takie jak się wydawało… Niemożliwe stało się możliwe. Nieprawdopodobne stało się prawdopodobne.

Opowieść o niej, o nim, o nich

To opowieść o kobiecie i mężczyźnie. To opowieść o skomplikowanych relacjach dwojga ludzi, którym przyszło żyć w absurdalnej rzeczywistości.

To historia mężczyzny, który został naznaczony. Nie ukrył swych nadzwyczajnych zdolności, co nie uszło uwadze tych, którzy decydowali. Znalazł się w nieodpowiednim czasie i w nieodpowiednim miejscu i nie miał wyjścia – podpisał pakt z diabłem. I zaczęło się jego życie gdzie indziej, poza światem.

To opowieść kobiecie (głównie z jej punktu widzenia prowadzona jest narracja), współczesnej Penelopie, która w niepewności cierpliwie czekała na Odyseusza, który spod Troi latami wracał do domu. To historia kobiety żyjącej w drugiej połowie XX wieku w Madrycie, która teoretycznie miała wybór. Była młoda, piękna, inteligentna, ambitna, pewna siebie, mogła decydować jak chce żyć i z kim. I wybierała. Czas pokazał jednak, że tylko pozornie. Praktycznie nie miała wyjścia, żadnego pola manewru. Skazano ją na stan wiecznego oczekiwania, wiecznej niepewności, życia tylko w półprawdzie i jakby w półrealności.

Wyrafinowanie literackie

Najnowsza powieść Javiera Maríasa, poczytnego na całym świecie choć niezależnego wielce hiszpańskiego pisarza, to nietypowa proza szpiegowska. W istocie to coś znacznie więcej. Bowiem „Berta Isla” to dość wyrafinowana literacko powieść, będąca połączeniem prozy gatunkowej (szpiegowskiej, choć opowiedzianej od drugiej strony, na wspak, od kulis i psychologiczno-obyczajowej) z literaturą najwyższej próby. Mamy tu też liczne odniesieniami do literatury światowej (tu głównie T.S. Eliota, ale też Shakespearea, Balzaka i Dickensa), które pomagają bohaterom zmierzyć się z ich sytuacją, zanalizować i pojąć ich rzeczywistość.

Brak tu brawurowej akcji jak na powieść szpiegowską przystało, mimo to wiele się dzieje, choć nie na tym podstawowym, nawierzchniowym poziomie. Tempo jest nieco zwolnione za sprawą języka, który odgrywa u Maríasa niemałą rolę. Długie wywody spowalniają bieg wydarzeń, nadając im tym samym ciężkości.

Ciężar prozy Maríasa

„Berta Isla” to też opowieść, która boli. Uzmysławia bowiem brutalnie coś, o czym zapominamy albo co wypieramy, iż wiedziemy egzystencję pascalowskiej trzciny myślącej, co czyni z nas bohaterów na miarę tych mitologicznych (choć marne to pocieszenie) – mamy bowiem świadomość nie tylko beznadziejności sytuacji, ale i niemocy, by ten stan rzeczy zmienić.

Bo po pierwsze, wieczna wojna:

Pokój niestety zawsze jest tylko pozorny i przejściowy, taka maskarada. Naturalnym stanem świata jest wojna. Często otwarta, a jeśli nie, utajniona, pośrednia albo po prostu odłożona w czasie. […] Kiedy nie ma wojny, jest jej groźba, więc zdolni ludzie […] mogą utrzymywać ją w tej fazie, odsuwać, żeby pozostała tylko groźbą. Wiszącą, ale nie wybuchającą. […] I to właśnie oznacza interweniowanie w rzeczywistość […]. Umiarkowane. To jakby zatykać palcem dziurę i powstrzymywać potop… prowizorycznie. (s. 69-70)

Po drugie, brak możliwości wyboru:

Od kiedy to ludzie wybierają sobie życie? Przez wieku ludzkie losy były określone. Z minimalnymi wyjątkami, To norma, nie tragedia. […] Jaśnie pan nie wybrał sobie życia. Tak jak cała ludzkość jeszcze zupełnie do niedawana, a i teraz to czysta ułuda. […] Większość tkwi w swoim losie i żyje, nie zadając pytań albo dziękując za to, co im przypadło w udziale, taka jest norma; skupiają się na codziennych trudnościach i to im starcza. Brak wyboru to żadna kara, to standard. Wciąż tak jest w większej części świata […] mimo powszechnych złudzeń. (s. 528-529)

Po trzecie, brak możliwości wejrzenia w drugiego człowieka:

[…] każda istota ludzka tak została stworzona, że jest nieodgadnioną tajemnicą i zagadką dla innych istot ludzkich.

Kiedy wyjeżdżam do wielkiego miasta, mimo woli uderza mnie myśl, że każdy z tych ciemnych zamkniętych domów kryje swoją tajemnicę, że każde serce z tysięcy bijących serc jest poniekąd tajemnicą dla najbliższych mu serc. (s. 554-555)

Wyrafinowana uczta

Lektura powieści „Berta Isla” to uczta dla odbiorców. I to dla najwybredniejszych. Zaspokaja bowiem potrzeby wielu poziomów. Zatem dla każdego, co nie znaczy w tym przypadku, że dla nikogo!

Tytuł – „Berta Isla”

Autor – Javier Marías

Tłumaczenie – Tomasz Pindel

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2018

  • DLA KOGO – dla każdego
  • PO CO – by pożyć życiem na granicy, by przypomnieć sobie na czym stoimy
  • MOJA OCENA – 5/6

*Wszystkie cytaty z dzieła pochodzą z tomu, Berta Isla, Katowice 2018.

** Tytuł oryginalny – Berta Isla, rok pierwszego wydania – 2017 , rok pierwszego wydania polskiego – 2018.

„Nasze małżeństwo” – Tayari Jones

Wydawnictwo Otwarte proponuje zacząć rok 2019 „Naszym małżeństwem” Tayari Jones (autorki u nas nieznanej) – powieścią, która znalazła się na długiej liście nominowanych do National Book Award 2018, którą poleca Barack Obama, chwali Oprah Winfrey, która rzekomo była swego czasu najgłośniejszą amerykańską powieścią, która podobno jest majstersztykiem, która podobno w karierze pisarskiej autorki jest dziełem przełomowym. Te jednak informacje nie wszystkich przekonają do powieści. Wabikiem też raczej nie będzie polski tytuł, w gruncie rzeczy niewiele mówiący. Obiecujący za to może wydawać się temat.

Można bowiem wnioskować, że to opowieść o małżeństwie Afroamerykanów, które musi stawić czoła amerykańskiej rzeczywistości nie tak pięknej jakby się mogło wydawać!

Niespełnienie

Czy rzeczywiście? Oryginalny tytuł („An American Marriage”) wyraźnie sugeruje z czym odbiorca będzie miał do czynienia, dookreśla kontekst. Polski natomiast, pozbawiony wiele mówiącego przymiotnika, sprawia, że powieść lawiruje w próżni. Ale właśnie ten polski tytuł, paradoksalnie, wydaje się bardziej adekwatny do tego, co niesie ze sobą treść powieści. Oryginalny zawiera obietnicę, której zawartość nie spełnia. Bo w istocie mamy do czynienia z jakimś tam małżeństwem, a czy jest ono amerykańskie, francuskie czy niemieckie nie odgrywa tu znaczącej roli.

Choć początek zwiastował coś zgoła innego, że owszem, będzie to powieść o małżeństwie, które zdarzyć się mogło tylko właśnie w USA – kraju-symbolu wolności i spełnionych marzeń, ale i co ważniejsze zakorzenionych głęboko konfliktów.

Było sobie małżeństwo

Fabułę można streścić w kilku zdaniach, nie zdradzając przy tym niczego i nie psując zabawy potencjalnym odbiorcom powieści. Małżeństwo z półtorarocznym stażem spędza noc w hotelu. Budzi ich brutalne wtargnięcie policji, która aresztuje młodego małżonka, oskarżając go o gwałt na starszej kobiecie. Wkrótce ten zostaje skazany na dwanaście lat więzienia. Po pięciu, oczyszczony ze stawianych mu zarzutów, wraca do domu, do żony.

Narracja prowadzona jest kilkugłosowo. Przede wszystkim z perspektywy męża i żony oraz sporadycznie ich przyjaciela. Sporo miejsca zajmują też listy, które małżonkowie piszą do siebie podczas rozłąki. I w nich to dzieje się najwięcej, w nich to dzieje się to, co najciekawsze, ale o tym za kilka zdań.

Obiecujący początek

Początek powieści to historia małżeństwa Afroamerykanów, którzy żyją w kraju szans i możliwości, ale też kraju, w którym podziały rasowe determinują ludzkie byty, w którym wciąż słychać echa wojny secesyjnej. Jednak z każdym kolejnym rozdziałem te kwestie schodzą na dalszy plan, rozmywając się i z czasem zanikając niemalże zupełnie. Niestety.

Studium małżeństwa

Dalej mamy już tylko, choć podkreślić należy, że ciekawie ujętą i przekonującą kontynuację opowieści o relacji dwojga ludzi. Swoiste studiu małżeństwa, a uszczegóławiając, rozpadu tej relacji. I ten rozpad najlepiej oddaje wspomniana korespondencja. Te epistolarne noty ukazują rosnącą z każdym kolejnym zdaniem odległość mentalną dzielącą tych dwojga, którzy do tej pory byli właściwie małżeństwem tylko teoretycznie, gdyż dopiero uczyli się być nim praktycznie.

Poszczególne rozdziały zaś sięgają źródeł bohaterów, opowiadają o ich pochodzeniu, rodzinie, też o ich wspólnych początkach. Oddają im też głos, dzięki czemu odbiorca może zbliżyć się na tyle, by mógł pojąć sposób ich rozumowania i postępowania, ich motywacje.

To niewątpliwie dobra proza. Wciągająca, którą czyta się wartko i z zainteresowaniem. Co pozostawia? Na pewno poczucie przyjemnie spędzonego czasu, ale niestety i niespełnienia, a może nawet rozczarowania.

Ps. Nota powstała przy współpracy z wydawnictwem Otwarte.

Tytuł – „Nasze małżeństwo”

Autor – Tayari Jones

Tłumaczenie – Aleksandra Wolnicka

Wydawnictwo – Otwarte

Rok – 2019

  • DLA KOGO – dla tych, których nurtują zawiłości relacji międzyludzkich, dla amatorów literatury amerykańskiej, dla koneserów literatury obyczajowej, psychologicznej, dla panien i kawalerów, dla żon i mężów, dla łowców nagród
  • PO CO – by przyjemnie spędzić czas, by się zastanowić
  • MOJA OCENA – 4/6

* Tytuł oryginalny – An American Marriage, rok pierwszego wydania – 2018 , rok pierwszego wydania polskiego – 2019.

 

„Szpadel” – Lize Spit

Stryczek, szpadel, pikownik, szambo, blok lodu – słowa-klucze, słowa-symbole „Szpadla” – opowieści o dzieciństwie, młodości, przyjaźni, dojrzewaniu i o tym, co po tym wszystkim.

1988 – w pewnej belgijskiej wiosce przyszło na świat tylko troje dzieci – trzech muszkieterów – Pim, Laurens i Eva.

2002 – w pewnej belgijskiej wiosce trzech muszkieterów zorganizowało sobie wakacyjny czas.

2015 – w pewnej belgijskiej wiosce dochodzi do postawienia kropki nad i.

Teraźniejszość i przyszłość

Główna bohaterka, młoda, wykształcona kobieta, żyjąca w Brukseli, pewnego dnia, niespodziewanie, dostaje zaproszenie od przyjaciela z dzieciństwa. Zaproszenie dotyczy przyjęcia z okazji rocznicy śmierci brata nadawcy, który jako nastolatek zginął tragicznie i jednocześnie z okazji otwarcia firmy. Nadarza się więc możliwość odwiedzenia rodzinnych stron, spotkania z dawno niewidzianymi znajomymi i rodzicami.

I choć wszystko wydaje się być takie jak powinno, to poszczególne zdania, krótkie, lakoniczne, zdradzają rysy, wprowadzają jakby mimochodem niepokój i zapowiadają, że nie zmierza to w stronę szczęśliwego zakończenia.

Eva, która od lat nie odwiedzała rodzinnych stron, z blokiem lodu w bagażniku (!?) wyrusza w podróż. Po co? Czy chodzi tylko o spotkanie z dawno niewidzianymi, niegdyś bliskimi ludźmi? Czy chodzi może o zmierzenie się z przeszłością? A może o coś zupełnie innego?

Przeszłość

Jadąc, wspomina czas miniony – dzieciństwo, matkę, ojca, rodzeństwo, sąsiadów, szkołę, nauczycieli, towarzyszy zabaw, szkolnych kolegów, trzech muszkieterów. I lato 2002.

Opowieść o przeszłości, pozbawiona sentymentalizmu, podana jest w taki sposób, że wszystko zdaje się zwyczajne, takie po prostu, dobrze nam znane, takie jak sami doświadczyliśmy. Mimo to z historii tej wyłania się obraz dzieciństwa, które z idyllą nie ma nic wspólnego. To czas pozbawiony niewinności, beztroski, bezpieczeństwa i miłości, to czas brudny, bezwzględny, okrutny, który „ustawiła” na całe życie, który nie daje o sobie zapomnieć.

Bez lukru

Debiut flamandzkiej scenarzystki, poetki, pisarki, nauczycielki kreatywnego pisania to niepozbawiona lokalnego kolorytu, zdystansowana, powściągliwa, cicha, ale mocna, brutalna, wręcz naturalistyczna i odważna opowieść o przeszłości, która kładzie się cieniem na całej przyszłości.

Uwaga! Scena kulminacyjna ciągnie się w nieskończoność. Autorka wręcz znęca się nad swym odbiorcą. Nie ma wobec niego skrupułów, jest bezlitosna. Nie daje mu żadnej taryfy ulgowej. Inaczej jednak chyba być nie mogło, gdyż tylko w ten sposób można było być wiarygodnym.

Tytuł – „Szpadel”

Autor – Lize Spit

Tłumaczenie – Łukasz Żebrowski

Wydawnictwo – Marginesy

Rok – 2018

  • DLA KOGO – dla miłośników literatury flamandzkiej, dla koneserów mocnych powieści, dla śmiałków, dla gotowych na okrutne prawdy
  • PO CO – by się zreflektować
  • MOJA OCENA – 5/6

* Tytuł oryginalny – Het smelt, rok pierwszego wydania – 2016, rok pierwszego wydania polskiego – 2018.

„Białe łzy” – Hari Kunzru

Hari Kunzru – brytyjski pisarz pochodzenia angielsko-hinduskiego, obecnie mieszkający w USA, mąż pochodzącej z Japonii amerykańskiej pisarki – Katie Kitamury, były dziennikarz muzyczny – popełnił książkę o bluesie. Nie byłby jednak sobą, gdyby bluesa potraktował tylko jako zjawisko muzyczne. Pisarz jest bowiem szczególnie zainteresowany kwestiami współistnienia kultur, ras, tradycji i z nich to czyni główny temat swego pisarstwa. Tak też jest i w wypadku „Białych łez”. Blues został więc tu potraktowany znaczniej szerzej, jako zjawisko społeczne, w którym zawarta jest istota Ameryki – amerykańskiej tożsamości i jednego z najważniejszych amerykańskich problemów – rasizmu[1].

Wielowarstwowa opowieść

Główny temat powieści – niechlubna przeszłość Ameryki, która kładzie się cieniem na teraźniejszości – eksplorowany był już na wiele różnych sposobów, jednak ten, którym autor tu się posłużył, sprawił że „Białe łzy” odsłaniają przed odbiorcą obrazy, których istnienia do tej pory nie był świadomy.

Kunzru podszedł do tej trudnej kwestii od niecodziennej strony, od muzyki bowiem, od strony bluesa właśnie – muzyki niewolników, głosu ludzi uciskanych i wykluczonych – co zaowocowało powieścią wyrafinowaną, osobliwą, która uderza w struny delikatnie, ale niezwykle celnie i dotkliwie.

To jednak nie wszystko. Mamy bowiem do czynienia z powieścią wielowarstwową, której sensy odsłaniają się niespiesznie. „Białe łzy” są również opowieścią o młodości, pasji i przyjaźni. Jakby tego było mało, są także opowieścią uniwersalną, choć zakorzenioną w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni.

Hipnotyzujący początek

Choć zaczyna się niewinnie i lekko – zwariowana opowieść o młodości, przyjaźni, pasji, muzyce i Nowym Jorku – to jest to powieść ciężkiego kalibru.

To historia przyjaźni dwóch młodych zwariowanych na punkcie muzyki chłopaków, których dzieli to, co mogłoby przyjaźń uniemożliwić – status majątkowy i usposobienie. Pierwszy, ubogi i wycofany, półsierota, zafascynowany rejestrowaniem dźwięków ulicy, drugi, dusza towarzystwa z bogatej i wpływowej rodziny, która swą pozycję osiągnęła nie do końca szlachetnymi poczynaniami, kolekcjoner płyt, fan dawnej czarnej muzyki. Łączy ich jednak coś, co znosi wszelkie podziały, nierówności, granice – muzyka. Zakładają więc studio muzyczne – swoiste laboratorium, w którym eksperymenty z nagraniami, sprzętem, brzmieniem, głosem nie mają granic – które staje się ich sposobem na życie. Carter i Seth szybko okazują się producentami z perspektywą osiągnięcia niemałego sukcesu.

Gorzki wygłup

Pewnego dnia Seth przypadkowo rejestruje na słynnym nowojorskim Placu Waszyngtona mężczyznę śpiewającego bluesowy kawałek, który zachwyca Cartera. Po technicznej obróbce, nadającej utworowi brzmienie z początku XX wieku, przyjaciele wrzucają kawałek do sieci pod wymyślonym nazwiskiem wykonawcy – Charlie Shaw. Wkrótce dociera do nich wiadomość, że pewien człowiek o takim właśnie nazwisku nagrał tę piosenkę kilka dekad wcześniej, po czym zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

To punkt zwrotny opowieści. Ciąg dalszy wydarzeń jest niespodziewany. Zmienia życie obu bohaterów i odsłania rzeczy, których odbiorca się nie spodziewał.

Ów punkt zwrotny jest miejscem, w którym powieść zmienia swe oblicze. Do tej pory to opowieść o sile pasji, która jest ponad wszystko, o sile marzeń, które są w stanie pokonać wszelkie trudności i odmienić oblicze świata, o muzyce, która umożliwia oddychać, która nadaje egzystencji kolorytu, o przyjaźni, która może znieść wszelkie różnice, podziały, o młodości, dla której nie ma niemożliwego. Do tej pory to niespieszna, hipnotyczna, wręcz psychodeliczna opowieść, w której można się zatracić. Dość hermetyczna, ale i fascynująca. Będąca jednocześnie tylko rodzajem preludium, które nieco usypia czujność odbiorcy, by w kluczowym momencie, niespodziewanie, wyrwać go z błogiego niemalże stanu i ogłuszyć.

Przebudzenie

Tu narracja skręca w stronę kryminału, potem thrillera, z typowo amerykańskim krwawym morderstwem w motelu, a wreszcie horroru. Białe łzy” stają się powieścią z duchami[2].

Jest jak

[…] rozpędzony rollercoaster skręcający w nieprzewidywalnych kierunkach: zaczyna się jak powieść o wchodzeniu w dorosłość, przeradza się w thriller, a potem w podwójną, oniryczną powieść drogi[3].

Od tej pory „Białe zęby” to zupełnie inna opowieść. Pozbawiona już niewinności, lekkości. Od tej pory to okrutna opowieść o Ameryce, którą dziś mylnie utożsamia się, powierzchownie, z krajem spełnionych snów, wolności i dobrobytu. A wystarczy tylko uważniej się przyjrzeć, wystarczy tylko chcieć zobaczyć więcej.

Światy choć odległe, to tylko pozornie odmienne

Opowieść o przeszłości jest nieco oniryczna (co przywodzi na myśl słynną już „Kolej podziemną” Colsona Whiteheada, choć tu efekt jest znacznie bardziej przekonujący), która jednak pozostawiła zupełnie realny ślad w teraźniejszości. Przenikają się tu różne porządki. Przeszłość i teraźniejszość splatają się ze sobą i granice pomiędzy nimi przestają istnieć. Uświadamia to, że dzisiejsza codzienność nie jest oderwana od tego, co było, że jest zbudowana na przeszłości, trudnej, bezwzględnej i wstydliwej, która nie pozwala o sobie zapomnieć – demony z minionych dekad wciąż się ujawniają. Oczom odbiorcy ukazują się światy choć odległe, to tylko pozornie odmienne. Bo to wciąż ta sama rzeczywistość, łaskawa tylko dla wybranych, w której wciąż żyją uciskający i uciskani, a pomiędzy nimi  istnieje przepaść nie do pokonania.

Blues wczoraj i dziś

Najlepszym tego wyrazem, symbolicznym, jest muzyka – współczesna, której fundamentem jest przecież stary blues. Autor odkrywa przed odbiorcą wrastanie tego gatunku w kulturę białych[4] – prowadzi go od pieśniarzy z delty Missisipi do dzisiejszych zblazowanych hipsterów, uświadamiając mroczne tego ścieżki.

Niewątpliwie „Białe łzy” to proza wyrafinowana i nie za prosta w odbiorze, choć jednocześnie intrygująca i wciągająca. Choć hipnotyzuje, to wyrywa z nieświadomości.

Ps. W klimat może wprowadzić odpowiednia muzyka – Spotify http://bit.ly/kunzru-spotify.

Tytuł – „Białe łzy”

Autor – Hari Kunzru

Tłumaczenie – Krzysztof Cieślik

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2018

    • DLA KOGO – dla wielbicieli literatury, kultury i historii amerykańskiej, dla zgłębiających kwestie współistnienia kultur, ras, tradycji, dla zainteresowanych kwestiami niewolnictwa, rasizmu, dyskryminacji wszelakiej, dla fanów dobrej literatury po prostu
    • PO CO – by poznać, zrozumieć, uświadomić, by zbyt komfortowo nie było
    • MOJA OCENA – 7/6

* Tytuł oryginalny – White Tears, rok pierwszego wydania – 2017 , rok pierwszego wydania polskiego – 2018.


[1] Leszek Bugajski, Białe łzy, czarny ból, opublikowano 11.03.2018, https://www.wprost.pl/tygodnik/10110047/biale-lzy-czarny-bol.html, dostęp 15.11.2018.

[2] Anna S. Dębowska, „Białe łzy”: kolejna świetna powieść o rasizmie w USA. Oraz piękny hołd dla bluesa i kolekcjonerów płyt, opublikowano 27.03.2018, http://wyborcza.pl/7,75517,23173589,biale-lzy-kolejna-swietna-powiesc-o-rasizmie-w-usa-oraz.html, dostęp 15.11.2018.

[3] Juliusz Kurkiewicz, „Białe łzy” Hariego Kunzru, „Tamte dni, tamte noce” André Acimana, „Patrioci” Sany Krasikov, „Legenda o samobójstwie Davida Vanna. Kurkiewicz poleca książki, opublikowano 20.02.2018, http://wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,23040913,biale-lzy-hariego-kunzru-tamte-dni-tamte-noce-andre-acimana.htmldostęp 15.11.2018.