Podsumowanie roku 2016

Podsumowanie roku 2016

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie roku!!!

Rok 2016 odchodzi do lamusa!!! Czas zatem na roczne podsumowanie. Spojrzałam więc wstecz, na rzeczy przeczytane, obejrzane, usłyszane, wydarzone i rozpoczęło się głosowanie… 😉

Na efekt nie trzeba było długo czekać. Werdykt był jednogłośny 😉 .

Oto bardzo subiektywne, podyktowane upodobaniami Bałwochwalicy Jednej, podsumowanie roku 2106!!!

LITERATURA

Wydarzenie roku 2016

Literacki Nobel dla Boba Dylana

Książka roku 2016

Małe życie – Hanya Yanagihara

FILM

Wydarzenie roku 2016

Śmierć Andrzeja Wajdy

Film roku 2016

Ostatnia rodzina – reż. Jan P. Matuszyński

MUZYKA

Wydarzenie roku 2016

Śmierć Davida Bowie

Płyta roku 2016

Skeleton Tree – Nick Cave & The Bad Seeds

Podsumowanie miesiąca – grudzień 2016

Podsumowanie miesiąca - grudzieńCzas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Nie ma mnogości tytułów, ale przecież nie o ilość tylko o jakoś chodzi 😉  , choć w przypadku filmu, to tak naprawdę niestety ani ilości nie ma, ani jakości – zdecydowanie to nie był filmowy miesiąc. Muzyka zaś była na najwyższym poziomie, choć bez zadęcia.

Co do wydarzenia, to cóż…

Wydarzenia:

Na początek cytat: „Niestety i w tym miesiącu zdarzyło się coś smutnego, co sprawi, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Pocieszeniem musi być, że artyści żyją wiecznie!” – tymi słowami zaczęłam listopadowe podsumowanie, które nawiązywały także do podsumowania październikowego. Szybko okazało się, że są adekwatne też i w tym miesiącu. Niestety:

  • Śmierć Georga Michaela – jego twórczość to nie moja bajka, co nie zmienia faktu, iż odegrał w świecie popkultury niemała rolę i stał się jej ikoną, która właśnie odeszła.
Książki:

W tym miesiącu poległam 😉 . Nie zrealizowałam grudniowego harmonogramu lekturowego i tym samym nie zrealizowałam w 100% jesiennego rozkładu jazdy. Aj 🙁 🙁 🙁 . Źle mi z tym bardzo. Pokusa natychmiastowej lektury powieści Nino Haratischwili była po prostu silniejsza.

Grudzień to także czas świąteczno-noworocznych lektur i tu też nie wypadło to najlepiej. Plan był konkretny – coś odmiennego. Zwierał w sobie kryminał (nie jestem wielbicielką tego gatunku, więc rzadko po niego sięgam) i reportaż (od którego ostatnio odeszłam). Jeśli chodzi o kryminał, to chęci miałam ogromne, ale zdołałam przeczytać tylko sześćdziesiąt stron – no cóż, najwidoczniej to wciąż nie moja bajka! Za to wybrany powiedzmy reportaż (bo trudno tu o jednoznaczną klasyfikację), podyktowany chęcią bliższego poznania Gruzji (powieść Haratischwili do tego się przyczyniła) połknęłam z przyjemnością.

A konkretnie wyglądało to tak (kolejność alfabetyczna):

  • Gaumardżos! – Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller.
  • Królowa śniegu – Michael Cunningham.
  • Mam na imię Lucy – Elizabeth Strout.
  • Ósme życie, tom 1-2 – Nino Haratischwili.

Ach, nie ma jak dobrze skrojona powieść w tradycyjny sposób! Polecam szczególnie!

Filmy:

Na filmy w tym miesiącu zabrakło natchnienia. Obejrzałam tylko dwa, które nie powaliły, ale czas był przyjemnie spędzony:

  • Smażone zielone pomidory – reż. Jon Avnet, USA, 1991.
  • Subtelność – reż. Christian Vincent, Francja, 2015.

Mam nadzieję, że dla filmu nadejdą lepsze czasy!

Muzyka:

Piękne dźwięki w tym miesiącu się sączyły (nota Błyski 2 ujawnia w czym rzecz). Jakie? Otóż:

  • Parsley – Julia Pietrucha.

Podsumowując – grudzień 2106 był cudny za sprawą jednej książki! Powieść gruzińskiej autorki przysłoniła całą resztę… Oby co miesiąc trafiała się taka perełka! 

Garść refleksji – o czytniku i skostnieniu umysłowym

Garść refleksji – o czytniku i skostnieniu umysłowym

Dziś garść refleksji Bałwochwalicy Jednej o tym i o tamtym!

Wynalazek ten początkowo w ogóle mnie nie obszedł. Wzruszeniem ramion powitałam tę nowość techniki. Po latach kilku, gdy się upowszechnił, pomyślałam, że czas coś takiego sobie sprawić. Od pomysłu do realizacji minęły kolejne lata. Widać tak mi zależało 😉 . Jednak od późnej wiosny jestem (szczęśliwą?) posiadaczką tegoż wynalazku. Od późnego zaś lata jednak dopiero korzystam z niego. Musiał cierpliwie poczekać. Teraz jest moim codziennym towarzyszem w poczekalni do snu. Bez niego nie zasnę!

O czym mowa? O czytniku e-booków oczywiście! Jest kilka kwestii z nim związanych, które mnie nurtują, z każdym dniem coraz bardziej, a że jestem łasa na okołoczytelnicze tematy, to zdecydowałam, że tym razem dam temu upust.

Książka a czytnik

Nie będzie to jednak wysyp zdań pochwalnych, bo sprawa nie jest dla mnie jednoznaczna…

Książka to przedmiot kultu! A biblioteki, biblioteczki, księgarnie, antykwariaty, półki i całe regały z książkami to sanktuaria! Dla niektórych mieszkanie czy dom bez roślin są martwe, dla innych martwe są bez książek. Jak więc jakiś techniczny wynalazek może zastąpić te przedmioty uwielbienia? Jest to niemożliwością w przypadku tych wszystkich fetyszystów, bałwochwalców literatury, którzy poza treścią mają na uwadze też inne wartości dodane. Koniec, kropka.

Z czasem jednak taki fetyszysta, po latach gromadzenia, po latach kurczenia się jego „kawałka podłogi”, czytaj życiowej przestrzeni, czytaj metrażu, w zalewie produktów książkopodobnych i kurczeniu się leśnych połaci, może dojść do przekonania, że pewne książki to tylko treść i nie są obiektem jego westchnień, więc mogą przybrać formę mniej namacalną. Może więc dojść do przekonania, że czytnik e-booków jest urządzeniem, które może go ocalić.

I tak właśnie było ze mną. Jak wspomniałam wyżej, dojście do tego przekonania trochę 😉 u mnie potrwało, ale w końcu się stało. Wybierałam pieczołowicie, długo, biorąc wszelkie rzeczy pod uwagę – techniczne i estetyczne w równym stopniu. Bo kiedy posiadłam już taki, który te warunki spełnił i mój zachwyt nie miał końca, okazało się, że dojść do przekonania, że jest potrzebny i praktyczny, a zacząć go użytkować, to dwie różne rzeczy. Musiało minąć trochę czasu, bym zaczęła z niego korzystać, a jeszcze więcej, by to korzystanie weszło mi w nawyk i stało się przyjemnością.

Ograniczenia percepcji

Wszystkie te etapy mam już za sobą! Wątpliwości moje jednak wciąż narastają, z każdą kolejną przeczytaną publikacją w formie wirtualnej. W czym rzecz? W percepcji. Jakoś chyba tępo z nią u mnie w przypadku e-booków. Moja wyobraźnia (która zawsze wydawała mi się dość wybujała) chyba tego nie ogarnia. Trudno wejść mi w świat przedstawiony, w jego czas i przestrzeń.

Bezpośrednim bodźcem do niniejszych refleksji była lektura powieści Elizabeth Strout Mam na imię Lucy. Dlaczego? Publikacja ta jest bardzo ceniona, też przez krytyków, została nawet uznana przez kwartalnik „Książki. Magazyn do czytania” za Książkę Roku 2016. Oczywiście, to nie jest żaden argument. Że jest ceniona przez część, nie znaczy, że musi być uznana przez innych, przez wszystkich, przeze mnie.

Powieść przeczytałam, ale w ogóle jej nie poczułam. Nie obeszła mnie. Przeleciała przeze mnie po prostu. Nie wywołując niczego. Oczywiście, książka, która budzi zachwyt jednych, wcale nie musi budzić zachwytu drugich. Tyle, że w tym przypadku przeczuwam, że tu nie o różnicę gustów chodzi. Obawiam się, że przysłowiowy pies pogrzebany jest gdzie indziej. Obawiam się, że chodzi o skostnienie! Chyba umysłu! Mojego umysłu!

Skostnienie umysłowe

W powieści Strout istotą jest treść, ale ta treść za sprawą formy ma dotrzeć do czytelnika. Jest to tekst niewielkich rozmiarów, nie ma w nim potoku słów, rozbudowanych, drobiazgowych opisów. Lakoniczność jest tu cechą nadrzędną. A waga tematu ogromna. I teoretycznie wszystko się zgadza – ważny temat pozbawiony tego, co zbędne. Ale co z tego, skoro do mnie nie dotarł? Dlaczego? Czy przypadkiem nie z powodu mojego nieprzystosowania umysłowego, umysłowego lenistwa? Nieumiejętności odbioru formy, do której nie nawykłam (wirtualnej)? A może też od której odwykłam?

Człowiek raczy się tomami, które liczą setki stron, które współtworzą odnowiony realizm, w których mamy wiwisekcję bohaterów najrozmaitszej maści, często z historią świata w tle. A przecież XX wiek udowodnił, że można inaczej, nie wprost. Co wymagało od odbiorcy zupełnie innego zaangażowania, na innym poziomie intelektualnym, emocjonalnym, estetycznym. Ta intelektualna gra twórcy z czytelnikiem chyba wszystkim na dobre wychodziła, bo wymagała otwartości umysłowej. Powrót do realizmu ten umysł jakby przytępił. Mój przynajmniej, jak wnioskuję. Kawa na ławę musi być wyłożona. Jeśli nie jest, to dochodzi do nieporozumienia, do niezrozumienia, do rozczarowania. A jeśli jeszcze zapakuje się to na/ do czytnik(a) (???) e-booków to niestety okazać się może, że o percepcji nie ma mowy. Ofiarą padła Lucy. Jednak sprawa ta tak bardzo mnie nurtuje, że z pewnością powieści tej dam drugą szansę – w formie analogowej oczywiście.

Tyle! Dziękuję za uwagę 😉 !

Choinkowe propozycje

Choinkowe propozycje

Czas najwyższy na choinkowe propozycje Bałwochwalicy Jednej!!!

Dałam już wyraz temu, co myślę o książkowych prezentach. Mimo wszystko, będę obstawać za tym, by takie upominki czynić. Sobie i komu się tylko da! Były już mikołajkowe propozycje, wcześniej jesienne, podyktowane tym, co w mijającym roku pojawiło się na polskim rynku. Dlatego teraz będzie inaczej, bardziej uniwersalnie. Proponuję dzieła, które – oczywiście według Bałwochwalicy Jednej – po prostu warto czytać, znać (nie tylko miłośnikom literatury, czy tak zwanym molom książkowym), do których warto stale wracać, by odkrywać je na nowo, które warto mieć w swoim domu, mieszkaniu, na swojej półce. Bo po prostu wzbogacają. Dlatego są idealne na prezent dla każdego!!!

Pozycji jest 52 – tyle ile według moich obliczeń tygodni w roku 2017 – zatem na każdy tydzień nowego roku (bo to już tuż, tuż) wykwintna strawa dla ducha. Cóż za uczta!? Z tej obfitości można więc wybrać (można też nie wybierać i zakupić komplet 😉 ) wspaniały prezent dla kogoś albo dla siebie. 

Kolejność alfabetyczna:

  1. Alicja w Krainie Czarów – ‎Lewis Carroll.
  2. Anna Karenina – Lew Tołstoj.
  3. Antygona – Sofokles.
  4. Boska komedia – Dante Alighieri.
  5. Buszujący w zbożu – Jerome David Salinger.
  6. Chłopi – Władysław Stanisław Reymont.
  7. Cudzoziemka – Maria Kuncewiczowa.
  8. Czekając na Godota – Samuel Beckett.
  9. Dziady – Adam Mickiewicz.
  10. Dzienniki – Witold Gombrowicz.
  11. Dziwne losy Jane Eyre – Charlotte Brontë.
  12. Dżuma – Albert Camus.
  13. Faktotum – Charles Bukowski.
  14. Ferdydurke – Witold Gombrowicz,
  15. Gra w klasy – Julio Cortázar.
  16. Granica – Zofia Nałkowska.
  17. Jezioro Bodeńskie – Stanisław Dygat.
  18. Kartoteka – Tadeusz Różewicz.
  19. Katedra Najświętszej Marii Panny w Paryżu – Victor Hugo.
  20. Król Edyp – Sofokles.
  21. Lalka – Bolesław Prus.
  22. Lolita – Vladimir Nabokov.
  23. Lord Jim – Joseph Conrad.
  24. Lot nad kukułczym gniazdem – Ken Kesey.
  25. Mały książę – Antoine de Saint-Exupéry.
  26. Medea – Eurypides.
  27. Mistrz i Małgorzata – Michaił Bułhakow.
  28. Nieznośna lekkość bytu – Milan Kundera.
  29. Noce i dnie – Maria Dąbrowska.
  30. Nowy wspaniały świat – Aldous Huxley.
  31. Pani Bovary – Gustave Flaubert.
  32. Pani Dalloway – Virginia Woolf.
  33. Pasja życia – Irving Stone.
  34. Pianistka – Elfriede Jelinek.
  35. Piesek przydrożny – Czesław Miłosz.
  36. Piękni dwudziestoletni – Marek Hłasko.
  37. Popiół i diament – Jerzy Andrzejewski.
  38. Pornografia – Witold Gombrowicz.
  39. Powieści Jane Austen.
  40. Proces – Franz Kafka.
  41. Quo vadis – Henryk Sienkiwicz.
  42. Rok 1984 – George Orwell.
  43. Sto lat samotności – Gabriel García Márquez.
  44. Szklany klosz – Sylvia Plath.
  45. Śniadanie u Tiffany’ego – Truman Capote.
  46. Świat według Garpa – John Irving.
  47. Tango – Sławomir Mrożek.
  48. Uczta – Platon.
  49. Wilk stepowy – Hermann Hesse.
  50. Wizyta starszej pani – Friedrich Dürrenmatt.
  51. Zazdrość i medycyna – Michał Choromoński.
  52. Zbrodnia i kara – Fiodor Dostojewski.

Ekscytujących Świąt Bożego Narodzenia!!!

Ps. Oczywiście lista nie ma w sobie za grosz obiektywności, jest subiektywna i to baaardzo subiektywna, mimo że wygląda nieco jak kanon (jeśli coś takiego jeszcze istnieje 🙄 ). Ta lista, to cała ja  😉 !!!

Podsumowanie miesiąca – listopad 2016

Podsumowanie miesiąca - listopadCzas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Niedługo przyjdzie pora na wielkie podsumowanie, ale na razie czas na małe. No, szału nie ma! Faktem jest, że listopad wysysa ze mnie życie i śpię, no, nie dosłownie, ale w istocie  😉 !!!

Wydarzenia:

Niestety i w tym miesiącu zdarzyło się coś smutnego, co sprawi, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Pocieszeniem musi być, że artyści żyją wiecznie!

  • Śmierć Leonarda Cohena – bez względu na upodobania muzyczne, każdy docenia jego artyzm.

I jedno małe, prywatne:

  • Błyski – krok w rozwoju Bałwochwalni.
Książki:

Książki z listopada to głównie nowości, jedna była zaległość, którą wpisałam do listopadowego rozkładu jazdy i udało mi się ten punkt harmonogramu zrealizować 😛 (kolejność alfabetyczna):

  • Głosy Pamano – Jaume Cabré.
  • Kobiety Witkacego. Metafizyczny harem – Małgorzata Czyńska.
  • Król – Szczepan Twardoch.
  • Pociąg linii M – Patti Smith.

Gorąco polecam książkę Smith, ma w sobie niepowtarzalny urok. Resztę można sobie darować!

Filmy:

To był miesiąc całkiem niezłych filmów (kolejność alfabetyczna):

  • Geniusz – reż. Michael Grandage, USA, Wielka Brytania, 2016.
  • Głośniej od bomb – reż. Joachim Trier, Dania, Francja, Norwegia, USA, 2015.
  • SzczęścieDziękujęProszęWięcej – reż. Josh Radnor, USA, 2010.
  • Tajemnice Manhattanu – reż. Brian DeCubellis, USA, 2016.

Polecam szczególnie pierwszy z powyższej listy i drugi od końca. Warto!!!

Muzyka:

Coś jakby i do tańca, i do różańca:

  • Sorry Boys!

Sprawdź!

Podsumowując – listopad 2106 nie zmienił oblicza najgorszego miesiąca w roku 🙁 . Ale dobrze, zgadzam się, nie każdy czas musi być pod względem uniesień estetycznych i intelektualnych spektakularny, czy chociażby interesujący. Oby na jednym miesiącu w roku się skończyło!!! 

Filmy jednak – dwa wyróżnione powyżej – gorąco polecam!

inicjaly02