Dokąd zmierzamy? „Ludzie na drzewach” – Hanya Yanagihara

Tytuł – Ludzie na drzewach

Autor – Hanya Yanagihara

Tłumacz – Jolanta Kozak

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla fanów Hanyi Yanagihary i współczesnej literatury amerykańskiej, dla amatorów antropologii, dla ignorantów
  • PO CO – by zrewidować swoje przekonania, by pojąć, zrozumieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Uroki debiutów

Debiuty literackie mają swój niepowtarzalny urok. Te pierwsze utwory, które twórcy decydują się puścić w świat są zawsze wielką niewiadomą, zagadką. Oczekiwania odbiorców są w istocie żadne, choć jednocześnie, paradoksalnie, nadzieje zawsze spore. Gdy debiuty okazują się porażką, nikt się nie dziwi i wszyscy wybaczają, puszczają w niepamięć, gdy zaś okazują się wybitnym osiągnięciem, zachwytom nie ma końca i pamięć o tym jest wiecznie żywa.

Z pewnością, jeśli chcemy delektować się literaturą tu i teraz, nie należy zaczynać od debiutu danego twórcy, gdyż możemy zrazić się skutecznie i już nie mieć ochoty sięgać po inne dzieła tegoż autora. Jeśli jednak chcemy na literaturę spojrzeć nieco szerzej, jak na proces, to debiut jest tu jednym z istotniejszych ogniw.

Powieść Ludzie na drzewach Hanya Yanagihara*, debiut właśnie, z pewnością gdyby ukazała się na polskim rynku jako pierwsza powieść amerykańskiej autorki pewno przeszłaby bez echa. Ale stało się inaczej. Najpierw ukazała się druga powieść w dorobku pisarki, która stała się ogromnym sukcesem. Wydawca dopiero wówczas zdecydował się na wydanie wspomnianego debiutu. Poszedł za ciosem, wykalkulował, że jaki ten debiut by nie był, przyniesie z pewnością zysk.

Ja okazałam się modelowym czytelnikiem. Małe życie było dla mnie doświadczeniem nieprawdopodobny, więc oczywiste, że gdy tylko dotarła do mnie pogłoska o wydaniu drugiej (choć faktycznie pierwszej) powieści Hanya Yanagihary, zaczęłam zacierać ręce.

Dżungla życia

Bez oczekiwań

Mając świadomość, że Ludzie… to debiut, nie miałam wygórowanych oczekiwań. Na szczęście. Dzięki temu nie doświadczyłam rozczarowania, dzięki temu mogłam docenić, poczuć intensywność i wagę.

Wprawdzie z niespełna pięciuset stron wyrzuciłabym przynajmniej ze trzysta, bo przyznam, że znużeniem i irytacją napawała lektura środkowej – choć zasadniczej – części powieści, to reszta kłuła dotkliwie (zredukowanie do opowiadania, byłoby genialnym posunięciem), co podczas aktu czytania jest dla mnie jednym z cenniejszych doznań.

Temat i problematyka rewelacyjne, świat przedstawiony, bohaterowie też, również forma, język, konstrukcja. Realizacji przedsięwzięcia, poza nużącym fragmentem, inni twórcy mogą pozazdrościć. Ale po kolei…

Forma i treść

Inspiracją dla autorki powieści był niejaki Daniel Carleton Gajdusek – amerykański wirusolog i pediatra, noblista w dziedzinie fizjologii i medycyny, opiekun kilkadziesięciorga dzieci sprowadzonych z wysp Pacyfiku, oskarżony przez jedno z nich o molestowanie seksualne i u schyłku życia skazany za pedofilię, który po odbyciu krótkiej kary (doszło do ugody) zaszył się w Europie (Francja, Holandia, Norwegia) i pisał pamiętniki[1].

Powieść (fabularyzowana biografia zniesławionego badacza) jest swego rodzaju połączeniem biografii z autobiografią amerykańskiego naukowca, niejakiego Abrahama Nortona Periny, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, ojca ponad czterdzieściorga adoptowanych z Mikronezji dzieci, który, w wyniku oskarżenia przez jedno z nich o molestowanie seksualne, został skazany na dwadzieścia cztery miesiące więzienia za przestępstwa seksualne na nieletnich. Jest też przy tym swego rodzaju powieścią szkatułkową.

Otóż niejaki Ronald Kubodera, współpracownik badacza, przyjaciel, który święcie wierzy, że Perina jest niewinny, postanowił zdać sprawozdanie z zaistniałej sytuacji i w ten sposób przywrócić nobliście dobre imię. By swą relację uzupełnić i udowodnić, że ma rację, nakłonił przebywającego w więzieniu badacza do spisania wspomnień, które ukażą prawdę. Kubodera, po dokonanej przez siebie redakcji notatek Periny, włączył je do swojej relacji wraz z kilkoma doniesieniami prasowymi. Zdania Kubodery stanowią wstęp i w istocie zakończenie powieści, meritum zaś wspomnienia Nortona, które zostały opatrzone rozległymi przypisami Ronalda. To sprawia, że odbiorca może ulec złudzeniu, że ma do czynienia nie z fikcją, ale z czystą prawdą, gdyż przypisy te mają charakter wręcz naukowego opracowania.

Jednak ingerencja Kubodery w tekst noblisty nie jest tylko wyjaśnieniem czy komentarzem na marginesie, jest czymś znacznie poważniejszym. W istocie jest manipulacją – Kubodera próbuje chronić naukowca – usuwa niektóre fragmenty, uznając je za nieistotne, przestawia też kolejność wspomnień Periny, zmieniając w ten sposób cały wydźwięk jego relacji. Zatem nie poprzestaje na byciu redaktorem, staje się wręcz cenzorem.

Co ważniejsze?

Jaka jest prawda? Czy noblista był katem swych dzieci, czy może stał się ofiarą swych podopiecznych? Ale czy ta prawda jest tu najistotniejsza? Z punktu widzenia czytelnika, dla którego fabuła jest podstawą, jest najważniejsza, to tak. I tu takowy odbiorca z pewnością się nie zawiedzie, gdyż autorka będzie trzymać go do samego końca w napięciu, nie da mu nawet na chwilę odetchnąć. Jednak z punktu widzenia tych czytelników, dla których ważniejsza jest wymowa utworu, to z pewnością owa prawda zejdzie na drugi plan.

Jaka jest więc ta wymowa Ludzi na drzewach?

Dziś        

Z relacji Kubodery poznajemy teraźniejszość, natomiast z relacji Periny całą przeszłość.

Autorka zaczyna snuć swą historię od końca. Już pierwsze strony powieści odsłaniają przed odbiorcami kwestie zdawałoby się zasadnicze. Kubodera w swej relacji już na początku podaje informacje, które dla fabuły pozornie są najistotniejsze – dotyczą one czasu teraźniejszego i stanowią niejako puentę powieści.

Wczoraj

Cała reszta, poza zakończeniem, które, jak już wspomniałam w istocie należy do Kubodery, to opowieść Periny, będąca retrospekcją, stanowi fundament historii i nakreśla całe tło, okoliczności zaistniałej sytuacji. Dzięki niej poznajemy dzieciństwo głównego bohatera, jego dom, rodzinę – rodziców, brata, ciotkę, później czas studiów, dalej wyprawę w tropiki, adopcje dzieci, rozwój kariery badacza i głośny jego upadek. Ale to nie wszystko. Poznajemy tu nie tylko sumę faktów zewnętrznych, ale też to, co skrywa się pod nią – osobowość głównego bohatera, jego naturę, odbiór rzeczywistość w której żył, której doświadczał.

Ta zasadnicza część powieści – meritum – jest intrygująca i wciągająca, ale też i nużąca, również wiarygodna i przekonująca, ale też jak z powieści przygodowej, z której człowiek dawno wyrósł. Przyznam, że, te podobno najciekawsze fragmenty – iście antropologiczne – które obrazują dżunglę, jej dzikość, jej naturę, faunę, florę, klimat, jej mieszkańców, ich język, tradycję, obrzędy, zachowania i zwyczaje, były dla mnie sporym wyzwaniem. Choć wręcz kunsztowne, namacalne, szczegółowe, wyczerpujące wywoływały nie tylko znużenie, ale i irytację, bo skutecznie zniechęcały do lektury i, co istotniejsze, usypiały czujność.

Bohater

Dla mnie najciekawsze było to, co poza tym. A poza tym był on – główny bohater, Abraham Nortona Perina. I tu ukazuje się autorka znana z Małego życia. Właśnie tu ujawnia się ten charakterystyczny dla Yanagihary bohater – postać intrygująca, bo niejednoznaczna, skomplikowana wielce. Stosunek odbiorcy do niego jest ambiwalentny, wywołuje on konsternację, wprawia w zakłopotanie, bo nie pozwala na jednoznaczne oceny. Dostrzegamy deficyty jego osobowości i nie wiemy czy go lubimy, współczujemy mu czy może wzbudza w nas niesmak i wstręt. Niedostępny i nieodgadniony „jest […] wymodelowany […] na wzór Adriana Leverkühna”[2]. To „[…] człowiek o wybitnych zdolnościach i zasługach, podziwiany przez otoczenie, lecz zarazem skonfliktowany z nim, mający jednoznacznie negatywną opinię o swoich bliźnich i zupełnie samotny w życiu pozazawodowym”[3].

Kreacja wspomnień

Wspomnienia ze swej natury nie są obiektywne, są kreacją autora, w której jego bohater – on sam – jest postacią wyidealizowaną. Tu jednak jego wykreowany portret jest jakby pozbawiony tego subiektywizmu wybielającego, choć oczywiście nie może być obiektywny, gdyż w przypadku pamiętnika zawsze mamy do czynienia tylko z kreacją. Perina ze swych wspomnień to człowiek, który wymyka się jednoznacznym sądom. Jest fascynujący, przenikliwy, nieprzeciętny, dumny, chłodny, zdystansowany, zblazowany, arogancki, z jednej strony ujmujący i pociągający, z drugiej odpychający, antypatyczny i niepokojący.

Błyskotliwy, zdolny, inteligentny absolwent medycyny na Harvardzie, za nic mając sztukę, naukę zaś za pewnik i wręcz przedmiot kultu, znudzony otoczeniem i lekceważący je, obojętny na rzeczywistość, bez pomysłu na siebie, za to z ogromnymi ambicjami, nie wiedząc co ze sobą począć, oczekując zaś rzeczy wielkich, wręcz irracjonalnie przeczuwając predestynowanie swoje do odkryć przełomowych dla ludzkości, poszukując sposobu na życie, skorzystał z okazji i wyruszył w nieznany nikomu świat.

Podróż ta okazała się punktem zwrotnym w życiu zawodowym początkującego badacza. Stworzyła nie tylko możliwość przeżycia fascynującej przygody, ale też wybicia się na polu naukowy. Z tych możliwości Norton skorzystał. Pobyt w tym niezbadanym do tej pory świecie spełnił jego wygórowane ambicje. Podczas tej ekspedycji, której celem było przeprowadzenie przez ekipę antropologa Paula Tallenta badań na nierozpoznanym do tej pory plemieniu, Perina, mimochodem, jakby niechcący, przypadkowo odkrył coś, co przyniosło mu Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny – sposób na nieśmiertelność!

Dżungla pochłaniała Perinę z każdym kolejnym krokiem, aż wciągnęła go bez reszty. Jakby w amoku, nie analizując konsekwencji, podążał jedynie za wzmożonym głodem wiedzy. Wydaje się, że chęć poznania, a raczej wewnętrzny przymus poznania, który okazał się fatalny, napędzał Nortona znacznie bardziej niż kariera, sława czy uznanie.

Nauki zgubny kult

I tu pojawia się jedna z dwóch dla mnie najistotniejszych kwestii powieści Ludzi na drzewach – ów przedmiot kultu, czyli nauka!

Efekty działań Periny przyćmiły dokonania antropologiczne pozostałych uczestników ekspedycji. Oni obserwowali życie codzienne plemiennej społeczności, on zaś wziął pod lupę tych, których z niej wykluczono – starych umysłem, młodych ciałem. Perina nie spoczął póki nie odkrył tego, co „zarażało długowiecznością”[4]. Dżungla stała się dla ambitnego, wygłodniałego badacza własną pracownią laboratoryjną, w której nie miał sobie równych. Był głuchy na wszelkie napominania, sugestie innych, że jego działania są niszczycielskie, że posuwa się za daleko, że musi się cofnąć, bo przekroczy granice, których przekroczyć nie można, bo w ten sposób doprowadzi do zmian nieodwracalnych, bo degradujących, dewastujących świat dotąd nietknięty, bo skaże zamieszkujące wyspę plemiona, te pierwotne ludy na zagładę.

Ludzie nauki, których Perina uosabia, jawią się tu jako pasożyty, które żerują na innych, na bezbronnych, którzy są gotowi na wszystko, byleby tylko zdobyć dowód, by móc przeprowadzić badania, by wziąć pod lupę materiał zgromadzony z wielkim trudem i poświęceniem.

Ich ciekawość i fascynacja nieznanym, głód poznania, wiedzy w istocie, paradoksalnie, ograniczają, sprawiają, że ich horyzont zacieśnia się, perspektywa zawęża. Działają niczym w amoku, pozbawieni racjonalności, nie zważają na konsekwencje, byleby dojść do wyznaczonego celu, w myśl idei, że cel uświęca on środki.

Nienasycenie

Takie działania doprowadziły ludzkość tu – do miejsca, w którym teraz się znajduje. Dokąd ją zaprowadzą?

Jak daleko człowiek może się posunąć w imię nauki, w imię wyższych celów? Jak daleko może się posunąć, zaspokajając swoje ambicje? Jak wysoką cenę jest w stanie ponieść za bycie pięknym, młodym, zdrowym i bogatym? Jakie wielkie koszty jest w stanie ponieść? Czy zabawa w Boga warta jest gry?

Yanagihara swoją debiutancką powieścią wpisuje się w nurt twórczości, która wytrąca odbiorców z błogostanu. Margaret Atwood, jedna z przedstawicielek takiej właśnie literatury, roztacza przed czytelnikami postapokaliptyczne wizje świata i zastanawia się między innymi do czego mogą prowadzić na przykład eksperymenty z inżynierią genetyczną, Annie Proulx zaś widmo katastrofy ekologicznej, do której prowadzi bezmyślne, egoistyczne czerpanie z zasobów naturalnych Ziemi. Przykładów jest wiele…

Nauka, która jest jednym z rodzajów wiedzy ludzkiej i pod względem poznawczym wydaje się być wiedzą najlepszą, najbardziej adekwatnie opisującą rzeczywistość[5], jawi się tu jako ta, która wyzwala w człowieku najdziksze instynkty, która odziera człowieka z jego istoty, zaprzecza jego człowieczeństwu. Bo idąc coraz dalej w cywilizacyjnym rozwoju ludzkości, człowiek, paradoksalnie, cofa się w swym ucywilizowaniu.  

„Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”[6]

Ta naukowa wyprawa okazała się punktem zwrotnym nie tylko w życiu zawodowym początkującego badacza. Naznaczyła też jego życie prywatne. Już na zawsze. W tym dziewiczym świecie zrodziła się jego „niesłabnąca miłość do dzieci”[7]. W rezultacie, „jakby za podszeptem kaprysu” (s. 354), na przestrzeni prawie trzydziestu lat, sprowadził do USA i adoptował czterdzieścioro troje dzieci, zapewniając im dostatni byt i edukację. Było to jego „odpowiedzią na błagania tubylców” (s. 23) i co doprowadziło go do ruiny.

Dopiero w jednym z ostatnich rozdziałów w tej szczegółowej retrospekcji Periny, pojawiły się dzieci, które zdominowały życie badacza. Lgnęły one do młodego człowieka, który, mimo że był pochłonięty sprawami wielkiej wagi, to znajdował dla nich czas, poświęcał im uwagę. W końcu spełniło się jego marzenie „o układaniu w łóżku śpiącego malucha” (s. 354). Odkrywając, że tysiące dzieci jest porzuconych, zaczął je sprowadzać do Stanów. Z każdej kolejnej wyprawy w tropiki wracał, ku swemu zaskoczeniu jak przyznawał, z kolejnym dzieckiem. „To mnie uszczęśliwi. Wypełni moje życie” (s. 355) – tłumaczył sobie za każdym razem.

Po latach, Perina w wyniku oskarżenia przez jedno z adoptowanych dzieci o molestowanie seksualne, został aresztowany i wkrótce skazany na dwa lata więzienia.

Nielojalna i dwulicowa ludzkość

Postawienie zarzutów wywołało lawinę „zdrad byłych przyjaciół” (s. 15) i współpracowników Nortona. Brat bliźniak noblisty od samego początku stał po stronie oskarżyciela. Odwrócono się od noblisty natychmiast, nie czekając na wyrok. Pozostali ledwie dotrwali do jego ogłoszenia. Tuż po także się ulotnili. 

Jedynie Kubodera pozostał wierny. I uparcie tłumaczył Perinę, przypominał „jego humanitaryzm, inteligencję, niezwykłość” (s. 15), „że to, co poprzedziło ostatnie dwa lata [czyli czas od oskarżenia – komentarz BJ], ma nieporównywanie większą wagę niż to, co działo się lub nie działo przez kilka krótkich miesięcy” (s. 25).

I tu pojawia się druga istotna kwestia powieście Ludzi na drzewach – bycie ponad!

Usprawiedliwianie przez Kubodera badacza, tłumaczenie, że nie ma znaczenie jaka jest prawda, gdyż to, co zrobił on dla dobra tej „nielojalnej i dwulicowej […] ludzkości” (s. 15), a także dla tych wyrwanych z nędzy dzieci jest najistotniejsze i bezcenne, każe zadać sobie kilka ważnych pytań.

Czy wybitnym jednostkom wolno więcej? Czy stoją oni ponad prawem? Czy wobec prawa jedni są równi, a drudzy równiejsi?

Być przyzwoitym

Daniel Carleton Gajdusek i Roman Polański – to przykłady wybitnych jednostek, które dopuściły się przestępstwa, a mimo to, nie tylko wymiar sprawiedliwości okazał się dla nich łaskawy, ale i środowisko (przyznam, że wypowiedzi niektórych twórców, biorących w obronę reżysera, były żenujące, napawały mnie niesmakiem i wręcz grozą – Krzysztof Krauze delikatnie ujął to, mówiąc, że „zagalopowano się”[8]).

By przyznać nagrodę za wybitne osiągnięcia, od wybitnych jednostek, owszem, nie wymaga się, by byli przyzwoitymi ludźmi (w ten sposób odpowiadano na opinie, które kwestionowały honorowanie Nagrodą Nobla takich osób jak Gajdusk)[9], ale od każdego oczekuje się, by był przyzwoitym człowiekiem.

Ludzie na drzewach to powieść szokująca i fascynująca. Choć rozmywa się to podczas lektury (może na szczęście), to wraz z końcem opowieści o zniesławionym naukowcu, odczuwamy jej ciężar. Yanagihara pokazuje prawdę o człowieku. Zawstydzającą i upokarzającą. Pokazuje jego zepsucie, wyrachowanie i okrucieństwo, jego egoizm, i co najgorsze, bezmyślność i ignorancję. Jego poczucie wyższości wobec słabszych i bezkarności wobec świata, który podbija.

* Tytuł oryginalny – The People in the Trees, rok pierwszego wydania – 2013, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.


[1] Zob. Geniusz i chłopcy (film dokumentalny) –  reż. Bosse Lindquist, Szwecja, 2009, Tomasz Walat, Daniel Carleton Gajdusek: noblista skazany za pedofilię, opublikowano 10.10.2017, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/1504996,1,daniel-carleton-gajdusek-noblista-skazany-za-pedofilie.read,

[2]Paweł Majewski, Powieść antropologiczna. O „Ludziach na drzewach” Hanyi Yanagihary, opublikowano  19.09.2017, http://kulturaliberalna.pl/2017/09/19/powiesc-antropologiczna-o-ludziach-na-drzewach-hanyi-yanagihary/?gclid=EAIaIQobChMIxd7g2amo1wIVGIuyCh0C1gYNEAAYASAAEgJlZPD_BwE, dostęp 16.11.2017.

[3] Ibidem.

[4] Kinga Dunin, Seks lepszy od nieśmiertelności, opublikowano 27.09.2017, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/kinga-dunin-czyta/seks-lepszy-od-niesmiertelnosci/, dostęp 16.11.2017.

[5] Hasło, nauka, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nauka, dostęp 16.11.2017.

[6] George Orwell, Folwark zwierzęcy,

[7] Hanya Yanagihara, Ludzie na drzewach, Warszawa 2017, s. 23. Z tego tomu pochodzą dalsze cytaty. Numery stron podano bezpośrednio po cytowanym fragmencie.

[8] Filmowcy zagalopowali się w obronie Polańskiego, opublikowano 30.09.2009, https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/filmowcy-zagalopowali-sie-w-obronie-polanskiego,110591.html,

[9] Walat, op., cit.

Portret wielokrotny. „Tylko Lola” – Jarosław Kamiński

Tylko LolaTytuł – Tylko Lola

Autor – Jarosław Kamiński

Wydawnictwo – WAB

Seria – Archipelagi

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla ceniących sobie kunszt pisarski, dla wielbicieli dobrej powieści, dla entuzjastów literatury, kultury i historii polskiej, dla kobiet i mężczyzn, dla ceniących sobie rozrywkę wymagającą
  • PO CO – by zatracić się, by wejść w inne światy
  • MOJA OCENA – 6/6
Na bakier ze współczesną literaturą polską

No, w końcu jest. Jakoś do tej pory nie było okazji do prezentacji w Bałwochwalni polskiej powieści współczesnej. Dlaczego? Nie dane mi było przeczytać takiej, na którą chciałabym zwrócić uwagę innych. Mamy niewątpliwie urodzaj polskich twórców słowa pisanego. I do publikacji literatury faktu nie mam wątpliwości, ale już do tych z półki z fikcją literacką tak. Faktem jednak jest, że nie czytam wszystkiego, więc prawdopodobnie coś przegapiłam, coś mnie ominęło. Słowem, wychodzi na to, że z polską powieścią współczesną jest mi po prostu nie po drodze. Chyba od czasu Madame Antoniego Libery z 1998 roku nie przeczytałam takiej, którą z kimkolwiek chciałabym się podzielić. Do teraz… Powieść, która ukazała się wiosną tego roku nakładem wydawnictwa WAB, która trafiła w moje ręce i do lektury której natychmiast przystąpiłam, okazała się publikacją, którą mam ochotę wciskać każdemu. Dlatego też musiała zagościć w Bałwochwalni.

Tylko Lola Jarosława Kamińskiego, bo o niej mowa, za sprawą okładki i tematyki przyciągnęła moją uwagę. Okładka przypomina mi wspomnianą Madame, która ma dla mnie szczególne znaczenie (wkrótce też tu zagości), a tematyka – kobiety na tle polskiej historii powojennej – to zagadnienia (bo można je potraktować osobno), które szczególnie mnie interesują.

Polska powieść lotów wysokich

Zatem Tylko Lola to zarazem powieść historyczna i psychologiczna, także społeczna. I to znakomita powieść, należy podkreślić. Autor snuje opowieść o losach prywatnych, indywidualnych, losach pojedynczych ludzi, konkretnych monad w konkretnym czasie i w konkretnych sytuacjach, jednak na tym nie poprzestaje. Kreśląc wnikliwe portrety psychologiczne bohaterów, przedstawia kwestie zasadnicze – stosunki społeczne panujące w przedwojennej Polsce, podczas wojny i po wojnie, a także kwestię emigracji i wiążących się z nią problemów.

Kobiet portret własny

Mamy do czynienia z tekstem, który został przedłożony jednemu z wydawnictw. Wydawca, po lekturze, nakreślił do autorki kilka słów, w których wyraził zainteresowanie publikacją oraz wdzięczność za powierzenie właśnie im tej osobistej opowieści.

Ten maszynopis stanowi zasadniczą treść powieść, która rozpisana jest na dwa głosy, dwóch bohaterek, Niny i Lidii (nie Loli, nie, nie), których drogi pewnego dnia skrzyżowały się. Z pewnością nie doszłoby do tego, gdyby nie właśnie tytułowa Lola. Wszystko na tle powojennej Polski – lat sześćdziesiątych i osiemdziesiątych. Cała narracja jednak przeskakuje w czasie i przestrzeni.

Młodsza z bohaterek, Nina Rodriguez, nowojorska emigrantka, oderwana od dawnej tożsamości, z dala od przeszłości, która pełna była niedopowiedzeń, półprawd, tajemnic i zakłamań, zdołała na nowo zbudować swoje życie. Jednak przeszłości nie daje się wymazać. Można ją jedynie wypierać bądź się z nią skonfrontować. I Nina konfrontuje się.

Starsza natomiast o pokolenie, Lidia Kowal, przebywa w zakładzie dla psychicznie chorych, zmagając się ze swoimi demonami.

Nina swe dzieciństwo i swą młodość spędziła we Wrocławiu, w którym wiodła dość beztroski, nieświadomy, bezrefleksyjny i naiwny żywot. Później, z braku perspektyw, wraz z ojcem przeniosła się do Warszawy. Tu, dzięki protekcji Kowal, starej znajomej ojca, która była przyjaciółką Loli – ciotki Niny, rozpoczęła pracę w TVP. Jej przełożoną i współpracowniczką była tam Lidia. Doszło jednak do „próby generalnej” (s. 379) – dramatycznych dla bohaterek powieści wydarzeń w latach sześćdziesiątych, będących zapowiedzią Marca ’68 – która przekreśliła i uniemożliwiła dalszą znajomość kobiet.

Nina po latach wraca do przeszłości, by stawić jej czoła. Zestawia swoje wspomnienia ze wspomnieniami spisanymi przez Lidię w szpitalu psychiatrycznym w ramach terapii. I my, odbiorcy tej opowieści, czytając podwójne wspomnienia, te przeplatane i uzupełniające się narracje Niny i Lidii, stajemy się niemalże świadkami procesu konfrontacji z czasem minionym, który położył się cieniem na życiu obu bohaterek.

Kunszt nie tylko treści, ale i formy

Forma, język, styl, konstrukcja utworu Kamińskiego nadają powieści odpowiedniego ciężaru. W kunsztowny wręcz sposób autor podaje nam opowieść o kobietach, którym przyszło żyć w absurdalnym miejscu i czasie.

Kamiński doskonale nakreślił tło historyczne, społeczne i obyczajowe, też rodzinne. Wszystko to się zazębia, tworząc spójny obraz pełen detali, które  są jednym z istotniejszych elementów powieści, bo oddają klimat, koloryt tamtych lat i uwiarygodniają tamtą rzeczywistość. Zaś portretów psychologicznych bohaterek z krwi i kości, niejednoznacznych, wielowymiarowych, skomplikowanych, mogą mu pozazdrościć inni parający się piórem. Tu nic nie jest kosztem czegoś. Dzięki temu powieść dotyka tak wielu istotnych spraw. I co ważnie nie powierzchownie, sygnalizując je jedynie, tylko głębiej, dotykając sedna.

Nim jednak zorientujemy się o co chodzi w tej opowieści, musimy przebrnąć przez kawał tekstu, który trudno nam zrozumieć. Mimo to brniemy, bo tekst ten wciąga, trzyma w napięciu i hipnotyzuje wręcz. O ile zdania narracji Niny są zrozumiałe, o tyle frazy Lidii są już niemalże bełkotem, są wypowiedziami osoby z zaburzeniami psychicznymi. Z czasem jednak, staną się jaśniejsze i do zrozumienia, aż w końcu wyłoni się z nich sens. Choć nie wszystko jest tu do pojęcia, bo wiele jest niedopowiedzeń, niejasności, nieoczywistości, to wszystko to, paradoksalnie, uwiarygodnia opowieść – oddając ducha przeszłości, sytuacji, w które człowiek chcąc nie chcąc był uwikłany.

Fikcja rodem z rzeczywistości

Bardzo sobie cenię biografie i inne gatunki literatury faktu, ale bliższa mi jest literatura fiction. Idealne więc wydaje się połączenie tych dwóch światów. Zbeletryzowane biografie zatem nie mają sobie równych.

Powieść Kamińskiego to wymysł, ale na tyle prawdopodobny, że pisarz czuł potrzebę podkreślenia jej fikcyjność w słowie odautorskim.

Owszem, fikcją są wydarzenia, bohaterowie, ale już nie emocje, uczucia, przeżycia, doznania i nie kafkowskie tło.

Portrety

Tylko Lola to portret podwójny Józefa K. To opowieść o kobietach odkrywających i budujących siebie, próbujących zrozumieć swe emocje, uczucia, pragnienia, też mechanizm, który steruje otaczającą rzeczywistością i wcielić w życie swe ideały, poszukujących swej tożsamości i swego miejsca w świecie, pragnących szczęścia, swobody, wolności, przekraczających różnego rodzaju granice, potrzebujących czegoś więcej, niż to, co codzienność ma im do zaoferowania, chcących wcielać w życie swe pragnienia i realizować swe marzenia. Tylko Lola to też portret Polski XX wieku rodem z Kafki.

Dodatkowy wymiar

Mnie uderzyły bardzo mocno jedne z pierwszych fragmentów powieści, dzięki którym utwór zyskuje dodatkowy wymiar – wytrącają go z lokalności, z konkretnego tu i teraz:

Nie lubię czystości, czystość kojarzy mi się z czystością rasową, moralną, ideologiczną, religijną, językową, seksualną i nade wszystko z czystką. Lubię brud, zmechacenia, zbrukanie i mieszanki. Metysów, Mulatów, Zambo, transwestytów, transgender. I wszystkie kundle z okolicy. Lubię wieloznaczne sytuacje, wypowiedzi i zakończenia. Brudne obrazy, brudne dowcipy i brudny język. (s. 8)*

O tak, nienawidzę czystości. Rasowej, moralnej, gatunkowej, iluzorycznej. Nie zniosłabym mieszkania w suburbiach, wśród równo przystrzyżonych trawników, idealnie zaprojektowanych domków, gładkiej nawierzchni ulic, tak schludnych, czystych, że zdrowiej jeść z nich kanapkę z burgerem niż z talerza w lokalnym Wendy’s. (s. 9)

– słowa te brzmią jakoś aktualnie! Uniwersalnie.

Ps. 1. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

Ps. 2.  Polecam wywiady z Jarosławem Kamińskim: http://www.polskieradio.pl/9/5648/Artykul/1772929,Tylko-Lola-ksiazkowe-spotkanie-kobiet-po-traumie, dostęp 30.08.2017 oraz https://www.facebook.com/Kurzojady/, dostęp 11.08.2017.

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Tylko Lola, Jarosław Kamiński, Warszawa 2017.

Opowieść o każdym. „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki” – Agneta Pleijel

WróżbaTytuł – Wróżba. Wspomnienia dziewczynki

Autor – Agneta Pleijel

Tłumaczenie – Justyna Czechowska

Wydawnictwo – Karakter

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla wielbicieli literatury szwedzkiej, dla tych, co lubią grzebać w egzystencji innych, dla wielbicieli życia twórców, dla fanów gatunków literatury użytkowej, tj. biografii, dzienników, listów, pamiętników, wspomnień, autobiografii i dla fanów literatury po prostu; dla tych, którzy cenią kunszt słowa, mistyfikację i kreację; dla kobiet i mężczyzn, słowem dla ludzi różnego pokroju
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, by zrozumieć
  • MOJA OCENA – 8/6
Książka na lato

W ten letni czas – w wakacje, gdy słońce, radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie… – zamiast sięgać po tak zwane książki na lato, to ja sięgam po te, które kłują, bolą, dotykają mocno i długo nie dają o sobie zapomnieć. W tamtym roku to było Małe życie, w tym Wróżba.

Nie robię tego z premedytacją. Tak wychodzi. Przypadek. Przeznaczenie. Ale przecież jak już oddawać się lekturze, to nie tej, o której zapomnimy wraz z jej końcem. Przecież – będę powtarzać do znudzenia – na lato nie oddajemy mózgu do przechowalni. I nie myśli. I wcale nie chcemy pławić się tylko w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. Nawet w ten lekkomyślny okres w roku, potrzeba też czegoś zgoła innego, niekiedy odczuwa się wówczas głód, nie zawsze chyba do końca uświadomiony, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do światu.

Opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu człowieka w ogóle

Wróżba. Wspomnienia dziewczynki Agnety Pleijel* na polskim rynku ukazała się wczesną jesienią 2016 roku, ale na jej lekturę przyszedł czas dopiero w jesienne lipcowe popołudnie, wtedy, kiedy głód wyżej wspomniany sięgnął zenitu.

Nie wiedziałam właściwie czego mam się spodziewać po tej opowieści, poza tym, że czegoś dobrego. Świadomie omijałam wszelkie recenzje, posiłkując się jedynie własnym doświadczeniem związanym z Pleijel, czyli lekturą wcześniejszej publikacji autorki. Powieść Lord Nevermore z roku 2003 czytałam z otwartymi ustami. Bezpośrednim tego powodem był jeden z jej bohaterów – Stanisław Ignacy Witkiewicz (powieść ta bazuje na biografii artysty), pośrednim zaś była z pewnością sama autorka ze swoimi talentem, bez którego lektura nawet o najbardziej fascynującej tematyce byłaby raczej nie do zniesienia. Przypuszczałam więc, że i Wróżba będzie dobrą literaturą, mimo to pierwsze strony były dla mnie sporym zaskoczeniem. 

Zachwyt i konsternacja

Proza ta wprawiła mnie jednocześnie w zachwyt i… konsternację. Z każdym zdaniem zapadałam się coraz bardziej, kuliłam się w sobie, miałam ochotę schować się do mysiej nory i zabrać ze sobą tę straszną opowieść, by nikt mnie nie mógł znaleźć, by nie odkrył powiązań między bohaterką Wróżby a mną. Tak, bo to rzecz o mnie. I pewno bym się do tego głośno nie przyznała, gdyby inni przede mną tego nie zrobili. Po lekturze sięgnęłam po recenzje i poczułam ulgę. Ufff… To nie tylko moja opowieść, ale i innych.

Doświadczenie wspólne

Wróżba to proza autobiograficzna, prywatna i bardzo intymna. Są to błyski, migawki – wspomnienia autorki przywołujące świat jej dzieciństwa i młodości. Powieść Pleijel umieszczona w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni – Szwecja końca lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, opowiadająca o losach konkretnego bohatera, dziewczynki – wychodzi jednak poza te zarysowane ramy. Wyznaczone granice tracą na ostrości, rozmywają się, by w końcu utracić rację bytu i przestać istnieć. By stać się uniwersalną opowieścią o każdym – o doświadczeniu wspólnym.

Utrata kontroli nad procesem twórczym

Początkowo miało to być opowiadanie o osobie, która w dzieciństwie autorki odegrała szczególną rolę[1] – ciotce, która zaznała w życiu metafizyki, czegoś poza racjonalnym rozumieniem – spełniła się szczęśliwa wróżba, którą jej przepowiedziano. Jednak praca wymknęła się pisarce spod kontroli. Niespodziewanie wyłonił się nowy bohater – ciotka zeszła na drugi plan, a główną rolę zaczęła odgrywać mała dziewczynka – ta, którą pisarka przed laty była. Ciotka Ricka, która miała być główną bohaterką powstającego tekstu, stała się w efekcie tylko pretekstem niejako do zaistnienia opowieści o samej autorce.

Ona wczoraj, ja dzisiaj, ja jutro

Autorka opowiedziała o swej przeszłości z dzisiejszej perspektywy. Pleijel zastosowała pewien formalny chwyt, który znakomicie oddaje tego istotę. Zmiana narracji, jej rozdwojenie – płynne przechodzenie z narracji trzecioosobowej na pierwszoosbową, niekiedy nawet w tym samym zdaniu – najlepiej uwypukla problematykę Wróżby. Narratorka w jednej chwili zdaje relację z życia bohaterki, stojąc z boku, by w następnej robić to samo, będąc już samą bohaterką.

Początkowo wywołuje to dezorientację. Bo w jednej chwili narratorka mówi o sobie, w drugiej jakby o kimś inny, a przecież nie. Mowa za każdym jest o tej samej postaci. Ta zmiana perspektywy, nieco schizofreniczna, wprowadza podział na ona sprzed lat i ja teraz. W efekcie tego zabiegu wyłania się ktoś trzeci, łączący w sobie te dwie postacie, kompletny. By mogło do tego dojść, należało stanąć obok, nabrać dystansu, spojrzeć na siebie z okresu dzieciństwa i młodości z zewnątrz, jak na kogoś zupełnie obcego i skonfrontować to ze sobą teraz, z teraźniejszością.

Pleijel w jednym z udzielonych wywiadów podkreśliła, że początkowo trudno było jej identyfikować się ze swoją bohaterką[2], co podczas lektury wyraźnie odczuwamy – dystans jest ogromny. Wyczuć możemy nawet brak sympatii, by nie powiedzieć antypatię. Zbliżając się ku końcowi opowieści ta identyfikacja powoli następuje i wyłania się ktoś skończony, zsumowany. Taki sposób przepracowania swej przeszłości, siebie, relacji z matką, z ojcem, z rodziną, skonfrontowanie się z otaczającą rzeczywistością, z sobą, mogło zaowocować tylko jednym – nazwaniem, definiowaniem, zrozumieniem, pogodzeniem się ze sobą, zaakceptowaniem i polubieniem siebie.

Terapeutyczna moc

Mamy więc do czynienia z literaturą, której tworzenie było rodzajem autoterapii. I autorka wcale tego nie ukrywa. Dla niej w ogóle proces twórczy ma ten dodatkowy istotny sens – pozwala pomóc samemu sobie. W tym przypadku zachodzi proces samopoznania, uporządkowania, rozumienia i też, przy okazji niejako, ocalenia od zapomnienia.

Nieszczęśliwa rodzina na swój sposób

Dzieciństwo bohaterki niczym się nie wyróżniało. Wszystko było na swoim miejscu. Wszystko było zwyczajne, normalne. Ze swoimi problemami, cieniami nie odstawało od reszty. Nie było idealne, ale przez brak idealności w istocie idealne właśnie. Nie było tu mowy o jakiejś patologii, o jakimś rodzinnym piekle. Ojciec był matematykiem, naukowcem, nauczycielem akademickim. Matka zajmowała się trzema córkami, mężem i domem, na rzecz tego zrezygnowała z kariery pianistki.

Jednak jak każda rodzin ma swe problemy i ta też miała. I wcale nie chodziło o jakieś demony zamknięte w szafie ani o rodzinne traumy czy rodzinne piekiełko skrzętnie skrywane przed wzrokiem sąsiadów w czterech ścianach. Nie. Chodziło o zmaganie się z prozą życia, która szczęściu nie dawała szansy. Ciągłe przeprowadzki związane z pracą ojca wiązały się z poczuciem samotności i niepewności dziewczynki, z niemożnością nawiązania bliższych relacji z kimkolwiek, wyobcowaniem, odrzuceniem, brakiem akceptacji, nieszczęśliwa zaś matka, która porzuciła muzykę – swą pasję – wywoływała poczucie winy dziewczynki, i w końcu narastający konflikt pomiędzy rodzicami, który doprowadził do rozejścia się małżonków, wywołał poczucie odpowiedzialności za tę nieznośną sytuację.

Dziecko wśród ruin

To wszystko sprawiało, że atmosfera domu rodzinnego była trudna do zniesienia. Pretensje, żal, frustrację z każdym dniem narastały. Nikt nie czuł się na swoim miejscu. Każdy lawirował gdzieś poza ze swym niezrozumieniem i samotnością. Dość czuły, ale bierny ojciec egzystował w abstrakcyjnym świecie liczb, zaś niedostępna i niemalże wroga matka w swoim niespełnieniu, młodsze siostry były jakby w ogóle nieobecne i Neta wrzucona w sam środek tej nieszczęśliwej rodziny, nieszczęśliwej na swój sposób[3].

Nieznośna ciekawość

Do tego cielesność, która budziła ciekawość i wywoływała niepokój. I nasuwające się stale jakże niemądre (!!!) pytania o świat, o życie, o Boga, o kobietę i o mężczyznę (symbolicznie różnice zostały pokazane, stawiając naprzeciw siebie naukę i sztukę, matematykę i muzykę), o człowieka, o nierówności, o niesprawiedliwość.

Wszystko prowokowało wrażliwą dziewczynkę, nastolatkę do analizy, do przemyśleń, do rozkładania na czynniki pierwsze. Wrażliwa, uważna i logicznie myśląca Neta pragnęła pojąć, zrozumieć. Niestety, każde nowe doświadczenie, poznanie, każdy krok do przodu, w życie przynosił rozczarowanie. Dodatkowo, Neta była z tym wszystkim sama. Ukojenie zapewniała jedynie literatura, później sztuka w ogóle, a niezależna mentalnie ciotka (ktoś wyidealizowany, wręcz symboliczny, uosabiający wolność i szczęście, kto nie lekceważył dziewczynki i odpowiadał na jej niepraktyczne (!!!) pytania) i jej życie dawały radość i nadzieję, że pewnego dnia nadejdzie lepsze.

Katharsis

Przywoływane obrazy są niekiedy ledwie muśnięte, nieco poszarpane, wystrzępione, oderwane, fragmentaryczne. Zdania są oszczędne, ascetyczne, choć pełne emocji, od których wręcz pulsują, wypowiadane są z zaciśniętym gardłem, przez zęby, z kumulowaną złością, agresywne. Tłumione były latami, by któregoś dnia mogły zostać wypowiedziane, wykrzyczane, żeby w końcu poczuć ulgę, zrzucić ciężar, który nosiło się od zawsze, ale od chwili samoświadomości z coraz większym trudem. Przeszłość musiała zostać przepracowana, by można było w końcu zacząć oddychać pełną piersią, nawet jeśli pierwszą młodość ma się już za sobą.

Historia tyleż prywatna, intymna, co uniwersalna

Powieść tę można odczytywać jako krytykę szwedzkiej obyczajowości lat pięćdziesiątych XX wieku, patriarchalnego społeczeństwa czy też jako próbę rozliczenia się w ogóle z ówczesną rzeczywistością[4]. Ale w istocie jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu człowieka w ogóle – nie tylko konkretnej szwedzkiej dziewczynki tamtego czasu. Zatem, nawet jeśli będziemy próbować interpretować Wróżbę Pleijel jako „subtelny manifest feministyczny”[5], to nie możemy zapomnieć, że to historia tyleż prywatna, intymna, co uniwersalna.

Proza ta jest rozliczeniem się z najtrudniejszym i jednocześnie najważniejszym okresem w życiu każdego z nas – dzieciństwa i młodości – czasu kształtowania siebie, wykluwania się dorosłego człowieka, który musi spojrzeć wstecz, by móc zrozumieć swoją przeszłość i zaakceptować siebie dziś.

Istota wspomnień

Pamiętać też musimy, że proza ta, to nie obiektywny ogląd całości. To wspomnienia, które przecież nie są rzeczywistością. Wspomnienia są rzeczywistością zniekształconą przez nas samych, przez to, co w międzyczasie się zdarzyło, czego doświadczyliśmy, są rzeczywistością przez nas przefiltrowaną, patchworkiem. Mimo swej fikcyjności są czymś niezbędnym, niezastąpionym. One to przecież na nas się składają, na to kim jesteśmy.

„Autentyczna fikcja”

Moja przygodna z Wróżbą pomieszała nieco dwa porządki – ten autentyczny i ten fikcyjny. Przystępując do lektury, wiedziałam, że mam w ręku literaturę autobiograficzną, czyli literaturą non-fiction (choć nieco zniekształconą za sprawą wspomnień, które rządzą się swoimi prawami). Jednak już z końcem pierwszej strony zapomniałam o tym. I dopiero po lekturze, gdy zaczęłam trawić przeczytaną opowieść, przypomniałam sobie o tym fakcie.

Pleijel w udzielonych wywiadach, opowiedziała o swojej przeszłości, którą odczytać możemy też z kart jej książki, ale wyjaśniając kwestie, które wpłynęły na decyzję o powołaniu do życia Wróżby zaznaczyła, iż uznała, że „nadszedł czas, żebym zachowała się lojalnie wobec tej dziewczynki, że teraz to jej muszę oddać głos”[6] i, co istotne, opowiedzieć „JEJ wersję”[7]. „Czy to, co opisuję, naprawdę się wydarzyło, czy to tylko triki mojej pamięci?”[8] – zastanawiała się też. Zatem…

Istotność fikcji

Wielokrotnie już mówiłam, że nie ma dla mnie nic bardziej inspirującego niż drugi człowiek. Jak pisałam we Wstępie,  w istocie „takie, jakby nie było, podglądanie ludzi, podsłuchiwanie, śledzenie ich poczynań, nieco pasożytnicze wręcz żerowanie na egzystencji innych jest fascynującym zajęciem, ale przede wszystkim pobudzającym, dającym energię, sprawiającym, że krew zaczyna szybciej krążyć, słowem inspirującym do życia. W przypadku twórców i intelektualistów pole rażenia zwykle jest jeszcze większe”.

Tyle że niekiedy, wtedy kiedy mamy do czynienia z listami, pamiętnikami, dziennikami, autobiografiami, powieściami z kluczem czy właśnie wspomnieniami twórców zawęża się pole interpretacji. Niekiedy nie sposób oderwać danego tekstu gatunku wyżej wspomnianego od jego genezy, mimo iż wiemy, że mamy do czynienia z aktem kreacji. W przypadku jednak Wróżby istnieje taka możliwość – moje doświadczenie tej lektury tego dowodzi. I rzekłabym nawet, że opowieść ta prosi się wręcz o to. Wtedy otrzymamy coś znacznie większego, istotniejszego.

Ps. 1. Opowieść Pleijel została pięknie wydana (ta przydymionomiętowa obwoluta – cudna) – elegancko i skromnie, ale to w końcu wydawnictwo Karakter.

Ps. 2. Polecam wywiad z Agnetą Plaijel w WyliczankaTV.

Ps. 3. Polecam kilka cytatów z tej intymnej opowieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – Spådomen. En flickas memoarer, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Agnieszka Jucewicz, Agneta Pleijel: Kochanka ojca była przyjaciółką mojej matki, opublikowano 28.01.2017, http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,21300056,agneta-pleijel-kochanka-ojca-byla-przyjaciolka-mojej-matki.html?disableRedirects=true, dostęp 14.07.2017.

[2] Ibidem.

[3] Nawiązanie do słynnych słów z Anny Kareniny Lwa Tołstoja.

[4] Justyna Szklarczyk, Agneta Pleijel: Codziennie myślę o tym, co zrobić, żeby nie zepsuć świata, opublikowano 04.12.2016, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1685562,1,agneta-pleijel-codziennie-mysle-o-tym-co-zrobic-zeby-nie-zepsuc-swiata.read, dostęp 14.07.2017.

[5] Ibidem.

[6] Jucewicz, op. cit.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

BIBLIOGRAFIA
  1. Czechowska Justyna, Raj na ziemi nie istnieje, opublikowano 16.09.2013, https://www.tygodnikpowszechny.pl/raj-na-ziemi-nie-istnieje-20512, dostęp 14.07.2017.
  2. Jucewicz Agnieszka, Agneta Pleijel: Kochanka ojca była przyjaciółką mojej matki, opublikowano 28.01.2017, http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,21300056,agneta-pleijel-kochanka-ojca-byla-przyjaciolka-mojej-matki.html?disableRedirects=true, dostęp 14.07.2017.
  3. Sokół Grzegorz, Miłość to samotność. Rozmowa z Agnetą Pleijel, szwedzką poetką i pisarką, autorką powieści „Lord Nevermore”, opublikowano 18.09.2003, http://wyborcza.pl/1,75410,1673956.html, dostęp 14.07.2017.
  4. Szklarczyk Justyna, Agneta Pleijel: Codziennie myślę o tym, co zrobić, żeby nie zepsuć świata, opublikowano 04.12.2016, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1685562,1,agneta-pleijel-codziennie-mysle-o-tym-co-zrobic-zeby-nie-zepsuc-swiata.read, dostęp 14.07.2017.
  5. Wróbel Olga, Wszystkie dzieci są na swój sposób samotne [rozmowa z Agnetą Pleijel, opublikowano 10.12.2016, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/wszystkie-dzieci-sa-na-swoj-sposob-samotne/, dostęp 14.07.2017.