Tragizm bycia nigdzie. „Zapiski z domu wariatów” – Christine Lavant

Tytuł – „Zapiski z domu wariatów”

Autor – Christine Lavant

Tłumaczenie – Małgorzata Łukasiewicz

Wydawnictwo – Ossolineum

Seria – Z Kraju i ze Świata

Rok – 2017

 

 

  • DLA KOGO – dla koneserów wyrafinowanej twórczości, dla wielbicieli literatury austriackiej czy szerzej niemieckojęzycznej, dla fanów dobrej literatury w ogóle
  • PO CO – by wytrącić z mentalnego komfortu
  • MOJA OCENA – 8/6
Ocalone

Ta książka nie miała się ukazać. Taką decyzję podjęła sama autorka. Najprawdopodobniej ze względów osobistych (opisane postacie miały swoje pierwowzory w rzeczywistości i pisarka nie chciała sprawić im przykrości), ale być może i z powodu szerszego kontekstu historycznego – niechlubnej karty w dziejach Austrii (w czasach II wojny światowej w szpitalu, w którym kilka lat wcześniej przebywała autorka, a który stał się „miejscem akcji” tej przejmującej prozy, przeprowadzano eksterminację ponad 1500 osób chorych umysłowo).

Na szczęście stało się inaczej. Tekst jednak przeleżał ponad pół wieku (powstał w 1946 roku, a opublikowano go po raz pierwszy w 2001, ponad ćwierć wieku po śmierci autorki, zaś poprawiona edycja, opracowana, z posłowiem ukazała się dopiero w 2016 roku), nim ujrzał światło dzienne i trafił do rąk odbiorców.

Dziś, gdy czytamy tę prozę, niepozorną, gęstą i genialną, truchlejemy na myśl, że mogła przepaść i nie dane by nam było doświadczyć jej lektury. O ile byśmy wówczas byli ubożsi…

Christine Lavant to austriacka pisarka i poetka, której twórczość poetycka zastała doceniona i uhonorowana jeszcze za jej życia, które naznaczone było biedą i chorobą. Urodziła się w wielodzietnej ubogiej rodzinie górniczej, z dala od zgiełku świata. Musiała od najmłodszych lat zmagać się nie tylko z biedą, głodem, ale i z rozmaitymi chorobami, co w końcu wykluczyło ją niejako z uczestnictwa w aktywnym życiu. Zajmowała się więc domem, czytaniem i pisaniem.

Zmagając się z depresją, doszła do ściany. Po nieudanej próbie samobójczej, z obawy przed szaleństwem, dwudziestoletnia Lavant dobrowolnie poddała się leczeniu psychiatrycznemu w Klagenfurcie. Poprosiła władze miasta o sfinansowanie tego pobytu, na co te przystały. Została zatem jedyną pacjentką kliniki, która przebywała w niej z własnej woli i której pobyt finansowany był przez gminę, a nie z prywatnych środków. Był to rok 1935. W zakładzie Lavant spędziła sześć tygodni.

Genologia

Musiała jednak minąć dekada, by dawna pacjentka domu wariatów zaczęła spisywać swe wspomnienia. Powstałe zapiski nie są jednak stricte pamiętnikiem – relacją prozatorską ze zdarzeń, których autor był uczestnikiem bądź świadkiem, który opowiada o danych zdarzeniach z pewnego czasowego dystansu, w której autor może relacjonować nie tylko to, jak zdarzenia przebiegały, ale może także ujawniać swoje stanowisko wobec nich w chwili pisania[1]. Zapiski Lavant są starannie skomponowanym tekstem, będącym wynikiem stylizacji (dowodzi tego chociażby konstrukcja całości), mającym formę dziennika (brak śladów, które by wskazywały, że pisarka prowadziła stricte dziennik podczas kuracji) – bieżących notatek, relacji spisywanej na bieżąco, zapisków składających się ze strumienia myśli, które oddają ducha tu i teraz[2].

Zatem „Zapiski” to poddane literackiej obróbce doświadczenie autorki z pobytu na oddziale zamkniętym. Mamy więc do czynienia raczej z literackim niż biograficznym dziełem, choć niewątpliwie mającym znamiona prozy autobiograficznej, niczym powszechnie znane powieści Sylvii Plath („Szklany klosz”) i Susanny Kaysen („Przerwana lekcja muzyki”), czy proza znana nieco mniej pióra Thomasa Bernharda („Oddech”).

Szaleństwo, miłość, wolność, inność

Podwójne wykluczenie

„Zapiski z domu wariatów” Christine Lavant są niczym „Wspomnienia z domu umarłych” Fiodora Dostojewskiego – literacko przetworzonymi osobistymi wspomnieniami z pobytu w zamknięciu, odosobnieniu.

Sytuacja głównej bohaterki tej prozy, jak i bohatera Dostojewskiego, jest wyjątkowa. Żadne z nich nie jest równe pozostałym skazańcom. Dobrowolne poddanie się kuracji w domu wariatów – schronieniu, w istocie będące decyzją o wygnaniu (kobieta uznała to za najlepsze dla siebie rozwiązanie), finansowanie tego pobytu przez gminę, a nie z prywatnych środków oraz umieszczenie jej od razu na oddziale drugim, z pominięciem tego najgorszego, trzeciego, który dla pozostałych chorych był pierwszym etapem pobytu w zakładzie, zapewniają bohaterce wyjątkowy status przede wszystkim wśród pacjentów (choć także wśród personelu kliniki). Bohaterka odstaje od reszty – jest inna, osobna, wykluczona, „jest wyrzutkiem w zakładzie dla wyrzutków”[3].

To jednak nie wszystko, gdyż mamy tu do czynienia z podwójnym wykluczeniem, statusem podwójnego odmieńca. Głowna bohaterka jest kimś osobnym nie tylko w klinice, ale i poza nią. Nie jest bowiem zdolna do tak zwanego normalnego życia.

Oscyluje zatem pomiędzy – „gdzie rozsądek i urojenie stykają się ze sobą jak woda i ogień” [s. 48]. Jest więc istotą z pogranicza. Jej odrębność jest wyraźna. Samoświadomość, przytomność umysłu, umiejętność obserwacji, trafność wyrażanych sądów, słowem, brak szaleństwa uniemożliwiają kobiecie zespolenie się ze szpitalną społecznością, stanie się jej pełnoprawnym członkiem. Nadwrażliwość zaś, pragnienie samostanowienia, niezależności, wolności, miłości, literackie ambicje, a także brak zrozumienia i wsparcia bliskich (dlaczego nie weźmie się za porządną pracę fizyczną, tylko marnuje czas na naukę i pisanie wierszy?), niemożność odnalezienia się w świecie, niestety, uniemożliwiają jej także zespolenie się ze społecznością, znajdującą się poza murami kliniki, stanie się jednostką równą pozostałym.

Bycie pomiędzy – bycie nigdzie

Mamy więc przejmującą, wyciszoną, choć pełną dramatyzmu opowieść o niedopasowaniu – wykluczeniu przez pacjentów oddziału, gdyż jest się zbyt zdrowym, by funkcjonować na prawach zwyczajnego pensjonariusza zakładu dla obłąkanych oraz wykluczeniu przez przedstawicieli reszty społeczeństwa, gdyż nie jest się na tyle zdrowym (zbyt ułomnym), by być poza nim, by normalnie funkcjonować wśród jego przedstawicieli.

Przypomina to nieco sytuację bohatera „Lotu nad kukułczym gniazdem”, kultowej powieści Kena Keseya, który szukając schronienia (przed więzieniem), decyduje się (udając chorego) na pobyt w szpitalu psychiatrycznym, gdyż nie potrafi funkcjonować na wolności, wśród praworządnych obywateli. Na oddziale zaś, podobnie jak bohaterka prozy Lavant, jego osobność jest oczywista. Podobieństwo jest widoczne w jeszcze jednym punkcie – obie postacie są niejako symbolami niezależność, wolności i buntu (choć buntu zupełnie w inny sposób wyrażanego – tu bunt ma charakter bierny, tam czynny).

Jak?

Temat tej opowieści już wywołuje dreszcze, a to nie wszystko, gdyż najistotniejszy jest tu sposób tego podania. Oszczędność słów i emocji, klarowność, lapidarność i prostota narracji, sugestywność, subtelność, precyzja, surowość, ostrość, ale także wyrafinowanie i autentyzm sprawiają, że historia głównej bohaterki, która po nieudanej próbie samobójczej, szukając schronienia, na własną prośbę znalazła się w zakładzie dla obłąkanych poraża, wstrząsa. Nie ma tu elementów zbędnych, ornamentyki, która by rozmywała istotę dzieła, oddalała od niej.

Warto na marginesie zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię. „Zapiski” to tekst pisany prozą, który jednak sporządzony jest w taki sposób, że można bez najdrobniejszych zmian przenieść go bezpośrednio na deski teatru – to po prostu dramat czy może raczej monodram, który rozgrywa się przed oczami duszy, w wyobraźni odbiorcy.

Natura szaleństwa

„Zapiski” to wiwisekcja samej siebie, przeprowadzona beznamiętnie, bez emocji, będącą bardzo osobistym obrazem życia wewnętrznego. Kobieta jest w pełni świadoma swego podwójnego statusu odmieńca, wariata, dziwadła wręcz. Doskonale zdaje sobie sprawę, że po opuszczeniu murów kliniki – szpitalnego piekła, znajdzie się w innym piekle – życia. Kuszący więc wydaje jej się ostateczny obłęd, pełne szaleństwo.

Odbiorca dzięki tym intymnym zapiskom może zrekonstruować doznania i motywacje bohaterki, którą jest w stanie zrozumieć, gdyż łatwo mu się z nią identyfikować, utożsamiać, przyjąć jej perspektywę. Pojmuje jej szaleństwo i nie dziwi go, że kobieta zdecydowała się na tak drastyczny krok, jakim było wstąpienie w szeregi wariatów, to, że ma niekiedy ochotę poddać się i nie kontrolować swoich zachowań, że pragnie zostać w szpitalu na długie lata, że manipuluje personelem i udaje, iż powodem jej problemów jest nieszczęśliwa miłość do szwagra.

Dzięki temu odbiorca dostrzega jak cienka jest granica między jednym a drugim światem, tak pozornie przecież odległym, jak bliskie jest szaleństwo, jak umowne są kwestie normy. Karmiony „fantazją o własnej normalność”[4] dotyka więc natury szaleństwa, co każe mu się zastanowić nad nią, pytać o nią.

Portret mikroświata

„Zapiski” dotykają także spraw bardziej ogólnych. Tu znów widać podobieństwo z prozą Dostojewskiego, w której społeczne relacje, mimo iż są tylko tłem dla historii głównego bohatera, to stanowią istotny temat opowieści. U Lavant te międzyludzkie zależności także stanowią istotne zagadnienie – tworzą osobną niejako opowieść o specyficznej, zamkniętej mikrospołeczności, w której istniejące stosunki, hierarchie, zależności, w niczym nie odbiegają od tych panujących w świecie poza murami zakładu, w społeczności otwartej.

Bohaterka-narratorka (tekst pisany w pierwszej osobie, jak na dziennik przystało), samoświadoma, spostrzegawcza niezwykle, której nie brak krytycznej refleksji nad światem, znakomicie odmalowuje szpitalną rzeczywistość i jej obywateli.

Sporządzone przez nią portrety – galeria sugestywnie scharakteryzowanych i zróżnicowanych postaci – są proste, szczere, precyzyjne i celne, ale też poetyckie, bo przecież kobieta ucieka w twórczość literacką, mającą moc ukojenia, mimo że jest przyczyną jej zguby, jest bowiem między innymi powodem wykluczenia bohaterki ze świata ludzi, w pojęciu ich samych, pożytecznych, przykładnych, wartościowych, tak zwanych normalnych. I choć są też wielce krytyczne (nie oszczędzi nikogo, nawet siebie), demaskatorskie wręcz, to również pełne empatii, współczucia, miłości względem bliźniego.

Niezależność

Trudno nie zgodzić się z opinią, że proza ta, to „opowieści o wyzwoleniu”[5], „historia zmagań z własną sytuacją i niegasnącą nadzieją na ostateczne wyzwolenie”[6], będąca „utopijną perspektywą”, do której droga biegnie w „niełatwy i nieprzewidywalny sposób”[7]. Uzasadnione też wydaje się pytanie do czego w istocie dochodzi bohaterka, „w jaki sposób definiuje moment przekroczenia i wybicia się na – ostrożnie deklarowaną – niezależność”[8].

Na koniec warto powtórzyć, że te „Zapiski” to „niepowtarzalne ujęcie najpopularniejszych w literaturze tematów – szaleństwa, miłości, zniewolenia i życia w społeczeństwie”[9].

Ps. 1. „Zapiski z domu wariatów” Christine Lavant ukazały się w Polsce po raz pierwszy w roku 2017 nakładem Wydawnictwa Ossolineum w serii Z Kraju i ze Świata. W ramach tego cyklu ukazuje się proza współczesna, mająca, jak czytamy na stronie wydawnictwa, takie cechy literatury XXI  wieku jak lekkość (nie mylić z beztroską), szybkość, dokładność, przejrzystość, wielorakość i zwartość (według koncepcji Italo Calvino)[10]. Zapiski Lawant wpisują się znakomicie w tę charakterystykę. Ja dodałabym tu jeszcze jedną istotną cechę – ciężkość.

Ps. 2. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

* Tytuł oryginalny – Aufzeichnungen aus dem Irrenhaus, rok pierwszego wydania – 2001, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.

**Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Zapiski z domu wariatów, Christine Lavant, Wrocław 2018.


[1] Hasło, pamiętnik, w, Słownik terminów literackich, red. Janusz Sławiński, Wrocław 2002.

[2] Hasło, dziennik, ibidem.

[3] Nowicka Sara, Na własne życzenie (Christine Lavant: „Zapiski Z Domu Wariatów”), opublikowano, 12.12.2017, http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=338&artykul=6549, dostęp 14.06.2018.

[4] Adam Lipszyc, Piekło, Oddział Drugi, w, Christine Lavant, Zapiski z domu wariatów, Wrocław, 2017, s. 108.

[5] Olga Szmidt, Utrata panowania (Christine Lavant „Zapiski z domu wariatów” i Marie Darrieussecq „Świństwo (Truizmy)”), opublikowano 16.04.2018, http://popmoderna.pl/utrata-panowania-christine-lavant-zapiski-z-domu-wariatow-i-marie-darrieussecq-swinstwo-truizmy/, dostęp 14.06.2018.

[6] Ibidem.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

[9] Nowicka, Na własne życzenie, op. cit.

[10] Strona Wydawnictwa Ossolineum, https://wydawnictwo.ossolineum.pl/products/category/z-kraju-i-ze-swiata-12, dostęp 14.06.2016.

BIBLIOGRAFIA

Pożałowania godne. „Amatorki” – Elfriede Jeliniek

Tytuł – „Amatorki”

Autor – Elfriede Jelinek

Tłumaczenie – Anna Majkiewicz, Joanna Ziemska

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2007

  • DLA KOGO – dla odważnych, dla odpornych, wytrwałych i cierpliwych, dla koneserów twórczości Elfriede Jelinek, dla wielbicieli literatury austriackiej czy szerzej niemieckojęzycznej, dla fanów literatury przełamującej konwencje, dla fanów po prostu dobrej literatury
  • PO CO – by żyć świadomiej
  • MOJA OCENA – 8/6
Sadyzm Jelinek

Elfriede Jelinek wie jak wywołać u odbiorcy wstręt do samego siebie. Nie dba o jego komfort psychiczny. Wydawać się nawet może, że jednym z celów jej pisarstwa jest właśnie tego komfortu czytelnika pozbawienie. W końcu jest specem od „demaskowania absurdalności stereotypów społecznych”[1]. „Amatorki” – powieść, uznawana za jedną z najważniejszych niemieckojęzycznych powieści nurtu feministycznego z lat siedemdziesiątych, literacki przełom w twórczości Jelinek (od niej zaczęła się popularności autorki) – są tego najlepszym przykładem.

Wobec powieści tej nikt nie pozostaje obojętny. Z pewnością zirytuje każdego. Przypuszczam, że połowa z tych, którzy sięgną po nią, nie dobrnie do końca. Drugiej połowie zaś, tej wytrwalszej, tej która przebrnie przez ten niewielki objętościowo tekst, nie dane będzie zaznać przyjemnej satysfakcji. Dane zaś będzie zaznać wstrząsu i co ważniejsze świadomości, okrutnej, bezwzględnej.

Twórczość austriackiej noblistki jest dla odważnych. Po doświadczeniu lektury prozy Jelinek nic nie jest już takie jak było wcześniej. Odbiorca patrzy w lustro i odwraca twarz, bo nie chce spojrzeć w oczy komuś tak małemu, pozbawionemu krzty godności, odartemu z tego wszystkiego, co sugerowało, że dumnie brzmi być człowiekiem.

Taka sobie opowieść o miłości

Choć mamy do czynienia z opowieścią o ludziach, którzy upatrują szczęścia w miłości – tematem więc wzniosłym, godnym liry największych, to ze wzniosłością powieść ta nie ma nic wspólnego. Wręcz przeciwnie. Leży na przeciwległym jej biegunie. „Amatorki” to bowiem proza, która odziera człowieka z fasady pozorów i odsłania najgorszą stronę rodzaju ludzkiego, opowieść o człowieku każdym (niezależnie od płci, statusu, zajmowanej pozycji w rodzinie, społeczeństwie) – o kimś pożałowania godnym, małym, odpychających, budzącym wstręt, pozbawionym szlachetności, czystości.

Amatorki życia, miłości i szczęścia

Opowieść Jelinek to historia dwóch młodych kobiet – amatorek życia, miłości i szczęścia – stojących u progu życia. Kobiety, choć marzą w istocie o tym samym – szczęściu, które zapewnić im może tylko mężczyzna – to nieco inaczej na owo szczęście się zapatrują. Jedna podporządkowuje się regułom patriarchalnego i kapitalistycznego porządku, druga stara się zachować wierność wyobrażeniom i na rzecz miłości rezygnuje z aspiracji zawodowych. Obie jednak stają się ofiarami panujących konwenansów oraz reguł narzuconych im przez społeczeństwo.

Bohaterki powieści są prostymi dziewczynami, wydawać by się mogło, że chcącym od życia nieco więcej, mającymi świadomość, że muszą wziąć sprawy w swoje ręce, jeśli nie chcą ugrzęznąć, jeśli nie chcą powielić losu większości kobiet z ich środowiska, które nie chcą biernie przyglądać się, jak życie przepływa im między palcami, jak ich egzystencja staje się wegetacją. Mają ambicje, marzenia. Wiedzą czego chcą i wiedzą jak ten cel osiągnąć. Mają świadomość, że jeśli „nie ma się teraźniejszości, trzeba zawczasu zadbać o przyszłość” (s. 9). Czy ta postawa jest godna pożałowania czy podziwu? Pozornie wydaje się, że uznania, jednak w istocie pożałowania, współczucia, litości nawet, gdyż kobiety te są istotami w pewien sposób upośledzonymi, których myślenie nie wykracza poza ramy wyznaczone im przez otaczającą rzeczywistość.

Być szczęśliwą

Brigitte, mieszkająca w mieście pracownica fabryki bielizny, pragnie lepszego życia – wyrwania się z biedy i porzucenia wycieńczającej pracy. Heinz, elektryk, który planuje założyć własną firmę, jawi się jej jako mężczyzna, który może spełnić jej marzenia – wygodne, dostatnie życie. Brigitte pragnie posiadać, zdobywać i mieć na własność. Postanawia więc zdobyć tegoż mężczyznę i być po prostu szczęśliwą.

Paula, mieszkanka wsi, także marzy o lepszym życiu – podobnie jak Brigitte pragnie wyrwać się ze środowiska, z którego się wywodzi, w którym nie widzi dla siebie miejsca. Postanawia więc nauczyć się krawiectwa – wbrew woli innych, którzy uważają, że powinna zostać sprzedawczynią, która po wyjściu za mąż stanie się gospodynią domową – bowiem w fachu upatruje szansę na odmianę losu. Porzuca jednak naukę, gdyż szczęście zaczęło jawić się jej za miedzą – w drwalu, mieszkańcu tej samej wioski. Erich objawił się Pauli jako ziszczenie jej marzeń – życia u boku ukochanego, które wzbudzi u innych zazdrość i podziw. Postanawia więc zdobyć tegoż mężczyznę i być po prostu szczęśliwą.

Wszystkie z ręką w nocniku

Kobiety wywodzące się z różnych środowisk, pozornie różne – Brigitte to racjonalistka, która wie na czym świat stoi, Paula zaś idealistka, która żyje w imię wartości wyższych – w istocie zaś są identyczne. Pozornie podążają zupełnie różnymi drogami, w istocie zaś ich życie wygląda bardzo podobnie. Mimo dzielących je różnic, efekt jest identyczny – obie poświęcają siebie i swoje życie mężczyźnie, mając mu do zaoferowania jedynie swoje ciało do eksploatacji – jedyną ich kartę przetargową.

W imię miłości

Kobiety działają w imię miłości. Tyle że nie tej romantycznej, czystej czy namiętnej – tu bowiem miłość to chęć posiadania, chęć wyrwania się z domu, otoczenia, możliwość posiadania domku, wyjazdu do Włoch, wyjścia do kina. Zatem bohaterki „Amatorek” działają w imię miłości wykalkulowanej, która staje się wręcz ich obsesją.

Miłość nie jest tu jednak celem samym w sobie, tylko środkiem do celu. Kobiety są zdeterminowane w swym działaniu. Brigitte ma świadomość, że zdobycie Heinza i „inwestycja” w niego, zapewni jej bezpieczną i dostatnią przyszłość. Paula natomiast jest przekonana, że Erich jest tym, czego kobiecie do szczęścia potrzeba.

Jelinek, opisując historie dwóch kobiet, pokazuje ich motywacje, strategie działania, które kryją się za pozornie niewinnym marzeniu o szczęściu, które zwą miłością. Owa miłość jest jednak tylko fasadą. W rzeczywistości chodzi o zapewnienie sobie odpowiedniego statusu społecznego, wyjście z biedy, porzucenie znienawidzonej pracy albo realizację stereotypowego myślenia – że miłość (jakakolwiek i do kogokolwiek) jest spełnieniem kobiety i jest warta złożenia na jej ołtarzu ofiar – niezależności i marzeń.

Boski on

Bez mężczyzny kobiety te nie istnieją.

na razie b. nie ma nic poza nazwiskiem, z biegiem historii dostanie nazwisko od heinza. to jest ważniejsze niż pieniądze i posiadanie, to dopiero przyniesie pieniądze i posiadanie. […] heinz w tym szczególnym wypadku oznacza życie. prawdziwe życie nie tylko oznacza heinza, ono nim naprawdę jest. poza heinzem nie ma nic, coś, co byłoby lepsze od heinza, jest dla bridgitte absolutnie nieosiągalne. czegoś, co byłoby gorsze od heinza, bridgitte mieć nie chce. brigitte rozpaczliwie broni się rękami i nogami przed degradacją. degradacja oznacza utratę heinza. (s. 10)

brigitte nie potrafi ze swojego życia zrobić czegoś lepszego, to lepsze ma przyjść z życia heinza. (s. 12)

Szczęście uosabia mężczyzna – jaki by nie był, bez względu na jego przymioty ciała i ducha, nawet jeśli budzi nienawiść i obrzydzenie. Mężczyzna jest tu lekiem na całe zło. Dla obu kobiet jest wybawicielem, dobroczyńcą, tym, który odmieni ich los, dzięki któremu mają szansę wyrwać się ze świata, który jest im przeznaczony.

Mężczyzna jest tu panem, który nadaje rytm rzeczywistości:

jeśli ktoś dysponuje losem, to mężczyzna. jeśli kogoś dotyka los, to kobietę. (s. 7)

Należy do lepszego gatunku, w przeciwieństwie do podległych mu kobiet.

dla kobiety to kres życia i początek rodzenia dzieci. kiedy mężczyźni pięknie mężnieją i zaczynają się starzeć, i raczą się alkoholem, który ma ich wzmocnić i uchronić przed rakiem, to ich żony całymi latami są w agonii, czasem tak długo, że nawet są obecne przy agonii własnych córek, z czasem nienawidzą córek i chcą jak najszybciej zobaczyć również ich śmierć, którą same kiedyś przeżyły, dlatego: córki trzeba wydawać za mąż. (s. 17)

Być kimś

Mężczyzna jest kimś, kobieta nikim i tylko dzięki niemu może stać się kimś. Nie tylko on jest tego świadomy, ale tę świadomość ma i reszta społeczeństwa, włącznie z kobietami, które poprzez nawet najdrobniejszy gest nie sprzeciwiają się takiemu stanowi rzeczy, nie buntują się, które nawet nie zastanawiają się nad tym faktem, tylko biernie się temu poddają, wypełniając sumiennie narzucaną im przez lata rolę.

Przełamując konwencje

Opowieść Jelinek przesiąknięta jest ironią i groteską. Autorka zaczyna sentymentalnym obrazkiem, by za chwilę zderzyć go z życiem ze świata Zoli czy innych naturalistów – odsłaniając rzeczywistość brudną, stęchłą, brutalną, wulgarną, bolesną, żałosną, pozbawioną słodyczy, lekkości. Ta, jakby nie było, opowieść o miłości daleka jest od konwencji, którą temat mógłby sugerować. Miłość nie oznacza tu bowiem wzniosłości, namiętności, uczuć wyższych, a jedynie instynkt, chuć, przedmiotowość, brutalność, wstręt.

W przypadku tej powieści forma odgrywa ogromną rolę. Nie tylko uwydatnia, podkreśla treści, ale je niejako tworzy. Zastosowany przez autorkę styl narracji – zdania krótkie, dopełniające się, pisane ciągiem, wyrzucane jakby z karabinu maszynowego, rwane, oszczędne, rygorystyczne, konkretne, precyzyjne, bezpośrednie, zapisane połamaną składnią, bez znaków interpunkcyjnych, z pominięciem wielkich liter, z licznymi powtórzeniami – który początkowo wydaje się nie do przełknięcia, w końcu nadaje rytm lekturze i wprowadza czytelnika w rodzaj transu, hipnozy, amoku, sprawiając, że lektura posuwa się do przodu coraz szybciej i szybciej, jak pociąg, który nabiera prędkości, sprawiając, że odbiorca zaczyna czytać jakby bez udziału woli, niemal automatycznie, choć w rzeczywistości nie bezmyślnie.

Żałosny byt

Autorka z dystansem i drwiną przygląda się swoim bohaterom i brutalnie odsłania ułudę w jakiej żyją – wszelkie ambicje i marzenia w istocie są żałosne. Ich poczynania tylko powielają zachowania, gesty, sposób myślenia głęboko w nich zakorzenione. Łudzą się, że coś od nich zależy. Człowiek okazuje się jednak marionetką pozbawioną woli, pogrążoną w niemocy, która jedynie odgrywa pewną narzuconą rolę. Nie ma najmniejszego pola manewru. Wszystko zostało w nim zakodowane, wszystko ma zapisane niczym w kodzie DNA – pozostaje tylko jedno – powielać, wypełniać schemat. Na wyjątkowość, niepowtarzalność, indywidualizm nie ma tu miejsca.

Ludzie ludziom

W powieści obnażone zostały patriarchalne zasady kierujące światem, a nawet szerzej – korzenie zła społecznego. Pokazując koszty systemu patriarchalnego, autorka pokazuje jednocześnie jakie mechanizmy i przekonania wspierają jego funkcjonowanie. Zakorzenione w samych kobietach, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Jelinek wytyka wady społeczeństwa. Jego mentalność wytycza kobiecie drogę, którą ta musi podążać. Droga ta pozbawiona jest możliwości awansu społecznego poprzez pracę zawodową, wykształcenie. Kobieta musi być posłuszna rodzicom, mężowi, podlega także silnym wpływom środowiska, które jest wobec niej bezwzględne. Poza tym kobiety nie solidaryzują się ze sobą, są bowiem rywalkami, poniżenie jednej jest triumfem drugiej, klęska jednej jest zadośćuczynieniem dla drugiej za jej upodlenie.

Made in Elfriede Jelinek?

Czy wykreowana tu przez pisarkę wizja świata jest Jelinkowa czy obiektywna? Czy mamy do czynienia z pewną patologią – zaburzeniem powszechnych norm, czy z uniwersalną diagnozą społeczną?

Wizja ta jest okrutna, bezlitosna dla rodzaju ludzkiego. Naturalnie więc, niejako instynktownie, odbiorca przyjmuje postawę kontra. Nie zgadza się, nie przyjmuje tego, co mu serwuje Jelinek. Chce, by ta diagnoza była wymysłem, kreacją, zmyśleniem, subiektywną wizją kogoś, dla kogo literatura jest odzwierciedleniem stanów depresyjnych i lękowych człowieka, komu pisarstwo pozwala odreagować emocje, z którymi inaczej nie potrafi sobie poradzić (niejako upoważnia do tego sama autorka, mówiąc o tym otwarcie).

Obawiam się jednak, że taka postawa jest oszukiwaniem samego siebie. Nieświadomość jest wygodna. Łatwiej mieć autorkę za człowieka skupionego na własnym dramacie, w pewien sposób upośledzonego życiowo i egzystować, karmiąc się złudzeniami – wizją szlachetnych, czystych, niewinnych. To jednak do niczego nie prowadzi. Do ślepego zaułka jedynie. Jeśli jednak cenimy sobie bardziej życie świadome od komfortu psychicznego i spojrzymy na siebie i swoje otoczenie z dystansem, to szybko przekonamy się, że ta diagnoza jest autorstwa przenikliwego obserwatorka rzeczywistości, widzącego więcej, dalej i szerzej, który swą niewątpliwie przerysowaną wizją próbuje wyrwać z letargu.

* Tytuł oryginalny – Die Liebhaberinnen, rok pierwszego wydania – 1975, rok pierwszego wydania polskiego – 2005.


[1] Literacki Nobel dla Jelinek, opublikowano 07.10.2004, https://www.wprost.pl/kultura/68593/Literacki-Nobel-dla-Jelinek-aktl.html, dostęp 09.05.2108.

Maska prawdę odsłoni. „Świat w płomieniach” – Siri Hustvedt

Tytuł – „Świat w płomieniach”

Autor – Siri Hustvedt

Tłumacz – Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla fanów literatury amerykańskiej, dla wybrednych, dla ceniących literaturę erudycyjną, stymulującą, dla snobów, pseudointelektualistów, malkontentów, dla feministów, seksistów, mizoginów, dla wrogów Paula Austera, dla zadających sobie pytania o istotę, dla wielbicieli po prostu dobrej literatury
  • PO CO – by się zastanowić, wytrącić się z błogostanu nieświadomości
  • MOJA OCENA – 8/6
Osobliwość formy

„Świat w płomieniach” Siri Hustvedt nie jest realizacją kolejnego neorealistycznego dzieła, na jaki obecnie panuje moda. Autorka zdecydowała się iść raczej tropem Nabokova. Jej ostatnia powieść ma bowiem nietypową strukturę, to rodzaj nietypowej biografii, bo pewnej fikcyjnej artystki. To zatem fikcyjna naukowa publikacja (fikcyjny dokument) albo inaczej rzecz ujmując rodzaj stylizacji na biografię artysty, na naukową publikację, ze wstępem redaktora, ze stosownym aparatem naukowym (z przypisami), która łączy intymny dziennik artystki z relacjami innych na jej temat (montaż źródeł). Słowem, to w wielogłos w sprawie niejakiej Harriet Burden.

Polifonia

Publikacja jawi się jako praca naukowa pod redakcją pewnego profesora estetyki, będąca kompilacją różnego rodzaju materiałów źródłowych. Jak na pracę naukową przystało, zasadniczą jej część poprzedza wstęp – „Słowo wstępne redaktora”, w którym ów redaktor przedstawia przedmiot swoich zainteresowań, badań. Wyjaśnia z czym mamy do czynienia, podaje genezę projektu – publikacji, słowem, wprowadza w świat przedstawiony. Część zasadniczą stanową fragmenty osobliwych dzienników głównej bohaterki oraz relacje osób z nią powiązanych – poszczególne rozdziały odpowiadają poszczególnym przekazom, przybierającym najróżniejsze formy (listu, wywiadu, recenzji, spisanych ustnych przekazów, relacji prasowych), a ich tytuły odpowiadają nazwiskom osób, które w taki bądź inny sposób, bezpośredni bądź pośredni, zabierają w publikacji głos.

I. V. Hess, ów profesor i redaktor publikacji, po dość przypadkowej lekturze pewnego listu autorstwa niejakiego Richarda Brickmana w prasie branżowej (w interdyscyplinarnym kwartalniku o sztuce i badaniach nad percepcją), którego bohaterką była wspomniana artystka i jej niekonwencjonalne przedsięwzięcie, zafascynowany i zaintrygowany, chcąc zaspokoić swoją rozbudzoną ciekawość, postanowił zbadać sprawę, znajdującą się w kręgu jego zainteresowań naukowych.

Niestety, nie mógł zwrócić się bezpośrednio do samej artystki, gdyż ta już nie żyła. Przedsięwziął zatem odpowiednie kroki i rozpoczął zakrojone na szeroką skalę badania. Po licznych rozmowach z bliskimi artystki, z córką, synem, przyjacielem i kochankiem, po zebraniu relacji jej przyjaciół, znajomych, ludzi związanych z jej działaniami, po przeprowadzeniu kilku wywiadów, po zaznajomieniu się z setkami stron jej prywatnych dzienników, po przeczytaniu różnego rodzaju publikacji, recenzji, artykułów, zrodził się pomysł na książkę „Świat w płomieniach” (od tytułu ostatniej pracy artystki, który ta zapożyczyła od Margaret Cavendish – siedemnastowiecznej brytyjskiej pisarki i filozof, autorki wierszy, traktatów, esejów i dramatów, publikującej pod własnym nazwiskiem, w czasach, gdy większość kobiet publikowała anonimowo, autorki „The Blazing World” – dzieła o utopijnym królestwie w nieznanym świecie, w którym władcą jest kobieta), która w efekcie stała się kompilacją zebranych materiałów źródłowych.

Portret wielokrotny

Ta wielogłosowa (łącznie dziewiętnaście głosów) narracja buduje bohaterkę widzianą z wielu różnych perspektyw. Jednak ten patchwork, kolaż, będący swoistym portretem artystki i intelektualistki, ale też kobiety, czy szerzej człowieka, sami niejako musimy stworzyć z fragmentów niekiedy nieprzystających do siebie. Co nie jest zadaniem prostym, gdyż Burden była kobietą nieokiełzaną – złożoną, niejednoznaczną, niedającą się zamknąć w schemacie, wymykającą się wszelkiemu zdefiniowaniu czy stawianym diagnozom.

W tym krótkim wstępie już poznajemy bohaterkę powieści „Świat w płomieniach” Hustved i publikacji „Świat w płomieniach” profesora Hessa, który postanowił zająć się spuścizną artystki, przybliżyć światu jej postać oraz jej idee i tym samym przywrócić należne jej miejsce w historii sztuki.

Życie i sztuka Harry’ego

„Świat w płomieniach” to opowieść o niejakiej Harriet (jednej z ciekawszych postaci kobiecej w literaturze współczesnej[1]) – o nazwisku nie bez znaczenia – Burden (ang. burden – ciężar, brzemię), która podzieliła los takich artystek jak Artemisia Gentileschi, Louise Bourgeois, Grace Hartigan, Eva Hesse, Lee Krasner, Joan Mitchell, Alice Neel czy Louise Nevelson.

To opowieść o charyzmatycznej, wykształconej, nieprzeciętnie inteligentnej, błyskotliwej, wielce oczytanej, interesującej się każdą dziedziną nauki, zbuntowanej, bezkompromisowej, gniewnej, neurotycznej, wiernej swoim przekonaniom idealistce, wrażliwej i utalentowanej, ale niespełnionej nowojorskiej artystce, latami ignorowanej przez świat sztuki, nierozumianej przez otoczenie, która co prawda dawniej wystawiała swoje prace w Nowym Jorku, ale rozczarowana ich odbiorem wycofała się z życia publicznego jako artystka, by poświęcić się roli matki i żony.

W latach dziewięćdziesiątych rozpoczęła jednak pewien eksperyment – „Pozoracje” – będący jednocześnie rodzajem performansu. Celem owego projektu miała być swoista zemsta na wrogim dla artystki świecie, w szerszej zaś perspektywie – zbadanie i odsłonięcie istoty sztuki, a nawet poznania ludzkiego.

„Świat w płomieniach” to jednak nie tylko opowieść o artystce i intelektualistce, to także opowieść o „gargantuicznej żonie” (s. 21) (Burden jest niedocenianą żoną słynnego nowojorskiego marszanda, który promując talenty innych, ignoruje dokonania własnej żony, żerując na niej), o matce, gospodyni, o kobiecie po prostu.

Harriet, dla bliskich Harry (jak nazywał ją ojciec, pragnący syna), to kobieta-monstrum, której umysł bezpośrednio splata się z ciałem[2]. Jej figura odbiega od tradycyjnie pojętego wzorca piękna. Jest postawna, bardzo wysoka, przytłaczająca wręcz, ma męską budowę ciała, duży biust, burzę bujnych loków i do tego ponadprzeciętny umysł. Zna swoją wartość, choć jest świadoma, że gdyby była mężczyzną jej kariera potoczyłaby się zupełnie inaczej – lepiej, poważniej. Nie czuje się w swym ciele idealnie, utrudnia jej ono w pewien sposób egzystencję, ale jest tego ciała w pełni świadoma i akceptuje bycie kobietą, czerpiąc z tego przyjemność i radość – z bycia matką, kochanką.

Wielowarstwowa opowieść

Powieść Hustvedt to zatem z jednej strony opowieść o kobiecości, z drugiej zaś o odsłanianiu prawdy o sztuce – o mizoginii panującej w tym pozornie otwartym, wyemancypowanym i tolerancyjny środowisku, słowem, o dyskryminacji kobiet w świecie sztuki, a szerzej o prawidłach rządzących ludzką percepcją i o ograniczonych możliwościach poznawczych – w jaki sposób podświadome wyobrażenia o płci, orientacji seksualnej, rasie i sławie wpływają na rozumienie przez odbiorców danego dzieła sztuki i o, co istotne i chyba najciekawsze, tożsamości, bo to także opowieść o zakładaniu masek, wcielaniu się w innych, by dotrzeć do siebie, swojego „ja”.

Los utalentowanej żony sławnego męża

Burden to bohaterka z krwi i kości. Inna też być nie mogła. Hustved wiedziała o czym pisze, zna bowiem doskonale położenie kobiet takich jak Harriet, sama jest kobietą-twórcą, która długo żyła (żyje?) w cieniu swego sławnego i cenionego męża, albowiem, przypomnę, Siri Hustvedt to amerykańska poetka, pisarka i eseistka, autorka tomów poezji, zbiorów esejów oraz powieści, doktor nauk humanistycznych, wykładowca, krytyk literacki i sztuk wizualnych, publikująca w prestiżowych czasopismach literackich i naukowych, przez lata badająca zagadnienia z dziedziny psychiatrii, neuronauki i neurologii, obecnie wykłada psychiatrię w nowojorskiej szkole medycznej[3], prywatnie zaś żona Paula Austera, zakwalifikowanego ostatnio do panteonu amerykańskich klasyków literatury, takich jak Faulkner, Steinbeck, Dos Passos[4].

Można jednak było się spodziewać, że dla kogoś takiego jak Harriet, ta zredukowana egzystencja (do roli żony i matki), nie wystarczy. Długo jednak artystka zaciskała zęby. Gniew, który latami hamowała jednak narastał. Po śmierci męża, w wieku sześćdziesięciu dwóch lat, zdecydowała się wyjść z ukrycia, z cienia i pokazać, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, że jeszcze pokaże…, że jeszcze udowodni kto tu jest górą.

Prześladowała mnie myśl o innym ciele, innym modelu egzystencji. (s. 39)

[…] myślałam o innych ścieżkach, alternatywnych egzystencjach, o innej Harry Burden, która mogła, powinna się była wcześniej zerwać ze smyczy […]. (s. 39)

Ja, Harriet Burden, niniejszym spowiadam się. Siłą napędową moich rozlicznych fantazji były:

1. ogólne pragnienie zemsty na palantach, cymbałach i kretynach,

2. samotność wywołana przeciągającą się bolesną izolacją intelektualną, ponieważ poruszałam się wśród zbyt wielu tytułów, o których z nikim nie mogłam porozmawiać,

3. pogłębiające się wrażenie, że zawsze byłam niezrozumiana i rozpaczliwie pragnęłam, żeby mnie zauważono, naprawdę zauważono, ale wszelkie moje starania spełzały na niczym.

W tej frustracji i zgryzocie nakręcałam się każdego dnia, jakbym była swoją starą zabawką, małpką z talerzami, i słuchałam, jak sama w nie uderzam […]. (s. 44-45)

Gorzki sukces czy sromotna klęska?

Artystka zaangażowała czy też wynajęła do realizacji „Pozoracji” trzech bardzo różnych artystów-mężczyzn – Antona Tisha, młodego twórcę, który dopiero co ukończył akademię sztuk pięknych, Phineasa Q. Eldridge’a, performera, czarnoskórego geja oraz Rune’a, celebrytę, znanego już w międzynarodowym światku artystycznym – którzy podpisali się pod jej pracami.

Dla każdego stworzyła trzy skomplikowane intertekstualne instalacje – „Historię sztuki zachodniej” dla Tisha, „Duszne pokoje” dla Eldridge’a i „Poniżej” dla Rune’a, które zostały zaprezentowane na trzech indywidualnych wystawach.

Dzieła te dotarły do szerokiego grona odbiorców jako prace trzech do tej pory nieznanych bądź znanych nielicznym artystów. Wystawy odniosły wielki sukces, potwierdzając tym samym tezy autorki. Prezentowane instalacje zyskały uznanie nie tylko odbiorców, ale i krytyki. Wynajęci artyści-mężczyźni osiągnęli zatem to, czego nie było dane zaznać faktycznej autorce-artystce-kobiecie dzieł pod jej prawdziwym nazwiskiem.

W kulminacyjnym momencie autorka projektu – eksperymentu w istocie – miała odrzucić trzy maski, za którymi się kryła, by ujawnić się i pokazać wszystkim w jakiej ułudzie żyją. Nie przewidziała jednak, że sprawy mogą nieco wymknąć się spod kontroli. Zaangażowani mężczyźni, po odniesionym przy okazji niejako sukcesie indywidualnym, nie byli skorzy do ujawnienia prawdy, do zdemaskowania całego konceptu – ogłoszenia sukcesu eksperymentu Burden. Jeden z nich odmówił przyznania się do mistyfikacji. Ujawnienie prawdy przez artystkę okazało się niemożliwe. Czy Harry poczuła gorzki smak sukcesu czy może poniosła sromotną klęskę? Udowodniła, że ma rację, ale tylko sobie, nie światu. Zatem…

Powieść o feministycznym eksperymencie filozoficznym traktatem

Interpretację „Świata w płomieniach” sprowadza się zwykle do traktowanego dość wąsko manifestu feministycznego, odnosząc go do konkretnej sfery życia, konkretnej przestrzeni. Jednak problematyka powieści sięga znacznie głębiej. Hustvedt mnożąc przykłady z dziejów ludzkości, dokumentuje nie tylko akty dyskryminacji, ale także i ignorancję wobec nich[5].

Zatem odczytywanie tej powieści w wąskich kategoriach jest rodzajem błędu w koncepcji interpretacyjnej, nie jest wystarczające, jest sporym uproszczeniem, zubożającym problematykę dzieła, jest odczytaniem tylko na jednym z wielu możliwych poziomów. Powieść traktuje bowiem o dużo bardziej złożonym zjawisku. „Świat w płomieniach” w istocie pokazuje, że „problem płci sięga głęboko ku ogólnoludzkim zagadnieniom”[6]. I nie jest osobnym, oderwanym zjawiskiem, zawieszonym w próżni. Powieść o feministycznym eksperymencie w istocie jest filozoficznym traktatem o braku niezależności, o uwarunkowaniach, od których nie jesteśmy w stanie uciec, także o mechanizmach ludzkiej percepcji, o niemożliwym poznaniu, o niedostępnej prawdzie, słowem, o ograniczonych możliwościach poznawczych.

Kierkegaard górą

Szerokie zainteresowania intelektualne autorki znajdują odzwierciedlenie w powieści. „Świat w płomieniach” przesiąknięty jest odwołaniami do nauki, historii sztuki i filozofii, niekiedy trudnymi do rozszyfrowania. Sama Hustvedt mówi nawet wprost, że książka jest próbą uprawiania filozofii za pomocą powieści[7], a nawet, że jest to po prostu powieść filozoficzna. Bliscy są tu autorce tacy filozofowie jak Friedrich Nietzsche czy, przede wszystkim, Søren Kierkegaard, którego styl dzieł bliższy jest formie literackiej i poetyckiej niż naukowej.

Kierkegaard daleki był od nadawania swoim dziełom postaci iście naukowego traktatu, w którym swoje poglądy podaje w formie gotowych twierdzeń, ostatecznych wniosków, które ograniczają możliwości interpretacyjne. Swe myśli chciał konfrontować z czytelnikiem, by skłonić go do refleksji. Poza tym ten duński filozof uprawiał twórczość pseudonimową – heteronimową (uważał, że mieszka w nim kilka odrębnych, a nawet skłóconych ze sobą osób), gdyż był zdania, że publikując pod pseudonimem czytelnicy nie będą kierowali się uprzedzeniami[8].

Te koncepcje bliskie są Hustvedt i w jej ostatniej powieści mamy tego wyraz. „Świat w płomieniach” jest bowiem przede wszystkim, w szerszym rozumieniu, najciekawszym i najistotniejszym, opowieścią o pseudonimach, maskach, słowem, o docieraniu do siebie, do swego „ja”, o poszukiwaniu swej tożsamości. Harriet wchodzi w poszczególne role. Gra matkę, żonę, artystkę, której nie satysfakcjonuje pozycja jaką zajmuje w świecie sztuki. Stawiając czoło swej egzystencji, zakłada kolejne maski, które Hustvedt za Kierkegaardem nazywa pseudonimami.

Po Gombrowiczowsku

Tu autorka bliska jest też rodzimemu Gombrowiczowi, jego gębie i formie. Człowiek bowiem odgrywa w życiu wiele różnych ról – zakłada maski, nieustannie poruszając się i zmieniając w relacjach z innymi, w zależności od kontekstu, w jakim się znajduje. Człowieka określa zewnętrzność. Jest on uwikłany w grę z innymi, a jego tożsamość kształtowana jest przez jego doświadczenie. Celem zaś zakładania masek – wchodzenia w poszczególne role – nie jest ukrycie się za nimi, ale odkrycie za ich pomocą pewnych aspektów własnego doświadczenia. To droga do poznania, objawienia (s. 72).

Istota maski

Życie Burden to poszukiwanie siebie. Zakładając kolejne maski (Harry’ego, Richarda Brickmana, Antona Tisha, Phineasa Q. Eldridge’a i Rune’a), wchodząc w kolejne role, zdobywając kolejne doświadczenie, dociera do swego „ja”.

Projekt „Pozoracje”, ten „wielki tryptyk” (s. 188), zakładał założenie trzech różnych masek poprzez wynajęcie trzech różnych artystów. Wynajęci mężczyźni już przez samo ich zaangażowanie oddziaływali na proces twórczy artystki. Z czego ta doskonale zdawała sobie sprawę. Wybierając właśnie tych mężczyzn, brała pod uwagę ich ewentualną moc sprawczą. Zakładane maski zmieniają samą bohaterkę, wywołują jej wewnętrzną transformację, ale też wpływają na jej twórczość. Artystka ulega im w pewnym sensie, poddaje się im. Wielka Wenus z instalacji Antona Tisha nie powstałaby gdyby nie Anton. To dzieło, które zrodziło się między nim a Burden, nie zostało więc stworzone przez samą artystkę. Poszczególne ekspozycje, które Burden powołała do życia, wizualnie znacznie różniły się od siebie, były bowiem tworzone przez pryzmat założonej maski.

Natura percepcji

Burden postanowiła poprzez wykorzystanie męskich masek poeksperymentować z odbiorem własnej sztuki.

[…] czy mnie interesowały eksperymenty z własnym ciałem […]. Nie. Interesowało mnie co innego – percepcja i jej zmienność, zjawisko, że przeważnie widzimy to, czego się spodziewamy. Czyż Harry, którą oglądałam w lustrze, nie zmieniała się już wystarczająco często? Zastanawiałam się, czy w ogóle potrafię ujrzeć siebie taką, jaka jestem naprawdę. Jednego dnia wydawałam się sobie w porządku, względnie szczupła […] a następnego dnia byłam obwisłą, grubą karykaturą siebie. Jak można wytłumaczyć tę przemianę, jeśli nie poglądem, że obraz własnej osoby jest w najlepszym razie mało wiarygodny? Nie, nie chciałam mieszać do tego swojego ciała, chciałam spróbować artystycznych wycieczek pod czyimiś imionami, ale chciałam czegoś więcej niż przykrywki w rodzaju „George Eliot”. Pragnęłam własnej komunikacji pośredniej à la Kierkegaard, którego maski ścierały się ze sobą i walczyły […]. Było co najmniej niejasne, jak osiągnąć tego typu transformacje w moim przypadku: coś mi zaledwie świtało w głowie, ale te przemyślenia okazały się płodne. (s. 43-44)

„Pozoracje” to swoisty intelektualny eksperyment[9], podczas którego artystka badała prawidła rządzące ludzką percepcją – w jaki sposób doświadczenie, wspomniane podświadome wyobrażenia o płci, orientacji seksualnej, rasie i sławie wpływają na rozumienie przez odbiorców danego dzieła sztuki. Harriet w swoim eksperymencie gra i manipuluje różnym na ten temat założeniami.

Palimpsest

Niewątpliwe ta polifoniczna powieść, gęsta i wielowarstwowa, pełna odniesień niełatwych do rozszyfrowania, jest erudycyjną, niezwykłą intelektualnie, pojemną i stymulującą wyprawą w świat pozornie odległy, w istocie zaś bliski każdemu. To swoisty palimpsest, który można czytać na wiele sposobów. Czy to jako powieść o feministycznym eksperymencie czy szerzej jako traktat filozoficzny o braku niezależności, o uwarunkowaniach, od których nie jesteśmy w stanie uciec, także o mechanizmach ludzkiej percepcji, o niemożliwym poznaniu, o niedostępnej prawdzie, słowem, o ograniczonych możliwościach poznawczych, będzie to wyprawa fascynująca, choć wywołująca trwogę.

* Tytuł oryginalny – The Blazing World, rok pierwszego wydania – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.


[1] Juliusz Kurkiewicz, „Świat w płomieniach”: najambitniejsza powieść Siri Hustvedt. Pisze lepiej niż jej mąż Paul Auster?, 11.02.2017, http://wyborcza.pl/7,75517,21359582,swiat-w-plomieniach-najambitniejsza-powiesc-siri-hustvedt.html, dostęp 06.04.2018.

[2] Book’s not dead, 10 Siri Hustvedt „Świat w płomieniach” [podcast, rozmowa], https://soundcloud.com/booksnotdead/10-siri-hustvedt-swiat-w-plomieniach, dostęp 10.04.2018.

[3]Grzegorz Jankowicz, Ruchome maski [rozmowa z Siri Hustvedt], opublikowani 20.11.2017, https://www.tygodnikpowszechny.pl/ruchome-maski-150907, dostęp 10.04.2018.

[4] Krzysztof Varga, „4 3 2 1”: tej wielkiej powieści nie da się zapomnieć. Paul Auster ostatecznie dołącza nią do panteonu amerykańskich klasyków, opublikowano 02.04.2018, http://wyborcza.pl/7,75517,23218715,4321-tej-wielkiej-powiesci-nie-da-sie-zapomniec-paul-auster.html, dostęp 06.04.2018.

[5] Teresa Fazan, Maski potwornej kobiety (Siri Hustvedt: ‚Świat w płomieniach’), opublikowano 01.07.2017, http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=328&artykul=6237, dostęp 17.04.2018.

[6] Ibidem.

[7] Jankowicz, op. cit.

[8] Konrad Szocik, Koncepcja prawdy subiektywnej i egzystencjalnej w filozofii Kierkegaarda, opublikowano 30.03.2008, http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5807#_f1, dostęp 15.04.2018.

[9] Book’s not dead, op. cit.

BIBLIOGRAFIA

„Mózgu/ Korytarze kryjome”*. „Grace i Grace” – Margaret Atwood

Tytuł – Grace i Grace

Autor – Margaret Atwood

Tłumacz – Aldona Biała

Wydawnictwo – Noir Sur Blanc

Rok – 1998

  • DLA KOGO – dla fanów Margaret Atwood, powieści o kobietach, powieści psychologicznych, kryminałów wiktoriańskich
  • PO CO – by spędzić czas, zmagając się z meandrami psychiki ludzkiej
  • MOJA OCENA – 6/6
„Rzemiosło” Atwood

Margaret Atwood jest autorką wielu książek: powieści, zbiorów opowiadań, tomów poezji i rozpraw krytycznoliterackich. Jak zauważa Kazimiera Szczuka, kanadyjska autorka żongluje rozmaitymi stylami. Humorystycznym, mroczno-paranoicznym, kliniczno-psychologicznym. Wykorzystuje schematy powieści popularnej, ale zawsze w sposób przewrotny[1].

Wiktoriański kryminał[2] i powieść historyczna oparta na faktach w jednym

W przypadku Grace i Grace mamy do czynienia z rodzajem wiktoriańskiego kryminału, powieścią historyczną opartą na faktach, okrytych jednak pewną do dziś nieodgadnioną tajemnicą. To zbeletryzowana opowieść o najsłynniejszej kobiecie Kanady lat czterdziestych XIX wieku, która nie pozwoliła nikomu odkryć prawdy o swej naturze.

To historia niejakiej Grace Marks alias Mary Whitney, którą jako szesnastolatkę skazano na karę śmierci zamienioną później (opinie na jej temat od samego początku były podzielone) na karę dożywocia (ze względu na młody wiek, słabość kobiety i domniemaną niepoczytalność) za współudział w zamordowaniu swego pracodawcy i jego gospodyni (rzekomego wspólnika Grace powieszono). Po niespełna trzydziestu latach przebywania w więzieniu i domu dla obłąkanych kobieta została uniewinniona i rozpoczęła nowe życie.

Grace i Grace

Podczas lektury przede wszystkim zadajemy sobie pytanie kim była owa kobieta? Katem czy ofiarą? Niewinną, zastraszoną bezwolną niewiastą zmuszoną do zbrodni czy wyrachowaną, pozbawioną skrupułów zbrodniarką, potworem w kobiecej skórze? Obłąkaną czy tylko obłąkaną udającą?

Kobieta (nastolatka właściwie) wzbudzała skrajne uczucia, bardzo różnie ją odbierano i oceniano:

[…] o mnie napisano – że jestem nieludzkim potworem w skórze kobiety, że jestem niewinną ofiarą łajdaka, który pozbawił mnie własnej woli i groził mi śmiercią, że byłam zbyt nieświadoma, żeby wiedzieć, jak mam postąpić, i że powieszenie mnie byłoby przestępstwem popełnionym w majestacie prawa, że lubię zwierzęta, że jestem bardzo przystojna i mam świetlistą cerę, że mam niebieskie oczy, że mam zielone oczy, że mam kasztanowate, a także brązowe włosy, że jestem wysoka, ale również średniego wzrostu, że jestem dobrze i porządnie ubrana, że obrabowałam w tym celu zamordowaną kobietę, że sprawnie wykonuję swoją pracę, że mam kapryśne i kłótliwe usposobienie, że raczej sprawiam wrażenie osoby wyższego stanu, że jestem dobrą dziewczyną o ustępliwej naturze i nie można mi nic zarzucić, że jestem podstępna i kłamliwa, że mam nie po kolei w głowie i że jestem niewiele mądrzejsza od idioty. Ciekawe, jak można mówić o mnie tyle różnych rzeczy naraz? (s. 33)

Pozornie w powieści chodzi o odpowiedź na to pytanie kim była Grace Marks. Ale powieść Atwood nie byłaby powieścią Atwood, gdyby sprawa była tak prosta. W istocie nie chodzi bowiem o prawdę, tylko o portret psychologiczny osadzonej. A ten Atwood tworzy po mistrzowsku.

Forma

Grace poznajemy z podwójnej (dwugłosowej) narracji. Trzecioosobowej, z perspektywy psychiatry, który przybył, by zdiagnozować osadzoną oraz pierwszoosobowej, którą stanowią spostrzeżenia, wnioski, refleksje, myśli samej osadzonej. To jednak nie wszystko. Dodatkiem są wiersze otwierające każdy rozdział, będące swojego rodzaju komentarzami, a także listy, wspomnienia, rozmaite relacje, raporty i doniesienia prasowe.

Nienasycenia

Ta wielogłosowość sprawia, że te rozsypane kawałki odbiorca sam musi poskładać. Nie dane mu jednak będzie zaznać satysfakcji. Nie powstanie bowiem spójna całość. Pozostanie wiele luk, zadanych pytań bez odpowiedzi. Otwarte zakończenie przyniesie dodatkowo frustrację… Na pocieszenie mamy jedynie słowa samej autorki, która radzi czytelnikowi, „aby nie opowiadał się po żadnej ze stron, nie osądzał, stosując prosty podział na „winny” lub „niewinny”. Zdaniem Atwood musimy zaakceptować fakt, że są pytania, na które nigdy nie poznamy jednoznacznej odpowiedzi”[3].

Nie zmienia to jednak faktu, że lektura tej nieoczywistej polifonicznej powieść jest ucztą pierwszej klasy, w której autentyczność miesza się z literacką fikcją. Nie jesteśmy w stanie oddzielić tych dwóch światów. Atwood na podstawie znanych faktów, zdobytych informacji, materiałów archiwalnych, korespondencji dotyczącej oskarżonej, doniesień prasowych z tamtych czasów stworzyła, wypełniając puste miejsca fikcją, intrygującą opowieść.

Próba poznania niepoznawalnego

Główną bohaterkę powieści poznajemy, gdy ta odsiaduje w więzieniu wyrok dożywocia. Grace udało się uniknąć śmierci dzięki staraniom adwokata i grupy obywateli, którzy uparcie wnosili o jej uniewinnienie. Pod naciskiem opinii publicznej sędzia przystał na to, aby zamienić karę śmierci na dożywocie. Jednak obrońcy kobiety nie dawali za wygraną. Duchowny wraz z lokalną społecznością wciąż czynił starania, by Grace uniewinnić. Pomóc miała opinia pewnego ambitnego o sporych aspiracjach psychiatry ze Stanów Zjednoczonych.

Do więzienia przybył zatem Simon Jordan – ów lekarz, by zbadać meandry umysłu osadzonej. Ich rozmowy – teraźniejszość – odbywające się w salonie komendanta więzienia, odsłaniają przed czytelnikiem historię życia Grace Marks – przeszłość.

Każde kolejne spotkanie odkrywa stopniowo przeszłość Grace, krok po kroku zbliżając do wydarzeń, które zaprowadziły ją niemalże na szafot – do miejsca, w którym obecnie się znajduje. Z rozmów tych dowiadujemy się między innymi o jej trudnym dzieciństwie spędzonym w Irlandii, o biedzie, o ojcu alkoholiku, w końcu o emigracji całej rodziny do Kanady, o śmierci matki na statku, pogrzebie, o dotarciu do nowej ojczyzny i niełatwych początkach lepszego życia. Dalej o pracy w domu państwa Parkinsonów, u którym służyła niejaka Mary Whitney, o ich przyjaźni, o śmierci Mary, w końcu o tym, jak Grace trafiła na służbę do niejakiego Thomasa Kinneara – tego, którego rzekomo wraz z Jamesem McDermottem zamordowała.

Podczas tych spotkań, osadzona nie ucieka od odpowiedzi, jest otwarta i życzliwa. Jednak każda jej myśl, wypowiedź uzmysławia nam, że nie mamy do czynienia z bezwolną i złamaną istotą, tylko z samoświadomą kobietą o skomplikowanej, bo niejednoznacznej naturze, która fascynuje nas coraz bardziej, mimo że czujemy, iż wodzi nas za nos, że pogrywa sobie z nami, tak samo jak i doktorem. Słowem, że prowadzi własną grę, której reguły sama dyktuje.

Wymykająca się poznanie

Autorka nie odpowiada jednoznacznie na nurtujące pytanie: jaka jest Grace? Która miałaby przybliżyć do prawdy. Z tych spotkań i rozmów wyłania się wielowymiarowa, niejednoznaczna natura Grace. Wymyka się skrajnym, jednoznacznym, czarno-białym opiniom. Nie jest kobietą niewinną i bezwolną, ale też trudno powiedzieć, że jest zdemoralizowaną i wyrachowaną prowodyrką. Jest z pewnością kobietą opanowaną i powściągliwą, ale i samoświadomą, silną, pewną siebie, logicznie myślącą o odważnych i sprecyzowanych poglądach, wolną od konwenansów, stereotypów, daleką od skostniałych i konserwatywnych poglądów:

To obłudnicy, myślą, że kościół to klatka, w której można zamknąć Boga, żeby nie włóczył się po ziemi w ciągu tygodnia, wtrącając się w ich sprawy i zaglądając w głębiny, mrok i hipokryzję ich serc oraz stwierdzając brak prawdziwej dobroci. Wierzą, że może im zawracać głowę tylko w niedziele, kiedy mają na sobie najlepsze ubrania i przybierają świętobliwe miny, myją do czysta ręce i zakładają rękawiczki i wszystko mają z góry przygotowane. (s. 244)

[…] łóżko to takie spokojne miejsce, które […] oznacza odpoczynek i twardy sen. Ale nie dla każdego jest takie. W łóżku może się dziać wiele złego. To tam przychodzimy na świat, co jest pierwszym niebezpieczeństwem w naszym życiu; i tam kobiety rodzą dzieci, często przy tym umierając. Tam odbywa się akt między mężczyzną a kobietą, […]. Niektórzy nazywają to miłością, inni niedolą albo przynajmniej niewygodą, którą muszą ścierpieć. I wreszcie łóżko to miejsce, w którym śpimy, śnimy i często umieramy. (s. 159)

Nie docieramy jednak do sedna bohaterki. Co z jednej strony wywołuje konsternację odbiorcy, z drugiej jednak, po zastanowieniu, musimy przyznać, że jest to jedynie słuszne rozwiązanie – brak w istocie rozwiązania wydaje się po prostu najbliższy prawdy, autentyczny, najwięcej mówiący o rzeczywistości.

Historia ducha tamtego czasu

To jednak nie wszystko. Grace i Grace to również fascynująca historia ducha tamtego czasu. Opowieść o słynnej morderczyni nie jest pozbawiona tła, które stanowi tu istotny element. Uwydatnia bowiem złożoność problemu i umieszcza sprawę w szerszym kontekście.

Atwood przemyca tu niejako opowieść o kanadyjskim społeczeństwie epoki wiktoriańskiej, o jego zwyczajach, modach, mentalności, postrzeganiu rzeczywistości. Możemy więc obserwować zachodzące zmiany społeczne i obyczajowe. Autorka przywołuje sprawy, które były wówczas w orbicie zainteresowań pewnych kręgów i które szeroko komentowano. Zainteresowanie ludzkim umysłem, wszelkimi odchyleniami od normy, przyczyniło się do rozwoju rozmaitych teorii na ten temat. Ciekawość budziły takie kwestie jak pamięć, amnezja, somnambulizm, sny, histeria, stany transowe, hipnoza, spirytyzm, mesmeryzm.

Szukając więc sposobu dotarcia do prawdy – poznania meandrów psychiki kobiety (Grace) i odkrycia prawdy (winna czy niewinna) – zaintrygowane kręgi szukały odpowiedniego klucza.

Atwood zaś zainteresowana procesem kształtowania się opinii publicznej na temat skazanej, analizuje stosunek społeczności do osadzonej i naszkicuje jej portret zbiorowy, który jest nie mniej fascynujący niż portret psychologiczny samej Grace.

* Emily Dickinson, 670 (Nie trzeba być Komnatą…), w, Wiersze wybrane, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016, s. 159.

** Tytuł oryginalny – Alias Grace, rok pierwszego wydania – 1996, rok pierwszego wydania polskiego – 1998.


[1] Kazimiera Szczuka, Witajcie w Gileadzie, opublikowano 10.04.2006, https://kultura.onet.pl/wiadomosci/witajcie-w-gileadzie/rf801fx, dostęp 18.02.2018.

[2] Ibidem.

[3] „Grace i Grace” Margaret Atwood – historia XIX-wiecznej morderczyni, o której do dziś nie znamy całej prawdy, opublikowano 02.12.2017, http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/grace-i-grace-margaret-atwood-historia-xix-wiecznej-morderczyni-o-ktorej-do-dzis-nie-znamy-calej-prawdy/, dostęp 18.02.2018.

BIBLIOGRAFIA
  1. „Grace i Grace” Margaret Atwood – historia XIX-wiecznej morderczyni, o której do dziś nie znamy całej prawdy, opublikowano 02.12.2017, http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/grace-i-grace-margaret-atwood-historia-xix-wiecznej-morderczyni-o-ktorej-do-dzis-nie-znamy-calej-prawdy/, dostęp 18.02.2018.
  2. Atwood Margaret, Posłowie, w, Grace i Grace, Warszawa 1998.
  3. Dickinson Emily, Wiersze wybrane, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016.
  4. Janota Paulina, Winna czy niewinna?, opublikowano 10.01.2018, http://booklips.pl/recenzje/winna-czy-niewinna/, dostęp 18.02.2018.
  5. Szczuka Kazimiera, Witajcie w Gileadzie, opublikowano 10.04.2006, https://kultura.onet.pl/wiadomosci/witajcie-w-gileadzie/rf801fx, dostęp 18.02.2018.

Zgubna świadomość. „Dziewczyna z poczty” – Stefan Zweig

Tytuł – Dziewczyna z poczty

Autor – Stefan Zweig

Tłumacz – Karolina Niedenthal

Wydawnictwo – WAB

Seria  Nowy Kanon

Rok – 2012

  • DLA KOGO – dla tych, którzy przeczytane dzieło chcą długo nosić w sobie, dla fanów literatury niemieckojęzycznej i austriackiej, dla wielbicieli Stefana Zweiga i międzywojnia, dla koneserów dobrej literatury, dla ceniących sobie dobrze skonstruowaną fabułę, dla których styl, język, forma nie są obojętne
  • PO CO – by poczuć
  • MOJA OCENA – 6/6
Uczta dla wybrednych

Czym jest publikacja dzieła niedokończonego przez autora? Ucztą dla znawców, badaczy, koneserów twórcy, psychofanów pisarza. Czy może być ucztą w oderwaniu od kontekstu, będąc samoistnym integralnym dziełem dla zwykłych bałowchwalców literatury? Dziewczyna z poczty Stefana Zweiga dowodzi, że tak.

Powieść najsmutniejszego pisarza na świecie[1] jest dziełem niedokończonym. Została opublikowana czterdzieści lat po śmierci autora staraniem wydawcy, który zebrał rozproszone fragmenty. Niemalże na kolejne tyle musiał czekać polski czytelnik.

I tak, i nie

Niewątpliwie publikacja tej powieści przypomniała o Stefanie Zweigu, pisarzu nieco zapomnianym, choć mającym stałe grono wiernych odbiorców, swego czasu bardzo poczytnym, znanym i znaczącym w kręgach literackich, ale swego czasu nie tak cenionym w europejskich kręgach literackich jak inni twórcy niemieckojęzyczni. Zweig pisał swoje utwory zwykle lekko, sprawnie i szybko, co wzbudzało podejrzenia fachowców. Szeroki odbiór jego tekstów nakazywał zaliczyć go do grona twórców literatury popularnej, rozrywkowej, przeznaczonej dla przeciętnego czytelnika, a nie wyrafinowanego intelektualisty.

Najsmutniejszy pisarz na świecie

Stefan Zweig to właściwie wybraniec fortuny. Zaznał jednak nie tylko dostatku i uznania, ale i odrzucenia. Pełen energii i entuzjazmu, pogodny, odnoszący sukcesy, czerpiący radość z życia, stał się w końcu nadwrażliwym niespokojnym duchem, melancholikiem popadającym w stany depresyjne, pozbawionym wiary w lepszą przyszłość.

Austriak, Wiedeńczyk, Żyd, syn milionera, przed którym świat stał otworem. Pozbawiony trudów życia powszedniego, wybitnie uzdolniony, wiódł lekką i beztroską egzystencję. Oddawał się studiom (historii sztuki i filozofii, z której uzyskał doktorat) i poznawaniu świata. Podróżował po całym globie, znał największe tuzy wśród artystów i intelektualistów tamtego czasu, sam będąc wówczas postacią niezwykle popularną.

Autor wierszy, dramatów, opowiadań, powieści, biografii, licznych tłumaczeń. Kosmopolita, intelektualista, humanista, znawca ludzkiej psychiki, przeciwnik faszyzmu, pacyfista, pragnął pokoju za wszelką cenę, wojna była dla niego końcem tego wszystkiego, co ludzkość dotychczas osiągnęła.

Został zmuszony do opuszczenia Austrii, do której już nigdy nie powrócił. Tułając się po świecie, szukał miejsca dla siebie. Ze swoimi pacyfistycznymi poglądami nie mógł i nie był w stanie zaznać spokoju w rasistowskiej Europie. Na emigracji w Brazylii pogrążony w rozpaczy wraz z żoną popełnił samobójstwo – wyraz protestu przeciw Hitlerowi[2].

Dzieło niedokończone

Dziewczyna z poczty nie powstała od razu, jest efektem kompozycyjnych przekształceń. W tym najmroczniejszym momencie swego życia, po wygnaniu, tułając się, Zweig rozpoczął nad nią pracę. Okoliczność niewątpliwie wpłynęły na wymowę powstającego dzieła. Pisarz porzucił pracę nad powieścią na jakiś czas, by powrócić do niej, nie stawiając jednak kropki nad i. Ten niedokończony tekst, zatytułowany roboczo Historia panienki z poczty, został wydany jako Odurzenie przemianą, w Polsce zaś jako Dziewczyna z poczty w serii „Nowy Kanon” wydawnictwa WAB przy współpracy z The New York Review of Books.

Błoga nieświadomość

To opowieść o dwudziestoośmioletniej Christine Hoflehner, asystentce oddziału urzędu pocztowego na austriackiej prowincji, która nieświadoma uroków życia pędziła ledwie znośny żywot. I wojna światowa zrujnowała jej rodzinę. Odebrała jej wszystko. W każdym sensie. Człowiek poszczególny w Austrii wciąż pogrążonej w kryzysie musiał zadowolić się minimum, które urągało jego godności. Zanurzony w apatii zmagał się z biedą, poczuciem beznadziei i braku sensu. Wegetował:

[…] ciasny stryszek ledwie starcza do życia, raczej tylko przygotowuje do jeszcze węższej trumny. (s. 19)*

Odurzenie metamorfozą

Dziewczynie z poczty dane jednak było wyrwać się z tego marazmu i przenieść na krótki czas do innego wymiaru, co odmieniło jej marną egzystencję, jak się wkrótce okazało, na dobre. Wystarczył telegram bogatej ciotki z Ameryki, próbującej uspokoić swe sumienie, z zaproszeniem na kilka dni do ekskluzywnego kurortu gdzieś w szwajcarskich górach. Christine, staczając wewnętrzny bój, zdecydowała się na opuszczenie swego posterunku. Pełna obaw, niepewnie, wyruszyła w podróż, w istocie, jak czas pokazał, w jedną stronę.

Wylądowała w zupełnie innej rzeczywistości. Ni jak nie przystającej do niej. Bogatej, luksusowej, barwnej, beztroskiej, pełnej przepychu, blichtru. Instynktownie wręcz, bez udziału świadomości, dała się ponieść, świadomie już nie buntując się, nie czyniąc nawet drobnego gestu sprzeciwu, wiedząc znów instynktownie, podświadomie, że teraz albo nigdy:

[…] gdyby nie przypadek, gdyby nie ta podróż, mogłaby umrzeć sczeznąć i zmienić się w proch, nie przeczuwając nawet, że w ogóle istnieją, nigdy nie doświadczywszy ich wspaniałości. Żyło się tak obok tego wszystkiego, nigdy tego nie widząc i nawet nie chcąc zobaczyć; bujało się bez sensu w obłokach, w swym malutkim pokoju, niewiele szerszym niż rozłożone ręce, niewiele dłuższym niż rozprostowane nogi, a tu już po jednej nocy, po jednym dniu rozpościera się przed człowiekiem owa nieskończona nieskończoność! Nagle po raz pierwszy do obojętnego do tej pory i niczego niepragnącego umysłu zakrada się niejasne poczucie jakiejś straty, po raz pierwszy w zetknięciu z tą niezmierzoną potęgą doświadcza się mocy porywającej duszę podróży, która jednym jedynym ruchem może zedrzeć twardą skorupę, starych przyzwyczajeń, wyrzucając nagie, płodne ziarenko w kipiący żywioł przemiany. (s. 43)

Kilka chwil wystarczyło, by początkowo zagubiona kobieta poczuła się jak u siebie:

Odnosi wrażenie, że niesie ją fala, błogi wiatr; od dziecięcych dni nie czuła się podobnie lekko, równie uskrzydlona: właśnie tak zaczyna się odurzenie przemianą. (s. 72)

[…] żyje w pożyczonym luksusie, jakby był jej własny! (s. 157)

Przemiana z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia dokonała się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Dziewczyna z poczty, Christine Hoflehner przeistoczyła się niemalże w jednej chwili w Christine van Boolen, młodą, piękną, atrakcyjną damę, duszę towarzystwa, zaskarbiającą sobie przychylność elity, pożądaną przez wszystkich mężczyzn i wzbudzającą zazdrość innych kobiet.

Przesuwający się na oknem pociągu krajobraz, pożyczona garderoba, drobne zakupy, wizyta u fryzjera, zbieg pewnych okoliczności, przypadków, wszystko to uczyniło z prowincjonalnej urzędniczki czarującą bywalczynię salonów. Przemiana dokonała się nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz kobiety. Wszystko to niejako obudziło ją ze snu, w którym do tej pory była pogrążona. Otworzyło jej oczy, uświadomiło i rozbudziło potrzeby, pragnienia, marzenia, aspiracje, ambicje. Pobudziło do życia, do bycia:

[…] tylko w siebie, w siebie samą się teraz wsłuchuje, w swoje latami tłamszone, uciskane, uciśnione ja, które teraz nagle w wielkim bólu się w niej burzy i rozsadza pierś. (s. 167)

Nastąpiła metamorfoza Christine. Dziewczyna porzuciła dawną tożsamość, by zyskać nową. Odurzona przemianą, choć świadoma w pełni procesu, który zaszedł, żyła pełnią nowego życia. Miała wątpliwości czy była do tej pory tą, za którą się miała, ale wiedziała, że nie jest tą, za którą inni teraz ją mają. Była świadoma oszustwa, mimo to brnęła w nie coraz głębiej:

Taki wytworny, światowy człowiek i nie rozpoznał w niej przebranej za damę oszustki […]. Dopiero teraz poczuła się w prawie, żeby tu przebywać. (s. 73)

Zgubna świadomość

Ułuda nie mogła jednak trwać zbyt długo. Prawda prędzej czy później musiała wyjść na jaw. Czar błyskawicznie prysł. Snobistyczne towarzystwo beztroskich ignorantów, pełne hipokryzji, żądne krwi, tylko czyhało na okazję, by bezlitośnie móc pogrążyć nieszczęśnika. Chcąc też zemścić się za to, że wprowadzono je w błąd, gotowe było na wszystko. Przezorna jednak ciotka nie pozwoliła na to. Chcąc uniknąć skandalu, bezlitośnie, nie licząc się z uczuciami krewnej, odprawiła siostrzenicę najszybciej jak tylko mogła.

Powrót do dawnego świata okazał się brutalny. Nic już nie było takie jak dawniej. Egzystencja dotąd ledwie znośna, stała się wegetacją niemożliwą do zniesienia:

[…] czuje tylko siebie, swoją samotność w tym pokoju, w tym budynku, we wszechświecie, kawałek oddychającego, drżącego mięsa, jeszcze ciepłego […]. Takie mocne obumieranie od wewnątrz, odmrażanie i zamarzanie kawałek po kawałku […]. (s. 172)

[…] wpatruje się w resztki fantomu, którym była. (s. 173)

Można dostrzec w tym zapowiedź przyszłej tragedii, konsekwencji nieodwracalnych, ale i nadziei na poprawę losu!

Pod pretekstem odwiedzin siostry, pod wpływem impulsu, Christine wyruszyła do Wiednia, by znów poczuć się szczęśliwą. Niestety, nie było jej to dane. Nawiązała tam jednak znajomość z niejakim Ferdinadem – bratnią duszą, mężczyzną, tak jak ona rozczarowanym rzeczywistością, bez perspektyw na lepsze jutro. Z każdą chwilą rozumieli się coraz lepiej, z każdą chwilą łączyło ich coraz więcej, z każdą chwilą więź między nimi stawała się coraz mocniejsza. Wspólne chwile były dla nich rodzajem pocieszenia, jednak bieda, poczucie beznadziei, brak szansy na odmianę losu, wyjścię z ubóstwa, marazmu, apatii, wegetacji uniemożliwiał szczęście tych dwojga.

Nie dać się

Ta przypadkowa znajomość zaczęła nieść jednak nadzieję. Będąc u kresu wytrzymałości, zbuntowali się przeciw rzeczywistość. Postanowili rzucić wyzwanie losowi:

Podejmujemy to ryzykowne przedsięwzięcie, kładąc na szli własne życie, aby móc swobodnie żyć, przynajmniej przez jakiś czas. (s. 312)

Kunszt pisarza

Dziewczyna z poczty to opowieść o monadzie z historią w tle. W dusznym, apatycznym, szarym, brudnym i wrogim świecie, rozgrywa się dramat młodej kobiety, która rozczarowana rzeczywistością, zapragnęła więcej. Zweig ze znawstwem oddaje tu zniuansowane meandry kobiecej psychiki. Brawurowo portretuje jednak nie tylko jednostkę, ale i zbiorowość. Jest tu niezrównanym psychologiem natury ludzkiej.

Powieść Zweiga jest dziełem nieukończonym (nie wiemy co było zamiarem twórcy, a czego autor nie zdążył dopracować). Odbiorca podczas lektury nie odczuwa jednak tego. Brak ujednoliconej formy tylko pozornie jest zarzutem wobec utworu. Wraz z otwartym zakończeniem – intryga nie ma rozwiązania, powieść kończy się w miejscu, w którym mogłaby zacząć się od nowa – okazuje się atutem powieści.

Należy jednak doprecyzować, że brak tej ujednoliconej formy nie oznacza fragmentaryczności dzieła, nie oznacza zestawienia zróżnicowanych jakościowo i formalnie fragmentów. Powieść jest spójną, logiczną, samoistną całością. Brak jednoznacznego zakończenia równie dobrze może być zakończeniem po prostu. Zakończeniem otwartym, pozostawiającym los bohaterów w rękach odbiorcy. Lektura okazuje się więc ucztą na wysokim poziomie.

Uniwersalna wymowa

Dziewczyna z poczty to uniwersalna opowieść o ludziach pełnych lęku przed jutrem, zagubionych w bezwzględnej rzeczywistości, gotowych jednak walczyć. To opowieść o poszukiwaniu własnego „ja”, o bólu istnienia, o uwieraniu życia, o rozbudzonych nadziejach, marzeniach, aspiracjach, ambicjach, o próbie zawalczenia o siebie i swoje miejsce w świecie, o wyrwaniu kawałka tortu dla siebie.

Warto pamiętać, że to ostatnie dzieło tego austriackiego pisarza jest też świadectwem jego ducha.

Ps. Polecam więcej cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

*Wszystkie cytaty z pochodzą z tomu, Dziewczyna z poczty, Stefan Zweig, Warszawa 2012.

**Tytuł oryginalny – Rauch der Verwandlung, rok pierwszego wydania – 1982, rok pierwszego wydania polskiego – 2012.


[1] Janusz Rudnicki, Najsmutniejszy pisarz na świecie, „Książki. Magazyn do Czytania”, nr 4/27.

[2] Zob.: Strona poświęcona Stefanowi Zweigowi, http://www.stefanzweig.org/zweig_bf.htm, dostęp 31.01.2018; Tomasz Małyszka, Posłowie, w, Stefan Zweig, Dziewczyna z poczty, Warszawa, 2012.

BIBLIOGRAFIA
  1. Grand Budapest Hotel, reż. Wes Anderson, USA, Niemcy, 2014.
  2. Małyszka Tomasz, Posłowie, w, Stefan Zweig, Dziewczyna z poczty, Warszawa, 2012.
  3. Na zawsze twoja, reż. Patrice Leconte, Belgia, Francja, 2013.
  4. Ostatnie dni Stefana Zweiga, Laurent Seksik, Guillaume Sorel, Warszawa.
  5. Pożegnanie z Europą, reż. Maria Schrader, Austria, Francja, Niemcy, 2016.
  6. Rudnicki Janusz, Najsmutniejszy pisarz na świecie, „Książki. Magazyn do Czytania”, nr 4/27.
  7. Strona poświęcona Stefanowi Zweigowi, http://www.stefanzweig.org/zweig_bf.htm.
  8. Zweig Stefan, Świat wczorajszy. Wspomnienia pewnego Europejczyka, Warszawa, 2015.