Kartoteka 2

Kartoteka 2 - Walt Whitman - przedstawiciel literatury amerykańskiej
Walt Whitman, 1887*

Walt Whitman

31 maja 1819 – 26 marca 1892

Amerykański poeta, jeden z największych twórców XIX wieku, autor cyklu poetyckiego Źdźbła trawy.


* Autor George C. Cox (1851–1903), restaurator Adam Cuerden (1979-,) – zdjęcie pochodzi z zasobów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych, oddziału Prints and Photographs division, jest dostępny pod numerem ppmsca.07549, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27205667, dostęp 12.01.2017.

Kartoteka 1

Kartoteka

Idzie nowe

Wraz z nowy rokiem inauguruję nowy cykl w Bałwochwalni – Kartoteka – który będzie kolekcją – zbiorem – podobizn twórców literatury. Portrety będą pojawić się przynajmniej raz w tygodniu według różnych kluczy (na przekład twórcy literatury danego kraju albo twórcy literatury danego okresu).

Na początek przedstawiciele literatury amerykańskiej!

Kartoteka 1

Kartoteka 1 - Nathaniel Hawthorne - przedstawiciel literatury amerykańskiej
Nathaniel Hawthorne *

Nathaniel Hawthorne

4 lipca 1804 – 19 maja 1864

Amerykański pisarz, jeden z największych twórców romantyzmu, autor słynnej powieści Szkarłatna litera.


*Autor nieznany – inna wersja fotografii http://www.old-picture.com/mathew-brady-studio/Nathaniel-Hawthorne.htm, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=6452700, dostęp 07.01.2017.

Małżeński portret nieprzystający. „Fatum i furia” – Lauren Groff

Fatum i furiaTytuł – Fatum i furia

Autor – Lauren Groff

Tłumaczenie – Mateusz Borowski

Wydawnictwo – Znak

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla tych, którzy chcą w zgodzie z samym sobą współtworzyć dzisiejsze społeczeństwo, rzeczywistość, świat; dla tych, którzy pragną istnieć wspólnie, a nie obok siebie
  • PO CO – by zrozumieć siebie, innych; by mieć świadomość; by akceptować ułomność człowieka
  • MOJA OCENA – 6/6
  • OSTRZEŻENIE – odziera ze złudzeń, wyprowadza z równowagi, odbiera poczucie bezpieczeństwa, usuwa grunt spod nóg
By nie umknęło

Kilka miesięcy temu przeczytałam powieść, która zrobiła na mnie spore wrażenie, które, co ważniejsze, z czasem wcale nie uleciało. Dlatego dziś wracam do niej, by nie przepadła w odmętach dzieł wątpliwej wartości, by polecić ją Tobie – bałwochwalcy literatury przez wielkie L – jeśli doświadczenia tej lektury nie masz jeszcze za sobą (czego szczerze Ci zazdroszczę), by namówić Cię, przekonać, że warto.

Ból konwersacji

Zapewne nikomu nie jest obce uczucie irytacji, złości, ale przede wszystkim bezsilności, gdy podczas rozmów istotnych mówi się A, a interlokutor słyszy B, gdy mówi się jedno, a rozmówca słyszy drugie, gdy zdania wypowiadane mijają się, idą w próżnię, gdy sens nadany danym słowom, zupełnie nie pokrywa się z sensem danych słów rozmówcy… Nawet jeśli rozmawiają bliscy sobie ludzie…

Relacje międzyludzkie to temat bez dna. To też temat, który mnie najbardziej interesuje czy to w literaturze, czy w filmie. Bo chyba i to zagadnienie jest jednym z ciekawszych aspektów w ludzkiej egzystencji. Najbardziej zagadkowym, intrygującym, niejednoznacznym. I tematem chyba, który coraz intensywniej nurtuje twórców. W roku 2016 ukazały się dwie powieści, znakomite powieści, które w gruncie rzeczy są wiwisekcją związków międzyludzkich właśnie. O jednej z nich była już mowa w Bałwochwalni (Małe życie Hanyi Yanagihary), na drugą właśnie przyszedł czas.

Powieść Lauren Groff Fatum i furia*, bo o nią tu chodzi, doceniona została już chyba przez wszystkich (nawet przez Baracka Obamę 😉 ). Dla niektórych peany pochwalne stanowią zachętę do lektury, u mnie jednak wywołują raczej odruch obronny. Warto jednak niekiedy się przełamać. Sięgnęłam po nią niejako wbrew sobie, odrzucając wszystkie ochy i achy na jej temat, ze względu właśnie na problematykę. I szybko dołączyłam do grona entuzjastów.

Małżeńskie fatum i furie

Nie tylko co, ale i jak

Fatum i furia to przykład powieści, w której liczy się nie tylko co, ale i jak! Wychowałam się na twórcach, dla których forma była równie ważna co treść. Należę więc do tych, dla których odpowiedź na pytanie „jak?” jest jedną z zasadniczych kwestii. Dlatego czuję się powieścią Groff w pełni usatysfakcjonowana.

Autorka swoją opowieść o pewnym amerykańskim małżeństwie podzieliła na dwie części. Dzięki temu prostemu zabiegowi forma zazębia się z treścią. Pierwsza części to opowieść męża, druga – żony. Dopełnieniem tego jest symboliczny tytuł powieści, który w środku zostaje rozbity. Fatum staje się tytułem części pierwszej – jego, Furia zaś części drugiej – jej. Ten sposób narracji – niby banalnie prosty – wywołuje piorunujący efekt.

Małżeński portret nieprzystający

Fatum i furia to portret konkretnego małżeństwa, Mathilde i Lotta, na przestrzeni wielu lat, a ogólniej relacji dwojga ludzi. Portret ten odmalowany zostaje przez samych głównych bohaterów. W zasadzie otrzymujemy dwa szkice – jeden odmalowany z jego perspektywy, drugi z jej. I dopiero te dwa portrety, nałożone na siebie, tworzą ten jeden prawdziwy, faktyczny, ukazują jego realny charakter, jego istotę. Najistotniejsze, ale i najciekawsze jest właśnie to nakładanie na siebie tych dwóch wizerunków – dwóch perspektyw, jakże różnych, dwóch punktów widzenia, jakże odmiennych. Nakładanie owo, dzięki konstrukcji powieści, autorka pozostawia nam. To my scalamy, to my łączymy w jedno dwa, do tej pory połowiczne, nieobiektywne portrety. To nakładanie jest jest więc w istocie tworzeniem. I to autorka pozostawia nam!

A my, strona za stroną, coraz szerzej otwieramy oczy ze zdumienia. Bo, to nieprawdopodobne jak te dwa światy, które wydawałby się, że tworzą jeden spójny, nie przystają do siebie, jak bardzo są rozbieżne, wykluczające się wręcz, obce.

Dekonstrukcja i rekonstrukcja

Autorka pozbawia nas właściwie radości tworzenia. Bo tak naprawdę okazuje się, że to konstruowanie odbiorcy jest destrukcją, dekonstrukcją. Czego? W gruncie rzeczy naszego bezpieczeństwa, naszego wewnętrznego komfortu, poczucia posiadania życiowej mądrości. Groff wyrywa z tego kokonu, spod klosza, w którym w zasadzie sami siebie umieściliśmy, dla własnej przede wszystkim wygody psychicznej. Uświadamia nas, zmusza do zrewidowania naszego myślenie, najpierw burząc, a później rekonstruując.

A chodzi o relacje, tu konkretnego małżeństwa, ale przecież nie tylko, bo chodzi o relacje w ogóle, tak trudne, skomplikowane, nieodgadnione, nie do pojęcia.

Treści nadbudowane

Tytuł powieści już sugeruje, że jest zanurzona w tradycji. I rzeczywiście. Bo autorka na tytule nie poprzestaje. Cała powieść jest silnie zakorzeniona w tradycji antycznej i literackiej w ogóle. Tekst jest wręcz naszpikowany literackimi aluzjami, ale nie jest to obliczone na tani efekt, nie są to erudycyjne popisy dla samych popisów, nie jest to sztuka dla sztuki.

Te odwołania, nawiązania pokazują ciągłość, porządek świata, który choć ulega przemianie wciąż trwa. Już za sprawą samego tytułu nadbudowane zostały pewne treści. Fatum to przecież nic innego jak mitologiczne mojry – boginie przeznaczenia. Furie zaś to erynie – boginie zemsty, nienawiści. A przecież to nie wszystko. Czytając, szybko zorientujemy się, że to też antyczna tragedia, rozpisana na głosy głównych bohaterów i chóru. Tak, mamy u Groff chór! Dyskretny, cichy, ale znaczący. Dzięki któremu uniwersalność opowieści staje się namacalna.

Tragizm bohaterów, niczym w greckim dramacie, polega na ich uwikłaniu w sytuację, z której nie ma wyjścia, z góry skazani są na porażkę. I rzeczywiście, o rozumieniu drugiego, jakbyśmy bardzo się nie starali, mowy być nie może. Tu każdy poniesie klęskę, każdy skazany jest na samotność, obcość.

Cicha obecność tu i teraz

Powieść ma swój czas, ale ten element pozostaje niemalże niezauważalny, choć jest to tylko złudzenie. Współczesność jest skrycie obecna, trwa, otacza. Jest przyczajona i tylko pozornie nie wpływa na los bohaterów. Zgodzić się trzeba z Wojciechem Engelkingiem, że współczesność to „niedostrzegalny inaczej niżeli z perspektywy kilkudziesięciu lat proces przemiany myślenia społeczeństwa o samym sobie”[1]. A wypowiedzi wspomnianego chóru „można traktować jako specyficzny głos zmieniającego się świata”[2], który wskazuje na uczestnictwo bohaterów „w stopniowej przemianie obyczajów”[3].

Nadzieja

Autorka jednak daje nam nadzieję, choćby w komentarzu do swojej powieści:

Rilke napisał kiedyś bardzo pięknie o tym, że bycie z kimś w bliskim związku jest piękniejsze, kiedy akceptuje się dzielącą nas przestrzeń. Wierzę w to i uważam, że zachowanie autonomii w bliskiej relacji jest niezwykle ważne, jeśli chce się stworzyć z kimś jedność. Widzę to też na skali politycznej, nie tylko w odniesieniu do indywidualnego życia. Posiadanie tajemnic jest piękne. Bardzo ważne dla naszego życia duchowego jest zachowywanie tajemnic przed samym sobą. Nie podoba mi się koncepcja związku jako zbiorowej terapii, w trakcie której powinno się mówić partnerowi wszystko. To niebezpieczne. Gdyby powiedzieć partnerowi wszystko, co się o nim myśli, można by go zniszczyć. To mogłoby mieć fatalne konsekwencje. Tak wyobrażam sobie piekło. Zachowywanie autonomii i mrocznych tajemnic jest bardzo ważne[4].

Zatem pozostaje nam tylko pewne rzeczy, na które wpływu nie mamy, zaakceptować, nabrać powietrza w płuca i… żyć wspólnie!

Ps. Polecam kilka cytatów z tej intrygującej powieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – Fates and Furies, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Wojciech Engelking, Bo to był on; bo to byłem ja. O „Fatum i furii” Lauren Groff i „Małym życiu” Hanyi Yanagihary, http://kulturaliberalna.pl/2016/04/12/fatum-i-furia-male-zycie-wojciech-engelking-recenzja/, dostęp 27.11.2016.

[2] Ibidem.

[3] Ibidem.

[4] Trójkowy znak jakości, „Fatum i furia” Lauren Groff. Opowieść małżeńska, audycja radiowa, 21.03.2016, godz. 13:45, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1597124,Fatum-i-furia-Lauren-Groff-Opowiesc-malzenska, dostęp 27.11.2016.

Błyski – „Pociąg linii M” – Patti Smith

Idzie nowe!!!

Bałwochwalica Jedna na dzień dobry przyjęła zasadę, że w Bałwochwalni będą pojawiać się noty o książkach, filmach, płytach, które są albo dobre, albo bardzo dobre – jej zdaniem oczywiście – i nic poniżej tego poziomu. Szybko jednak przekonała się, że istnieją książki, filmy, płyty, które nie są bardzo dobre, ani nawet dobre, a o których dwa słowa rzec musi, bo inaczej się udusi 😉 . Postanowiła więc zamieszczać też noty, które będą kontra. Mało tego, postanowiła też, że wprowadzi nowy cykl notatek – Błyski* – które pozwolą dać upust jej wewnętrznym potrzebom. Błyski będą pojawiać się pod wpływem impulsu, niespodziewanie, wtedy kiedy coś porazi, dotknie, błyśnie po prostu. Zatem do rzeczy!

Pociąg linii M – Patti Smith**

Listopadowy długi weekend spędziłam w doborowym towarzystwie, bo Patti Smith. A to za sprawą Pociągu linii M. Był to czas poruszający i inspirujący. Nie jest to książka dobra, żeby nie powiedzieć, że jest to książka po prostu zła. Ale mnie ujęła, poruszyła, dotknęła.

Patti Smith może wszystko i niczego też nie musi. Na pewno nie ze względu na innych, nie ze względu na swych odbiorców. Może ewentualnie ze względu na siebie. I Pociąg chyba właśnie ze względu na samą siebie popełniła – z wewnętrznej potrzeby, czy wręcz przymusu. I musiało jej wyjść to znakomicie, skoro poruszyła. Bo książka jest naprawdę przejmująca.

Z jednej strony trudno brnąć przez kolejne strony, bo to tekst irytujący, nieznośny wręcz, a z drugiej tego właśnie chcesz.

Wczoraj i dziś

Historia sześćdziesięciokilkuletniej kobiety, która tropi oznaki – coraz gęściej usiane – upływającego czasu, wciąga, interesuje. Bohaterka ta, narratorka i autorka w jednym, nie bardzo wie (choć nie jest to chyba do końca uświadomione) co ma ze sobą począć. Każdego więc dnia zmaga się ze swą codziennością. Każdy dzień jest też zderzeniem z tym, co albo należy już do przeszłość, albo powoli do niej odchodzi. Pozostały tylko samotność, pustka i wspomnienia. A z rzeczy materialnych – kawa, aparat fotograficzny, jakieś kartki do notatek, coś do pisania i płaszcz.

Czytelnik jest w tej codzienności głównej bohaterki zanurzony całkowicie. Karmi z nią jej koty, śni jej sny, oddaje się jej lekturom, snuje jej myśli, razem z nią wspomina, razem z nią podróżuje, razem z nią robi setki zdjęć, razem z nią wypija litry kawy, razem z nią je, razem z nią włóczy się po mieście, odwiedza bary, groby… I ściska go w środku. Z żalu, tęsknoty, bólu, jej bólu. Zastanawia go też spokój bijący ze stron tekstu, brak rozpaczy. Gdzie bunt? Dlaczego nie ma go? Jest akceptacja czy nieświadomość…? 

W Pociągu liczy się tu i teraz, teraźniejszość, ale ta skąpana w przeszłości, która choć odchodzi, to namacalnie trwa.

Pociąg linii M Patti Smith to książka w swym charakterze iście listopadowa! Polecam gorąco!

*Tytuł cyklu odnosi się bezpośrednio do tomu poetyckiego Julii Hartwig. Zob., Julia Hartwig, Błyski, Warszawa 2002.

**Patti Smith, Pociąg linii M, Wołowiec 2016, tytuł oryginalny – M Train, rok pierwszego wydania – 2015.

American dream. „Dziewczyny” – Emma Cline

DziewczynyTytuł – Dziewczyny

Autor – Emma Cline

Tłumaczenie – Alina Siewior-Kuś

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla wielbicieli fikcji, która lekko zahacza o fakty, klimatów lat 60. XX wieku i kultury amerykańskiej w ogóle, dla entuzjastów niespiesznych zdań
  • PO CO – by poczuć się tu i teraz, by delektować się chwilą – lekturą
  • MOJA OCENA – 5/6
Pierwsze wrażenie

Powieści Emmy Cline Dziewczyny* minęła się z moimi oczekiwaniami, uznałam nawet, że nie warta jest uwagi i nie zasługuje na notę. Taka decyzja zapadła po sto którejś stronie. A biorąc pod uwagę fakt, że książka ma tylko 360 stron, uznałam, że jest to decyzja ostateczna. Ale z każdym kolejnym akapitem ta decyzja traciła na ostrości. Z końcem lektury zmieniłam zdanie. Doświadczenie to swoiste i choćby z tej przyczyny już warte odnotowania. Ale po kolei…

Dziewczyny i ich ulotność

Książka zwraca na siebie uwagę swą krzykliwą okładką. Każdy rzuci na nią okiem. Do tego ascetyczny tytuł, który w zasadzie niczego nie mówi, ale przez swoją prostotę, takie „po prostu”, zaczyna intrygować. I jeszcze te zapowiedzi wydawnicze… Nic tylko dać się złapać. Czy może raczej nabrać? Moje oczekiwania, za sprawą promocyjnych sugestii, były bardzo konkretne. Co zaowocowało niesmakiem – poczułam się w pewnej chwili po prostu oszukana. W czym rzecz?

Intryguje mnie kultura amerykańska. Skąd się to wzięło? Chyba za sprawą muzyki. Później i literatury. Dziś o amerykańskiej kulturze zwykle mówi się w sposób lekceważący, nieco nawet pogardliwy, jako o tej, która nie niesie ze sobą żadnych wartości, od której wieje pustką, tandetą. Każdy zaś, kto choć trochę zagłębił się w zagadnienie, wie, że nic bardziej błędnego, mylnego. Ta nieoczywistość jest dla mnie też magnesem. I te moje upodobania popchnęły mnie w stronę Dziewczyn.

Symbole Ameryki

Era hippisowska, to okres, który niewątpliwie w sposób znaczący wpłynął na wizerunek kultury amerykańskiej drugiej połowy XX wieku, zaś Charles Manson ze swoją ferajną (sektą zwaną Rodzina) to jeden z jego wręcz symboli. Dlatego powieść, która jest promowana, jako historia zanurzona w tamtym świecie (autorkę, która dorastała w Kalifornii, miejscu grasowania Manson, intrygował tamten czas) musiała przykuć moją uwagę. Przyznam, że dość naiwnie spodziewałam się sfabularyzowanej wersji faktów sprzed dekad, dostałam zaś… Zgoła coś innego. Właśnie ta rozbieżność sprawiła, że powieść zdyskwalifikowałam. Pochopnie zbyt, jak wkrótce się okazało.

Kameralność, intymność, ulotność, uniwersalność

Gdy pogodziłam się z faktem, że nie będą spełnione moje oczekiwania, poddałam się narracji Cline i dalsza lektura pochłonęła mnie zupełnie, będąc już tym, czym tylko może być czytanie – przyjemnością, której z niczym innym nie da się porównać. Po prostu się zapomniałam. Dziewczyny zyskały na „urodzie” tak bardzo, że zmieniły kategorię. Z półki NIE POLECAM przeniosłam książkę na półkę POLECAM.

Co zatem dostałam, jeśli nie fabularną wersję jednego lata z życia członków legendarnej sekty? Coś znacznie bardziej kameralnego, intymnego, ulotnego i uniwersalnego.

Dawno temu powstał film, który z czasem stał się kultowy. Ja jednak obejrzałam go chyba nie w porę, gdyż mnie nie przekonał. Przekonała mnie jednak książka, na podstawie której powstał filmowy obraz. Lektura uzmysłowiła mi czym jest opowieść o pięciu nastoletnich siostrach. Mowa o Przekleństwach niewinności (powieści Jeffreya Eugenidesa i filmie Sofii Coppoli). Książka dopiero sprawiła, że za sprawą słowa (a nie film za sprawą obrazu) weszłam w tamten świat. Wspominam o Przekleństwach, bo powieść ta jest tu jak najbardziej na miejscu. Ten kontekst jest według mnie znacznie bardziej słuszny, uzasadniony, adekwatny, niż ten dotyczący Mansona.

Przekleństwa niewinności[1]

Owszem, czas i miejsce się zgadzają. Mamy tu też bohaterów nieco na modłę słynnej Rodziny (Russell nieco na modłę samego Mansona i Suzanne nieco na modłę Susan Atkins), zamieszkujących upadłe ranczo, którzy pod przywództwem swego guru dokonali rzezi (nieco na modłę tej w domu Romana Polańskiego i jego żony Sharon Tate), wprowadzając w czyn swe „idee”. Jednak czy ta fabularyzowana wersja wydarzeń z końca lat 60. XX wieku jest istotą powieści? Gdy się przekonałam, że nie, poczułam zawód, rozczarowanie. Brnęłam jednak dalej i wkrótce odkryłam co nią jest. Wówczas dopiero odsłoniła się dla mnie wartość opowieści. Faktyczną istotą są tu cienie dojrzewania, właśnie owe „przekleństwa niewinności”.

Poczuliśmy do głębi, jakim więzieniem jest być dziewczyną, kiedy twój umysł jest zarazem aktywny i rozmarzony, lecz mimo to wie, jakie kolory do siebie pasują[2].

Powyższy cytat ze wspomnianego utworu Eugenidesa wydaje się oddawać istotę i atmosferę powieści Cline. Mamy tu portret dziewczyny z okresu dojrzewania, jakże wnikliwy, niejednoznaczny i uniwersalny. To jednak nie wszystko. Mamy tu też ukazany mechanizm działania psychiki nastoletniej dziewczyny, która z każdą chwilą zatraca się coraz bardziej. Mając przy tym świadomość albo raczej podskórnie przeczuwając, że konsekwencje przyjdzie jej ponieść niemałe. Mimo to poddaje się temu. Przypadek tylko sprawił, że nie sięgnęła dna – totalnego wykluczenia i zniewolenia, zatem w gruncie rzeczy tego, przed czym uciekała.

Ból istnienia

Stany Zjednoczonej Ameryki, Kalifornia, koniec lat 60. XX wieku, upalne lato, wolny czas i w tym wszystkim zanurzona nastoletnia niewinna dziewczyna, która nie wie co ze sobą począć. Na nikim jej jakoś szczególnie nie zależy, nikomu też szczególnie nie zależy na niej. Jest sama, nie przynależy. Tu ujawnia się tragizm jej sytuacji – z jednej strony nie chce współbyć z kimś, bo inni nie są warci jej uwagi, z drugiej jednak pragnie przynależeć, by nie być samotna, by z kimś tworzyć jakąś komunię dusz.

Wszyscy wokół żyją swoim życiem – rozwiedzeni rodzice, przyjaciółka, znajomi. Ona zaś za kilka tygodni zostanie wyrwana z tego, czego, choć nienawidzi, to dobrze zna i wrzucona w coś zupełnie jej obcego, być może jeszcze gorszego. Próbuje jakoś to wszystko przetrwać. Wałęsa się więc po mieście, mając nadzieję, że może czegoś się uchwyci… Może coś znajdzie…

I znajduje! O zgrozo! W parku spotyka dziewczynę, jakże inną od tych, które zna – piękną, pewną siebie, swobodną, arogancką, którą otacza aura tajemniczości – i przepada. Główna bohaterka, zbuntowana, wrażliwa, inteligenta, bystra i rozsądna, zafascynowana sposobem życia nowo poznanej, staje się uległa i zależna, bo dzięki temu, może otrzymać to, czego pragnie – poczucie bycia wśród swoich, swobodę, wolność, akceptację, tożsamość i przynależność. Wszystko jednak zmierza w stronę nieuniknionego.

Kalifornijski klimat

W powieść Cline to jednak nie wszystko. Jest tu coś jeszcze, co odgrywa rolę najważniejszą – sposób prowadzenia narracji. Niespieszny, senny, duszny. Dzięki temu opowieść nabiera wagi, znaczenia. Dzięki temu wytworzony został nastrój, który ciąg zdarzeń, fabułę całą spycha do roli tła (choć plan wydarzeń jest bardzo konkretny, to właściwie nic tu się nie dzieje, a może odwrotnie – choć nic tu się nie dzieje, to właściwie plan wydarzeń staje się bardzo konkretny), wydobywając tym samym na powierzchnię istotę powieści – przekleństwa niewinności.

*Tytuł oryginalny – The Girls, rok pierwszego wydania – 2016, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Jeffrey Eugenides, Przekleństwa niewinności, Kraków 2013.

[2] Ibidem, s. 44.

BIBLIOGRAFIA
  • Bugliosi Vincent, Gentry Curt, Helter Skelter. Sprawa Mansona, Warszawa 1999.
  • Eugenides Jeffrey, Przekleństwa niewinności, Kraków 2013.