Dzisiaj wy, jutro my. „Ptaki śpiewają w Kigali” – Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze

Ptaki śpiewają w Kigali
Ptaki śpiewają w Kigali, fragment plakatu

Ptaki śpiewają w Kigali – reż. Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze, Polska, 2017

  • DLA KOGO – dla tych, którym przyszłość naszego świata nie jest obojętna, którzy sięgają głębiej, dalej, poza horyzont
  • PO CO – by się zastanowić, zreflektować i nie ignorować
  • MOJA OCENA – 8/6
Bezwzględność natury

Natura jest okrutna. Człowiek doświadcza rzeczy niewyobrażalnych, jego świat się zapada, kończy, umiera, a natura przechodzi nad tym do porządku dziennego. Ptaki znów zaczynają śpiewać. To okrucieństwo natury, które zadaje dodatkowy ból ignorowaniem naszej egzystencji, niesie jednak nadzieję – po końcu świata życie jest[1].

Refleksja nad kondycją człowieka i świata

Okoliczności

Obawiałam się, że okoliczności jakie towarzyszą filmowi Ptaki śpiewają w Kigali w pewien sposób wymuszają uznanie dla najnowszego obrazu małżeństwa Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze. Z ulgą więc wyszłam z kina, gdyż dostałam więcej niż miałam nadzieję dostać.

Ptaki śpiewają w Kigali to ostatni film Krzysztofa Krauze i jednocześnie samodzielny debiut reżyserski Joanny Kos-Krauze[2]. Sytuacja więc niecodzienna. Joanna Kos-Krauze zawsze była, jednak zawsze krok z tyłu. Tym razem jednak role się zmieniły. Tym razem to ona stanęła na pierwszej linii frontu. Musiała.

Film powstawał przez wiele lat. Okoliczności dramatycznie się zmieniały (w 2014 roku zmarł Krzysztof Krauze, a w 2016 Krzysztof Ptak, jeden z operatorów). Istniała więc obawa, że obraz będzie niespójny i rwany. Nic z tych rzeczy. Prawdę mówiąc nieco mi wstyd, że podawałam w wątpliwość kunszt reżyserki, która film dokończyła i w istocie zrealizowała, że nie ufałam jej intuicji i talentowi. Dramatyczne okoliczności być może miały wpływ (choćby nieuświadomiony) na klimat powstałego obrazu, z pewnością zaś przyczyniły się do powstania dzieła odmiennego od dotychczasowych dokonań Krauzów. To oczywiste. Powstał film Joanny Kos-Krauze. Mądry, subtelny, ważny.

Symbol bezczynności

Ludobójstwo w Rwandzie, trwające około stu dni, od 6 kwietnia roku 1994 do lipca, podczas którego ludność Hutu dokonała rzezi na swych sąsiadach, braciach z plemienia Tutsi, które zapisało się w historii świata jako symbol jednej z największych porażek ONZ, wyrzut sumienia państw Zachodu, które nie zrobiły nic, by zapobiec eskalacji zbrodni, wstydliwy symbol ignorancji świata, która „zaowocowała” ponad milionem ofiar, też wzrostem populacji sępów, wyginięciem pozostałych gatunków ptaków oraz przeraźliwą ciszą, jest punktem wyjścia, źródłem obrazu, z którego wypływa opowieść indywidualna, a przy tym bardzo uniwersalna i bardzo à propos.

Tam nie chciano swoich, tu obcych

Polska badaczka (Jowita Budnik), ornitolog, w latach dziewięćdziesiątych badała w Rwandzie wraz z tamtejszymi naukowcami spadek populacji sępów. Anna stała się świadkiem ludobójstwa, podczas którego zginęli ci, u których mieszkała, z którymi żyła i pracowała. Wkrótce uciekła z kraju utopionego w ludzkiej krwi i powróciła do Polski. Nie przyjechała jednak sama. Wraz z nią przybyła córka przyjaciół z plemienia Tutsi – Claudin (Eliane Umuhire), którą Anna ocaliła z zagłady – przemyciła w swym aucie, przekraczając granicę Rwandy i umożliwiła jej przyjazd do swojej wolnej ojczyzny.

W Polsce, z dala od piekła, które ludzie ludziom zgotowali, kobiety mogły odetchnąć, gdyż tutaj brat nie stał nad bratem z maczetą. Niestety, nie tylko demony niedawnej przeszłości spokój uniemożliwiały. Tam nie chciano swoich, tu obcych.

Bohaterkami filmu są te dwie kobiety – wielowymiarowe postacie, które los zetknął ze sobą w miarę spokojnej jeszcze wówczas Afryce. Podczas rzezi, Claudin postawiła Annę niejako pod ścianą, przed faktem dokonanym. Obie więc, skazane na siebie, ruszyły ku lepszemu. Łączy je wspólna niewyobrażalna tragedia. Trauma, której zaznały umożliwia im trwać razem, paradoksalnie jednak też dzieli je, bo przypomina o koszmarze czasu minionego i nie pozwala egzystować we wspólnej teraźniejszości.

Kobiety są sobie najbliższe, łączy je głęboka, być może nawet nieuświadomiona, więź, choć jedna drugiej nie może znieść. Mają do siebie nawzajem pretensje, jedna drugą oskarża bardziej gestem niż słowem, bo słowa w istocie zostają niewypowiedziane. Ich relacja jest trudna, gwałtowna, pełna napięć i emocji.

Trzeba przyznać, że od bohaterek dzieli widza dystans, który jest nie do pokonania. Kobiety są wycofane, zamknięte w swoim świecie, nie dopuszczają widza do siebie. Jest on skazany więc na domysły, przypuszczenia, jego wiedza na temat ich rzeczywistości jest znikoma. Sprowadzony został do roli podglądacza. Zza węgła więc obserwuje je i przysłuchuje się ich oszczędnym, wymuszonym niejako rozmowom.

Zabiegi formalne

Specyficzne kadrowanie, zza pleców, fragmentaryczne odsłanianie świata przedstawionego, jego bohaterów, przyglądanie się im i podsłuchiwanie ich przez szparę w drzwiach, czy sceny rozgrywające się w ogóle poza kadrem, statyczność ujęć, długość wyciszonych scen, uwydatniają tragizm, traumę, którą kobiety przeżyły, z którą wciąż się zmagają. Wszelkie te formalne rozwiązania, poza tym, że są ciekawe artystycznie, nie są sztuką dla sztuki, służą czemuś znacznie poważniejszemu i istotniejszemu – nadają odpowiedniego ciężaru sprawom, którym Krauze poświęciła swój film.

Inny

Pamięć sprawia, że życie w bezpiecznej Polsce jest niemożliwe. To jednak nie wszystko. Pojawia się tu też inna kwestia, która utrudnia im iść przed siebie – brak przygotowania państwa i społeczeństwa (wrogość wobec innych) na przyjęcie uchodźców. Dwa dialogi – Anny z pracownikiem ośrodka dla uchodźców i Claudin z policją – doskonale to obrazują. I choć sprawa dotyczy czasu minionego, to równie dobrze możemy odnieść to do naszego teraz. Dlatego między innymi film opowiadający o przeszłości, okazuje się tak bardzo aktualny.

Status uchodźcy

Claudin jest uchodźcą z kraju ogarniętego wojną. Udało jej się uciec spod topora kata. Trafiła do bezpiecznego świata, do którego jednak wcale trafić nie chciała, bo przecież uchodźcą nigdy nie jest się z wyboru, uchodźca przecież jest zmuszony do opuszczenia swojego kraju przez okoliczności, które są od niego niezależne[3]. Chciała przeżyć, ale mogła niestety tylko poza swoją ojczyzną.

Bezpieczny kraj, jaki by nie był, nie mógł być spełnieniem marzeń, gdyż był światem obcym, w którym uchodźca, po traumatycznych doświadczeniach, niewyobrażalnym cierpieniu, wyrwany ze swojej rzeczywistości, oderwany od swoich bliskich, od tego co znał, co kochał, czuje się jak obywatel trzeciej kategorii, inny, zbędny, pozbawiony racji bytu, obcy, wrogi. Nie ma swojej rodziny, nie rozumie języka, którym mówią wszyscy wkoło, nie ma swojego miejsca, dachu nad głową, nie ma dokąd iść ani co ze sobą zrobić. Trwa w zawieszeniu, ogarnia go marazm. Nie może poczuć się bezpiecznie, mimo że oprawcy nie czają się za rogiem. Nie jest w stanie przystosować się, odnaleźć w nowych warunkach, w nowej rzeczywistości. Zrozumiałe więc i usprawiedliwione wydaje się jego zachowanie – nieprzyjemne, agresywne, wrogie, pełne frustracji.

Profetyzm

Film wpisuje się w nasze dzisiaj. Ten kontekst nie był zamierzony, samo życie go dopisało. Teraźniejszość pokazuje, że nie tylko Polska, ale i cała Europa wciąż nie są gotowe na przyjęcie obcych, którzy zmieniają oblicze tej części świata. Ryszard Kapuściński podkreślał, że spotkanie z Innym będzie wyzwaniem XXI wieku[4], że wiek XXI będzie wiekiem Innego. Nie musieliśmy długo czekać, by się przekonać, że miał rację. Inny jest istotnym problemem kulturowym dzisiejszej Europy, ale i etycznym każdego pojedynczego człowieka[5]. Reporter przypominał, że stosunki z Innymi mogą przybrać różną formę – ich efektem może być konflikt, izolacja bądź wymiana i dialog. Od nas, przynajmniej na tym podstawowym poziomie, zależy jakie efekty przyniesie takie spotkanie w najbliższej przyszłości.

Przyszłość nasza

Historia ludzkości pokazuje, że człowiek niczego się nie nauczył, bo piekło na ziemi nieustannie się powtarza, w różnym czasie i w różnej przestrzeni… – zagłada Żydów, rzeź Tutsi w Rwandzie, masowe mordy dokonane przez Czerwonych Khmerów w Kambodży czy tragedia Ormian w Imperium Osmańskim, Sudan Południowy, Syria, Birma…[6]. Co więc nas czeka?

Joanna Kos-Krauze zwraca uwagę, że ludobójstwa na poziomie emocji nie sposób pojąć, zrozumieć, rozłożyć na czynniki pierwsze, ale już na poziomie procesów społecznych, ekonomicznych, politycznych, prawnych tak. Bo do ludobójstwa nie dochodzi z dnia na dzień. Ono zawsze jest skrupulatnie przygotowywane i, zdaniem twórców filmu, zaczyna się od słów. Zaniża się samoocenę, wprowadza wpisy w dowodach, rozdaje opaski, przegrupowuje, szykuje się psychicznie świadków i morderców. Należy więc bacznie obserwować to, co wokół nas się dzieje i wyłapywać wszelkie sygnały[7].

Poszukiwanie nauczyciela i mistrza

W Ptakach… opowieść zaczyna się tam, gdzie zwykle się kończy. Nie zobaczymy więc samego ludobójstwa, rozlewu krwi, maczet w ruchu. Nie otrzymamy też analizy konfliktu, złożoności procesów, które doprowadziły do zagłady. Zobaczymy zaś to, co następuje później – życie po końcu świata, psychiczne tego konsekwencje. Rzeź jest tu przeszłością. Jednak przeszłością, której nie da się zapomnieć, od której nie można uciec. Bo pozostawia po sobie nie tylko ból, ale i pustkę, której nic nie zdoła wypełnić. I w filmie najistotniejszy jest człowiek poszczególny, który z tej masakry ocalał, który widział „człowieka który był jeden/ występny i cnotliwy”[8], który po końcu świata szuka „nauczyciela i mistrza”[9], by „przywrócił […] wzrok słuch i mowę”[10], by jeszcze raz nazwał „rzeczy i pojęcia”, by oddzielił „światło od ciemności”[11].

Doskonała symbioza

Film nie jest łatwy w odbiorze nie tylko ze względu na treść, ale i ze względu na formę, która treść uzupełnia. Tu treść i forma istnieją w doskonałej symbiozie. To film niespieszny, minimalistyczny, wyciszony, subtelny, ze szczątkową fabułą, pozornie pozbawiony akcji, z długimi statycznymi ujęciami, licznymi niedopowiedzeniami, ukrytymi znaczeniami. To kino psychologiczne, w którym wszystko rozgrywa się w wymiarze psychicznym, w którym spojrzenia i gesty mówią najwięcej.

Istotność obrazu

Obraz jest bardzo refleksyjny i poetycki, co nie przeszkadza mu też być filmem wręcz publicystycznym. Z pewnością nie jest dla masowego widza, ale jego udział na wielu międzynarodowych festiwalach dowodzi, że to bardzo istotny dziś film, bo niewątpliwie jest efektem głębokiej refleksji nad współczesnością, nad kondycją dzisiejszego człowieka.


[1] Joanna Kos-Krauze, Aleksandra Pawlicka, Jest życie po końcu świata, Kraków 2017.

[2] Bartosz Staszczyszyn, Joanna Kos-Krauze, opublikowane 12.11.2013, http://culture.pl/pl/tworca/joanna-kos-krauze, dostęp 30.10.2017.

[3] Aleksandra Nowak, Wywiad: Joanna Kos-Krauze, opublikowano 17.09.2017, http://www.entertheroom.pl/life/22-wywiady/7363-wywiad-joanna-kos-krauze, dostęp 30.10.2017.

[4] Ryszard Kapuściński, Ten Inny, Kraków 2006.

[5] Katarzyna Stelmach, Ryszard Kapuściński – „Ten Inny” – recenzja, opublikowano 19.01.2007, https://histmag.org/Ryszard-Kapuscinski-Ten-Inny-recenzja-880, dostęp 30.10.2017.

[6] Barbara Hollender, Reżyserka Joanna Kos-Krauze mówi Barbarze Hollender o przesłaniu filmu „Ptaki śpiewają w Kigali” i pożegnaniu męża, opublikowano 18.09.2017, http://www.entertheroom.pl/life/22-wywiady/7363-wywiad-joanna-kos-krauze, dostęp 30.10.2017.

[7] Ibidem.

[8] Tadeusza Różewicza, Ocalony, w, Niepokój, Kraków 1947.

[9] Ibidem.

[10] Ibidem.

[11] Ibidem.

Portret wielokrotny. „Tylko Lola” – Jarosław Kamiński

Tylko LolaTytuł – Tylko Lola

Autor – Jarosław Kamiński

Wydawnictwo – WAB

Seria – Archipelagi

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla ceniących sobie kunszt pisarski, dla wielbicieli dobrej powieści, dla entuzjastów literatury, kultury i historii polskiej, dla kobiet i mężczyzn, dla ceniących sobie rozrywkę wymagającą
  • PO CO – by zatracić się, by wejść w inne światy
  • MOJA OCENA – 6/6
Na bakier ze współczesną literaturą polską

No, w końcu jest. Jakoś do tej pory nie było okazji do prezentacji w Bałwochwalni polskiej powieści współczesnej. Dlaczego? Nie dane mi było przeczytać takiej, na którą chciałabym zwrócić uwagę innych. Mamy niewątpliwie urodzaj polskich twórców słowa pisanego. I do publikacji literatury faktu nie mam wątpliwości, ale już do tych z półki z fikcją literacką tak. Faktem jednak jest, że nie czytam wszystkiego, więc prawdopodobnie coś przegapiłam, coś mnie ominęło. Słowem, wychodzi na to, że z polską powieścią współczesną jest mi po prostu nie po drodze. Chyba od czasu Madame Antoniego Libery z 1998 roku nie przeczytałam takiej, którą z kimkolwiek chciałabym się podzielić. Do teraz… Powieść, która ukazała się wiosną tego roku nakładem wydawnictwa WAB, która trafiła w moje ręce i do lektury której natychmiast przystąpiłam, okazała się publikacją, którą mam ochotę wciskać każdemu. Dlatego też musiała zagościć w Bałwochwalni.

Tylko Lola Jarosława Kamińskiego, bo o niej mowa, za sprawą okładki i tematyki przyciągnęła moją uwagę. Okładka przypomina mi wspomnianą Madame, która ma dla mnie szczególne znaczenie (wkrótce też tu zagości), a tematyka – kobiety na tle polskiej historii powojennej – to zagadnienia (bo można je potraktować osobno), które szczególnie mnie interesują.

Polska powieść lotów wysokich

Zatem Tylko Lola to zarazem powieść historyczna i psychologiczna, także społeczna. I to znakomita powieść, należy podkreślić. Autor snuje opowieść o losach prywatnych, indywidualnych, losach pojedynczych ludzi, konkretnych monad w konkretnym czasie i w konkretnych sytuacjach, jednak na tym nie poprzestaje. Kreśląc wnikliwe portrety psychologiczne bohaterów, przedstawia kwestie zasadnicze – stosunki społeczne panujące w przedwojennej Polsce, podczas wojny i po wojnie, a także kwestię emigracji i wiążących się z nią problemów.

Kobiet portret własny

Mamy do czynienia z tekstem, który został przedłożony jednemu z wydawnictw. Wydawca, po lekturze, nakreślił do autorki kilka słów, w których wyraził zainteresowanie publikacją oraz wdzięczność za powierzenie właśnie im tej osobistej opowieści.

Ten maszynopis stanowi zasadniczą treść powieść, która rozpisana jest na dwa głosy, dwóch bohaterek, Niny i Lidii (nie Loli, nie, nie), których drogi pewnego dnia skrzyżowały się. Z pewnością nie doszłoby do tego, gdyby nie właśnie tytułowa Lola. Wszystko na tle powojennej Polski – lat sześćdziesiątych i osiemdziesiątych. Cała narracja jednak przeskakuje w czasie i przestrzeni.

Młodsza z bohaterek, Nina Rodriguez, nowojorska emigrantka, oderwana od dawnej tożsamości, z dala od przeszłości, która pełna była niedopowiedzeń, półprawd, tajemnic i zakłamań, zdołała na nowo zbudować swoje życie. Jednak przeszłości nie daje się wymazać. Można ją jedynie wypierać bądź się z nią skonfrontować. I Nina konfrontuje się.

Starsza natomiast o pokolenie, Lidia Kowal, przebywa w zakładzie dla psychicznie chorych, zmagając się ze swoimi demonami.

Nina swe dzieciństwo i swą młodość spędziła we Wrocławiu, w którym wiodła dość beztroski, nieświadomy, bezrefleksyjny i naiwny żywot. Później, z braku perspektyw, wraz z ojcem przeniosła się do Warszawy. Tu, dzięki protekcji Kowal, starej znajomej ojca, która była przyjaciółką Loli – ciotki Niny, rozpoczęła pracę w TVP. Jej przełożoną i współpracowniczką była tam Lidia. Doszło jednak do „próby generalnej” (s. 379) – dramatycznych dla bohaterek powieści wydarzeń w latach sześćdziesiątych, będących zapowiedzią Marca ’68 – która przekreśliła i uniemożliwiła dalszą znajomość kobiet.

Nina po latach wraca do przeszłości, by stawić jej czoła. Zestawia swoje wspomnienia ze wspomnieniami spisanymi przez Lidię w szpitalu psychiatrycznym w ramach terapii. I my, odbiorcy tej opowieści, czytając podwójne wspomnienia, te przeplatane i uzupełniające się narracje Niny i Lidii, stajemy się niemalże świadkami procesu konfrontacji z czasem minionym, który położył się cieniem na życiu obu bohaterek.

Kunszt nie tylko treści, ale i formy

Forma, język, styl, konstrukcja utworu Kamińskiego nadają powieści odpowiedniego ciężaru. W kunsztowny wręcz sposób autor podaje nam opowieść o kobietach, którym przyszło żyć w absurdalnym miejscu i czasie.

Kamiński doskonale nakreślił tło historyczne, społeczne i obyczajowe, też rodzinne. Wszystko to się zazębia, tworząc spójny obraz pełen detali, które  są jednym z istotniejszych elementów powieści, bo oddają klimat, koloryt tamtych lat i uwiarygodniają tamtą rzeczywistość. Zaś portretów psychologicznych bohaterek z krwi i kości, niejednoznacznych, wielowymiarowych, skomplikowanych, mogą mu pozazdrościć inni parający się piórem. Tu nic nie jest kosztem czegoś. Dzięki temu powieść dotyka tak wielu istotnych spraw. I co ważnie nie powierzchownie, sygnalizując je jedynie, tylko głębiej, dotykając sedna.

Nim jednak zorientujemy się o co chodzi w tej opowieści, musimy przebrnąć przez kawał tekstu, który trudno nam zrozumieć. Mimo to brniemy, bo tekst ten wciąga, trzyma w napięciu i hipnotyzuje wręcz. O ile zdania narracji Niny są zrozumiałe, o tyle frazy Lidii są już niemalże bełkotem, są wypowiedziami osoby z zaburzeniami psychicznymi. Z czasem jednak, staną się jaśniejsze i do zrozumienia, aż w końcu wyłoni się z nich sens. Choć nie wszystko jest tu do pojęcia, bo wiele jest niedopowiedzeń, niejasności, nieoczywistości, to wszystko to, paradoksalnie, uwiarygodnia opowieść – oddając ducha przeszłości, sytuacji, w które człowiek chcąc nie chcąc był uwikłany.

Fikcja rodem z rzeczywistości

Bardzo sobie cenię biografie i inne gatunki literatury faktu, ale bliższa mi jest literatura fiction. Idealne więc wydaje się połączenie tych dwóch światów. Zbeletryzowane biografie zatem nie mają sobie równych.

Powieść Kamińskiego to wymysł, ale na tyle prawdopodobny, że pisarz czuł potrzebę podkreślenia jej fikcyjność w słowie odautorskim.

Owszem, fikcją są wydarzenia, bohaterowie, ale już nie emocje, uczucia, przeżycia, doznania i nie kafkowskie tło.

Portrety

Tylko Lola to portret podwójny Józefa K. To opowieść o kobietach odkrywających i budujących siebie, próbujących zrozumieć swe emocje, uczucia, pragnienia, też mechanizm, który steruje otaczającą rzeczywistością i wcielić w życie swe ideały, poszukujących swej tożsamości i swego miejsca w świecie, pragnących szczęścia, swobody, wolności, przekraczających różnego rodzaju granice, potrzebujących czegoś więcej, niż to, co codzienność ma im do zaoferowania, chcących wcielać w życie swe pragnienia i realizować swe marzenia. Tylko Lola to też portret Polski XX wieku rodem z Kafki.

Dodatkowy wymiar

Mnie uderzyły bardzo mocno jedne z pierwszych fragmentów powieści, dzięki którym utwór zyskuje dodatkowy wymiar – wytrącają go z lokalności, z konkretnego tu i teraz:

Nie lubię czystości, czystość kojarzy mi się z czystością rasową, moralną, ideologiczną, religijną, językową, seksualną i nade wszystko z czystką. Lubię brud, zmechacenia, zbrukanie i mieszanki. Metysów, Mulatów, Zambo, transwestytów, transgender. I wszystkie kundle z okolicy. Lubię wieloznaczne sytuacje, wypowiedzi i zakończenia. Brudne obrazy, brudne dowcipy i brudny język. (s. 8)*

O tak, nienawidzę czystości. Rasowej, moralnej, gatunkowej, iluzorycznej. Nie zniosłabym mieszkania w suburbiach, wśród równo przystrzyżonych trawników, idealnie zaprojektowanych domków, gładkiej nawierzchni ulic, tak schludnych, czystych, że zdrowiej jeść z nich kanapkę z burgerem niż z talerza w lokalnym Wendy’s. (s. 9)

– słowa te brzmią jakoś aktualnie! Uniwersalnie.

Ps. 1. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

Ps. 2.  Polecam wywiady z Jarosławem Kamińskim: http://www.polskieradio.pl/9/5648/Artykul/1772929,Tylko-Lola-ksiazkowe-spotkanie-kobiet-po-traumie, dostęp 30.08.2017 oraz https://www.facebook.com/Kurzojady/, dostęp 11.08.2017.

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Tylko Lola, Jarosław Kamiński, Warszawa 2017.

Bitwa o siebie. „Wojna Witkacego” – Krzysztof Dubiński*

Wojna WitkacegoTytuł – Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach. 

Autor – Krzysztof Dubiński

Wydawnictwo – Iskry

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską, historią Rosji oraz historią wojskowości; dla entuzjastów życia i twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Witkacowski bzik

Być może ktoś już dostrzegł, że Witkacy to twórca Bałwochwalicy Jednej szczególnie bliski. Wprawdzie nie obnosiłam się z tym faktem za bardzo, ale dałam temu sygnał już w chwili powołania Bałwochwalni do życia. Bo nie mogło być inaczej. Z jednej strony marzę tylko o wyrwaniu się z jego macek, dlatego nie mówię zbyt wiele o moich pozablogowych wycieczkach badawczych, z drugiej przesiąkłam nim na tyle, że uciec już nie sposób. Niech więc będzie…

Stale, od lat okazuje się, że witkacologa nie jest dziedziną badań zamkniętą, jest wciąż żywa, gdyż kolejni badaczy zabierają w tej sprawie głos i nie chcą powtarzać treści Jana Błońskiego, Janusza Deglera, Anny Micińskiej, Konstantego Puzyny. Ich ambicją jest pokazanie, że jeszcze nie wszystko powiedziano, że to, co już powstało należy do przeszłości, a trwające dziś domaga się nowego, innego, świeżego spojrzenia, czytania, uaktualnienia treści znanych, zinterpretowania adekwatnego do teraźniejszości czy nawet obalenie opinii tego znamienitego grona. Dowodem na to są kolejne publikacje, czy inicjatywy, jak powołanie do życia półrocznika „Witkacy” Państwowego Instytutu Wydawniczego.

Wojna Witkacego o siebie

Książka należąca do Krzysztofa Dubińskiego, dziennikarza i politologa, speca od wojskowości, nie dotyczy twórczości artysty spod Tatr, nie jest pracą z zakresu literaturoznawstwa czy historii sztuki, tylko jego biografii.

Wydawać się może, że publikacja tej kwestii poświęcona jest zupełnie zbędna, ponieważ życie Witkacego jest prześwietlone w każdy calu, udokumentowane, zbadane pod każdym kątem i powszechnie znane, więc nie ma potrzeby znów o tym pisać, gdyż będzie to wtórne, gdyż będzie to tylko powtarzanie znanych treści.

Istota sprawy

Dubiński udowadnia, że nic bardziej mylnego. Jego Wojna Witkacego wychodzi naprzeciw tym, którzy zdają sobie sprawę, że jest w biografii autora Szewców coś, co zbywa się zwykle jednym krótkim określeniem, niczego bliżej nie wyjaśniającym i całej reszcie dyletantów, która myślała, że na ten temat wie już wszystko.

Witkacy w Rosji

Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach, bo tak brzmi pełny tytuł rozprawy, o której mowa, jest monografią poświęconą niewielkiemu odcinkowi życia twórcy, który, mimo że uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów, bo przełomowych, to jednak tajemniczy, w istocie zaś znany tylko powierzchownie, nawet wśród witkacologów, na temat którego mnożą się domniemywania i spekulacje.

Temu czteroletniemu okresowi – od 1914 do 1918 czyli pobytowi Witkacego w Rosji, a zatem, gdy jako żołnierz elitarnego Pawłowskiego Pułku Lejbgwardii walczył na froncie I wojny światowej, a potem przebywał w ogarniętej rewolucją Rosji – Dubiński poświęcił swą pracę, będącą bardzo drobiazgowym i rzetelnym kompendium wiedzy na temat życia artysty tamtego czasu.

Posiłkując się rosyjską i polską dokumentacją wojskową oraz bazując na opracowaniach historycznych i literaturze wspomnieniowej, autor niemalże dzień po dniu zrekonstruował pobyt Witkacego w Rosji, przebieg jego służby wojskowej, odsłaniając przy tym prawdę o tamtym czasie, niejasne i niezrozumiałe kwestie, czy odkłamując pewne sprawy – weryfikuje mity, legendy, wyjaśnia zagadki, prostuje fakty. Dlatego publikacja Dubińskiego nie jest pracą odtwórczą, powtarzającą znane treści, jest pracą, która wnosi coś nowego do badań nad Witkacym, pomimo wielu hipotez, gdyż faktem jest, że skrupulatne badania autora nie przyniosły odpowiedzi na wszystkie pojawiające się pytania. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z istotnym źródłem wiedzy o życiu jednego z ważniejszych polskich twórców.

Tę stosunkowo obszerną (bo zakres problemu jest przecież bardzo wąski) monografię tworzy osiemnaście rozdziałów, które odpowiadają poszczególnym etapom pobytu Witkiewicza w Rosji. Wprowadzając, autor przypomina genezę podjętej przez artystę decyzji i wszelkie związane z tym okoliczności. Dalej, niezwykle skrupulatnie odtwarza kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata tego intensywnego czasu, by zamknąć opowieść powrotem artysty w rodzinne strony.

Geneza

Zakopiańska tragedia – samobójstwo narzeczonej – i jej konsekwencje – wyjazd u boku starego przyjaciela Bronisława Malinowskiego do Australii, który miał przywrócić równowagę psychiczną rozpaczającemu mężczyźnie – poprzedziły wybuch I wojny światowej. Wojna, można rzec, wybuchła dla Witkacego w najbardziej odpowiednim momencie, gdyż przy niemożności znalezienia ukojenia w tropikach zaczęła artyście jawić się jako jedyna szansa na ratunek – uzasadnienie sensu życia. Artysta uznał, że tylko udział w walce może nadać jego życiu godności. Nie zwlekając więc, podjął decyzję o powrocie do Europy.

Rosja

Tu zaczyna się zasadnicza część pracy Dubińskiego. W kolejnych rozdziałach autor bierze pod lupę epizod z życia Witkacego, który choć bezdyskusyjnie uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów tej biografii, to tu dopiero naprawdę poznajemy jego genezę, sens i znaczenie.

Począwszy od opuszczenia ziemi australijskiej autor idzie krok w krok za Witkiewiczem, przypomina powzięte przez niego decyzje, odkrywa fakty i szuka uzasadnień jego poczynań. Przywołuje carski Petersburga, do którego przybył Witkacy po długiej podróży z tropików, opisuje starania artysty wstąpienia do lejbgwardii, dalej jego pobyt w elitarnej Pawłowskiej Szkole Wojskowej, następnie życie w mundurze porucznika lejbgwardii, dowodzenie oddziałem, koszarową codzienność, walki na froncie i ich skutki, walki uliczne w ogarniętej rewolucją stolicy oraz ucieczkę z bolszewickiej już Rosji.

W poszczególnych rozdziałach Dubiński mierzy się z odkrytymi przez siebie faktami, ustaleniami, zestawiając je z stanem dotychczasowej wiedzy na ten temat. Dzięki temu otrzymujemy pełny obraz rosyjskiego fragmentu biografii Witkacego, niejako ostatecznie uporządkowany, nawet jeśli z miejscami, których nie udało się wyjaśnić, to z dokładnie nakreślonymi i wyznaczonymi, co satysfakcjonuje i nie pozostawia niesmaku niepełności.

Obiektywizm, prostowanie faktów, obalenie mitów, odzieranie z legendy

Dubieński mierzy się także ze znamienitym gronem witkacologów, zwracając uwagę na ich przemilczenia czy pewne skróty myślowe, a niekiedy nawet ignorancję. Ma za złe, że biografowie artysty uważniej przyglądają się kolorom jego garderoby niż postaciom, które w pamięci twórcy Pożegnania jesieni wpisały się z pewnością nie bez powodu. Prostuje też pewne fakty. Jak chociażby te dotyczące źródła zmiany jaka zaszła w stosowanej przez Witkiewicza technice rysunku (pastel zastąpił węgiel), tzw. kompozycji astronomicznych czy te dotyczące rzekomej bratobójczej walki.

Obala mity na temat zdemoralizowanej armii tamtego czasu, popełnianych przez oficerów samobójstw, narkotycznych seansów, czy dekadenckich gier w kukułkę, także te na temat odniesionych ran czy kontuzji, udziału w rewolucji rosyjskiej czy te dotyczące komisarza politycznego.

Autor utrwala też portret artysty odarty z legendy – poważnego, racjonalnego człowieka, twardo stąpającego po ziemi, głęboko odczuwającego rzeczywistość, który musiał być zawsze, jak mawiał, zapięty na ostatni guzik, i taki też jawi się jako uczeń pawłowskiej szkoły, jako porucznik i oficer carskiego wojska czy odpowiedzialny i odważny dowódca oddziału.

Warto odnotować, że Dubiński jawi się w swej publikacji jako badacz, który obiektywnie podchodzi do przedmiotu swych dociekań. Witkacy jest twórcą, który od zawsze wywołuje skrajne opinie i trudno tu o bezstronną postawę, tym bardziej ceni się obiektywną, bez poczynionych z góry założeń, niepodkolorowaną analizę jego biografii, której efektem jest właśnie Wojna Witkacego.

Konsekwencje

Powszechnie wiadomo, że rosyjski okres odcisnął się na życiu Witkacego w sposób zasadniczy, że to w jego życiu cezura, która oddziela młodego jeszcze nie w pełni ukształtowanego mężczyznę, od dojrzałego już artysty i człowieka. Dubiński z pasją i niemalże detektywistycznym zacięciem odrywa co to w istocie znaczyło, na czym poległo, gdyż sam artysta niewiele na ten temat ujawnił. Lektura Wojny Witkacego pozwala zrozumieć i docenić wyjątkowe znaczenie tego okresu dla przyszłości artysty na podstawie, co istotne, wniosków wysnutych z zebranych przez autora faktów. Dlatego publikacja jawi się jako podstawa do badań nad genezą Witkacego, jako punkt wyjścia.

Publikacja poświęcona jest w konkretnemu człowiekowi, szybko jednak przekonamy się, że w istocie jest czymś więcej. Bowiem możemy też potraktować Witkacego jako pretekst samego autora do odmalowania portretu carskiej armii, jej losów, od powołania jej do życia, do jej unicestwienia, odsłonięcia charakteru służby, panujących obyczajów, przedstawienia udziału jej w I wojnie światowej i roli jaką odegrała podczas rosyjskich rewolucji. Dubieński nie poprzestał na przedstawieniu losów głównego bohatera swej publikacji. Przedstawił je, nie pozbawiając ich kontekstu, tła. Dzięki temu otrzymaliśmy obraz umiejscowiony w realiach tamtego czasu, miejsca, tamtych okoliczności, a nie oderwany od rzeczywistości, abstrakcyjny wręcz. Zatem Wojna Witkacego nie jest pracą hermetyczną, tylko dla znawców czy entuzjastów Witkacego, jest publikacją dla odbiorców o szeroko zakrojonych zainteresowaniach.

*Niniejszy tekst w wersji zmienionej i uzupełnionej wkrótce ukaże się w jednym z czasopism humanistycznych.

Osobliwe czytanie. „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” – Anna Król

Iwaszkiewicz intymnieTytuł – Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie

Autor – Anna Król

Wydawnictwo – Wilk&Król

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską; dla wrażliwców; dla tych, którym wspólne dobro nie jest obojętne; dla ceniących pamięć, tradycję, przeszłość; dla entuzjastów życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć, zrozumieć, współbyć, współodczuwać
  • MOJA OCENA – 6/6
Igła w stogu siana

Ta książka długo musiała na swoją kolej czekać. Mimo że uznałam ją za pozycję obowiązkową, którą znać po prostu muszę, ze względów chociażby zawodowych, to leżała, bo pomysł powołania do życia takiej publikacji wydawał mi się po prostu naciągany, co skutecznie mnie zniechęcało. Nadszedł jednak moment, że postanowiłam odbębnić zaległą lekturę. Szybko przekonałam się, że będzie to piękna przygoda. Zrewidowałam też pogląd na temat tego typu publikacji. Że trzeba uważać, gdyż wśród nich, tych obliczonych jedynie na zysk, są takie książki jak Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie Anny Król – wartościowe, które nie są chwytem marketingowym.

Iwaszkiewicz intymnie

Anny Król czytanie intymne

Jarosław Iwaszkiewicz to pisarz zaczytany, zapisany można rzec dość dokładnie. To autor powszechnie znany. Prześwietlono jego życie i twórczość na wiele sposobów. Anna Król postanowiła zrobić to po swojemu. Zdecydowała się opowiedzieć o Iwaszkiewiczu przez pryzmat rzeczy, które twórca po sobie pozostawił. Ta jej metoda nie wydawała mi się dość oryginalna ani mająca uzasadnienie, rację bytu. Słowa „opowieść o Iwaszkiewiczu poprzez jego osobiste rzeczy” w zasadzie charakteryzują książkę Król i oddają jej sens, w istocie jednak tylko sprowadzają na manowce. I całe szczęście, bo otrzymujemy zgoła coś innego, coś więcej. Znacznie więcej.

Metoda, którą zastosowała autorka okazała się znacznie bardziej skomplikowana i uzasadniona, też wyjątkowa. I dzięki niej udało się osiągnąć niepowtarzalny efekt, którego mogą pozazdrościć inni, którzy żerują na cudze życie, czytaj biografowie.

W czym rzecz? Przymiotnik „intymnie” wydaje się tu kluczowy. Idzie o mniej formalne życie twórcy Brzeziny, intymne właśnie, ale i o intymność Anny Król, jej prywatny świat.

Debiut

Rzeczy czytałam jak literacki debiut pisarki, która musi wypowiedzieć kilka myśli, odcinając się od przeszłości, by móc ruszyć, by iść dalej. Debiut dobry, podkreślę, w myśl opinii Anny Marchewki, której zdaniem dobry debiut „to jest coś takiego, co sprawia, że przestaję być krytykiem a staję się znów czytelniczką, że chcę przeczytać jeszcze raz tę książkę i że coś się we mnie wydarzyło. Debiut przynosi coś nowego. Gdy rozmawiamy o debiucie, to mówimy o czymś wyjątkowym, czymś mocno dotykającym, poruszającym, o czymś, na co czekamy. Dobry debiut to jest coś, co mnie wytrąca z równowagi i sprawia, że przestaję pracować a zaczynam przeżywać”[1]. I ja, podczas lektury książki Król zapomniałam się. Całą sobą weszłam w opowiadany przez nią świat, w jej świat. Bo Iwaszkiewicz z kart Rzeczy, to nie Iwaszkiewicz obiektywnie pojmowany, tylko Anny Król. To ona na nowo, po swojemu, przez pryzmat swoich doświadczeń, swojej osobowości, tworzy go, zarysowuje jakże subiektywny, zindywidualizowany portret, lepi z fragmentów rozproszonych. Z rzeczy właśnie. Ale nie tylko. Bo i ze wspomnień, zdjęć, ze słów wypowiedzianych, zapisanych, z dialogów wyobrażonych, z miejsc, zwierząt  i ludzi.

Fabularyzowany zarys egzystencji

Z czym mamy do czynienia jeśli chodzi o przynależność gatunkową? Nie jest to dokument ani powieść sensu stricto. Bo choć są tam fakty, to są i zmyślenia. Dlatego chyba najtrafniejsze wydaje się określenie „fabularyzowana biografia”. Choć może „biografia” to za dużo powiedziane. Może lepiej „zarys egzystencji”, gdyż oddaje istotę przedsięwzięcia – w myśl samego Iwaszkiewicza, który w swych Dziennikach zanotował:

Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii ponieważ w swoim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom[2].

Istnieją wprawdzie popularne fabularyzowane biografie, będące jednak tradycyjnie pojętym powieściami, których jestem wielką entuzjastką, to w tym przypadku mowa jest o czymś znajdującym się znacznie bliżej literatury non fiction, chociażby przez sam sposób prowadzenia narracji. Narratorką jest z jednej strony Anna Król, badaczka życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, która po reportersku przemierza Polskę, tropiąc ślady przeszłości i skrupulatnie wszystko notując, z drugiej zaś, jednocześnie, Anna Król, wielbicielka twórcy i niejako jego wychowanka, która daje wyraz swoim doświadczeniom, upust intymnym przeżyciom i doznaniom. I tytułowe rzeczy, które artysta po sobie pozostawił są dla niej tylko pretekstem, do indywidualnego odczytania jednego z największych polskich twórców XX wieku.

Iwaszkiewicz Król

Z tego czytania Iwaszkiewicza przez Król wyłania się postać człowieka – dyplomaty, światowca, prezesa Związku Literatów Polskich, redaktora naczelnego „Twórczości”, posła, poety, pisarza – z krwi i kości, bardzo złożonego, jednak chyba tylko pozornie pełnego sprzeczności. Dla którego bycie wybitnym twórcą i politykiem jednocześnie nie było zaprzedaniem duszy diabłu, tylko możliwością. Wyłania się postać człowieka czułego, wrażliwego, niepewnego, samotnego, nierozumianego, targanego namiętnościami, dalekiego od zimnego polityka, czy człowieka zdystansowanego, może nawet wyrachowanego. Dotykając intymnego świata Iwaszkiewicza, autorka odkrywa przed odbiorcami zakamarki jego duszy, byśmy go zrozumieli i mogli z nim współodczuwać.

Najbardziej ujmujące są te migawki z życia pisarza, które ukazują relację z innymi. Z żoną, kochankiem czy choćby z sekretarzem/ kierowcą. Odsłania się nam wówczas Iwaszkiewicz mąż, kochanek, przyjaciel, towarzysz. Fragmenty dotyczące romansu z Jerzym Bełczyńskim, romansu podszytego tragizmem (kochanek-gruźlik), są niezapomniane[3]. Te zaś odnoszące się do małżeństwa z Anną, małżeństwa także naznaczonego dramatem (powracająca choroba psychiczna żony), składają się niewątpliwie na jedną z ciekawszych opowieści o życiu literackim polskiego XX wieku.

Odchodzenie

Rzeczy, podobnie jak Mahatma Witkac Joanny Siedleckiej, jest nie tylko opowieścią o danym twórcy, jest też uniwersalną narracją o odchodzeniu. Otwiera ją śmierć pisarza i jego pogrzeb, by później, cofając się w przeszłość, tropić znaki przemijania. Przemijania ludzi, rzeczy, świata. Ich starzenia się. Istnienie naznaczone tragizmem, tak obecne w całej twórczości Iwaszkiewicza, obecne jest i tu, gdy choroba zżera kochanka, też krewnego – Karola Szymanowskiego, gdy umiera żona, gdy starzeje się ciało, umysł, gdy niszczeją rzeczy.

Misja

Anna Król swoją publikacją jakby mimochodem wypełnia swą misję. Autorka Rzeczy jest animatorką kultury, pomysłodawczynią i dyrektorką Big Book Festival, a przede wszystkim jest autorką projektów literackich i edukacyjnych promujących – tu jej misja – literaturę i czytanie. Jest przy tym entuzjastką życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza. I poprzez powołanie do życia Rzeczy niewątpliwie zaraża innych i Iwaszkiewiczem, i czytaniem w ogóle.


[1] O czym mówimy, kiedy mówimy o debiucie literackim?, zapis audycji radiowej, 22.04.2015, Radio Kraków, http://www.radiokrakow.pl/rozmowy/o-czym-mowimy-kiedy-mowimy-o-debiucie-literackim/, dostęp 30.04.2017.

[2] Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, cyt. za, Anna Król, Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie, Warszawa 2015, s. 366.

[3] Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego, Warszawa 2017.

Ocalić od zapomnienia. „Mahatma Witkac” – Joanna Siedlecka

Mahatma WitkacTytuł – Mahatma Witkac

Autor – Joanna Siedlecka

Wydawnictwo – Prószyński i S-ka

Rok – 2005

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską; dla wrażliwców; dla tych, którym wspólne dobro nie jest obojętne; dla ceniących pamięć, tradycję, przeszłość
  • PO CO – by mieć świadomość, by wiedzieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Fakt

Dziś będzie krótko i konkretnie. Też nieco inaczej, gdyż książka, której ta nota jest poświęcona wyróżnia się spośród tych, które proponowałam do tej pory w Bałwochwalni. Różni się tym, że nie należy do literatury pięknej, tylko do literatury faktu.

Do tej publikacji wracałam kilkakrotnie. I wcale nie z zachwytu, a z potrzeby, nie tej wewnętrznej, a powiedzmy zawodowej. Słowem, przymus. I dobrze. Dzięki temu, za którymś tam razem, dane mi było odkryć jej wartość dodaną. Tę uniwersalną. Faktem jest, że pozycja ta, mająca przecież konkretny temat – Stanisław Ignacy Witkiewicz – jest popularna wśród zainteresowanych daną kwestią, czy to samym artystą, czy to historią literatury polskiej, historią sztuki polskiej, czy polską kulturą w ogóle, ale warto, by po nią też sięgnęli ci, których poszukiwania obejmują i inne tereny.

Odchodzi Mahatma Witkac

Książka ujrzała światło dzienne na początku lat dziewięćdziesiątych (w 1992). Od tamtej pory minęło więc sporo czasu i ukazały się kolejne jej wydania. To dobrze, bo… Do tego wkrótce dojdę.

Persony dobrze znane

Mahatma Witkac Joanny Siedleckiej – to wystarczy, by wiedzieć w czym rzecz. Bo i autorka i bohater książki to persony dobrze znane. I Witkacy, i Siedlecka są bohaterami na osobną notę. Ja jednak chcę pójść innym tropem, nie tak konkretnym.

Joanna Siedlecka, znana eseistka i reporterka, dekady temu postanowiła napisać książkę reporterską poświęconą pewnemu znanemu artyście, który zginął z początkiem końca… końca pewnej epoki – we wrześniu 1939 roku. Świadomie pomijam kim był ten „pewien znany artysta”, gdyż nie to jest tu istotne. Autorka chcąc przywołać jego świat udała się w podróż sentymentalną – do Polski sprzed II wojny światowej.

Podróż sentymentalna

Tę podróż Siedlecka oparła przede wszystkim na rozmowach z ludźmi, którzy owego artystę znali, którzy go jeszcze pamiętali. Nie byli to najbliżsi, gdyż ci już nie żyli, ale i im autorka oddała należny głos. Dostaliśmy tym sposobem, z subiektywnych i fragmentarycznych relacji, migawki z życia artysty. Mahatma to nie biografia przedstawiająca i analizująca kolejne etapy egzystencji twórcy Nienasycenia. To dotykanie chwil jego życia. Znający biografię artysty w gruncie rzeczy niczego nowego się nie dostają, a nieznający raczej poczują niedosyt, niezadowolenie albo zagubienie, gdyż nie otrzymają pełnego obrazu, a raczej obraz pełen białych plam. Nie wydaje mi się to jednak aż tak istotne. Gdyż otrzymaliśmy tym sposobem coś zgoła innego, coś według mnie bardziej istotnego i cennego.

Ocalić od zapomnienia

Świat Witkacego, owego pewnego znanego artysty, w istocie okazuje się pretekstem do opowiedzenia o czymś, na co nie możemy być obojętni, co, mając wartość największą, odchodzi w niebyt.

Mahatma to opowieść o świecie, którego właściwie już nie ma. Z różnych powodów, często nieuniknionych, ale też z powodu naszego ignoranctwa, głupoty, braku świadomości, samolubstwa, próżniactwa.

Każda kolejna rozmowa oddala nas od tamtego świata… Uświadamia, że to, czego wojenna pożoga nie zdołała zniszczyć, zniszczyły lata komunistyczne, a to, co ocalało profanuje wręcz teraz kapitalizm. I to najbardziej boli. Dzisiejsze pokolenie – nasze pokolenie – z wojną w sposób bezpośredni nie ma nic wspólnego, z komunizmem co najwyżej dzieciństwo. Ma więc usprawiedliwienie. Nie jest odpowiedzialne za przeszłość. Ale jest odpowiedzialne za teraźniejszość, za to, co dzieje się tu i teraz. I tu nie ma już usprawiedliwienia…

Najłatwiej zniszczyć, zapomnieć, odciąć się, ale co wówczas pozostanie? Kim wówczas będziemy?

Mahatma Witkac otwiera oczy! Jest „hymnem wzniesionym na cześć dawnego świata, zadeptanego przez wojnę i późniejszą sowiecką okupację. Lamentem nad śmiercią polskiej inteligencji i artystycznej bohemy. Płaczem po Zakopanym, magicznym niegdyś miejscu, wchłoniętym przez socrealistyczny kicz i szarość”[1].

Książka wywołuje dojmujący smutek, żal, sprawia, że boli. Uświadamia. Dlatego dobrze, że kolejne wydania się pojawiają. Może dzięki temu coś, choćby drobiazg, ocaleje…


[1] Michał Smyk, Mahatma Witkac. Joanna Siedlecka, Wydawnictwo MG 2014, opublikowano 11.12.2014, http://opetaniczytaniem.pl/recenzje/mahatma-witkac-joanna-siedlecka-wydawnictwo-mg-2014.html, dostęp 16.02.2017.