Dokąd zmierzamy? „Ludzie na drzewach” – Hanya Yanagihara

Ludzie na drzewachTytuł – Ludzie na drzewach

Autor – Hanya Yanagihara

Tłumacz – Jolanta Kozak

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla fanów Hanyi Yanagihary i współczesnej literatury amerykańskiej, dla amatorów antropologii, dla ignorantów
  • PO CO – by zrewidować swoje przekonania, by pojąć, zrozumieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Uroki debiutów

Debiuty literackie mają swój niepowtarzalny urok. Te pierwsze utwory, które twórcy decydują się puścić w świat są zawsze wielką niewiadomą, zagadką. Oczekiwania odbiorców są w istocie żadne, choć jednocześnie, paradoksalnie, nadzieje zawsze spore. Gdy debiuty okazują się porażką, nikt się nie dziwi i wszyscy wybaczają, puszczają w niepamięć, gdy zaś okazują się wybitnym osiągnięciem, zachwytom nie ma końca i pamięć o tym jest wiecznie żywa.

Z pewnością, jeśli chcemy delektować się literaturą tu i teraz, nie należy zaczynać od debiutu danego twórcy, gdyż możemy zrazić się skutecznie i już nie mieć ochoty sięgnąć po inne dzieła tegoż autora. Jeśli jednak chcemy na literaturę spojrzeć nieco szerzej, jak na proces, to debiut jest tu jednym z istotniejszych ogniw.

Powieść Ludzie na drzewach Hanya Yanagihara*, debiut właśnie, z pewnością gdyby ukazała się na polskim rynku jako pierwsza powieść amerykańskiej autorki pewno przeszłaby bez echa. Ale stało się inaczej. Najpierw ukazała się druga powieść w dorobku pisarki, która stała się ogromnym sukcesem. Wydawca dopiero po tym zdecydował się na wydanie wspomnianego debiutu.  Poszedł za ciosem, wykalkulował, że jaki by ten debiut nie był, przyniesie z pewnością zysk.

Ja okazałam się modelowym czytelnikiem. Małe życie było dla mnie doświadczeniem nieprawdopodobny, więc oczywiste, że gdy tylko dotarła do mnie pogłoska o wydaniu drugiej (choć faktycznie pierwszej) powieści Hanya Yanagihary, zaczęłam zacierać ręce.

Dżungla życia

Bez oczekiwań

Mając świadomość, że Ludzie… to debiut, nie miałam wygórowanych oczekiwań. Na szczęście. Dzięki temu nie doświadczyłam rozczarowania, dzięki temu mogłam docenić, poczuć intensywność i wagę.

Wprawdzie z niespełna pięciuset stron wyrzuciłabym przynajmniej ze trzysta, bo przyznam, że znużeniem i irytacją napawała lektura środkowej – zasadniczej – części powieści, to reszta kłuła dotkliwie (zredukowanie do opowiadania, byłoby genialnym posunięciem), co podczas aktu czytania jest dla mnie jednym z cenniejszych doznań.

Temat i problematyka rewelacyjne, świat przedstawiony, bohaterowie też, również forma, język, konstrukcja. Realizacji przedsięwzięcia, poza nużącym fragmentem, inni twórcy mogą pozazdrościć. Ale po kolei…

Forma

Inspiracją dla autorki powieści był niejaki Daniel Carleton Gajdusek – amerykański wirusolog i pediatra, noblista w dziedzinie fizjologii i medycyny, opiekun kilkadziesięciorga dzieci sprowadzonych z wysp Pacyfiku, oskarżony przez jedno z nich o molestowanie seksualne i u schyłku życia skazany za pedofilię, po odbyciu krótkiej kary (doszło do ugody) zaszył się w Europie (Francja, Holandia, Norwegia) i pisał pamiętniki[1].

Powieść (fabularyzowana biografia zniesławionego badacza) jest swego rodzaju połączeniem biografii z autobiografią amerykańskiego naukowca, niejakiego Abrahama Nortona Periny, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, ojca ponad czterdzieściorga adoptowanych z Mikronezji dzieci, który, w wyniku oskarżenia przez jedno z nich o molestowanie seksualne, został skazany na dwadzieścia cztery miesiące więzienia za przestępstwa seksualne na nieletnich. Jest też przy tym swego rodzaju powieścią szkatułkową.

Treść

Otóż niejaki Ronald Kubodera, współpracownik badacza, przyjaciel, który święcie wierzy, że Perina jest niewinny, postanowił zdać sprawozdanie z zaistniałej sytuacji i w ten sposób przywrócić nobliście dobre imię. By swą relację uzupełnić i udowodnić, że ma rację, nakłonił przebywającego w więzieniu badacza do spisania wspomnień, które ukażą prawdę. Kubodera, po dokonanej przez siebie redakcji notatek Periny, włączył je do swojej relacji wraz z kilkoma doniesieniami prasowymi. Zdania Kubodery stanowią wstęp i w istocie zakończenie powieści, meritum zaś wspomnienia Nortona, które zostały opatrzone rozległymi przypisami Ronalda. To sprawia, że odbiorca może ulec złudzeniu, że ma do czynienia nie z fikcją, ale z czystą prawdą, gdyż przypisy te mają charakter wręcz naukowego opracowania.

Jednak ingerencja Kubodery w tekst noblisty nie jest tylko wyjaśnieniem czy komentarzem na marginesie, jest czymś znacznie poważniejszym. W istocie jest manipulacją – Kubodera próbuje chronić naukowca – usuwa niektóre fragmenty, uznając je za nieistotne czy przestawia chociażby kolejność wspomnień Periny, zmieniając w ten sposób cały wydźwięk jego relacji. Zatem nie poprzestaje na byciu redaktorem, staje się wręcz cenzorem.

Co ważniejsze?

Jaka jest prawda? Czy noblista był katem swych dzieci, czy może stał się ofiarą swych podopiecznych? Ale czy ta prawda jest tu najistotniejsza? Z punktu widzenia czytelnika, dla którego fabuła jest podstawą, jest najważniejsza, to tak. I tu takowy odbiorca z pewnością się nie zawiedzie, gdyż autorka będzie trzymać go do samego końca w napięciu, nie da mu nawet na chwilę odetchnąć. Jednak z punktu widzenia tych czytelników, dla których ważniejsza jest wymowa utworu, to z pewnością owa prawda zejdzie na drugi plan. Jaka jest więc ta wymowa Ludzi na drzewach?

Dziś        

Z relacji Kubodery poznajemy teraźniejszość, natomiast z relacji Periny całą przeszłość.

Autorka zaczyna snuć swą historię od końca. Już pierwsze strony powieści odsłaniają przed odbiorcami kwestie zdawałoby się zasadnicze. Kubodera w swej relacji już na początku podaje informacje, które dla fabuły pozornie są najistotniejsze – dotyczą one czasu teraźniejszego i stanowią niejako puentę powieści.

Wczoraj

Cała reszta, poza zakończeniem, które jak już wspomniałam w istocie należy do Kubodery, to opowieść Periny, będąca retrospekcją, która stanowi fundament historii, nakreśla całe tło, okoliczności zaistniałej sytuacji. Dzięki niej poznajemy dzieciństwo głównego bohatera, jego dom, rodzinę – rodziców, brata, ciotkę, później czas studiów, dalej wyprawę w tropiki, adopcje dzieci, rozwój kariery badacza i głośny jego upadek. Ale to nie wszystko. Poznajemy tu nie tylko sumę faktów zewnętrznych, ale też to, co skrywa się pod nią – osobowość głównego bohatera, jego naturę, odbiór rzeczywistość w której żył, której doświadczał.

Ta zasadnicza część powieści – meritum – jest intrygująca i wciągająca, ale też i nużąca, również wiarygodna i przekonująca, ale też jak z powieści przygodowej, z której człowiek dawno wyrósł. Przyznam, że, te podobno najciekawsze fragmenty – iście antropologiczne – które obrazują dżunglę, jej dzikość, jej naturę, faunę, florę, klimat, jej mieszkańców, ich język, tradycję, obrzędy, zachowania i zwyczaje, były dla mnie sporym wyzwaniem. Choć wręcz kunsztowne, namacalne, szczegółowe, wyczerpujące wywoływały nie tylko znużenie, ale i irytację, bo skutecznie zniechęcały do lektury i, co istotniejsze, usypiały czujność.

Bohater

Dla mnie najciekawsze było to, co poza tym. A poza tym był on – główny bohater, Abraham Nortona Perina. I tu ukazuje się autorka znana z Małego życia. Właśnie tu ujawnia się ten charakterystyczny dla Yanagihary bohater – postać intrygująca, bo niejednoznaczna, skomplikowana wielce. Stosunek odbiorcy do niego jest ambiwalentny, wywołuje on konsternację, wprawia w zakłopotanie, bo nie pozwala na jednoznaczne oceny. Dostrzegamy deficyty jego osobowości i nie wiemy czy go lubimy, współczujemy mu czy może wzbudza w nas niesmak i wstręt. Niedostępny i nieodgadniony „jest […] wymodelowany […] na wzór Adriana Leverkühna”[2]. To „[…] człowiek o wybitnych zdolnościach i zasługach, podziwiany przez otoczenie, lecz zarazem skonfliktowany z nim, mający jednoznacznie negatywną opinię o swoich bliźnich i zupełnie samotny w życiu pozazawodowym”[3].

Kreacja wspomnień

Wspomnienia ze swej natury nie są obiektywne, są kreacją autora, w której jego bohater – on sam – jest postacią wyidealizowaną. Tu jednak jego wykreowany portret jest jakby pozbawiony tego subiektywizmu wybielającego, choć oczywiście nie jest obiektywny, gdyż w przypadku pamiętnika zawsze mamy do czynienia tylko z kreacją. Perina ze swych wspomnień to człowiek, który wymyka się jednoznacznym sądom. Jest fascynujący, przenikliwy, nieprzeciętny, dumny, chłodny, zdystansowany, zblazowany, arogancki, z jednej strony ujmujący i pociągający, z drugiej odpychający, antypatyczny i niepokojący.

Błyskotliwy, zdolny, inteligentny absolwent medycyny na Harvardzie, za nic mając sztukę, naukę zaś za pewnik i wręcz przedmiot kultu, znudzony otoczeniem i lekceważący je, obojętny na rzeczywistość, bez pomysłu na siebie, za to z ogromnymi ambicjami, nie wiedząc co ze sobą począć, oczekując zaś rzeczy wielkich, wręcz irracjonalnie przeczuwając predestynowanie swoje do odkryć przełomowych dla ludzkości, poszukując sposobu na życie, skorzystał z okazji i wyruszył w nieznany nikomu świat.

Podróż ta okazała się punktem zwrotnym w życiu zawodowym początkującego badacza. Stworzyła nie tylko możliwość przeżycia fascynującej przygody, ale też wybicia się na polu naukowy. Z tych możliwości Norton skorzystał. Pobyt w tym niezbadanym do tej pory świecie spełnił jego wygórowane ambicje. Podczas tej ekspedycji, której celem było przeprowadzenie przez ekipę antropologa Paula Tallenta badań na nierozpoznanym do tej pory plemieniu, Perina, mimochodem, jakby niechcący, przypadkowo odkrył coś, co przyniosło mu Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny – sposób na nieśmiertelność!

Dżungla pochłaniała Perinę z każdym kolejnym krokiem, aż wciągnęła go bez reszty. Jakby w amoku, nie analizując konsekwencji, podążał jedynie za wzmożonym głodem wiedzy. Wydaje się, że chęć poznania, a raczej wewnętrzny przymus poznania, który okazał się fatalny, napędzał Nortona znacznie bardziej niż kariera, sława czy uznanie.

Nauki zgubny kult

I tu pojawia się jedna z dwóch dla mnie najistotniejszych kwestii powieście Ludzi na drzewach – ów przedmiot kultu, czyli nauka!

Efekty działań Periny przyćmiły dokonania antropologiczne pozostałych uczestników ekspedycji. Oni obserwowali życie codzienne plemiennej społeczności, on zaś wziął pod lupę tych, których z jej wykluczono – starych umysłem, młodych ciałem. Perina nie spoczął póki nie odkrył tego, co „zarażało długowiecznością”[4]. Dżungla stała się dla ambitnego, wygłodniałego badacza własną pracownią laboratoryjną, w której nie miał sobie równych. Był głuchy na wszelkie napominania, sugestie innych, że jego działania są niszczycielskie, że posuwa się za daleko, że musi się cofnąć, bo przekroczy granice, których przekroczyć nie można, bo w ten sposób doprowadzi do zmian nieodwracalnych, bo degradujących, dewastujących świat dotąd nietknięty, bo skaże zamieszkujące wyspę plemiona, te pierwotne ludy na zagładę.

Ludzie nauki, których Perina uosabia, jawią się tu jako pasożyty, które żerują na innych, na bezbronnych,  którzy są gotowi na wszystko, byleby tylko zdobyć dowód, by móc przeprowadzić badania, by wziąć pod lupę materiał zgromadzony z wielkim trudem i poświęceniem.

Ich ciekawość i fascynacja nieznanym, głód poznania, wiedzy w istocie, paradoksalnie, ograniczają ich, sprawiają, że ich horyzont zacieśnia się, perspektywa zawęża. Działają niczym w amoku, pozbawieni racjonalności, nie zważają na konsekwencje, byleby dojść do wyznaczonego celu, w myśl idei, że uświęca on środki.

Nienasycenie

Takie działania doprowadziły ludzkość tu – do miejsca, w którym teraz się znajduje. Dokąd ją zaprowadzą?

Jak daleko człowiek może się posunąć w imię nauki, w imię wyższych celów? Jak daleko może się posunąć, zaspokajając swoje potrzeby? Jak wysoką cenę jest w stanie ponieść za bycie pięknym, młodym, zdrowym i bogatym? Jakie wielkie koszty jest w stanie ponieść? Czy zabawa w Boga warta jest „gry”?

Yanagihara swoją debiutancką powieścią wpisuje się w nurt twórczości, która wytrąca odbiorców z błogostanu. Margaret Atwood, jedna z przedstawicielek takiej właśnie literatury, roztacza przed czytelnikami postapokaliptyczne wizje świata i zastanawia się między innymi do czego mogą prowadzić na przykład eksperymenty z inżynierią genetyczną, Annie Proulx zaś widmo katastrofy ekologicznej, do której prowadzi bezmyślne, egoistyczne czerpanie z zasobów naturalnych Ziemi. Przykładów jest wiele…

Nauka, która jest jednym z rodzajów wiedzy ludzkiej i pod względem poznawczym wydaje się być wiedzą najlepszą, najbardziej adekwatnie opisującą rzeczywistość[5], jawi się tu jako ta, która wyzwala w człowieku najdziksze instynkty, która odziera człowieka z jego istoty, zaprzecza jego człowieczeństwu. Bo idąc coraz dalej w cywilizacyjnym rozwoju ludzkości, człowiek, paradoksalnie, cofa się w swym ucywilizowaniu.  

„Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych”[6]

Ta naukowa wyprawa okazała się punktem zwrotnym nie tylko w życiu zawodowym początkującego badacza. Naznaczyła też jego życie prywatne. Już na zawsze. W tym dziewiczym świecie zrodziła się jego „niesłabnąca miłość do dzieci”[7]. W rezultacie, „jakby za podszeptem kaprysu” (s. 354), na przestrzeni prawie trzydziestu lat, sprowadził do USA i adoptował czterdzieścioro troje dzieci, zapewniając im dostatni byt i edukację. Było to jego „odpowiedzią na błagania tubylców” (s. 23) i co doprowadziło go do ruiny.

Dopiero w jednym z ostatnich rozdziałów w tej szczegółowej retrospekcji Periny, pojawiły się dzieci, które zdominowały życie badacza. Lgnęły one do młodego człowieka, który, mimo że był pochłonięty sprawami wielkiej wagi, to znajdował dla nich czas, poświęcał im uwagę. W końcu spełniło sie jego marzenie „o układaniu w łóżku śpiącego malucha” (s. 354). Odkrywając, że tysiące dzieci jest porzuconych zaczął je sprowadzać do Stanów. Z każdej kolejnej wyprawy w tropiki wracał, ku swemu zaskoczeniu jak przyznawał, z kolejnym dzieckiem. „To mnie uszczęśliwi. Wypełni moje życie” (s. 355) – tłumaczył sobie za każdym razem.

Po latach, Perina w wyniku oskarżenia przez jedno z adoptowanych dzieci o molestowanie seksualne, został aresztowany i wkrótce skazany na dwa lata więzienia.

Nielojalna i dwulicowa ludzkość

Postawienie zarzutów wywołało lawinę „zdrad byłych przyjaciół” (s. 15) i współpracowników Nortona. Odwrócono się od noblisty natychmiast, nie czekając na wyrok. Pozostali ledwie dotrwali do jego ogłoszenia. Tuż po nim także się ulotnili. Brat bliźniak noblisty od samego początku stał po stronie oskarżyciela.

Jedynie Kubodera pozostał wierny. I uparcie tłumaczył Perinę, przypominał – „jego humanitaryzm, inteligencję, niezwykłość” (s. 15), „że to, co poprzedziło ostatnie dwa lata [czyli czas od oskarżenia – komentarz BJ], ma nieporównywanie większą wagę niż to, co działo się lub nie działo przez kilka krótkich miesięcy” (s. 25).

I tu pojawia się druga istotna kwestia powieście Ludzi na drzewach – bycie ponad!

Usprawiedliwianie przez Kubodera badacza, tłumaczenie, że nie ma znaczenie jaka jest prawda, gdyż to, co zrobił on dla dobra tej „nielojalnej i dwulicowej […] ludzkości” (s. 15), a także dla tych wyrwanych z nędzy dzieci jest najistotniejsze i bezcenne, każe się zadać sobie kilka ważnych pytań.

Czy wybitnym jednostkom wolno więcej? Czy stoją oni ponad prawem? Czy wobec prawa jedni są równi, a drudzy równiejsi?

Być przyzwoitym

Daniel Carleton Gajdusek i Roman Polański – to przykłady wybitnych jednostek, które dopuściły się przestępstwa, a mimo to, nie tylko wymiar sprawiedliwości okazał się dla nich łaskawy, ale i środowisko (przyznam, że wypowiedzi niektórych twórców, biorących w obronę reżysera, były żenujące, napawały mnie niesmakiem i wręcz grozą – Krzysztof Krauze delikatnie tę postawę okręślił, mówiąc, że „zagalopowano się”[8]).

By przyznać nagrodę za wybitne osiągnięcia, od wybitnych jednostek, owszem, nie wymaga się, by byli przyzwoitymi ludźmi (w ten sposób odpowiadano na opinie, które kwestionowały honorowanie Nagrodą Nobla takich osób jak Gajdusk)[9], ale od każdego oczekuje się, by był przyzwoitym człowiekiem.

Ludzie na drzewach to powieść szokująca i fascynująca. Choć rozmywa się to podczas lektury (może na szczęście), to wraz z końcem opowieści o zniesławionym naukowcu, odczuwamy jej ciężar. Yanagihara pokazuje prawdę o człowieku. Zawstydzającą i upokarzającą. Pokazuje jego zepsucie, wyrachowanie i okrucieństwo, jego egoizm, i co najgorsze, bezmyślność i ignorancję. Jego poczucie wyższości wobec słabszych i bezkarności wobec świata, który podbija.

* Tytuł oryginalny – The People in the Trees, rok pierwszego wydania – 2013, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.


[1] Zob. Geniusz i chłopcy (film dokumentalny) –  reż. Bosse Lindquist, Szwecja, 2009, Tomasz Walat, Daniel Carleton Gajdusek: noblista skazany za pedofilię, opublikowano 10.10.2017, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/1504996,1,daniel-carleton-gajdusek-noblista-skazany-za-pedofilie.read,

[2]Paweł Majewski, Powieść antropologiczna. O „Ludziach na drzewach” Hanyi Yanagihary, opublikowano  19.09.2017, http://kulturaliberalna.pl/2017/09/19/powiesc-antropologiczna-o-ludziach-na-drzewach-hanyi-yanagihary/?gclid=EAIaIQobChMIxd7g2amo1wIVGIuyCh0C1gYNEAAYASAAEgJlZPD_BwE, dostęp 16.11.2017.

[3] Ibidem.

[4] Kinga Dunin, Seks lepszy od nieśmiertelności, opublikowano 27.09.2017, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/kinga-dunin-czyta/seks-lepszy-od-niesmiertelnosci/, dostęp 16.11.2017.

[5] Hasło, nauka, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nauka, dostęp 16.11.2017.

[6] George Orwell, Folwark zwierzęcy,

[7] Hanya Yanagihara, Ludzie na drzewach, Warszawa 2017, s. 23. Z tego tomu pochodzą dalsze cytaty. Numery stron podano bezpośrednio po cytowanym fragmencie.

[8] Filmowcy zagalopowali się w obronie Polańskiego, opublikowano 30.09.2009, https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/filmowcy-zagalopowali-sie-w-obronie-polanskiego,110591.html,

[9] Walat, op., cit.

O parszywym życiu. „Małe życie”– Hanya Yanagihara

Małe życieTytuł – Małe życie

Autor – Hanya Yanagihara

Tłumaczenie – Jolanta Kozak

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2016

  • DLA KOGO – nie dla wrażliwców, nie dla nadwrażliwców; tylko dla wrażliwców i tylko dla nadwrażliwców; dla tych, którym przykazanie „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” nie jest obce; dla wrogów
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, barwniej
  • MOJA OCENA – 10/6
  • NIE POLECAM – za bardzo boli
  • OSTRZEŻENIE – miażdży psychicznie, emocjonalnie; książka tak intensywna, że każda następna może być już tylko rozczarowaniem
Nie à propos

Biorąc pod uwagę fakt, że jest to pierwsza notatka na blogu, to powinnam zacząć chyba nieco inaczej, powinnam zacząć bardziej à propos. Ale nie będzie, przecież nie musi, bo kto powiedział, że musi? Choć pewnie byłoby, gdyby nie okoliczności, które temu nie odpowiadają. Bo okoliczności są nadzwyczajne. Moje dni lata 2016 roku pulsowały w rytmie Małego życia Hanyi Yanagihary* (właściwie wciąż pulsują), więc i ta pierwsza nota może tylko temu być podporządkowana.

Lato, wakacje, słońce… Radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie… Na to był/ jest czas. Co wcale nie znaczy, że człowiek na lato oddaje mózg do przechowalni. I nie myśli. I chce tylko pławić się w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. Nawet w ten lekkomyślny okres w roku, potrzeba też czegoś zgoła innego, niekiedy odczuwa się wówczas głód, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do światu.

Ja w takiej desperackiej chwili sięgnęłam po książkę, która od jakiegoś już czasu widniała na moim horyzoncie. Nie mogę sobie przypomnieć jak ją namierzyłam. Ale kilka dobrych tygodni chodziła za mną, mimo że nie bardzo pamiętałam cóż to jest, wiedząc jedynie, że coś podobno godnego uwagi.

Wielkie małe życie

Okładka, choć dość ciekawa, to zniechęcała dopiskiem wydawnictwa, nakazującym podziwiać jeszcze przed przeczytaniem (o zgrozo!!!). Do tego intrygujące egzotycznie brzmiące nazwisko, które wkrótce nabrało realnych, choć też egzotycznych rysów młodej, choć już nie podlotka (urodzonej w 1975 roku), twarzy amerykańskiej, dokładniej kalifornijskiej pisarki i dziennikarki o hawajsko-koreańskich korzeniach, od lat żyjącej w Nowym Jorku, wicenaczelnej „T: The New York Times Style Magazine”, autorki dwóch powieści, debiutanckiej The People in the Trees z 2013 roku (po polsku jeszcze się nie ukazała) i drugiej, A Little Life, wydanej w 2015 roku (w Polsce w 2016 pod tytułem Małe życie), która stała się bestsellerem.

I moje tegoroczne lato za sprawą lektury tejże książki nabrało innego wymiaru, innego koloru, wyrazistszego, głębszego, pełniejszego, intensywniejszego. A przecież o intensywność doznań w życiu przede wszystkim chodzi. Zawsze, a latem w szczególności.

Waga ciężka

Niedawno, podczas książkowych rozmów, jeden z interlokutorów skarżył się na wagę (w sensie dosłownym) jakiegoś tam tomu. Ubolewał, że trudno mu przebrnąć przez lekturę właśnie z powodu fizycznych rozmiarów książki. Nie mógł jej zawsze mieć pod ręką, by móc w każdej wolnej chwili przeczytać choćby kilku stron. Ja nie miewałam takich problemów, gdyż nigdy nie odpowiadało mi czytanie „w biegu”. Lubiłam wyłuskiwać z codzienności chwile spokojności, podczas których mogłam oddać się bez reszty lekturze i nie miałam potrzeby noszenia książek w kieszeni.

„Ziarenkowa lala”

Do czasu jednak. W końcu trafiła kosa na kamień! Gdy byłam małą dziewczynką miałam maleńką szmacianą laleczkę, wypchaną ziarnem jakimś, na pudełeczku której widniał napis „Noś mnie zawsze przy sobie”.

Ziarenkowa lala przypomniała mi się przy lekturze Małego życia. Bo to jest właśnie książka, którą zawsze chciałabym mieć przy sobie. I dopiero teraz zrozumiałam, co mój rozmówca miał na myśli, mówiąc o gabarytach woluminu. Ja z tego powodu nie miałam problemu z przebrnięciem przez lekturę (moje zwyczaje czytelnicze się nie zmieniły), ale ubolewałam nad faktem, że nie mogę mieć tej książki pod ręką w każdej chwili, by móc wracać do istotnych fragmentów, tak jak wraca się do istotnego wiersza z tomiku poezji, który ma się w kieszeni czy torbie. Znalazłam jednak rozwiązanie. Nie jest idealne, ale lepsze niż żadne. Czytnik ebooków ma się zwykle przy sobie, więc teraz już i Małe życie. Ale zacznijmy od początku.

Małe życie Hanyi Yanagihary to ciężka lektura. W sensie każdym. Dosłownym – spory format, twarda okładka no i 813 stron. Opasłe więc tomisko. Metaforycznym – miażdży duszę, psychikę, trzewia. 

Tuż po

Notę tę piszę tuż po lekturze. Na gorąco. Uznałam, że tak muszę. Choć, co oczywiste, daleko mi będzie w ten sposób do obiektywizmu. Profesjonalnie postępując, należałoby odczekać, ochłonąć, nabrać dystansu i dopiero wtedy ruszyć z pisaniem. Ale zdecydowałam się na coś zgoła przeciwnego. Bo? Bo, po pierwsze, sądzę, że wobec tej pozycji nigdy nie będę potrafiła zająć profesjonalnego stanowiska, czytaj obiektywnego, racjonalnego, i tylko reakcja na gorąco ma sens, bo tylko wtedy odda istotę sprawy, a po drugie – NIE CHCĘ. Książka wstrząsnęła moim światem wewnętrznym, moją psychiką, moją duszą i chcę, żeby w sferze ducha pozostała, nie chcę, by przeszła do sfery intelektu. W związku z tym każde zdanie niniejszego tekstu może tylko mieć i ma bardzo osobisty ton. Może zbyt, ale innego wyjścia nie widzę.

Bezradność

Lektura ta ujawniła bezzasadność autora nawet à la recenzji. Zasiadając do niniejszego tekstu, czułam się bezradna. Może właśnie dlatego, że powieść ta jest poza sferą intelektu. Wydaje się, że jakakolwiek próba jej omówienia, nawet najbardziej udana, będzie porażką, wręcz niemożnością.

To nie jest książka do jakiejkolwiek recenzji. Dlaczego? Chociażby dlatego, że każde zdanie czegoś takiego może jedynie odkryć coś, nawet jeśli drobnego, to znaczącego, co w istocie będzie po prostu rodzajem spoilera. Chcąc zanalizować tu cokolwiek, podamy informacje, które nie są pożądane. Krytykowi literackiemu, recenzentowi czy innemu specowi bądź dyletantowi zwyczajnie brakuje odpowiednich narzędzi badawczych, by mógł sprostać wyzwaniu. Bo to książka do przeżycia, do doświadczenia, do przeczytania, do dyskusji, nie do recenzji.

Małe życie

Małe życie opowiada o kilkudziesięciu latach życia czterech przyjaciół. I na tym sądzę, że należy poprzestać w zdradzaniu fabuły. Mówiąc więcej, pozbawimy potencjalnych czytelników przyjemności odkrywania kolejnych faktów, nawet tych najdrobniejszych – słowem odkrywania powieści. Zdanie więcej zbyt wiele zdradzi. Bo z Małym życiem jest jak z życiem, nie chodzi o dojście do celu, o finał, ale o drogę, którą kroczymy dzień po dniu, o każde kolejne przeczytane zdanie.

Swoiste doświadczenie

Małe życie to moja książka życia! Jak nic! Ale nie w myśl hasła z etykietki „NAJWAŻNIEJSZE KSIĄŻKI ŻYCIA”. Nie, nie. To książka z zupełnie innej kategorii. Żyjąc już na tym świecie nieco, przeczytawszy już nieco książek, wiele takich, które zachwyciły, odmieniły, też poraziły, nigdy nie doświadczyłam czegoś podobnego do tego, z czym przyszło mi się zmierzyć podczas lektury powieści Yanagihary. Doświadczenie to nowe, jedyne w swoim rodzaju, bezcenne, nie często się przytrafiające – jeśli w ogóle – sprawiło, że powieść tę umieściłam właśnie w kategorii książek życia.

Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdemu przy tej lekturze dane będzie doświadczyć tego, czego doświadczyłam ja – wiele zależy od czytelnika (jego nastawienia, empatii, przekonań, ograniczeń, doświadczeń, oczekiwań), przecież on jest współautorem dzieła, więc w jego rękach jest też siła sprawcza – ale książka ma wiele walorów formalnych, które jednak zostały mi przysłonięte przez owo swoiste doświadczenie. Ono to zepchnęło całą resztę na dalszy plan, pozbawiając ją niejako znaczenia, choć co oczywiste, doświadczenie wspomniane tylko dzięki tej nieco zmarginalizowanej całej reszcie można było zdobyć.

Czysty masochizm

Lektura ta sprawiła, że czuję się skatowana, jak to określił Michał Nogaś przeorana i przenicowana[1]. Zgwałcona emocjonalnie, duchowo, psychicznie, uczuciowo… Nie potrafię opuścić świata powieści. Pierwszy raz zdarzyło mi się odkładać książkę w połowie zdania, bo musiałam złapać oddech (powieść nam na to nie pozwala nawet w najbardziej wyciszonych fragmentach), bo nie dawałam rady – tortury były nie do wytrzymania. Zdania ściskały gardło, wywoływały mdłości, przyspieszenie pulsu, ustanie tętna, dławiły, wprawiały w przygnębienie, frustrację, odrętwienie itp., itd. Niekiedy, po solidnej dawce, musiałam ochłonąć, odpocząć, co trwało wiele dni.

Tak, lektura Małego życia to masochizm (padło już hasło, że masochistyczne skłonności do czytania o traumie zadecydowały, że powieść stała się bestsellerem[2]). Z jednej strony każdy kolejny akapit książki tak bardzo boli, że nie jesteś w stanie tego wytrzymać i pragniesz tylko jednego – by poszła z dymem, by zapomnieć o niej raz na zawsze, z drugiej zaś pragniesz więcej, jeszcze (tortur, ciosów, katuszy), i za nic nie potrafisz o niej zapomnieć ani jej odrzucić.

Koniec bez oczekiwanej ulgi

Powieść angażuje czytelnika bez reszty, jakby mimochodem, więzi go, osacza, uzależnia, wiele kosztuje psychicznie, emocjonalnie. Koniec oznaczał dla mnie ulgę, wyzwolenie, ukojenie z jednej strony, ale z drugiej ból rozstania. Świadomość, że ta przygoda (choć w tym kontekście nie jest to adekwatne słowo) już się skończyła, że nie mogę zasiąść i brnąć dalej, dojmującą tęsknotę. Pozostaje tylko ponowna lektura. Ale to za chwilę. Najpierw trzeba uśmierzyć ból. Ale czy ukojenie po przeżyciu czegoś takiego może w ogóle przyjść?

Przyjaźń bezkonkurencyjna

Niektórzy mają przyjaciół, niektórzy przyjaciół mieli, niektórzy sobie przyjaciół wyobrażają… Dzięki Małemu życiu można mieć ich więcej. A co jest cenniejszego od przyjaciół? Rodzina? Z nią może różnie być, wiadomo. Pieniądze? Każdy kto je ma, wie że za nie można wieeeele mieć, ale nie to, co najcenniejsze, co bezcenne, co tak naprawdę jest istotą egzystencji. Ten kto zaś ich nie ma, traci życie, chcąc je zdobyć, a tak naprawdę, by w końcu jedynie przekonać się, że zmarnował dany mu czas. Zdrowie? Ono bywa kruche i nie zawsze od nas zależy. Życie samo? A i owszem, ale cóż nam po nim, gdy brak nam towarzystwa, z którym możemy się dzielić naszymi myślami, bólami, radościami?

Wychodzi więc, że najcenniejszy jest drugi człowiek! Tak zwany powszechnie przyjaciel (dziś pojęcie zdewaluowane, zbanalizowane). I właśnie powieść amerykańskiej pisarki kwestie przyjaźni porusza. Karolina Sulej wręcz uznała, że powieść ta jest definicją przyjaźni[3]. Sama zaś Yanagihara w udzielonym dla radiowej Trójki wywiadzie podkreśliła potrzebę przywrócenia należnego miejsca przyjaźni i wagę przyjaciela, którego sami wybieram jako naszego towarzysza i związek ten światu ogłaszamy[4].

Trudna atrakcyjność XXI wieku

Autorka o Małym życiu powiedziała jeszcze coś, dziś bardzo istotnego, mianowicie że jej powieść

[…] jest […] hołdem pewnemu stylowi życia, który wiodę ja, moi przyjaciele i coraz więcej ludzi wokół nas, zwłaszcza w wielkich miastach: nie jesteśmy samotni, choć nie mamy stałych partnerów, małżonków, ani dzieci. Mamy jednak przyjaciół, bardzo bliskich przyjaciół – jest to życie, można to tak określić, »trzeciego wyboru«: nie życie samemu i nie życie w intymnym związku z drugą osobą, lecz życie, w którym nade wszystko liczą się bliskie, wieloletnie przyjaźnie, o które dbasz na co dzień[5].

Słowa te, bliskie są moim konkluzjom – jakby staroświeckim – dotyczącym istotności w życiu przyjaciela. Zacytowane zdania mówią jednak o czymś jeszcze, równie ważnym, co lektura powieści uzmysławia. O naszej współczesności, jakże złożonej, wielobarwnej.

Mamy XXI wiek, codzienność każdego z nas staje się coraz bardziej niekonwencjonalna i jest to według mnie jeden z nielicznych pozytywów tego czasu. Dzięki temu, upraszczając oczywiście, mamy więcej możliwości (czy z nich skorzystamy, to już inna sprawa) życia według naszych upodobań, preferencji. Jesteśmy wolni, teoretycznie przynajmniej, od opinii innych, wymogów, konwenansów, stereotypów. Praktycznie różnie bywa, ale od nas w dużej mierze zależy co i jak zrobimy – jak przeżyjemy nasze małe życie.

Życie po prostu

Wraz z lekturą grono bliskich powiększyło się o czterech chłopaków. Właściwie mężczyzn, ale o duszach wrażliwych, delikatnych jak te małych dzieci, którzy żyją sobie po prostu. Tak jak i każdy z nas. Zmagają się ze swoją codziennością, z tu i teraz, z przeszłością i przyszłością. Czegoś chcą, czegoś pragną, czegoś nie mogą, czegoś się boją, czegoś zazdroszczą, czegoś się wstydzą, coś niszczą, coś budują.

Truizm, banał, ale czy życie w swych najrozmaitszych przejawach, czy to w sferze profanum czy nawet sacrum, nie jest banalne? Nawet w swej wyjątkowości? Z czasem dwaj z nich rozpierzchli się. Choć nie zrywając kontaktów. Dwaj pozostali stali się bliscy niemalże jak nikt nigdy wcześniej. Stali się częścią mojego życia, sprawili, że nawiązałam z nimi niemal intymny kontakt, poznałam ich wewnętrzny świat, ścieżki, którymi podążają ich myśli, praźródło ich uczuć, zachowań, motywacji. Jeden z nich wkrótce stał się… Tobą, mną.

Powieść na wskroś humanistyczna

Nie jest to lektura łatwa ani przyjemna (i nie ze względu na formę, konstrukcję czy język). Jest wymagająca (w sensie emocjonalnym), wyczerpująca, przygnębiająca (w tym przypadku brzmi to dość eufemistycznie) i bardzo ciężka. Bo jak może być inna, skoro odsłania jak parszywe jest życie? Nawet w pięknych swych przejawach.

Kiedy wydaje się, że już gorzej być nie może, okazuje się, że jednak, że życie przewyższa wyobraźnię i pokazuje figę, udowadnia, że to jeszcze nie koniec. Powieść nie daje szansy na lekkość, radość, ratunek czy choćby chwilę ukojenia. Nie daje nadziei.

Wprost

Mówi otwarcie, bez zbędnego sztafażu o bólu, emocjach, uczuciach, stanach, z którymi każdy się zmaga, ale mało kto wyraźnie i wprost je artykułuje nawet wobec samego siebie. Obnaża okrutną rzeczywistość i bezradnego człowieka, pokazuje tajemnice, które bywają, jak mówi Yanagihara, częścią naszej tożsamości[6]. To powieść głęboka, dotykająca sedna, mądra, humanistyczna, uniwersalna, totalna. Na Nobla (jeśli ktoś przywiązuje wagę do etykietek czy idei).

Ps. 1. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej. Nie są to dla mnie najistotniejsze fragmenty, nie są to też według mnie fragmenty najważniejsze. Bo wyboru nie sposób dokonać. Umieściłam te, które pierwsze, podczas przeglądania mojego pobazgranego egzemplarza powieści, pobudziły.

Ps. 2. Pierwszym kilkudziesięciu stronom towarzyszyła myśl, że to wymarzona powieść do ekranizacji, że zekranizowana być musi. Z każdą kolejną jednak stroną docierało do mnie przekonanie, że nawet najlepsze tego typu przedsięwzięcie może okazać się tylko porażką. I mając nadzieję (czy raczej łudząc się, bo świadoma byłam, że pokusa może być wielka), że moje obawy się nie ziszczą, dotarła do mnie informacja o… miniserialu[7]. Takiej ewentualności nie brałam pod uwagę. Znów rzeczywistość przeskoczyła wyobraźnię.

*Tytuł oryginalny – A Little Life, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Trójkowy znak jakości, „Małe życie” – opowieść o przyjaźni, życiu i Nowym Jorku, audycja radiowa, 29.04.2016, godz. 14:04, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[2] W informacji o spotkaniu „Czytaj, nie czekaj. Awantury o książki. Cykl spotkań Sylwii Chutnik” w Teatrze Nowym w Warszawie mamy taką sugestię, http://www.nowyteatr.org/pl/event/wyklady_chutnik, dostęp 02.09.2016.

[3] Barłóg literacki, Wuzetka, Warszawa, Nowy Jork, odcinek 6, opublikowano 15.05.2016, https://www.youtube.com/watch?v=S8lvHc1SHm4, dostęp 02.09.2016.

[4] Z najwyższej półki, Hanya Yanagihara o „Małym życiu”, audycja radiowa, 01.05.2016, godz. 22:00, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[5] Ibidem.

[6] Ibidem.

[7] Scott Rudin chce nakręcić miniserial na podstawie „Małego życia” Hanyi Yanagihary, opublikowano 25.08.2016, http://booklips.pl/adaptacje/film/scott-rudin-chce-nakrecic-miniserial-na-podstawie-malego-zycia-hanyi-yanagihary/, dostęp 02.09.2016.