Pożałowania godne. „Amatorki” – Elfriede Jeliniek

Tytuł – „Amatorki”

Autor – Elfriede Jelinek

Tłumaczenie – Anna Majkiewicz, Joanna Ziemska

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2007

  • DLA KOGO – dla odważnych, dla odpornych, wytrwałych i cierpliwych, dla koneserów twórczości Elfriede Jelinek, dla wielbicieli literatury austriackiej czy szerzej niemieckojęzycznej, dla fanów literatury przełamującej konwencje, dla fanów po prostu dobrej literatury
  • PO CO – by żyć świadomiej
  • MOJA OCENA – 8/6
Sadyzm Jelinek

Elfriede Jelinek wie jak wywołać u odbiorcy wstręt do samego siebie. Nie dba o jego komfort psychiczny, wydawać się nawet może, że jednym z celów jej pisarstwa, jest raczej właśnie tego komfortu czytelnika pozbawienie. W końcu jest specem od „demaskowania absurdalności stereotypów społecznych”[1]. „Amatorki” – powieść, uznawana za jedną z najważniejszych niemieckojęzycznych powieści nurtu feministycznego z lat siedemdziesiątych, literacki przełom w twórczości Jelinek (od niej zaczęła się popularności autorki) – są tego najlepszym przykładem.

Wobec powieści tej nikt nie pozostaje obojętny. Z pewnością zirytuje każdego. Przypuszczam, że połowa z tych, którzy sięgną po nią, nie dobrnie do końca. Drugiej połowie zaś, tej wytrwałej, tej która przebrnie przez tę niewielki objętościowo tekst, nie dane będzie zaznać satysfakcji. Dane zaś będzie zaznać wstrząsu i co ważniejsze świadomości, okrutnej, bezwzględnej.

Twórczość austriackiej noblistki jest dla odważnych. Po doświadczeniu lektury prozy Jelinek nic nie jest już takie jak było wcześniej. Odbiorca patrzy w lustro i odwraca twarz, bo nie chce spojrzeć w oczy komuś tak małemu, pozbawionemu krzty godności, odartemu z tego wszystkiego, co sugerowało, że dumnie brzmi być człowiekiem.

Taka sobie opowieść o miłości

Choć mamy do czynienia z opowieścią o ludziach, którzy upatrują szczęścia w miłości – tematem więc wzniosłym, godnym liry największych, to ze wzniosłością powieść ta nie ma nic wspólnego. Wręcz przeciwnie. Leży na przeciwległym jej biegunie. „Amatorki” to bowiem proza, która odziera człowieka z fasady pozorów i odsłania najgorszą stronę rodzaju ludzkiego, opowieść o człowieku każdym (niezależnie od płci, statusu, zajmowanej pozycji w rodzinie, społeczeństwie) – o kimś pożałowania godnym, małym, odpychających, budzącym wstręt, pozbawionym szlachetności, czystości.

Amatorki życia, miłości i szczęścia

„Amatorki”, to historia dwóch młodych kobiet – amatorek życia, miłości i szczęścia – stojących u progu życia. Kobiety, choć marzą w istocie o tym samym – szczęściu, które zapewnić im może tylko mężczyzna – to nieco inaczej na owo szczęście się zapatrują. Jedna podporządkowuje się regułom patriarchalnego i kapitalistycznego porządku, druga stara się zachować wierność wyobrażeniom i na rzecz miłości rezygnuje z aspiracji zawodowych, obie jednak stają się ofiarami panujących konwenansów oraz reguł narzuconych im przez społeczeństwo.

Bohaterki powieści są prostymi dziewczynami, wydawać by się mogło, że chcącym od życia nieco więcej, mającymi świadomość, że muszą wziąć sprawy w swoje ręce, jeśli nie chcą ugrzęznąć, jeśli nie chcą powielić losu większości kobiet z ich środowiska, które nie chcą biernie przyglądać się, jak życie przepływa im między palcami, jak ich egzystencja staje się wegetacją. Mają ambicje, marzenia. Wiedzą czego chcą i wiedzą jak ten cel osiągnąć. Mają świadomość, że jeśli „nie ma się teraźniejszości, trzeba zawczasu zadbać o przyszłość” (s. 9). Czy ta postawa jest godna pożałowania czy podziwu? Pozornie wydaje się, że uznania, jednak w istocie pożałowania, współczucia, litości nawet, gdyż kobiety te są istotami w pewien sposób upośledzonymi, których myślenie nie wykracza poza ramy wyznaczone im przez otaczającą rzeczywistość.

Brigitte, mieszkająca w mieście pracownica fabryki bielizny, pragnie lepszego życia – wyrwania się z biedy i porzucenia wycieńczającej pracy. Heinz, elektryk, który planuje założyć własną firmę, jawi się jej jako mężczyzna, który może spełnić jej marzenia – wygodne, dostatnie życie. Brigitte pragnie posiadać, zdobywać i mieć na własność. Postanawia więc zdobyć tegoż mężczyznę i być po prostu szczęśliwą.

Paula, mieszkanka wsi, także marzy o lepszym życiu – podobnie jak Brigitte pragnie wyrwać się ze środowiska, z którego się wywodzi, w którym nie widzi dla siebie miejsca. Postanawia więc nauczyć się krawiectwa – wbrew woli innych, którzy uważają, że powinna zostać sprzedawczynią, która po wyjściu za mąż stanie się gospodynią domową – bowiem w fachu upatruje szansę na odmianę losu. Porzuca jednak naukę, gdyż szczęście zaczęło jawić się jej za miedzą – drwal, mieszkaniec tej samej wioski. Erich objawił się Pauli jako ziszczenie jej marzeń – życie u boku ukochanego, które wzbudzi u innych zazdrość i podziw. Postanawia więc zdobyć tegoż mężczyznę i być po prostu szczęśliwą.

Wszystkie z ręką w nocniku

Kobiety pozornie różne, wywodzące się z różnych środowisk – Brigitte to racjonalistka, która wie na czym świat stoi, Paula zaś idealistka, która żyje w imię wartości wyższych – w istocie zaś identyczne. Pozornie podążają zupełnie różnymi drogami, w istocie zaś ich życie wygląda bardzo podobnie. Mimo dzielących je różnic, efekt jest identyczny – obie poświęcają siebie i swoje życie mężczyźnie, mając mu do zaoferowania jedynie swoje ciało do eksploatacji – jedyną ich kartę przetargową.

W imię miłości

Kobiety działają w imię miłości. Tyle że nie tej romantycznej, czystej czy namiętnej – tu bowiem miłość to chęć posiadania, chęć wyrwania się z domu, otoczenia, możliwość posiadania domku, wyjazdu do Włoch, wyjścia do kina. Zatem bohaterki „Amatorek” działają w imię miłości wykalkulowanej, która staje się wręcz ich obsesją.

Miłość nie jest tu jednak celem samym w sobie, tylko środkiem do celu. Kobiety są zdeterminowane w swym działaniu. Brigitte ma świadomość, że zdobycie Heinza i „inwestycja” w niego, zapewni jej bezpieczną i dostatnią przyszłość. Paula natomiast jest przekonana, że Erich jest tym, czego kobiecie do szczęścia potrzeba.

Jelinek, opisując historie dwóch kobiet, pokazuje ich motywacje, strategie działania, które kryją się za pozornie niewinnym marzeniu o szczęściu, które zwą miłością. Owa miłość jest jednak tylko fasadą. W rzeczywistości chodzi o zapewnienie sobie odpowiedniego statusu społecznego, wyjście z biedy, porzucenie znienawidzonej pracy albo realizację stereotypowego myślenia – że miłość (jakakolwiek i do kogokolwiek) jest spełnieniem kobiety i jest warta złożenia na jej ołtarzu ofiar – niezależności i marzeń.

Boski on

Bez mężczyzny kobiety te nie istnieją.

na razie b. nie ma nic poza nazwiskiem, z biegiem historii dostanie nazwisko od heinza. to jest ważniejsze niż pieniądze i posiadanie, to dopiero przyniesie pieniądze i posiadanie. […] heinz w tym szczególnym wypadku oznacza życie. prawdziwe życie nie tylko oznacza heinza, ono nim naprawdę jest. poza heinzem nie ma nic, coś, co byłoby lepsze od heinza, jest dla bridgitte absolutnie nieosiągalne. czegoś, co byłoby gorsze od heinza, bridgitte mieć nie chce. brigitte rozpaczliwie broni się rękami i nogami przed degradacją. degradacja oznacza utratę heinza. (s. 10)

brigitte nie potrafi ze swojego życia zrobić czegoś lepszego, to lepsze ma przyjść z życia heinza. (s. 12)

Szczęście uosabia mężczyzna – jaki by nie był, bez względu na jego przymioty ciała i ducha, nawet jeśli budzi nienawiść i obrzydzenie. Mężczyzna jest tu lekiem na całe zło, dla obu kobiet jest wybawicielem, dobroczyńcą, tym, który odmieni ich los, dzięki któremu mają szansę wyrwać się ze świata, który jest im przeznaczony.

Mężczyzna jest tu panem, który nadaje rytm rzeczywistości:

jeśli ktoś dysponuje losem, to mężczyzna. jeśli kogoś dotyka los, to kobietę. (s. 7)

Należy do lepszego gatunku, w przeciwieństwie do podległych mu kobiet.

dla kobiety to kres życia i początek rodzenia dzieci. kiedy mężczyźni pięknie mężnieją i zaczynają się starzeć, i raczą się alkoholem, który ma ich wzmocnić i uchronić przed rakiem, to ich żony całymi latami są w agonii, czasem tak długo, że nawet są obecne przy agonii własnych córek, z czasem nienawidzą córek i chcą jak najszybciej zobaczyć również ich śmierć, którą same kiedyś przeżyły, dlatego: córki trzeba wydawać za mąż. (s. 17)

Mężczyzna jest kimś, kobieta nikim i tylko dzięki niemu może stać się kimś. Nie tylko on jest tego świadomy, ale tę świadomość ma i reszta społeczeństwa, włącznie z kobietami, które poprzez nawet najdrobniejszy gest nie sprzeciwiają się takiemu stanowi rzeczy, nie buntują się, które nawet nie zastanawiają się nad tym faktem, tylko biernie się temu poddają, wypełniając sumiennie narzucaną im przez lata rolę.

Przełamując konwencje

Opowieść Jelinek przesiąknięta jest ironią i groteską. Autorka zaczyna sentymentalnym obrazkiem, by za chwilę zderzyć go z życiem ze świata Zoli czy innych naturalistów – odsłaniając rzeczywistość brudną, stęchłą, brutalną, wulgarną, bolesną, żałosną, pozbawioną słodyczy, lekkości. Ta, jakby nie było, opowieść o miłości daleka jest od konwencji, którą temat mógłby sugerować. Miłość nie oznacza tu bowiem wzniosłości, namiętności, uczuć wyższych, a jedynie instynkt, chuć, przedmiotowość, brutalność, wstręt.

W przypadku tej powieści forma odgrywa ogromną rolę. Nie tylko uwydatnia, podkreśla treści, ale je niejako tworzy. Zastosowany przez autorkę styl narracji – zdania krótkie, dopełniające się, pisane ciągiem, wyrzucane jakby z karabinu maszynowego, rwane, oszczędne, rygorystyczne, konkretne, precyzyjne, bezpośrednie, zapisane połamaną składnią, bez znaków interpunkcyjnych, z pominięciem wielkich liter, z licznymi powtórzeniami – który początkowo wydaje się nie do przełknięcia, w końcu nadaje rytm lekturze i wprowadza czytelnika w rodzaj transu, hipnozy, amoku, sprawiając, że lektura posuwa się do przodu coraz szybciej i szybciej, jak pociąg, który nabiera prędkości, sprawiając, że odbiorca zaczyna czytać jakby bez udziału woli, niemal automatycznie, choć w rzeczywistości nie bezmyślnie.

Żałosny byt

Autorka z dystansem i drwiną przygląda się swoim bohaterom i brutalnie, bezpośrednio odsłania ułudę w jakiej żyją – wszelkie ambicje i marzenia w istocie są żałosne. Ich poczynania tylko wręcz automatycznie powielają zachowania, gesty, sposób myślenia głęboko w nich zakorzenione. Łudzą się, że coś od nich zależy. Człowiek okazuje się jednak marionetką pozbawioną woli, pogrążoną w niemocy, która jedynie odgrywa pewną narzuconą rolę. Nie ma najmniejszego pola manewru. Wszystko zostało w nim zakodowane, wszystko ma zapisane niczym w kodzie DNA – pozostaje tylko jedno – powielać, wypełniać schemat. Na wyjątkowość, niepowtarzalność, indywidualizm nie ma tu miejsca.

Ludzie ludziom

W powieści obnażone zostały patriarchalne zasady kierujące światem, a nawet szerzej – korzenie zła społecznego. Pokazując koszty systemu patriarchalnego, autorka pokazuje jednocześnie, jakie mechanizmy i przekonania wspierają jego funkcjonowanie. Zakorzenione w samych kobietach, przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Jelinek wytyka wady społeczeństwa. Jego mentalność wytycza kobiecie drogę, którą ta musi podążać. Droga ta pozbawiona jest możliwości awansu społecznego poprzez pracę zawodową, wykształcenie. Kobieta musi być posłuszna rodzicom, mężowi, podlega także silnym wpływom środowiska, które jest wobec niej bezwzględne. Poza tym kobiety nie solidaryzują się ze sobą, są bowiem rywalkami, poniżenie jednej jest triumfem drugiej, klęska jednej jest zadośćuczynieniem dla drugiej za jej upodlenie.

Made in Elfriede Jelinek

Czy wykreowana tu przez pisarkę wizja świata jest Jelinkowa czy obiektywna? Czy mamy do czynienia z pewną patologią – zaburzeniem powszechnych norm, czy z uniwersalną diagnozą społeczną?

Wizja ta jest okrutna, bezlitosna dla rodzaju ludzkiego. Naturalnie więc, niejako instynktownie, odbiorca przyjmuje postawę kontra. Nie zgadza się, nie przyjmuje tego, co mu serwuje Jelinek. Chce, by ta diagnoza była wymysłem, kreacją, zmyśleniem, subiektywną wizją kogoś, dla kogo literatura jest odzwierciedleniem stanów depresyjnych i lękowych człowieka, komu pisarstwo pozwala odreagować emocje, z którymi inaczej nie potrafi sobie poradzić (niejako upoważnia do tego sama autorka, mówiąc o tym otwarcie).

Obawiam się jednak, że ta postawa jest oszukiwaniem samego siebie. Nieświadomość jest wygodna, łatwiej mieć autorkę za człowieka skupionego na własnym dramacie, w pewien sposób upośledzonego życiowo i egzystować, karmiąc się złudzeniami – wizją szlachetnych, czystych, niewinnych. To jednak do niczego nie prowadzi. Do ślepego zaułka jedynie. Jeśli jednak cenimy sobie bardziej życie świadome od komfortu psychicznego i spojrzymy na siebie i swoje otoczenie z dystansem, to szybko przekonamy się, że ta diagnoza należy do przenikliwego obserwatorka rzeczywistości, widzącego więcej, dalej i szerzej, który swą niewątpliwie przerysowaną wizją próbuje wyrwać z letargu.

* Tytuł oryginalny – Die Liebhaberinnen, rok pierwszego wydania – 1975, rok pierwszego wydania polskiego – 2005.


[1] Literacki Nobel dla Jelinek, opublikowano 07.10.2004, https://www.wprost.pl/kultura/68593/Literacki-Nobel-dla-Jelinek-aktl.html, dostęp 09.05.2108.

Maska prawdę odsłoni. „Świat w płomieniach” – Siri Hustvedt

„Świat w płomieniach”Tytuł – „Świat w płomieniach”

Autor – Siri Hustvedt

Tłumacz – Jerzy Kozłowski

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla fanów literatury amerykańskiej i wielbicieli po prostu dobrej literatury, dla wybrednych, dla ceniących literaturę erudycyjną, stymulującą, dla snobów, pseudointelektualistów, malkontentów, dla feministów, seksistów, mizoginów, dla wrogów Paula Austera, dla zadających sobie pytania o istotę
  • PO CO – by wytrącić się z błogostanu nieświadomości
  • MOJA OCENA – 8/6
Osobliwość formy

„Świat w płomieniach” Siri Hustvedt nie jest realizacją kolejnego neorealistycznego dzieła, na jaki obecnie panuje moda. Autorka zdecydowała się iść raczej tropem Nabokova. Jej ostatnia powieść ma bowiem nietypową strukturę, to rodzaj nietypowej biografii, bo fikcyjnej, pewnej fikcyjnej artystki, zatem fikcyjna naukowa publikacja (fikcyjny dokument) albo inaczej rzecz ujmując rodzaj stylizacji na biografię artysty, na naukową publikację, ze wstępem redaktora, ze stosownym aparatem naukowym (z przypisami), która łączy intymny dziennik artystki z relacjami innych na jej temat (montaż źródeł). Słowem, to w wielogłos w sprawie niejakiej Harriet Burden.

Polifonia

Publikacja jawi się jako praca naukowa pod redakcją pewnego profesora estetyki, będąca kompilacją różnego rodzaju materiałów źródłowych. Jak na pracę naukową przystało, zasadniczą jej część poprzedza wstęp – „Słowo wstępne redaktora”, w którym ów redaktor przedstawia przedmiot swoich zainteresowań – badań. Wyjaśnia z czym mamy do czynienia, podaje genezę projektu – publikacji, słowem, wprowadza w świat przedstawiony. Część zasadniczą stanową fragmenty osobliwych dzienników głównej bohaterki oraz relacje osób z nią powiązanych – poszczególne rozdziały odpowiadają poszczególnym przekazom, przybierającym najróżniejsze formy (listu, wywiadu, recenzji, spisanych ustnych przekazów, relacji prasowych), a ich tytuły odpowiadają nazwiskom osób, które w taki bądź inny sposób, bezpośredni bądź pośredni, zabierają w publikacji głos.

I. V. Hess, ów profesor i redaktor publikacji, po dość przypadkowej lekturze pewnego listu autorstwa niejakiego Richarda Brickmana w prasie branżowej (w interdyscyplinarnym kwartalniku o sztuce i badaniach nad percepcją), którego bohaterką była wspomniana artystka i jej niekonwencjonalne przedsięwzięcie, zafascynowany i zaintrygowany, chcąc zaspokoić swoją rozbudzoną ciekawość, postanowił zbadać sprawę, znajdującą się w kręgu jego zainteresowań naukowych.

Niestety, nie mógł zwrócić się bezpośrednio do samej artystki, gdyż ta już nie żyła. Przedsięwziął zatem odpowiednie kroki i rozpoczął zakrojone na szeroką skalę badania. Po licznych rozmowach z bliskimi artystki, z córką, synem, przyjacielem i kochankiem, po zebraniu relacji jej przyjaciół, znajomych, ludzi związanych z jej działaniami, po przeprowadzeniu kilku wywiadów, po zaznajomieniu się z setkami stron jej prywatnych dzienników, po przeczytaniu różnego rodzaju publikacji, recenzji, artykułów, zrodził się pomysł na książkę „Świat w płomieniach” (od tytułu ostatniej pracy artystki, który ta zapożyczyła od Margaret Cavendish – siedemnastowiecznej brytyjskiej pisarki i filozof, piszącej poezje, traktaty, eseje i dramaty, publikującej pod własnym nazwiskiem, w czasach, gdy większość kobiet publikowała anonimowo, autorki „The Blazing World” – dzieła o utopijnym królestwie w nieznanym świecie, w którym władcą jest kobieta), która w efekcie stała się kompilacją zebranych materiałów źródłowych.

Portret wielokrotny

Ta wielogłosowa (łącznie dziewiętnaście głosów) narracja buduje bohaterkę, widzianą z wielu różnych perspektyw. Jednak ten patchwork, kolaż, będący swoistym portretem artystki i intelektualistki, ale też kobiety, czy szerzej człowieka, sami niejako musimy stworzyć z fragmentów niekiedy nieprzystających do siebie. Co nie jest zadaniem prostym, gdyż Burden była kobietą nieokiełzaną – złożoną, niejednoznaczną, niedającą się zamknąć w schemacie, wymykającą się wszelkiemu zdefiniowaniu, czy stawianym diagnozom.

W tym krótkim wstępie już poznajemy bohaterkę powieści „Świat w płomieniach” Hustved i publikacji „Świat w płomieniach” profesora Hessa, który postanowił zająć się spuścizną artystki, przybliżyć światu jej postać oraz jej idee i tym samym przywrócić należne jej miejsce w historii sztuki.

Życie i sztuka Harry’ego – wielowarstwowa opowieść

„Świat w płomieniach” to opowieść o niejakiej Harriet (zgodzić się trzeba, że jednej z ciekawszych postaci kobiecej w literaturze współczesnej[1]) – o nazwisku nie bez znaczenia – Burden (ang. burden – ciężar, brzemię), która podzieliła los takich artystek jak Artemisia Gentileschi, Louise Bourgeois, Grace Hartigan, Eva Hesse, Lee Krasner, Joan Mitchell, Alice Neel czy Louise Nevelson, o charyzmatycznej, ambitnej, wykształconej, nieprzeciętnie inteligentnej (nikt z otoczenia nie jest w stanie dorównać jej intelektualnie), błyskotliwej, wielce oczytanej, interesującej się każdą dziedziną nauki, zbuntowanej, bezkompromisowej, gniewnej, neurotycznej, wiernej swoim przekonaniom idealistce, wrażliwej i utalentowanej, ale niespełnionej nowojorskiej artystce, latami ignorowanej przez świat sztuki, nierozumianej przez otoczenie, która co prawda w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wystawiała swoje prace w Nowym Jorku, ale rozczarowana ich odbiorem, wycofała się z życia publicznego jako artystka, by poświęcić się roli matki i żony.

W latach dziewięćdziesiątych rozpoczęła jednak pewien eksperyment – „Pozoracje” – będący jednocześnie rodzajem performansu. Celem owego projektu miała być swoista zemsta na wrogim dla artystki świecie, w szerszej zaś perspektywie – zbadanie i odsłonięcie istoty sztuki, a nawet poznania ludzkiego.

„Świat w płomieniach” to jednak nie tylko opowieść o artystce i intelektualistce, to także opowieść o „gargantuicznej żonie” (s. 21) (Burden jest niedocenianą żoną Felixa Lorda, słynnego i uznanego nowojorskiego marszanda, jego „Matką Boską Szarych Komórek” (s. 31), który promując talenty innych, ignoruje dokonania własnej żony i niczym pasożyt, żeruje na niej), o matce, gospodyni, o kobiecie po prostu.

Harriet, dla bliskich Harry (jak nazywał ją ojciec, pragnący syna), to kobieta-monstrum, jak sama autorka ją dookreśla, której umysł bezpośrednio splata się z ciałem[2]. Jej figura odbiega od tradycyjnie pojętego wzorca piękna, jest postawna, bardzo wysoka, przytłaczająca wręcz, ma męską budowę ciała, duży biust, burzę bujnych loków i ponadprzeciętny umysł. Zna swoją wartość, choć jest świadoma, że gdyby była mężczyzną jej kariera potoczyłaby się zupełnie inaczej – lepiej, poważniej. Nie czuje się w swym ciele idealnie, utrudnia jej ono w pewien sposób egzystencję, stanowi przeszkodę, ale jest tego ciała w pełni świadoma i akceptuje bycie kobietą, czerpiąc z tego przyjemność i radość – z bycia matką, kochanką.

Powieść Hustvedt to zatem z jednej strony opowieść o kobiecości, z drugiej zaś o odsłanianiu prawdy o sztuce – o mizoginii panującej w tym pozornie otwartym, wyemancypowanym i tolerancyjny środowisku, słowem, o dyskryminacji kobiet w świecie sztuki, a szerzej o prawidłach rządzących ludzką percepcją i o ograniczonych możliwościach poznawczych – w jaki sposób podświadome wyobrażenia o płci, orientacji seksualnej, rasie i sławie wpływają na rozumienie przez odbiorców danego dzieła sztuki i o, co istotne i chyba najciekawsze, tożsamości, bo to także opowieść o zakładaniu masek, wcielaniu się w innych, by dotrzeć do siebie, swojego „ja”.

Los utalentowanej żony swego sławnego męża

Burden to bohaterka z krwi i kości. Inna też być nie mogła. Hustved wiedziała o czym pisze, zna bowiem doskonale położenie kobiet takich jak Harriet, sama jest kobietą-twórcą, która długo żyła (żyje?) w cieniu swego sławnego i cenionego męża, albowiem, przypomnę, Siri Hustvedt to amerykańska poetka, pisarka i eseistka, autorka tomów poezji, zbiorów esejów oraz powieści, doktor nauk humanistycznych, wykładowca, krytyk literacki i sztuk wizualnych, publikująca w prestiżowych czasopismach literackich i naukowych, przez lata badająca zagadnienia z dziedziny psychiatrii, neuronauki i neurologii, obecnie wykłada psychiatrię w nowojorskiej szkole medycznej[3], prywatnie żona Paula Austera, zakwalifikowanego ostatnio do panteonu amerykańskich klasyków literatury, takich jak Faulkner, Steinbeck, Dos Passos[4].

Można jednak było się spodziewać, że dla kogoś takiego jak Harriet, ta zredukowana w pewnym sensie egzystencja (do roli żony i matki), nie wystarczy. Długo jednak artystka zaciskała zęby. Gniew, który latami hamowała jednak narastał. Po śmierci męża, w wieku sześćdziesięciu dwóch lat, zdecydowała się wyjść z ukrycia, z cienia i pokazać, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, że jeszcze pokaże…, że jeszcze udowodni kto tu jest górą.

Prześladowała mnie myśl o innym ciele, innym modelu egzystencji. (s. 39)

[…] myślałam o innych ścieżkach, alternatywnych egzystencjach, o innej Harry Burden, która mogła, powinna się była wcześniej zerwać ze smyczy […]. (s. 39)

[…] wiedziałam, że pożądanym towarem jest młodość i że […] mimo wszystko lepiej mieć penisa. Tymczasem ja minęłam już półmetek swego życia i nigdy penisa nie miałam. Było za późno, żebym mogła czegoś dokonać jako ja. Zniknęłam na dobre […], ale gdybym tak wróciła jako ktoś inny? Zaczęłam wymyślać historie sprytnych transformacji. Niczym nowy Sherlock miałam się wtopić w kostium, nabierając nawet dzieci i Rachel swoimi nowymi wcieleniami. Rysowałam wizerunki ewentualnych Harrych: superman Harry z peleryną; bezdomna, seksualnie nieokreślona Harry dźwigająca siatki z butelkami; stary dandys Harry z krótką, starannie przystrzyżoną siwą bródką; Harry jako męski transwestyta (całkiem przekonująca); uśmiechnięta Harry z męskimi genitaliami skromnych rozmiarów zgodnie z tradycją helleńską. (s. 40-41)

Ja, Harriet Burden, niniejszym spowiadam się. Siłą napędową moich rozlicznych fantazji były:

1. ogólne pragnienie zemsty na palantach, cymbałach i kretynach,

2. samotność wywołana przeciągającą się bolesną izolacją intelektualną, ponieważ poruszałam się wśród zbyt wielu tytułów, o których z nikim nie mogłam porozmawiać,

3. pogłębiające się wrażenie, że zawsze byłam niezrozumiana i rozpaczliwie pragnęłam, żeby mnie zauważono, naprawdę zauważono, ale wszelkie moje starania spełzały na niczym.

W tej frustracji i zgryzocie nakręcałam się każdego dnia, jakbym była swoją starą zabawką, małpką z talerzami, i słuchałam, jak sama w nie uderzam […]. (s. 44-45)

Gorzki sukces czy sromotna klęska

Artystka zaangażowała czy też wynajęła do realizacji „Pozoracji” trzech bardzo różnych artystów-mężczyzn – Antona Tisha, młodego twórcę, który dopiero co skończył akademię sztuk pięknych, Phineasa Q. Eldridge’a, performera, czarnoskórego geja oraz Rune’a, celebrytę, znanego już w międzynarodowym światku artystycznym – którzy podpisali się pod jej pracami.

Ta mistyfikacja odpowiadała Rune’owi, uwiodła go, ponieważ gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, mógł się stać największym w historii prześmiewcą świata sztuki. Zdemaskować krytyków (niektórych zamierzał wypatroszyć i poćwiartować) jako błaznów. Był to jego czuły punkt, twierdziła Harry. Niektórzy recenzenci nazywali go pozerem schlebiającym prymitywnym gustom. Poza tym rynek go przerażał. Jednego dnia na wozie, drugiego pod wozem. […] Zamierzał pobić sceptycznych krytyków ich własną bronią. Gdy będą szydzić z jego najnowszego dzieła, wyprowadzi Harry, żeby się z nimi rozprawiła. (s. 188-189)

Dla każdego stworzyła trzy skomplikowane intertekstualne instalacje – „Historię sztuki zachodniej” dla Tisha, „Duszne pokoje” dla Eldridge’a i „Poniżej” dla Rune’a, które zostały zaprezentowane na trzech indywidualnych wystawach.

Dzieła te dotarły do szerokiego grona odbiorców jako prace trzech do tej pory nieznanych bądź znanych nielicznym artystów. Wystawy odniosły wielki sukces, potwierdzając tym samym tezy autorki. Prezentowane instalacje zyskały uznanie nie tylko odbiorców, ale i krytyki. Wynajęci artyści-mężczyźni osiągnęli zatem to, czego nie było dane zaznać faktycznej autorce-artystce-kobiecie dzieł pod jej prawdziwym nazwiskiem.

W kulminacyjnym momencie autorka projektu – eksperymentu w istocie – miała odrzucić trzy maski, za którymi się kryła, by ujawnić się i pokazać wszystkim w jakiej ułudzie żyją. Nie przewidziała jednak, że sprawy mogą nieco wymknąć się spod kontroli. Zaangażowani mężczyźni, po odniesionym przy okazji niejako sukcesie indywidualnym, nie byli skorzy do ujawnienia prawdy, do zdemaskowania całego konceptu – ogłoszenia sukcesu eksperymentu Burden. Jeden z nich odmówił przyznania się do mistyfikacji. Ujawnienie prawdy przez artystkę okazało się niemożliwe. Czy Harry poczuła gorzki smak sukcesu czy może poniosła sromotną klęskę? Udowodniła, że ma rację, ale tylko sobie, nie światu. Zatem…

Powieść o feministycznym eksperymencie filozoficznym traktatem

Interpretację „Świata w płomieniach” sprowadza się zwykle do traktowanego dość wąsko manifestu feministycznego, bo odnosząc go do konkretnej sfery życia, konkretnej przestrzeni. Jednak problematyka powieści sięga znacznie głębiej. Hustvedt mnożąc przykłady z dziejów ludzkości, dokumentuje nie tylko akty dyskryminacji, ale także i ignorancję wobec nich[5].

Zatem odczytywanie tej powieści w wąskich kategoriach jest rodzajem błędu w koncepcji interpretacyjnej, nie jest wystarczające, jest sporym uproszczeniem, zubożającym problematykę dzieła, jest odczytaniem tylko na jednym z wielu możliwych poziomów. Powieść traktuje bowiem o dużo bardziej złożonym zjawisku. „Świat w płomieniach” w istocie pokazuje, że „problem płci sięga głęboko ku ogólnoludzkim zagadnieniom”[6]. I nie jest osobnym, oderwanym zjawiskiem, zawieszonym w próżni. Powieść o feministycznym eksperymencie w istocie jest filozoficznym traktatem o braku niezależności, o uwarunkowaniach, od których nie jesteśmy w stanie uciec, także o mechanizmach ludzkiej percepcji, o niemożliwym poznaniu, o niedostępnej prawdzie, słowem, o ograniczonych możliwościach poznawczych.

Kierkegaard górą

Szerokie zainteresowania intelektualne autorki znajdują odzwierciedlenie w powieści. „Świat w płomieniach” przesiąknięty jest odwołaniami do nauki, historii sztuki i filozofii, niekiedy trudnymi do rozszyfrowania. Sama Hustvedt mówi nawet wprost, że książka jest próbą uprawiania filozofii za pomocą powieści[7], a nawet, że jest to po prostu powieść filozoficzna. Bliscy są tu autorce tacy filozofowie jak Friedrich Nietzsche czy, przede wszystkim, Søren Kierkegaard, którego styl dzieł bliższy jest formie literackiej i poetyckiej niż naukowej.

Kierkegaard daleki był od nadawania swoim dziełom postaci iście naukowego traktatu, w którym swoje poglądy podaje w formie gotowych twierdzeń, ostatecznych wniosków, które ograniczają możliwości interpretacyjne. Swe myśli chciał konfrontować z czytelnikiem, by skłonić go do refleksji. Poza tym ten duński filozof uprawiał twórczość pseudonimową – heteronimową (uważał, że mieszka w nim kilka odrębnych, a nawet skłóconych ze sobą osób), gdyż był zdania, że publikując pod pseudonimem czytelnicy nie będą kierowali się uprzedzeniami[8].

Istota maski

Te koncepcje bliskie są Hustvedt i w jej ostatniej powieści mamy tego wyraz. „Świat w płomieniach” jest bowiem przede wszystkim, w szerszym rozumieniu, najciekawszym i najistotniejszym, opowieścią o pseudonimach, maskach, słowem, o docieraniu do siebie, do swego „ja”, o poszukiwaniu swej tożsamości. Harriet wchodzi w poszczególne role. Gra matkę, żonę, artystkę, której nie satysfakcjonuje pozycja, jaką zajmuje w świecie sztuki. Stawiając czoło swej egzystencji, zakłada kolejne maski, które Hustvedt za Kierkegaardem nazywa pseudonimami.

Tu autorka bliska jest też rodzimemu Gombrowiczowi, jego gębie i formie. Człowiek bowiem odgrywa w życiu wiele różnych ról – zakłada maski, nieustannie poruszając się i zmieniając w relacjach z innymi, w zależności od kontekstu, w jakim się znajduje. Człowieka określa zewnętrzność. Jest on uwikłany w grę z innymi, a jego tożsamość kształtowana jest przez jego doświadczenie. Celem zaś zakładania masek – wchodzenia w poszczególne role – nie jest ukrycie się za nimi, ale odkrycie za ich pomocą pewnych aspektów własnego doświadczenia, droga do poznania, objawienia (s. 72).

Życie Burden to poszukiwanie siebie. Zakładając kolejne maski (Harry’ego, Richarda Brickmana, Antona Tisha, Phineasa Q. Eldridge’a i Rune’a), wchodząc w kolejne role, zdobywając kolejne doświadczenie, dociera do swego „ja”. 

Projekt „Pozoracje”, ten „wielki tryptyk” (s. 188), zakładał założenie trzech różnych masek poprzez wynajęcie trzech różnych artystów. Wynajęci mężczyźni już przez samo ich zaangażowanie w projekt oddziaływali na proces twórczy artystki. Z czego ta doskonale zdawała sobie sprawę. Wybierając właśnie tych mężczyzn, brała pod uwagę ich ewentualną moc sprawczą. Zakładane maski zmieniają samą bohaterkę, wywołują jej wewnętrzną transformację, ale też wpływają na jej twórczość. Artystka ulega im w pewnym sensie, poddaje się im. Wielka Wenus z instalacji Antona Tisha nie powstałaby gdyby nie Anton. To dzieło, które zrodziło się między nim a Burden, nie zostało więc stworzone przez samą artystkę. Poszczególne ekspozycje, które Burden powołała do życia, wizualnie znacznie różniły się od siebie, były bowiem tworzone przez pryzmat założonej maski. 

Natura percepcji

Burden postanowiła poprzez wykorzystanie męskich masek poeksperymentować z odbiorem własnej sztuki. 

[…] czy mnie interesowały eksperymenty z własnym ciałem […]. Nie. Interesowało mnie co innego – percepcja i jej zmienność, zjawisko, że przeważnie widzimy to, czego się spodziewamy. Czyż Harry, którą oglądałam w lustrze, nie zmieniała się już wystarczająco często? Zastanawiałam się, czy w ogóle potrafię ujrzeć siebie taką, jaka jestem naprawdę. Jednego dnia wydawałam się sobie w porządku, względnie szczupła […] a następnego dnia byłam obwisłą, grubą karykaturą siebie. Jak można wytłumaczyć tę przemianę, jeśli nie poglądem, że obraz własnej osoby jest w najlepszym razie mało wiarygodny? Nie, nie chciałam mieszać do tego swojego ciała, chciałam spróbować artystycznych wycieczek pod czyimiś imionami, ale chciałam czegoś więcej niż przykrywki w rodzaju „George Eliot”. Pragnęłam własnej komunikacji pośredniej à la Kierkegaard, którego maski ścierały się ze sobą i walczyły […]. Było co najmniej niejasne, jak osiągnąć tego typu transformacje w moim przypadku: coś mi zaledwie świtało w głowie, ale te przemyślenia okazały się płodne. (s. 43-44)

„Pozoracje” to swoisty intelektualny eksperyment[9], podczas którego artystka badała prawidła rządzące ludzką percepcją – w jaki sposób doświadczenie, wspomniane podświadome wyobrażenia o płci, orientacji seksualnej, rasie i sławie wpływają na rozumienie przez odbiorców danego dzieła sztuki. Harriet w swoim eksperymencie gra i manipuluje różnym na ten temat założeniami.

Niewątpliwe ta polifoniczna powieść, gęsta i wielowarstwowa, pełna odniesień niełatwych do rozszyfrowania, jest erudycyjną, niezwykłą intelektualnie, pojemną i stymulującą wyprawą w świat pozornie odległy, w istocie zaś bliski każdemu. To swoisty palimpsest, który można czytać na wiele sposobów. Czy to będziemy czytać „Świat w płomieniach” jako powieść o feministycznym eksperymencie czy szerzej jako traktat filozoficzny o braku niezależności, o uwarunkowaniach, od których nie jesteśmy w stanie uciec, także o mechanizmach ludzkiej percepcji, o niemożliwym poznaniu, o niedostępnej prawdzie, słowem, o ograniczonych możliwościach poznawczych, będzie to wyprawa fascynująca, choć wywołująca trwogę.

* Tytuł oryginalny – The Blazing World, rok pierwszego wydania – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.


[1] Juliusz Kurkiewicz, „Świat w płomieniach”: najambitniejsza powieść Siri Hustvedt. Pisze lepiej niż jej mąż Paul Auster?, 11.02.2017, http://wyborcza.pl/7,75517,21359582,swiat-w-plomieniach-najambitniejsza-powiesc-siri-hustvedt.html, dostęp 06.04.2018.

[2] Book’s not dead, 10 Siri Hustvedt „Świat w płomieniach” [podcast, rozmowa], https://soundcloud.com/booksnotdead/10-siri-hustvedt-swiat-w-plomieniach, dostęp 10.04.2018.

[3]Grzegorz Jankowicz, Ruchome maski [rozmowa z Siri Hustvedt], opublikowani 20.11.2017, https://www.tygodnikpowszechny.pl/ruchome-maski-150907, dostęp 10.04.2018.

[4] Krzysztof Varga, „4 3 2 1”: tej wielkiej powieści nie da się zapomnieć. Paul Auster ostatecznie dołącza nią do panteonu amerykańskich klasyków, opublikowano 02.04.2018, http://wyborcza.pl/7,75517,23218715,4321-tej-wielkiej-powiesci-nie-da-sie-zapomniec-paul-auster.html, dostęp 06.04.2018.

[5] Teresa Fazan, Maski potwornej kobiety (Siri Hustvedt: ‚Świat w płomieniach’), opublikowano 01.07.2017, http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=328&artykul=6237, dostęp 17.04.2018.

[6] Ibidem.

[7] Jankowicz, op. cit.

[8] Konrad Szocik, Koncepcja prawdy subiektywnej i egzystencjalnej w filozofii Kierkegaarda, opublikowano 30.03.2008, http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5807#_f1, dostęp 15.04.2018.

[9] Book’s not dead, op. cit.

BIBLIOGRAFIA

„Mózgu/ Korytarze kryjome”*. „Grace i Grace” – Margaret Atwood

Tytuł – Grace i Grace

Autor – Margaret Atwood

Tłumacz – Aldona Biała

Wydawnictwo – Noir Sur Blanc

Rok – 1998

  • DLA KOGO – dla fanów Margaret Atwood, powieści o kobietach, powieści psychologicznych, kryminałów wiktoriańskich
  • PO CO – by spędzić czas, zmagając się z meandrami psychiki ludzkiej
  • MOJA OCENA – 6/6
„Rzemiosło” Atwood

Margaret Atwood jest autorką wielu książek: powieści, zbiorów opowiadań, tomów poezji i rozpraw krytycznoliterackich. Jak zauważa Kazimiera Szczuka, kanadyjska autorka żongluje rozmaitymi stylami. Humorystycznym, mroczno-paranoicznym, kliniczno-psychologicznym. Wykorzystuje schematy powieści popularnej, ale zawsze w sposób przewrotny[1].

Wiktoriański kryminał[2] i powieść historyczna oparta na faktach w jednym

W przypadku Grace i Grace mamy do czynienia z rodzajem wiktoriańskiego kryminału, powieścią historyczną opartą na faktach, okrytych jednak pewną do dziś nieodgadnioną tajemnicą. To zbeletryzowana opowieść o najsłynniejszej kobiecie Kanady lat czterdziestych XIX wieku, która nie pozwoliła nikomu odkryć prawdy o swej naturze.

To historia niejakiej Grace Marks alias Mary Whitney, którą jako szesnastolatkę skazano na karę śmierci zamienioną później (opinie na jej temat od samego początku były podzielone) na karę dożywocia (ze względu na młody wiek, słabość kobiety i domniemaną niepoczytalność) za współudział w zamordowaniu swego pracodawcy i jego gospodyni (rzekomego wspólnika Grace powieszono). Po niespełna trzydziestu latach przebywania w więzieniu i domu dla obłąkanych kobieta została uniewinniona i rozpoczęła nowe życie.

Grace i Grace

Podczas lektury przede wszystkim zadajemy sobie pytanie kim była owa kobieta? Katem czy ofiarą? Niewinną, zastraszoną bezwolną niewiastą zmuszoną do zbrodni czy wyrachowaną, pozbawioną skrupułów zbrodniarką, potworem w kobiecej skórze? Obłąkaną czy tylko obłąkaną udającą?

Kobieta (nastolatka właściwie) wzbudzała skrajne uczucia, bardzo różnie ją odbierano i oceniano:

[…] o mnie napisano – że jestem nieludzkim potworem w skórze kobiety, że jestem niewinną ofiarą łajdaka, który pozbawił mnie własnej woli i groził mi śmiercią, że byłam zbyt nieświadoma, żeby wiedzieć, jak mam postąpić, i że powieszenie mnie byłoby przestępstwem popełnionym w majestacie prawa, że lubię zwierzęta, że jestem bardzo przystojna i mam świetlistą cerę, że mam niebieskie oczy, że mam zielone oczy, że mam kasztanowate, a także brązowe włosy, że jestem wysoka, ale również średniego wzrostu, że jestem dobrze i porządnie ubrana, że obrabowałam w tym celu zamordowaną kobietę, że sprawnie wykonuję swoją pracę, że mam kapryśne i kłótliwe usposobienie, że raczej sprawiam wrażenie osoby wyższego stanu, że jestem dobrą dziewczyną o ustępliwej naturze i nie można mi nic zarzucić, że jestem podstępna i kłamliwa, że mam nie po kolei w głowie i że jestem niewiele mądrzejsza od idioty. Ciekawe, jak można mówić o mnie tyle różnych rzeczy naraz? (s. 33)

Pozornie w powieści chodzi o odpowiedź na to pytanie kim była Grace Marks. Ale powieść Atwood nie byłaby powieścią Atwood, gdyby sprawa była tak prosta. W istocie nie chodzi bowiem o prawdę, tylko o portret psychologiczny osadzonej. A ten Atwood tworzy po mistrzowsku.

Forma

Grace poznajemy z podwójnej (dwugłosowej) narracji. Trzecioosobowej, z perspektywy psychiatry, który przybył, by zdiagnozować osadzoną oraz pierwszoosobowej, którą stanowią spostrzeżenia, wnioski, refleksje, myśli samej osadzonej. To jednak nie wszystko. Dodatkiem są wiersze otwierające każdy rozdział, będące swojego rodzaju komentarzami, a także listy, wspomnienia, rozmaite relacje, raporty i doniesienia prasowe.

Nienasycenia

Ta wielogłosowość sprawia, że te rozsypane kawałki odbiorca sam musi poskładać. Nie dane mu jednak będzie zaznać satysfakcji. Nie powstanie bowiem spójna całość. Pozostanie wiele luk, zadanych pytań bez odpowiedzi. Otwarte zakończenie przyniesie dodatkowo frustrację… Na pocieszenie mamy jedynie słowa samej autorki, która radzi czytelnikowi, „aby nie opowiadał się po żadnej ze stron, nie osądzał, stosując prosty podział na „winny” lub „niewinny”. Zdaniem Atwood musimy zaakceptować fakt, że są pytania, na które nigdy nie poznamy jednoznacznej odpowiedzi”[3].

Nie zmienia to jednak faktu, że lektura tej nieoczywistej polifonicznej powieść jest ucztą pierwszej klasy, w której autentyczność miesza się z literacką fikcją. Nie jesteśmy w stanie oddzielić tych dwóch światów. Atwood na podstawie znanych faktów, zdobytych informacji, materiałów archiwalnych, korespondencji dotyczącej oskarżonej, doniesień prasowych z tamtych czasów stworzyła, wypełniając puste miejsca fikcją, intrygującą opowieść.

Próba poznania niepoznawalnego

Główną bohaterkę powieści poznajemy, gdy ta odsiaduje w więzieniu wyrok dożywocia. Grace udało się uniknąć śmierci dzięki staraniom adwokata i grupy obywateli, którzy uparcie wnosili o jej uniewinnienie. Pod naciskiem opinii publicznej sędzia przystał na to, aby zamienić karę śmierci na dożywocie. Jednak obrońcy kobiety nie dawali za wygraną. Duchowny wraz z lokalną społecznością wciąż czynił starania, by Grace uniewinnić. Pomóc miała opinia pewnego ambitnego o sporych aspiracjach psychiatry ze Stanów Zjednoczonych.

Do więzienia przybył zatem Simon Jordan – ów lekarz, by zbadać meandry umysłu osadzonej. Ich rozmowy – teraźniejszość – odbywające się w salonie komendanta więzienia, odsłaniają przed czytelnikiem historię życia Grace Marks – przeszłość.

Każde kolejne spotkanie odkrywa stopniowo przeszłość Grace, krok po kroku zbliżając do wydarzeń, które zaprowadziły ją niemalże na szafot – do miejsca, w którym obecnie się znajduje. Z rozmów tych dowiadujemy się między innymi o jej trudnym dzieciństwie spędzonym w Irlandii, o biedzie, o ojcu alkoholiku, w końcu o emigracji całej rodziny do Kanady, o śmierci matki na statku, pogrzebie, o dotarciu do nowej ojczyzny i niełatwych początkach lepszego życia. Dalej o pracy w domu państwa Parkinsonów, u którym służyła niejaka Mary Whitney, o ich przyjaźni, o śmierci Mary, w końcu o tym, jak Grace trafiła na służbę do niejakiego Thomasa Kinneara – tego, którego rzekomo wraz z Jamesem McDermottem zamordowała.

Podczas tych spotkań, osadzona nie ucieka od odpowiedzi, jest otwarta i życzliwa. Jednak każda jej myśl, wypowiedź uzmysławia nam, że nie mamy do czynienia z bezwolną i złamaną istotą, tylko z samoświadomą kobietą o skomplikowanej, bo niejednoznacznej naturze, która fascynuje nas coraz bardziej, mimo że czujemy, iż wodzi nas za nos, że pogrywa sobie z nami, tak samo jak i doktorem. Słowem, że prowadzi własną grę, której reguły sama dyktuje.

Wymykająca się poznanie

Autorka nie odpowiada jednoznacznie na nurtujące pytanie: jaka jest Grace? Która miałaby przybliżyć do prawdy. Z tych spotkań i rozmów wyłania się wielowymiarowa, niejednoznaczna natura Grace. Wymyka się skrajnym, jednoznacznym, czarno-białym opiniom. Nie jest kobietą niewinną i bezwolną, ale też trudno powiedzieć, że jest zdemoralizowaną i wyrachowaną prowodyrką. Jest z pewnością kobietą opanowaną i powściągliwą, ale i samoświadomą, silną, pewną siebie, logicznie myślącą o odważnych i sprecyzowanych poglądach, wolną od konwenansów, stereotypów, daleką od skostniałych i konserwatywnych poglądów:

To obłudnicy, myślą, że kościół to klatka, w której można zamknąć Boga, żeby nie włóczył się po ziemi w ciągu tygodnia, wtrącając się w ich sprawy i zaglądając w głębiny, mrok i hipokryzję ich serc oraz stwierdzając brak prawdziwej dobroci. Wierzą, że może im zawracać głowę tylko w niedziele, kiedy mają na sobie najlepsze ubrania i przybierają świętobliwe miny, myją do czysta ręce i zakładają rękawiczki i wszystko mają z góry przygotowane. (s. 244)

[…] łóżko to takie spokojne miejsce, które […] oznacza odpoczynek i twardy sen. Ale nie dla każdego jest takie. W łóżku może się dziać wiele złego. To tam przychodzimy na świat, co jest pierwszym niebezpieczeństwem w naszym życiu; i tam kobiety rodzą dzieci, często przy tym umierając. Tam odbywa się akt między mężczyzną a kobietą, […]. Niektórzy nazywają to miłością, inni niedolą albo przynajmniej niewygodą, którą muszą ścierpieć. I wreszcie łóżko to miejsce, w którym śpimy, śnimy i często umieramy. (s. 159)

Nie docieramy jednak do sedna bohaterki. Co z jednej strony wywołuje konsternację odbiorcy, z drugiej jednak, po zastanowieniu, musimy przyznać, że jest to jedynie słuszne rozwiązanie – brak w istocie rozwiązania wydaje się po prostu najbliższy prawdy, autentyczny, najwięcej mówiący o rzeczywistości.

Historia ducha tamtego czasu

To jednak nie wszystko. Grace i Grace to również fascynująca historia ducha tamtego czasu. Opowieść o słynnej morderczyni nie jest pozbawiona tła, które stanowi tu istotny element. Uwydatnia bowiem złożoność problemu i umieszcza sprawę w szerszym kontekście.

Atwood przemyca tu niejako opowieść o kanadyjskim społeczeństwie epoki wiktoriańskiej, o jego zwyczajach, modach, mentalności, postrzeganiu rzeczywistości. Możemy więc obserwować zachodzące zmiany społeczne i obyczajowe. Autorka przywołuje sprawy, które były wówczas w orbicie zainteresowań pewnych kręgów i które szeroko komentowano. Zainteresowanie ludzkim umysłem, wszelkimi odchyleniami od normy, przyczyniło się do rozwoju rozmaitych teorii na ten temat. Ciekawość budziły takie kwestie jak pamięć, amnezja, somnambulizm, sny, histeria, stany transowe, hipnoza, spirytyzm, mesmeryzm.

Szukając więc sposobu dotarcia do prawdy – poznania meandrów psychiki kobiety (Grace) i odkrycia prawdy (winna czy niewinna) – zaintrygowane kręgi szukały odpowiedniego klucza.

Atwood zaś zainteresowana procesem kształtowania się opinii publicznej na temat skazanej, analizuje stosunek społeczności do osadzonej i naszkicuje jej portret zbiorowy, który jest nie mniej fascynujący niż portret psychologiczny samej Grace.

* Emily Dickinson, 670 (Nie trzeba być Komnatą…), w, Wiersze wybrane, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016, s. 159.

** Tytuł oryginalny – Alias Grace, rok pierwszego wydania – 1996, rok pierwszego wydania polskiego – 1998.


[1] Kazimiera Szczuka, Witajcie w Gileadzie, opublikowano 10.04.2006, https://kultura.onet.pl/wiadomosci/witajcie-w-gileadzie/rf801fx, dostęp 18.02.2018.

[2] Ibidem.

[3] „Grace i Grace” Margaret Atwood – historia XIX-wiecznej morderczyni, o której do dziś nie znamy całej prawdy, opublikowano 02.12.2017, http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/grace-i-grace-margaret-atwood-historia-xix-wiecznej-morderczyni-o-ktorej-do-dzis-nie-znamy-calej-prawdy/, dostęp 18.02.2018.

BIBLIOGRAFIA
  1. „Grace i Grace” Margaret Atwood – historia XIX-wiecznej morderczyni, o której do dziś nie znamy całej prawdy, opublikowano 02.12.2017, http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/grace-i-grace-margaret-atwood-historia-xix-wiecznej-morderczyni-o-ktorej-do-dzis-nie-znamy-calej-prawdy/, dostęp 18.02.2018.
  2. Atwood Margaret, Posłowie, w, Grace i Grace, Warszawa 1998.
  3. Dickinson Emily, Wiersze wybrane, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016.
  4. Janota Paulina, Winna czy niewinna?, opublikowano 10.01.2018, http://booklips.pl/recenzje/winna-czy-niewinna/, dostęp 18.02.2018.
  5. Szczuka Kazimiera, Witajcie w Gileadzie, opublikowano 10.04.2006, https://kultura.onet.pl/wiadomosci/witajcie-w-gileadzie/rf801fx, dostęp 18.02.2018.

Znasz-li ten kraj? „Opowieść podręcznej” – Margaret Atwood

Opowieść podręcznejTytuł – Opowieść podręcznej

Autor – Margaret Atwood

Tłumaczenie – Zofia Uhrynowska-Hanasz

Wydawnictwo – Wielka Litera

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla wrażliwców, dla nadwrażliwców; dla tych, którym przykazanie dobro wspólne nie jest obojętne; dla tych, którzy chcą zobaczyć więcej
  • PO CO – by żyć świadomiej, by nie lekceważyć, by nie ignorować
  • MOJA OCENA – 8/6
Drugie życie

Niekiedy okoliczności sprzyjają, by książka zyskała drugie życie. Z pewnością drugie życie Opowieści podręcznej Margaret Atwood* dała wiosenna premiera serialu na jej podstawie. Powieść ta, choć kilkakrotnie w Polsce wydawana (po raz pierwszy ukazała się w 1992 roku w Państwowym Instytucie Wydawniczym i od tamtej pory miała kilka wydań w różnych oficynach – Zysk 1998, Znak 2006), mimo że kultowa wręcz, to była do tej pory nieco zapomniana. Dzięki premierze serialu w wydawnictwie Wielka Litera ukazało się kolejne wydanie, co daje jej szansę na należytą uwagę.

Powieść powstała w 1985 roku, zatem ponad trzy dekady temu. Czytana teraz, z dzisiejszej perspektywy wywołuje niepokój. Jakże wstrząsająca, przerażająca i ważna okazuje się dziś, bo aktualna. Zbyt aktualna.

Przyszła noblistka

Margaret Atwood to jedna z najbardziej znanych kanadyjskich pisarek, też aktywistka społeczna i ekologiczna. Autorka wielu książek – powieści, zbiorów opowiadań i esejów, tomów poezji, rozpraw krytycznoliterackich, książek dla dzieci, laureatka wielu prestiżowych nagród – m.in. Nagrody Bookera i Nagrody Księcia Asturii. Jest też jedną z najpoważniejszych kandydatek do literackiej Nagrody Nobla.

W swojej twórczości literackiej sięga po różne konwencje, wykorzystuje dobrze znane schematy powieści popularnych, by zgłębiać tematy, które najbardziej ją interesują.

Opowieść kobiety podręcznej

Dystopia Atwood

W przypadku Opowieść podręcznej mamy do czynienia z dystopią i niejako opowieścią w opowieści. Mamy zatem historię przedstawiającą czarną wizję rzeczywistości, która wynika z krytycznej obserwacji świata otaczającego autora, pesymistyczny osąd zastanego świata. Ta fantastyczna wizja jest jego hiperboliczną konstatacją, negującą możliwość odmiany w przyszłości zastanego stanu rzeczy[1].

Autorka od razu rzuca nas tu na głęboką wodę. Bez drobnego ostrzeżenia, wchodzimy w sam środek pierwszoosobowej relacji głównej bohaterki. Narratorka też niczego odbiorcom opowieści nie ułatwia. Sami, powoli, strona po stronie, akapit po akapicie, musimy scalić relację z podawanych nam fragmentów, zrekonstruować świat przedstawiony, odtworzyć bieg wydarzeń, powołać do życia bohaterów. Opowieść ta, mimo że skupiająca się na detalach, nie do końca jest jasna. Rzeczywistość przedstawiona jest dość enigmatyczna, pełna luk, niedopowiedzeń.

Na podstawie relacji narratorki odtwarzamy jej teraźniejszość i jej przeszłość. I ta opowieść stanowi właściwą fabułę powieści. Z jej końcem przekonujemy się, że mamy do czynienia z rodzajem powieści w powieści. Relacja kobiety okazuje się swoistym dokumentem sporządzonym post factum, świadectwem przeszłości, który w formie taśm magnetofonowych trafił w ręce historyków. Opowieść otrzymaną badacze spisali, opracowali, opatrzyli odpowiednim komentarzem i wydali, a teraz, w roku 2195, profesor Jamesa Darcy Pieixoto, dyrektor Archiwów Dwudziestego i Dwudziestego Pierwszego Wieku Uniwersytetu Cambridge, na XX sympozjum poświęconym studiom nad Gileadem, które odbyło się podczas zjazdu Międzynarodowego Towarzystwa Historycznego na Uniwersytecie w Nunavit, omawia ją podczas swojej prelekcji[2]. Relacja, będąca przedmiotem dyskusji podczas sympozjum, stanowi główną oś fabularną powieści Atwood.

Jej bohaterką i narratorką jest trzydziestotrzyletnia kobieta, która kiedyś wiodła zwyczajne życie. Miała męża, dziecko, rodzinę, przyjaciół, pracę. Była wykształcona, wolna i niezależna. Teraz jest Fredą – podręczną komendanta Freda – i jej teraźniejszość nie ma nic wspólnego z jej przeszłością.

Dawno, dawno temu

Pewnego dnia, jakby z dnia na dzień, niespodziewanie, straciła pracę, zablokowano jej konto, a środki oddano do dyspozycji męża. Widziała co się dzieje, na jej oczach nastawał nowy porządek, wiedziała, że wszystko zmierza w złą stronę, ale nie przypuszczała, że dotychczasowy świat przestanie istnieć. Wraz z mężem podjęła próbę ucieczki. Niestety, nie powiodła się. Schwytali ją. Trafiła do Czerwonego Centrum, tam poddano ją indoktrynacji, tam przeszła odpowiednią edukację, by następnie zostać podręczną i wiernie służyć państwu.

Nowy wspaniały świat[3]

Stary świat przestał istnieć. Nastały nowe porządki – Republika Gileadu, leżąca na terenach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, w której panuje wojskowy reżim, fundamentalizm religijny, fanatyzm. Władza należy do religijnych radykałów, do mężczyzn (w odróżnieniu od państwa kobiet z Seksmisji Juliusza Machulskiego[4]). Stworzono hierarchiczne społeczeństwo, nad którym panuje ścisła kontrola. Mimo że władza należy do mężczyzn, to kobiety w tej teokracji odgrywają fundamentalną rolę. Są podstawą działania społeczeństwa, choć paradoksalnie nie mają żadnych praw.

Są podzielone na zhierarchizowane kasty, ściśle zamknięte grupy społeczne, których odrębność wynika z zasad panujących w Republice. Członkinie poszczególnych kast spełniają określone funkcje – Podręczne (najcenniejsze, bo jedynie płodne kobiety w państwie), którym przyporządkowany został kolor czerwony (w tym kolorze mają wszystkie ubrania i dodatki) są od rodzenia dzieci, Marty od usługiwania, Ciotki od szkolenia Podręcznych w Czerwonym Centrum, Żony są oficjalnymi partnerkami Komendantów (będących elitą władzy) oraz Gospożony, czyli żony mężczyzn niżej postawionych w hierarchii społecznej.

Bolączki wspaniałego świata

Republika toczy wojny z innymi państwami, ale jej największą bolączką jest spadający przyrost naturalny. Przyczyny spadku narodzin, jak dowiadujemy się z prelekcji profesora, nie były do końca rozpoznane. Nie bez wpływu na to była, jak donosi uczony, powszechna dostępność środków antykoncepcyjnych, legalność aborcji. Istniała też duża śmiertelność niemowląt, coraz częściej dochodziło do poronień, coraz więcej dzieci rodziło się z wrodzonymi wadami. Były to według ustaleń naukowców skutki skażonego środowiska i katastrof ekologicznych.

Według badaczy autorka relacji musiała znaleźć się w pierwszej fali kobiet rekrutowanych do celów reprodukcyjnych i przydzielanych tym, którzy potrzebowali takich usług i jako członkowie elity mogli sobie na nie pozwolić. Reżim Republiki stworzył taką grupę reproduktorek – podręcznych właśnie – i wysoko postawieni w hierarchii mężczyźni mogli sobie wybierać spośród tych kobiet.

Zapotrzebowanie na usługi reprodukcyjne istniało, jak wyjaśnił profesor, już w okresie pregileadzkim. Wówczas to próbowano środków takich jak sztuczne zapładnianie, tworzenie specjalnych klinik, czy wynajmowanie matek zastępczych. Dwa pierwsze sposoby, jako niezgodne z religią, zostały w Republice zakazane, zalegalizowano zaś i upowszechniono trzeci, o którym mowa jest już w Biblii[5]. Poligamię seryjną, tak częstą w czasach pregileadzkich, zastąpiono starszą poligamią równoczesną, praktykowaną już we wcześniejszym okresie Starego Testamentu.

Podręczną być

Podręczne wyróżnia czerwona suknia (każda kasta miała swój kolor) niczym habit, szczelnie okrywająca ich ciała, którego zwieńczeniem było nakrycie głowy z szerokimi skrzydłami, które skutecznie osłaniały twarz przed spojrzeniami innych i jednocześnie uniemożliwiały im oglądanie świata zewnętrznego. Do tego czerwone buty, czerwone rękawiczki.

Ich jedynym celem jest prokreacja, ich jedynym prawem i obowiązkiem jest tylko być, po to, by urodzić dziecko w tym jałowym świecie. Są najcenniejsze w tej nowej rzeczywistości, gdyż tylko one są jeszcze w stanie zmienić wskaźnik przyrostu naturalnego, a zatem coś, od czego zależy przyszłość Republiki. Paradoksalnie jednak pozbawione są wszystkiego – przeszłości, drobnych przywilejów, rzeczy osobistych, kosmetyków, prawa do czytania, rozmawiania, rozglądania się, śmiania, patrzenia drugiemu w oczy. Są uprzedmiotowione, nie mają własnych imion (noszą imię pana, do którego w danej chwili należą), oznaczone są jak bydło tatuażami, są jedynie naczyniami, w których ma narodzić się nowe życie. W istocie są niewolnicami, przedmiotami codziennego użytku, inkubatorami, podręcznymi właśnie. Póki istnieje możliwość zajścia w ciąże, mają szansę na przetrwanie. W innych wypadku czeka je zesłanie do Kolonii, tam ciężka praca i śmierć.

Podręczne nigdy same nie wychodzą z domu swego pana. Zawsze w towarzystwie drugiej podręcznej, na którą trzeba jednak uważać. Jedna drugą ma pilnować i donosić o ewentualnych przewinieniach, a nie być powiernicą czy choćby miłym towarzystwem. Uczestniczą w obowiązkowych rytuałach, modłach, ceremoniach, egzekucjach. Chodzą po zakupy, są obecne podczas narodzin kolejnych dzieci, biorą udział w ceremonii ślubów grupowych, chodzą popatrzeć na tzw. Mur, na którym na hakach wiszą ciała, tych którzy popełnili zbrodnię przeciwko Republice i teraz służą za przykład, uczestniczą w tzw. ceremoniach Wybawienia, podczas których wiesza się zbrodniarzy, same też wymierzają karę podczas tzw. Partycykucji, będących w istocie linczem podręcznych na mężczyznach, którzy dopuścili się gwałtu.

Przeżyć tylko

Główna bohaterka powieści Atwood, jedna z podręcznych, choć nie ulega indoktrynacji i nie wierzy w idee nowego wspaniałego świata, w swoją zaszczytną rolę, w swój przywilej, swoją służbę, to nie sprzeciwia się nowemu porządkowi, swoim oprawcom. Nie jest typem buntownika, rewolucjonisty. Poddaje się i posłusznie wykonuje codzienne czynności, to, co do niej należy. Spełnia oczekiwania innych. Skupia się na swojej codzienności w świecie teraźniejszym, w nowej rzeczywistości. Przystosowuje się i żyje z dnia na dzień.

Nie szuka też kontaktu z ruchem oporu. Ten nawiązuje się sam, niejako bez jej woli. Wynika raczej z próby życia po swojemu w okolicznościach jakie są jej dane, z pragnienia przeżycia, wciąż łudząc się, że pewnego dnia zobaczy córkę i męża. Racjonuje sobie też z tego powodu myślenie, uznając, że lepiej za wiele nie myśleć, gdyż to może zmniejszyć szansę na przetrwanie. Taka postawa przyniesie jej ocalenie. Jakby niechcący, mimochodem.

Relacja bohaterki Opowieści, a więc jednej z kobiet Republiki, tej najcenniejszej, bo płodnej, przybliża nam ten dystopijny świat. Jednak ta opowieść nie pokazuje pełnego obrazu mechanizmów działania nowego porządku, nie jest też jego analizą. Jest intymną, a więc subiektywną relacją monady poszczególnej wrzuconej w ten system.

Piosenka o końcu świata[6]

Jednak ta fragmentaryczna, urywana, lakoniczna, choć i jednocześnie rzeczowa relacja Fredy nie jest tylko opowieścią o jej codzienności w Republice (np. o kąpielach, posiłkach, „zwiedzaniu” swego pokoju, wizytach u lekarza, o czasie niewypełnionym, o długich pauzach niczego, spotkaniach w alkowie ze swoim panem i jego żoną itp., itd.), którą przeplata wspomnieniami ze swego dawnego życia. Jest czymś znacznie więcej.

Pojedyncze zdania, wszystkie elementy tej relacji, łączą się i wyłania się spójny i przerażający obraz przeistaczania się jednej rzeczywistości w drugą. Czytanie w ten właśnie sposób powieści Atwood pozwala dostrzec, że ten teoretycznie nieistniejący świat, faktycznie istnieje, że ta absurdalna, fikcyjna, wykreowana przez autorkę rzeczywistość, nie jest wcale tak nierealna, że jest w istocie bliższa naszej rzeczywistości niż mógłby się to wydawać, że faktycznie staje się niezauważenie na naszych oczach.

Atwood, wyłapując szczegóły, pozornie nieistotne detale rzeczywistości, jakby mimochodem, gdzieś przypadkiem rzuconym zdaniem, pokazuje nam na czym polega mechanizm zachodzących, jakże niebezpiecznych przeobrażeń. Diagnozuje zjawiska społeczne i pokazuje, że przemiany nie nastają z dnia na dzień, że zachodzą powoli, po cichu, niezauważenie, za naszym przyzwoleniem. My, odurzeni wolnością, swobodą, niezależnością, „pełnymi brzuchami”, nie zastanawiający się nad przeszłością ani nad przyszłością, żyjący bezrefleksyjnie, myślący i patrzący krótkowzrocznie, nie dbający o wspólne dobro, a jedynie o dobro własne, czerpiący pełnymi garściami ze swojego tu i teraz, nie liczący się z konsekwencjami, nie biorący za nic odpowiedzialności, ignorujemy, lekceważymy, bagatelizujemy, nie reagujemy na drobne symptomy przemian, które zmierzają w złą stronę, sygnały zagrożenia, które jeśli nie zostaną odczytane w porę doprowadzą do…

Everyman

Opowieść podręcznej jest wizją alternatywnej rzeczywistości. To inna wersja historii świata, w której kobieta została sprowadzona do roli niemego reproduktora. I choć chodzi tu przede wszystkim o sytuacje kobiet, to w istocie chodzi o sytuację człowieka w ogóle. Koszmar kobiet trwa, niezależnie od miejsca w hierarchii społecznej, ale faktycznie nikt tu nie jest bezpieczny. Czystki mogą dosięgnąć każdego. Każdy tu może stać się Józefem K., po którego pewnego dnia mogą przyjść. Atwood uświadamia nam, jak niewiele potrzeba, by zniewolić człowiek. Powieść, jak i cała twórczość autorki, to dzieło zaangażowane, które traktuje przede wszystkim o władzy totalnej, jej mechanizmach i przerażającym zniewoleniu jednostki.

Wizję tę możemy utożsamiać z totalitaryzmami w ogóle i z totalitaryzmami XX wieku, możemy też odnieść do zjawisk zachodzących dziś w całym świecie, w USA, w Europie, na Bliskim Wschodzie, w Afryce.

Spodziewajmy się

Dalsze losy autorki nie są znane. Wiem jedynie, że udało jej się uciec. Inaczej nie nagrałaby swojej relacji dla potomnych. Znalezione taśmy są tego dowodem. Republika Gileadu natomiast upadła. Jest już obecna tylko we wspomnieniach zdziecinniałych badaczy. Co powinno przynieść czytelnikowi ulgę. Nie przynosi jednak. Nie może przynieść. Bo ten orwellowski świat Atwood wydaje się nam jakoś dziwnie znajmy, bliski. Skażenie środowiska, spadek populacji, walka z prawami kobiet, fanatyzm religijny, władza w rękach wojska, policji, służb specjalnych – czyż nie jest nam to w globalnym świecie XXI wieku znajome?

Kultowa powieść przetrwała próbę czasu. Atwood, aktywna działaczka, bacznie analizująca zjawiska sobie współczesnego świata ostrzegała w roku 1985 i dziś ostrzega jeszcze dobitniej przed powszechnym znieczuleniem, ignorowaniem sygnałów, które choć pozornie niewinne mogą okazać się brzemienne w skutkach.

*Tytuł oryginalny – Spådomen. En flickas memoarer, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Hasło, dystopiaSłownik terminów literackich, red. Janusz Sławiński, Wrocław 2002.

[2] Margaret Atwood, Komentarz historyczny do „Opowieści podręcznej”, Warszawa 2017.

[3] Aldous Huxley, Nowy wspaniały świat, Warszawa, 2011.

[4] Seksmisja, reż. Juliusz Machulski, Polska, 1983.

[5] Biblia tysiąclecia, Rdz. 30, 1-3.

[6] Czesław Miłosz, Piosenka o końcu świata, w, Ocalenie, Warszawa 1945.