Letnia przygoda z książką przez wielkie K. „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki” – Agneta Pleijel

WróżbaTytuł – Wróżba. Wspomnienia dziewczynki

Autor – Agneta Pleijel

Tłumaczenie – Justyna Czechowska

Wydawnictwo – Karakter

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla wielbicieli literatury szwedzkiej, dla tych, co lubią grzebać w egzystencji innych, dla wielbicieli życia twórców, dla fanów gatunków literatury użytkowej, tj. biografii, dzienników, listów, pamiętników, wspomnień, autobiografii i dla fanów literatury po prostu; dla tych co cenią kunszt słowa, mistyfikację i kreację; dla kobiet i mężczyzn, słowem dla ludzi różnego pokroju
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, by zrozumieć
  • MOJA OCENA – 8/6
Książka na lato

W ten letni czas – w wakacje, gdy słońce, radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie… – zamiast sięgać po tak zwane książki na lato, to ja sięgam po te, które kłują, bolą, dotykają mocno i długo nie dają o sobie zapomnieć. W tamtym roku to było Małe życie, w tym Wróżba.

Nie robię tego z premedytacją. Tak wychodzi. Przypadek. Przeznaczenie. Ale przecież jak już oddawać się lekturze, to nie tej, o której zapomnimy wraz z jej końcem. Przecież – będę powtarzać do znudzenia – na lato nie oddajemy mózgu do przechowalni. I nie myśli. I wcale nie chcemy pławić się tylko w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. Nawet w ten lekkomyślny okres w roku, potrzeba też czegoś zgoła innego, niekiedy odczuwa się wówczas głód, nie zawsze chyba do końca uświadomiony, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do światu.

Opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu człowieka w ogóle

Wróżba. Wspomnienia dziewczynki Agnety Pleijel* na polskim rynku ukazała się wczesną jesienią 2016 roku, ale na jej lekturę przyszedł czas dopiero w jesienne lipcowe popołudnie, wtedy, kiedy głód wyżej wspomniany sięgnął zenitu.

Nie wiedziałam właściwie czego mam się spodziewać po tej opowieści, poza tym, że czegoś dobrego. Świadomie omijałam wszelkie recenzje, posiłkując się jedynie własnym doświadczeniem związanym z Pleijel, czyli lekturą wcześniejszej publikacji autorki. Powieść Lord Nevermore z roku 2003 czytałam z otwartymi ustami. Bezpośrednim tego powodem był jeden z jej bohaterów – Stanisław Ignacy Witkiewicz (powieść ta bazuje na biografii artysty), pośrednim zaś była z pewnością sama autorka ze swoimi talentem, bez którego lektura nawet o najbardziej fascynującej tematyce byłaby raczej nie do zniesienia. Przypuszczałam więc, że i Wróżba będzie dobrą literaturą, mimo to pierwsze strony były dla mnie sporym zaskoczeniem. 

Zachwyt i konsternacja

Proza ta wprawiła mnie jednocześnie w zachwyt i… konsternację. Z każdym zdaniem zapadałam się coraz bardziej, kuliłam się w sobie, miałam ochotę schować się do mysiej nory i zabrać ze sobą tę straszną opowieść, by nikt mnie nie mógł znaleźć, by nie odkrył powiązań między bohaterką Wróżby a mną. Tak, bo to rzecz o mnie. I pewno bym się do tego głośno nie przyznała, gdyby inni przede mną tego nie zrobili. Po lekturze sięgnęłam po recenzje i poczułam ulgę. Ufff… To nie tylko moja opowieść, ale i innych.

Doświadczenie wspólne

Wróżba to proza autobiograficzna, prywatna i bardzo intymna. Są to błyski, migawki – wspomnienia autorki przywołujące świat jej dzieciństwa i młodości. Powieść Pleijel umieszczona w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni – Szwecja końca lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, opowiadająca o losach konkretnego bohatera, dziewczynki – wychodzi jednak poza te zarysowane ramy. Wyznaczone granice tracą na ostrości, rozmywają się, by w końcu utracić rację bytu i przestać istnieć. By stać się uniwersalną opowieścią o każdym – o doświadczeniu wspólnym.

Utrata kontroli nad procesem twórczym

Początkowo miało to być opowiadanie o osobie, która w dzieciństwie autorki odegrała szczególną rolę[1] – ciotce, która zaznała w życiu metafizyki, czegoś poza racjonalnym rozumieniem – spełniła się szczęśliwa wróżba, którą jej przepowiedziano. Jednak praca wymknęła się pisarce spod kontroli. Niespodziewanie wyłonił się nowy bohater – ciotka zeszła na drugi plan, a główną rolę zaczęła odgrywać mała dziewczynka – ta, którą pisarka przed laty była. Ciotka Ricka, która miała być główną bohaterką powstającego tekstu, stała się w efekcie tylko pretekstem niejako do zaistnienia opowieści o samej autorce.

Ona wczoraj, ja dzisiaj, ja jutro

Autorka opowiedziała o swej przeszłości z dzisiejszej perspektywy. Pleijel zastosowała pewien formalny chwyt, który znakomicie oddaje tego istotę. Zmiana narracji, jej rozdwojenie – płynne przechodzenie z narracji trzecioosobowej na pierwszoosbową, niekiedy nawet w tym samym zdaniu – najlepiej uwypukla problematykę Wróżby. Narratorka w jednej chwili zdaje relację z życia bohaterki, stojąc z boku, by w następnej robić to samo, będąc już samą bohaterką.

Początkowo wywołuje to dezorientację. Bo w jednej chwili narratorka mówi o sobie, w drugiej jakby o kimś inny, a przecież nie. Mowa za każdym jest o tej samej postaci. Ta zmiana perspektywy, nieco schizofreniczna, wprowadza podział na ona sprzed lat i ja teraz. W efekcie tego zabiegu wyłania się ktoś trzeci, łączący w sobie te dwie postacie, kompletny. By mogło do tego dojść, należało stanąć obok, nabrać dystansu, spojrzeć na siebie z okresu dzieciństwa i młodości z zewnątrz, jak na kogoś zupełnie obcego i skonfrontować to ze sobą teraz, z teraźniejszością.

Pleijel w jednym z udzielonych wywiadów podkreśliła, że początkowo trudno było jej identyfikować się ze swoją bohaterką[2], co podczas lektury wyraźnie odczuwamy – dystans jest ogromny. Wyczuć możemy nawet brak sympatii, by nie powiedzieć antypatię. Zbliżając się ku końcowi opowieści ta identyfikacja powoli następuje i wyłania się ktoś skończony, zsumowany. Taki sposób przepracowania swej przeszłości, siebie, relacji z matką, z ojcem, z rodziną, skonfrontowanie się z otaczającą rzeczywistością, z sobą, mogło zaowocować tylko jednym – nazwaniem, definiowaniem, zrozumieniem, pogodzeniem się ze sobą, zaakceptowaniem i polubieniem siebie.

Terapeutyczna moc

Mamy więc do czynienia z literaturą, której tworzenie było rodzajem autoterapii. I autorka wcale tego nie ukrywa. Dla niej w ogóle proces twórczy ma ten dodatkowy istotny sens – pozwala pomóc samemu sobie. W tym przypadku zachodzi proces samopoznania, uporządkowania, rozumienia i też, przy okazji niejako, ocalenia od zapomnienia.

Nieszczęśliwa rodzina na swój sposób

Dzieciństwo bohaterki niczym się nie wyróżniało. Wszystko było na swoim miejscu. Wszystko było zwyczajne, normalne. Ze swoimi problemami, cieniami nie odstawało od reszty. Nie było idealne, ale przez brak idealności w istocie idealne właśnie. Nie było tu mowy o jakiejś patologii, o jakimś rodzinnym piekle. Ojciec był matematykiem, naukowcem, nauczycielem akademickim. Matka zajmowała się trzema córkami, mężem i domem, na rzecz tego zrezygnowała z kariery pianistki.

Jednak jak każda rodzin ma swe problemy i ta też miała. I wcale nie chodziło o jakieś demony zamknięte w szafie ani o rodzinne traumy czy rodzinne piekiełko skrzętnie skrywane przed wzrokiem sąsiadów w czterech ścianach. Nie. Chodziło o zmaganie się z prozą życia, która szczęściu nie dawała szansy. Ciągłe przeprowadzki związane z pracą ojca wiązały się z poczuciem samotności i niepewności dziewczynki, z niemożnością nawiązania bliższych relacji z kimkolwiek, wyobcowaniem, odrzuceniem, brakiem akceptacji, nieszczęśliwa zaś matka, która porzuciła muzykę – swą pasję – wywoływała poczucie winy dziewczynki, i w końcu narastający konflikt pomiędzy rodzicami, który doprowadził do rozejścia się małżonków, wywołał poczucie odpowiedzialności za tę nieznośną sytuację.

Dziecko wśród ruin

To wszystko sprawiało, że atmosfera domu rodzinnego była trudna do zniesienia. Pretensje, żal, frustrację z każdym dniem narastały. Nikt nie czuł się na swoim miejscu. Każdy lawirował gdzieś poza ze swym niezrozumieniem i samotnością. Dość czuły, ale bierny ojciec egzystował w abstrakcyjnym świecie liczb, zaś niedostępna i niemalże wroga matka w swoim niespełnieniu, młodsze siostry były jakby w ogóle nieobecne i Neta wrzucona w sam środek tej nieszczęśliwej rodziny, nieszczęśliwej na swój sposób[3].

Nieznośna ciekawość

Do tego cielesność, która budziła ciekawość i wywoływała niepokój. I nasuwające się stale jakże niemądre (!!!) pytania o świat, o życie, o Boga, o kobietę i o mężczyznę (symbolicznie różnice zostały pokazane, stawiając naprzeciw siebie naukę i sztukę, matematykę i muzykę), o człowieka, o nierówności, o niesprawiedliwość.

Wszystko prowokowało wrażliwą dziewczynkę, nastolatkę do analizy, do przemyśleń, do rozkładania na czynniki pierwsze. Wrażliwa, uważna i logicznie myśląca Neta pragnęła pojąć, zrozumieć. Niestety, każde nowe doświadczenie, poznanie, każdy krok do przodu, w życie przynosił rozczarowanie. Dodatkowo, Neta była z tym wszystkim sama. Ukojenie zapewniała jedynie literatura, później sztuka w ogóle, a niezależna mentalnie ciotka (ktoś wyidealizowany, wręcz symboliczny, uosabiający wolność i szczęście, kto nie lekceważył dziewczynki i odpowiadał na jej niepraktyczne (!!!) pytania) i jej życie dawały radość i nadzieję, że pewnego dnia nadejdzie lepsze.

Katharsis

Przywoływane obrazy są niekiedy ledwie muśnięte, nieco poszarpane, wystrzępione, oderwane, fragmentaryczne. Zdania są oszczędne, ascetyczne, choć pełne emocji, od których wręcz pulsują, wypowiadane są z zaciśniętym gardłem, przez zęby, z kumulowaną złością, agresywne. Tłumione były latami, by któregoś dnia mogły zostać wypowiedziane, wykrzyczane, żeby w końcu poczuć ulgę, zrzucić ciężar, który nosiło się od zawsze, ale od chwili samoświadomości z coraz większym trudem. Przeszłość musiała zostać przepracowana, by można było w końcu zacząć oddychać pełną piersią, nawet jeśli pierwszą młodość ma się już za sobą.

Historia tyleż prywatna, intymna, co uniwersalna

Powieść tę można odczytywać jako krytykę szwedzkiej obyczajowości lat pięćdziesiątych XX wieku, patriarchalnego społeczeństwa czy też jako próbę rozliczenia się w ogóle z ówczesną rzeczywistością[4]. Ale w istocie jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu człowieka w ogóle – nie tylko konkretnej szwedzkiej dziewczynki tamtego czasu. Zatem, nawet jeśli będziemy próbować interpretować Wróżbę Pleijel jako „subtelny manifest feministyczny”[5], to nie możemy zapomnieć, że to historia tyleż prywatna, intymna, co uniwersalna.

Proza ta jest rozliczeniem się z najtrudniejszym i jednocześnie najważniejszym okresem w życiu każdego z nas – dzieciństwa i młodości – czasu kształtowania siebie, wykluwania się dorosłego człowieka, który musi spojrzeć wstecz, by móc zrozumieć swoją przeszłość i zaakceptować siebie dziś.

Istota wspomnień

Pamiętać też musimy, że proza ta, to nie obiektywny ogląd całości. To wspomnienia, które przecież nie są rzeczywistością. Wspomnienia są rzeczywistością zniekształconą przez nas samych, przez to, co w międzyczasie się zdarzyło, czego doświadczyliśmy, są rzeczywistością przez nas przefiltrowaną, patchworkiem. Mimo swej fikcyjności są czymś niezbędnym, niezastąpionym. One to przecież na nas się składają, na to kim jesteśmy.

„Autentyczna fikcja”

Moja przygodna z Wróżbą pomieszała nieco dwa porządki – ten autentyczny i ten fikcyjny. Przystępując do lektury, wiedziałam, że mam w ręku literaturę autobiograficzną, czyli literaturą non-fiction (choć nieco zniekształconą za sprawą wspomnień, które rządzą się swoimi prawami). Jednak już z końcem pierwszej strony zapomniałam o tym. I dopiero po lekturze, gdy zaczęłam trawić przeczytaną opowieść, przypomniałam sobie o tym fakcie.

Pleijel w udzielonych wywiadach, opowiedziała o swojej przeszłości, którą odczytać możemy też z kart jej książki, ale wyjaśniając kwestie, które wpłynęły na decyzję o powołaniu do życia Wróżby zaznaczyła, iż uznała, że „nadszedł czas, żebym zachowała się lojalnie wobec tej dziewczynki, że teraz to jej muszę oddać głos”[6] i, co istotne, opowiedzieć „JEJ wersję”[7]. „Czy to, co opisuję, naprawdę się wydarzyło, czy to tylko triki mojej pamięci?”[8] – zastanawiała się też. Zatem…

Istotność fikcji

Wielokrotnie już mówiłam, że nie ma dla mnie nic bardziej inspirującego niż drugi człowiek. Jak pisałam we Wstępie,  w istocie „takie, jakby nie było, podglądanie ludzi, podsłuchiwanie, śledzenie ich poczynań, nieco pasożytnicze wręcz żerowanie na egzystencji innych jest fascynującym zajęciem, ale przede wszystkim pobudzającym, dającym energię, sprawiającym, że krew zaczyna szybciej krążyć, słowem inspirującym do życia. W przypadku twórców i intelektualistów pole rażenia zwykle jest jeszcze większe”.

Tyle że niekiedy, wtedy kiedy mamy do czynienia z listami, pamiętnikami, dziennikami, autobiografiami, powieściami z kluczem czy właśnie wspomnieniami twórców zawęża się pole interpretacji. Niekiedy nie sposób oderwać danego tekstu gatunku wyżej wspomnianego od jego genezy, mimo iż wiemy, że mamy do czynienia z aktem kreacji. W przypadku jednak Wróżby istnieje taka możliwość – moje doświadczenie tej lektury tego dowodzi. I rzekłabym nawet, że opowieść ta prosi się wręcz o to. Wtedy otrzymamy coś znacznie większego, istotniejszego.

Ps. 1. Opowieść Pleijel została pięknie wydana (ta przydymionomiętowa obwoluta – cudna) – elegancko i skromnie, ale to w końcu wydawnictwo Karakter, więc sprawa oczywista.

Ps. 2. Polecam wywiad z Agnetą Plaijel w WyliczankaTV.

Ps. 3. Polecam kilka cytatów z tej intymnej opowieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – Spådomen. En flickas memoarer, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Agnieszka Jucewicz, Agneta Pleijel: Kochanka ojca była przyjaciółką mojej matki, opublikowano 28.01.2017, http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,21300056,agneta-pleijel-kochanka-ojca-byla-przyjaciolka-mojej-matki.html?disableRedirects=true, dostęp 14.07.2017.

[2] Ibidem.

[3] Nawiązanie do słynnych słów z Anny Kareniny Lwa Tołstoja.

[4] Justyna Szklarczyk, Agneta Pleijel: Codziennie myślę o tym, co zrobić, żeby nie zepsuć świata, opublikowano 04.12.2016, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1685562,1,agneta-pleijel-codziennie-mysle-o-tym-co-zrobic-zeby-nie-zepsuc-swiata.read, dostęp 14.07.2017.

[5] Ibidem.

[6] Jucewicz, op. cit.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

BIBLIOGRAFIA
  1. Czechowska Justyna, Raj na ziemi nie istnieje, opublikowano 16.09.2013, https://www.tygodnikpowszechny.pl/raj-na-ziemi-nie-istnieje-20512, dostęp 14.07.2017.
  2. Jucewicz Agnieszka, Agneta Pleijel: Kochanka ojca była przyjaciółką mojej matki, opublikowano 28.01.2017, http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,21300056,agneta-pleijel-kochanka-ojca-byla-przyjaciolka-mojej-matki.html?disableRedirects=true, dostęp 14.07.2017.
  3. Sokół Grzegorz, Miłość to samotność. Rozmowa z Agnetą Pleijel, szwedzką poetką i pisarką, autorką powieści „Lord Nevermore”, opublikowano 18.09.2003, http://wyborcza.pl/1,75410,1673956.html, dostęp 14.07.2017.
  4. Szklarczyk Justyna, Agneta Pleijel: Codziennie myślę o tym, co zrobić, żeby nie zepsuć świata, opublikowano 04.12.2016, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1685562,1,agneta-pleijel-codziennie-mysle-o-tym-co-zrobic-zeby-nie-zepsuc-swiata.read, dostęp 14.07.2017.
  5. Wróbel Olga, Wszystkie dzieci są na swój sposób samotne [rozmowa z Agnetą Pleijel, opublikowano 10.12.2016, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/wszystkie-dzieci-sa-na-swoj-sposob-samotne/, dostęp 14.07.2017.

Dzień Przyjaźni – trafiła kosa na kamień

Dzień Przyjaźni

Z przyjaźnią sprawa nie jest tak prosta. Długo, z trudem się ją zdobywa, ale kiedy już się przyjaźń posiadło, nie sposób się od niej uwolnić, trzeba stawić czoło. Nich pan przede wszystkim nie wierzy, że pańscy przyjaciele będą telefonować do pana co wieczór, jak powinni, by dowiedzieć się, czy nie jest to przypadkiem ten wieczór, kiedy postanowił pan popełnić samobójstwo, lub, bardziej po prostu, czy nie pragnie pan towarzystwa, jeśli nie ma pan ochoty wyjść z domu[1].

30 lipca

Niniejsza nota jest okolicznościowa. A jaka to okoliczność? Dziś przypada Międzynarodowy Dzień Przyjaźni!!! To jest ta właśnie okoliczność – jakże ważna do podkreślenia.

Choć będzie nieco przewrotnie. Dotyczyć będzie ludzi, ale i książek oczywiście, inaczej przecież być nie może, ale w dość nietypowym ujęciu. Będzie o męskiej przyjaźń i tego, co ona ze sobą niesie.

Męska przyjaźń

Żył pewien mężczyzna, znany i ceniony pisarz, który wykonywał fascynujący zawód reportera i żył pewien mężczyzna, który świadomie bądź nie pragnął być cenionym i wykonywać fascynujący zawód. Ci dwaj mężczyźni pewnego dnia się spotkali. Spotkanie to zaowocowało wieloletnią przyjaźnią. Do śmierci jednego z nich. Nim ona jednak nastąpiła jeden z mężczyzn stał się dla drugiego poza tym, że przyjacielem, to jeszcze nauczycielem, jeden z mężczyzn stał się dla drugiego poza tym, że przyjacielem, to jeszcze uczniem. Nauczyciel okazał się znakomity, a uczeń pojętny, sumienny i zdolny, co z czasem przyniosło efekty, które stawiały pytanie „Czy aby uczeń nie przerósł mistrza?”.

Pokłosie

Owocem tej wieloletniej męskiej przyjaźń stała się prawda. Prawda o człowieku poszczególnym i ogólnym. A chodzi o słynną publikację Kapuściński non-fiction.

Kapuściński non-fiction

Kapuściński kontra Domosławski

Ci dwaj mężczyźni to Ryszard Kapuściński i Artur Domosławskim. To o nich mowa i o ich szczególnej przyjaźni, która osobliwe efekty przyniosła. Zapewne wpłynęła na wartość rzemiosła tego drugiego, którego kolejne prace okazują się bardzo cenne. Sławę jednak przyniosła mu ta, opowiadająca o życiu i pracy jego przyjaciela i mistrza. Nie wpłynął jednak na to talent pisarski autora, tylko kontrowersyjna postawa jaką ten zajął wobec swego bohatera. Jedni uznali, że jest hieną, pasożytem, który oczerniając Kapuścińskiego, chce obalić jego mit i sam zaistnieć w świadomości wielu, drudzy chwalili ten postępek. Brak jednak było w tej zażartej debacie „Kapuściński kontra Domosławski” trzeźwych i racjonalnych sądów. Zrodziła się ona pod wpływem chwili i w gruncie rzeczy chyba nie miała racji bytu. A może…

Bez „kontra”

Dziś już jest czysto. Domosławski wygrał wszystkie procesy, które mu w tej sprawie wytoczono, ukazało się też po latach nowe wydanie tej kontrowersyjnej publikacji (zaznaczę, że to nowe wydanie jest równe staremu, nic nie zostało usunięte ani zmienione, dodano jedynie wstęp Piotra Bratkowskiego prezentujący wszystkie okoliczności zaistniałe wokół tej sprawy), będącej jednym z czterech tomów (obok Gorączki latynoamerykańskiej, Śmierci w Amazonii i Wykluczonych) dzieł zebranych reportera „Gazety Wyborczej” i „Polityki” – sprawa jest więc zamknięta i można już na nią spojrzeć z nieco innej strony. Przede wszystkim bez „kontra”.

Autorytet

Byłam jedną z pierwszych czytelniczek tej książki (jak cała Polska 😉 ). Dlaczego? Bo Ryszard Kapuściński był dla mnie kimś niezwykle istotnym. I to na wielu poziomach. Z racji moich eksploracji zawodowych, ale i prywatnych. Po jego książki ustawione w rzędzie na półce wciąż sięgałam. Z nich się uczyłam. Jak wielu z nas. On przybliżał i wyjaśniał światy, których nie dane nam było doświadczyć, uczył miłości do bliźniego, do innego. On wskazywał, tłumaczył. Dlatego interesowało mnie wszystko, co na temat życia i twórczości Kapuścińskiego ukazało się i dlatego sięgnęłam od razu po biografię Domosławskiego.

Poza tym, jak już nie raz wspominałam, nie ma nic bardziej inspirującego niż drugi człowiek, dlatego uwielbiam podglądać innych. W gruncie rzeczy takie, jakby nie było, podglądanie ludzi, podsłuchiwanie, śledzenie ich poczynań, nieco pasożytnicze wręcz żerowanie na egzystencji innych jest fascynującym zajęciem, ale przede wszystkim pobudzającym, dającym energię, sprawiającym, że krew zaczyna szybciej krążyć, słowem inspirującym do życia. A biografia jako gatunek idealnie zaspokaja te potrzeby, a ta biografia w szczególności. Nim się ukazała, już była wielką kontrowersją. Do tego stopnia, że jej wydanie stanęło nawet pod znakiem zapytania. Więc kiedy już ujrzała światło dzienne od razu przystąpiłam do lektury.

Odsłonięcie niemiłej prawdy

Naiwnością jednak byłoby myślenie o Kapuścińskim jako o człowieku bez skazy i za pewne nikt tak nie myślał. Przytrafiło się jednak reporterowi coś znacznie gorszego. Na pewne kwestie spuszczona zasłonę milczenia i wyłączono z dyskursu, uznając za nieistniejące. I kiedy jego wieloletni przyjaciel zdecydował się na zerwanie tej zasłony i nazwanie rzeczy po imieniu doszło do skandalu!

W istocie publikacja Domosławskiego – będąca pokłosiem wielkiej przyjaźni – poza tym, że wskazała palcem te miejsca, które są rysą na życiu i twórczości Kapuścińskiego, poza tym, że odsłoniła prawdę o mistrzu i jego uczniu, to odsłoniła też prawdę o nas samych.


[1] Albert Camus, Upadek, Warszawa 2014.

Prymat skrzypiec nad fortepianem i saksofonem. „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” – Katarzyna Surmiak-Domańska

Ku Klux KlanTytuł – Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Autor – Katarzyna Surmiak-Domańska

Wydawnictwo – Czarne

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych historią USA, sprawami rasizmu, nacjonalizmu, dyskryminacji i nietolerancji, dla tych, którym nie są obojętne na sprawy współczesnego świata
  • PO CO – by rozumieć, by być czujnym
  • MOJA OCENA – 8/6
Prawda 1:1

Reportaż rzadko gości w Bałwochwalni. Co w cale nie znaczy, że nie jest ceniony. Faktem jednak jest, że Bałwochwalica Jedna częściej delektuje się prawdą wyrażoną nie wprost, czytaj fikcją literacką, niż tą 1:1, gdyż bliskie jest jej myślenie, że „literatura to proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów […]”[1].

Istotność polskiego reportażu

W Polsce ukazują się jednak reportaże tak istotne, że trudno o nich nie mówić. Ten, któremu niniejsza nota jest poświęcona do takich właśnie należy. I choć ukazał się w 2015 roku, to nie pozwala o sobie zapomnieć.

Sile oddziaływania reportażu Katarzyny Surmiak-Domańskiej z pewnością sprzyja moment historyczny, w którym się znaleźliśmy, w którym tkwimy. BJ sięgnęła po tę publikację z racji swych zainteresowań – rasizm, segregacja rasowa, dyskryminacja, nietolerancja, inność, odmienność, Północna Ameryka. Szybko jednak okazało się, że będzie to coś więcej, niż tylko zaspokojenie ciekawości w ramach zarysowanych zainteresowań.

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość Katarzyny Surmiak-Domańskiej to nie tylko rzetelny i znakomity reportaż o „lokalnym” Ku Klux Klanie, to też nie tylko historia rasizmu w USA i jego mechanizmów. To coś znacznie bardziej uniwersalnego, globalnego i aktualnego. To opowieść o nienawiści, która jest usprawiedliwiana najbardziej wzniosłymi hasłami, w imię najwznioślejszych idei.

Amerykańska przygoda

Polska reporterka w 2013 roku udała się na dość specyficzną wyprawę do Ameryki – do  Harrison (w stanie Arkansas) na doroczny Krajowy Zjazd Partii Rycerzy Ku Klux Klanu, by zebrać materiał do książki o organizacji i wyżej wymieniona publikacja jest tej wyprawy pokłosiem.

Ku Klux Klan w XXI wieku

Niewtajemniczonym wydawać się może, że praca poświęcona tej formacji będzie tylko wycieczką do odległej dość przeszłości. Nic bardziej mylnego. KKK to nie tylko przeszłość. KKK to też teraźniejszość. W XXI wieku wciąż istnieje i działa. KKK przystosował się do wymogów współczesności. Doskonale asymiluje się, adaptuje do otoczenia i idzie naprzód z duchem czasów. I mamy tu raczej do czynienia z korporacją, niż z tajemniczym zakapturzonym bractwem z pochodniami, ale w istocie niewiele się zmieniło. Co prawda twarz dzisiejszego KKK nie zieje już nienawiścią i nie napawa strachem, jest ciepła, przyjazna, życzliwa, ale istota pozostała ta sama. Zmieniły się metody funkcjonowania, ale jej cel się nie zmienił.

Wszystkich organizacji występujących pod szyldem KKK jest około czterdziestu. Oddziałów zaś ponad sto. Członków szacunkowo od pięciu do ośmiu tysięcy. Wszystkie te organizacje mają różne strategie i wizerunki. Są takie, dla których liczy się siła fizyczna, agresywność, ale są i takie, które podpisują się pod tradycyjnymi amerykańskimi wartościami i walczą słowem – językiem miłości. I taką jest ta, o której Surmiak-Domańska zrobiła reportaż.

Narracja reportażu prowadzona jest dwutorowo. Teraźniejszość przeplata się z historią. Relacja z wyprawy reporterki na południe USA, przeplatana jest przedstawieniem dziejów KKK. Mało tego, całość jest dwupoziomowa – fakty, konkrety przeplatają się refleksjami natury obyczajowej, społecznej, politycznej i historycznej.

Ważne jest tu coś jeszcze – podejście autorki. Postawa reporterki jest życzliwa, otwarta, bez uprzedzeń i z góry przyjętych tez. Niemalże jak dziecko ciekawa, zdziwiona, przenikliwa, empatyczna, poznaje i nie ocenia tylko próbuje zrozumieć. Ma to tu istotne znaczenie, gdyż w efekcie uwydatnia absurdalność tego z czym mamy do czynienia.

Szalony pomysł

Sytuacja jest nietypowa. Reporterka do Ameryki nie pojechała incognito. Pojechała jako Katarzyna Surmiak-Domański, polska dziennikarka, która zainteresowana historią USA, głównie historią kształtowania się amerykańskiej tożsamości, chce zrobić reportaż o KKK. Plan był tyleż prosty, co niemalże niemożliwy do ziszczenia, wydawało się – wziąć gościnnie udział w Krajowym Zjeździ Partii Rycerzy Ku Klux Klanu. W tym celu autorka wysłała maila do dyrektora stowarzyszenia, w którym wyraziła swe zainteresowanie sprawą. Już ten początkowy kontakt odsłonił przyszłe zasady relacji – uprzejmość, życzliwość, otwartość. Dziennikarka jasno wyartykułowała swój cel – pragnienie uchwycenia współczesnego wizerunku KKK i poznanie perspektywy jego członków oraz argumentacji ich poglądów – i zaznaczyła co nią kieruje – zainteresowanie narastaniem świadomości rasowej i nurtów nacjonalistycznych, a nie chęć wstąpienia w szeregi bractwa, gdyż nie jest rasistką – co zostało odebrane ze zrozumieniem, wręcz zachęcająco (dawało okazję przecież do pokazania się w dalekim kraju na starym kontynencie). Pastor Thomas Robb, ów dyrektor stowarzyszenia, zapewnił wówczas, że nie będzie ingerował w ocenę tego, co zobaczy i usłyszy, ale pod jednym warunkiem – że będzie pisać tylko prawdę.

Nic więc autorce nie pozostało jak tylko ruszyć za ocean i zdać relację z tego doświadczenia oraz podzielić się pewnymi spostrzeżeniami i refleksjami.

Żyć w raju na ziemi

Przybyła więc na tereny pasa biblijnego – raju na ziemi, prawie w stu procentach zamieszkanego przez białych, którego broni się zawzięcie przed zniszczeniem, takim jakie dokonało się w innych regionach kraju.

W samym sercu USA powstała biała ojczyzna. Tworzą ją ludzie, którzy uciekli ze zdegradowanych stanów na wschodnim i zachodnim wybrzeżu. Tutaj budują katalizatory nowej świadomości. Tworzą podwaliny naszego narodowego i rasowego odrodzenia […]. (s. 45)*

Tu „żarliwa, fundamentalna religijność kontrastuje z zamierającą pobożnością reszty chrześcijańskiego świata” (s. 27). Ten połudnowo-wschodni i południowo-centralny region USA, odpowiada w głównej mierze terenom stanów, które zawiązały Konfederację i wystąpiły z Unii. Wojna z Północą przyniosła im jednak klęskę. I tu nigdy nie pogodzono się porażką z roku 1865. Te południowe stany nigdy nie zaakceptowały narzuconych im zmian po przegranej wojnie secesyjnej. I miasto Harrison jest ucieleśnienie ideału. Nie ma tu innych, obcych, są sami swoi, którzy do szczęścia niczego więcej nie potrzebują. Nie pragną odkrywać nieznanych lądów.

Czyhające wieczne zło

Kraina, w której przyszło im żyć zapewnia im wszystko. Zdają sobie jednak sprawę, że muszą o nią dbać, walczyć, muszą stać na jej straży, bo zagrożenie czai się ze wszystkich stron.

Zbliżamy się do kresu cywilizacji. Biała Ameryka umiera […]. Ameryka umiera na anemię. Anemia pochodzi od starogreckiego słowa oznaczającego brak krwi. Oczywiście w tym wypadku chodzi nie tylko o wyciek krwi, ile o przypływ krwi niebiałej. Niebiała krew zalała nasz układ krwionośny, rozregulowała go i uczyniła niezdolnym do produkowania dostatecznej ilości krwinek krwi białej, potrzebnej, żeby zwalczyć chorobę… (s. 44)

[…] czarni przejmą w końcu rządy i doprowadzą ten kraj do upadku. Przyjdzie dzień, kiedy biali nie będą mogli już udawać, że nic się nie dzieje. A naszym zadaniem jest stworzyć siatkę. Prawidłowo wychować dzieci i wnuki, uświadamiać przyjaciół, żebyśmy wszyscy byli w pogotowiu. I kiedy wszystko runie, biali stracą pracę, domy i zobaczą, że nie istnieje żadna organizacja, która przemówiłaby w ich imieniu, wtedy my się obudzimy. Staniemy, żeby ratować ten kraj.

– Upadek jest nieunikniony?

– Tak. I przyjdzie szybciej, niż się spodziewamy. Dlatego tak ważne jest, by chronić to, co najcenniejsze. Czystość. (s. 52-53)

Tam ich początek

To właśnie na tych terenach, w miasteczku Pulaski w stanie Tennessee, w roku 1865 lub 1866, sześciu młodych weteranów armii Południa – John C. Lester, James R. Crowe, John B. Kennedy, Calvin Jones, Richard Reed i Franc O. McCord – założyło klub.

Trudno uwierzyć w początki tej organizacji, znając choć powierzchownie jej działalność. Jeden z założycieli przyznał otwarcie, że narodziny te były przypadkiem, a rozwój komedią (s. 77).

Apatyczne miasteczko, a w nim apatyczni, nie potrafiący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, pozbawieni zajęcia i przyszłości ludzie. Czas spędzali wspólnie wspominając dawne czasy. „Chłopaki, załóżmy jakiś klub” – rzucił pewnego razu jeden z nich. I dla żartu, dla rozrywki, by zabawić się, urozmaicić szarą codzienność, by zabić nudę reszta przystała na tę propozycję. Wybrali nazwę klubu, która w istocie nic nie znaczyła, później zaczęli obmyślać strategię działania. W końcu na koniach, okryci nakrochmaloną pościelą, udali się w teren. Reakcja społeczności na maskaradę zakapturzonych postaci przeszła chyba ich najśmielsze oczekiwania. Co tylko wzmogło ich apetyt. Brnęli dalej. Z każdym dniem rozkręcali się coraz bardziej w tej dość nietypowej zabawie. Tajemniczość, tajność, obrzędowość, stroje, tytuły – to działało na wyobraźnię wszystkich. Założyciele opracowywali coraz dokładniej zasady działania KKK, jego strategie, organizując i rozszerzając jego struktury.

Przypadkowa misja dziejowa

W efekcie bractwo zaczęło jawić się jako budząca strach elitarna organizacja, która pełni tajemniczą dziejową misję. O jaką misję chodziło? W istocie początkowo o żadnej misji nie było mowy. Celem przecież była rozrywka. W zmieniającej się sytuacji na Południu kraju – okres tak zwanej Rekonstrukcji – (integracja rasowa, odwet Afroamerykanów za lata ucisku, ich bezkarność), bractwo zaczęło upatrywać szansę na posłannictwo KKK. Wówczas to dopiero niejako przypadkowo objawił im się ich cel – wymierzanie sprawiedliwości, „karanie tych Murzynów, którzy byli […] bezczelni wobec białych ludzi, ale czasem także białych, którzy […] wykazywali skłonność do bratania się z Murzynami” (s. 75). Ta zabawa w efekcie doprowadziła do tragedii. Przypisuje się KKK czasu Rekonstrukcji półtora tysiąca ofiar śmiertelnych.

Zawsze na straży

Tak to się zaczęło i nigdy nie skończyło. Jeden z szóstki założycieli KKK zauważył, że bractwo swoje istnienie zawdzięcza nienormalnym czasom (s. 77). Tylko w takich nienormalnych czasach tego typu twór miał szansę powstać. Szybko okazało się, że nienormalne czasy jeszcze nie raz mają nadejść. Wszelkie kryzysowe momenty, I i II wojna światowa, wojna w Wietnamie, wojna w Zatoce Perskiej, przybierające na sile imigracje, zamach 11 września, wojna w Iraku i Afganistanie, kryzys gospodarczy, wybór Baracka Obamy na prezydenta, jego reelekcja – tego typu okoliczności nakazywały i wciąż nakazują zakładać kaptury i palić krzyże, by Światło Chrystusa rozpędziło mrok (s. 34).

Czasy nie zawsze były dla KKK sprzyjające, ale w istocie nigdy nie aż tak niesprzyjające, by bractwo raz na zawsze przestało istnieć. Były lata, że odchodziło w cień, to prawda, ale jego duch nigdy nie umarł. Reportaż Surmiak-Domańskiej pokazuje dlaczego.

Pokłosie

Autorka zgłębia to szczególne zjawisko. Sięga do początków i powoli zmierza ku czasom nam współczesnym. Przywołuje i analizuje sytuacje, konteksty z przeszłości tej odległej i tej nieco bliższej, które pozwalają zrozumieć. Uświadamiają też, że nie mamy do czynienia z irracjonalnym działaniem. Opowieść o przeszłości zmierzająca ku teraźniejszości pokazuje, że stare dzieje, sięgające początków państwowości i wojny secesyjnej są źródłem współczesnego amerykańskiego rasizmu, dzisiejszej nietolerancji, ksenofobii, nienawiści, wrogości względem innego, wszelkich głęboko zakorzenionych uprzedzeń, urazów, frustracji, kompleksów i są pokłosiem tego, co przyszło Ameryce doświadczyć. Materiał, który serwuje nam dziennikarka jest bardzo bogaty i merytoryczny. Przywołanych faktów, historii, sytuacji jest mnóstwo. Zestawione, tworzą rozległą panoramę zjawiska. Obnażają jego mechanizm, przyczyny i skutki.

Tu i teraz

Największe jednak wrażenie robi opowieść o teraźniejszości, bo najdobitniej uzmysławia, że sprawy, którym poświęcona jest publikacja wcale nie są odległe, abstrakcyjne, dotyczące kwestii marginalnych. Uświadamia, że dotyczą też naszego tu i teraz. Mało tego, reportaż pokazuje też jak cienka jest granica między dobrem a złem.

Zjazd w Harrison, w którym dziennikarka wzięła udział, to rodzinno-sąsiedzki piknik, podczas którego można się zrelaksować, spotkać z przyjaciółmi, znajomymi, pomodlić się i porozmawiać o sprawach tych najistotniejszych. Wspólnota, którą tworzą broni tradycyjnych wartości i religii. Otwarcie też broni białej rasy – symbolicznego prymatu skrzypiec (instrumentu najszlachetniejszego, ponieważ jest instrumentem ludzi białych) nad fortepianem i saksofonem (instrumentów pospolitych, na których wirtuozerię z łatwością osiągają czarni).

Rozmowy autorki z członkami tejże wspólnoty, dumnymi, bo uznającymi się za wyjątkowych, delikatnie mówiąc budzą niepokój. To rozmowy ze zwykłymi, prostymi, gościnnymi, sympatycznymi i kulturalnymi ludźmi. Kochającymi i troskliwymi rodzicami, mężami, żonami, którzy szerzą miłość i głoszą Słowo Boże. To oni jednak, zafascynowani Hitlerem, domagają się czystości rasy. I w ich mniemaniu, w tej ich mentalności wcale nie ma sprzeczności – jest spójna i właściwa, a rasistowskie i nacjonalistyczne poglądy są uzasadnione.

Empatyczna czujność

Poznajemy historie poszczególnych osób, ich drogi do KKK. Autorka przedstawia ich sytuacje, punkt widzenia, motywacje i sposób myślenia. Pokazuje ich obawy. W pierwszym odruchu rozmówcy przekonują nas do siebie, przyjmujemy ich racjonalne przesłanki. I z jednej strony rozumiemy ich, a nawet możemy z nimi się zgodzić i przyznać im rację, z drugiej zaś, mając łeb na karku, włos na głowie zaczyna się jeżyć. W gruncie rzeczy mamy przecież do czynienia z ksenofobiczną społecznością, przesiąkniętą uprzedzeniami, zamkniętą mentalnie i odciętą od reszty świata, która skrywa swe ekstremalnie poglądy pod płaszczem otwartości, serdeczności i uśmiechu.

Groza miłości

Paradoksalnie nie agresja tylko właśnie miłość napawa grozą. Bo tu nie ma przecież mowy o nienawiści, mowa jest tylko o miłości, nikt nie jest nikomu przeciw, wszyscy są tylko za. Jednak pod tą przyjazną fasadą czyha nienawiść. To ona ich integruje i uzasadnia rację ich bytu. To jest istota skrywana pod maską chrześcijańskiego miłosierdzia, którą dziennikarka obnaża.

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Klux Klan. Tu mieszka miłość, Katarzyna Surmiak-Domańska, Wałowiec 2015.


[1] Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z „The Paris Review”, Wrocław 2016, s. 48.

Bitwa o siebie. „Wojna Witkacego” – Krzysztof Dubiński*

Wojna WitkacegoTytuł – Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach. 

Autor – Krzysztof Dubiński

Wydawnictwo – Iskry

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską, historią Rosji oraz historią wojskowości; dla entuzjastów życia i twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Witkacowski bzik

Być może ktoś już dostrzegł, że Witkacy to twórca Bałwochwalicy Jednej szczególnie bliski. Wprawdzie nie obnosiłam się z tym faktem za bardzo, ale dałam temu sygnał już w chwili powołania Bałwochwalni do życia. Bo nie mogło być inaczej. Z jednej strony marzę tylko o wyrwaniu się z jego macek, dlatego nie mówię zbyt wiele o moich pozablogowych wycieczkach badawczych, z drugiej przesiąkłam nim na tyle, że uciec już nie sposób. Niech więc będzie…

Stale, od lat okazuje się, że witkacologa nie jest dziedziną badań zamkniętą, jest wciąż żywa, gdyż kolejni badaczy zabierają w tej sprawie głos i nie chcą powtarzać treści Jana Błońskiego, Janusza Deglera, Anny Micińskiej, Konstantego Puzyny. Ich ambicją jest pokazanie, że jeszcze nie wszystko powiedziano, że to, co już powstało należy do przeszłości, a trwające dziś domaga się nowego, innego, świeżego spojrzenia, czytania, uaktualnienia treści znanych, zinterpretowania adekwatnego do teraźniejszości czy nawet obalenie opinii tego znamienitego grona. Dowodem na to są kolejne publikacje, czy inicjatywy, jak powołanie do życia półrocznika „Witkacy” Państwowego Instytutu Wydawniczego.

Wojna Witkacego o siebie

Książka należąca do Krzysztofa Dubińskiego, dziennikarza i politologa, speca od wojskowości, nie dotyczy twórczości artysty spod Tatr, nie jest pracą z zakresu literaturoznawstwa czy historii sztuki, tylko jego biografii.

Wydawać się może, że publikacja tej kwestii poświęcona jest zupełnie zbędna, ponieważ życie Witkacego jest prześwietlone w każdy calu, udokumentowane, zbadane pod każdym kątem i powszechnie znane, więc nie ma potrzeby znów o tym pisać, gdyż będzie to wtórne, gdyż będzie to tylko powtarzanie znanych treści.

Istota sprawy

Dubiński udowadnia, że nic bardziej mylnego. Jego Wojna Witkacego wychodzi naprzeciw tym, którzy zdają sobie sprawę, że jest w biografii autora Szewców coś, co zbywa się zwykle jednym krótkim określeniem, niczego bliżej nie wyjaśniającym i całej reszcie dyletantów, która myślała, że na ten temat wie już wszystko.

Witkacy w Rosji

Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach, bo tak brzmi pełny tytuł rozprawy, o której mowa, jest monografią poświęconą niewielkiemu odcinkowi życia twórcy, który, mimo że uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów, bo przełomowych, to jednak tajemniczy, w istocie zaś znany tylko powierzchownie, nawet wśród witkacologów, na temat którego mnożą się domniemywania i spekulacje.

Temu czteroletniemu okresowi – od 1914 do 1918 czyli pobytowi Witkacego w Rosji, a zatem, gdy jako żołnierz elitarnego Pawłowskiego Pułku Lejbgwardii walczył na froncie I wojny światowej, a potem przebywał w ogarniętej rewolucją Rosji – Dubiński poświęcił swą pracę, będącą bardzo drobiazgowym i rzetelnym kompendium wiedzy na temat życia artysty tamtego czasu.

Posiłkując się rosyjską i polską dokumentacją wojskową oraz bazując na opracowaniach historycznych i literaturze wspomnieniowej, autor niemalże dzień po dniu zrekonstruował pobyt Witkacego w Rosji, przebieg jego służby wojskowej, odsłaniając przy tym prawdę o tamtym czasie, niejasne i niezrozumiałe kwestie, czy odkłamując pewne sprawy – weryfikuje mity, legendy, wyjaśnia zagadki, prostuje fakty. Dlatego publikacja Dubińskiego nie jest pracą odtwórczą, powtarzającą znane treści, jest pracą, która wnosi coś nowego do badań nad Witkacym, pomimo wielu hipotez, gdyż faktem jest, że skrupulatne badania autora nie przyniosły odpowiedzi na wszystkie pojawiające się pytania. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z istotnym źródłem wiedzy o życiu jednego z ważniejszych polskich twórców.

Tę stosunkowo obszerną (bo zakres problemu jest przecież bardzo wąski) monografię tworzy osiemnaście rozdziałów, które odpowiadają poszczególnym etapom pobytu Witkiewicza w Rosji. Wprowadzając, autor przypomina genezę podjętej przez artystę decyzji i wszelkie związane z tym okoliczności. Dalej, niezwykle skrupulatnie odtwarza kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata tego intensywnego czasu, by zamknąć opowieść powrotem artysty w rodzinne strony.

Geneza

Zakopiańska tragedia – samobójstwo narzeczonej – i jej konsekwencje – wyjazd u boku starego przyjaciela Bronisława Malinowskiego do Australii, który miał przywrócić równowagę psychiczną rozpaczającemu mężczyźnie – poprzedziły wybuch I wojny światowej. Wojna, można rzec, wybuchła dla Witkacego w najbardziej odpowiednim momencie, gdyż przy niemożności znalezienia ukojenia w tropikach zaczęła artyście jawić się jako jedyna szansa na ratunek – uzasadnienie sensu życia. Artysta uznał, że tylko udział w walce może nadać jego życiu godności. Nie zwlekając więc, podjął decyzję o powrocie do Europy.

Rosja

Tu zaczyna się zasadnicza część pracy Dubińskiego. W kolejnych rozdziałach autor bierze pod lupę epizod z życia Witkacego, który choć bezdyskusyjnie uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów tej biografii, to tu dopiero naprawdę poznajemy jego genezę, sens i znaczenie.

Począwszy od opuszczenia ziemi australijskiej autor idzie krok w krok za Witkiewiczem, przypomina powzięte przez niego decyzje, odkrywa fakty i szuka uzasadnień jego poczynań. Przywołuje carski Petersburga, do którego przybył Witkacy po długiej podróży z tropików, opisuje starania artysty wstąpienia do lejbgwardii, dalej jego pobyt w elitarnej Pawłowskiej Szkole Wojskowej, następnie życie w mundurze porucznika lejbgwardii, dowodzenie oddziałem, koszarową codzienność, walki na froncie i ich skutki, walki uliczne w ogarniętej rewolucją stolicy oraz ucieczkę z bolszewickiej już Rosji.

W poszczególnych rozdziałach Dubiński mierzy się z odkrytymi przez siebie faktami, ustaleniami, zestawiając je z stanem dotychczasowej wiedzy na ten temat. Dzięki temu otrzymujemy pełny obraz rosyjskiego fragmentu biografii Witkacego, niejako ostatecznie uporządkowany, nawet jeśli z miejscami, których nie udało się wyjaśnić, to z dokładnie nakreślonymi i wyznaczonymi, co satysfakcjonuje i nie pozostawia niesmaku niepełności.

Obiektywizm, prostowanie faktów, obalenie mitów, odzieranie z legendy

Dubieński mierzy się także ze znamienitym gronem witkacologów, zwracając uwagę na ich przemilczenia czy pewne skróty myślowe, a niekiedy nawet ignorancję. Ma za złe, że biografowie artysty uważniej przyglądają się kolorom jego garderoby niż postaciom, które w pamięci twórcy Pożegnania jesieni wpisały się z pewnością nie bez powodu. Prostuje też pewne fakty. Jak chociażby te dotyczące źródła zmiany jaka zaszła w stosowanej przez Witkiewicza technice rysunku (pastel zastąpił węgiel), tzw. kompozycji astronomicznych czy te dotyczące rzekomej bratobójczej walki.

Obala mity na temat zdemoralizowanej armii tamtego czasu, popełnianych przez oficerów samobójstw, narkotycznych seansów, czy dekadenckich gier w kukułkę, także te na temat odniesionych ran czy kontuzji, udziału w rewolucji rosyjskiej czy te dotyczące komisarza politycznego.

Autor utrwala też portret artysty odarty z legendy – poważnego, racjonalnego człowieka, twardo stąpającego po ziemi, głęboko odczuwającego rzeczywistość, który musiał być zawsze, jak mawiał, zapięty na ostatni guzik, i taki też jawi się jako uczeń pawłowskiej szkoły, jako porucznik i oficer carskiego wojska czy odpowiedzialny i odważny dowódca oddziału.

Warto odnotować, że Dubiński jawi się w swej publikacji jako badacz, który obiektywnie podchodzi do przedmiotu swych dociekań. Witkacy jest twórcą, który od zawsze wywołuje skrajne opinie i trudno tu o bezstronną postawę, tym bardziej ceni się obiektywną, bez poczynionych z góry założeń, niepodkolorowaną analizę jego biografii, której efektem jest właśnie Wojna Witkacego.

Konsekwencje

Powszechnie wiadomo, że rosyjski okres odcisnął się na życiu Witkacego w sposób zasadniczy, że to w jego życiu cezura, która oddziela młodego jeszcze nie w pełni ukształtowanego mężczyznę, od dojrzałego już artysty i człowieka. Dubiński z pasją i niemalże detektywistycznym zacięciem odrywa co to w istocie znaczyło, na czym poległo, gdyż sam artysta niewiele na ten temat ujawnił. Lektura Wojny Witkacego pozwala zrozumieć i docenić wyjątkowe znaczenie tego okresu dla przyszłości artysty na podstawie, co istotne, wniosków wysnutych z zebranych przez autora faktów. Dlatego publikacja jawi się jako podstawa do badań nad genezą Witkacego, jako punkt wyjścia.

Publikacja poświęcona jest w konkretnemu człowiekowi, szybko jednak przekonamy się, że w istocie jest czymś więcej. Bowiem możemy też potraktować Witkacego jako pretekst samego autora do odmalowania portretu carskiej armii, jej losów, od powołania jej do życia, do jej unicestwienia, odsłonięcia charakteru służby, panujących obyczajów, przedstawienia udziału jej w I wojnie światowej i roli jaką odegrała podczas rosyjskich rewolucji. Dubieński nie poprzestał na przedstawieniu losów głównego bohatera swej publikacji. Przedstawił je, nie pozbawiając ich kontekstu, tła. Dzięki temu otrzymaliśmy obraz umiejscowiony w realiach tamtego czasu, miejsca, tamtych okoliczności, a nie oderwany od rzeczywistości, abstrakcyjny wręcz. Zatem Wojna Witkacego nie jest pracą hermetyczną, tylko dla znawców czy entuzjastów Witkacego, jest publikacją dla odbiorców o szeroko zakrojonych zainteresowaniach.

*Niniejszy tekst w wersji zmienionej i uzupełnionej wkrótce ukaże się w jednym z czasopism humanistycznych.

Osobliwe czytanie. „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” – Anna Król

Iwaszkiewicz intymnieTytuł – Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie

Autor – Anna Król

Wydawnictwo – Wilk&Król

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską; dla wrażliwców; dla tych, którym wspólne dobro nie jest obojętne; dla ceniących pamięć, tradycję, przeszłość; dla entuzjastów życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć, zrozumieć, współbyć, współodczuwać
  • MOJA OCENA – 6/6
Igła w stogu siana

Ta książka długo musiała na swoją kolej czekać. Mimo że uznałam ją za pozycję obowiązkową, którą znać po prostu muszę, ze względów chociażby zawodowych, to leżała, bo pomysł powołania do życia takiej publikacji wydawał mi się po prostu naciągany, co skutecznie mnie zniechęcało. Nadszedł jednak moment, że postanowiłam odbębnić zaległą lekturę. Szybko przekonałam się, że będzie to piękna przygoda. Zrewidowałam też pogląd na temat tego typu publikacji. Że trzeba uważać, gdyż wśród nich, tych obliczonych jedynie na zysk, są takie książki jak Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie Anny Król – wartościowe, które nie są chwytem marketingowym.

Iwaszkiewicz intymnie

Anny Król czytanie intymne

Jarosław Iwaszkiewicz to pisarz zaczytany, zapisany można rzec dość dokładnie. To autor powszechnie znany. Prześwietlono jego życie i twórczość na wiele sposobów. Anna Król postanowiła zrobić to po swojemu. Zdecydowała się opowiedzieć o Iwaszkiewiczu przez pryzmat rzeczy, które twórca po sobie pozostawił. Ta jej metoda nie wydawała mi się dość oryginalna ani mająca uzasadnienie, rację bytu. Słowa „opowieść o Iwaszkiewiczu poprzez jego osobiste rzeczy” w zasadzie charakteryzują książkę Król i oddają jej sens, w istocie jednak tylko sprowadzają na manowce. I całe szczęście, bo otrzymujemy zgoła coś innego, coś więcej. Znacznie więcej.

Metoda, którą zastosowała autorka okazała się znacznie bardziej skomplikowana i uzasadniona, też wyjątkowa. I dzięki niej udało się osiągnąć niepowtarzalny efekt, którego mogą pozazdrościć inni, którzy żerują na cudze życie, czytaj biografowie.

W czym rzecz? Przymiotnik „intymnie” wydaje się tu kluczowy. Idzie o mniej formalne życie twórcy Brzeziny, intymne właśnie, ale i o intymność Anny Król, jej prywatny świat.

Debiut

Rzeczy czytałam jak literacki debiut pisarki, która musi wypowiedzieć kilka myśli, odcinając się od przeszłości, by móc ruszyć, by iść dalej. Debiut dobry, podkreślę, w myśl opinii Anny Marchewki, której zdaniem dobry debiut „to jest coś takiego, co sprawia, że przestaję być krytykiem a staję się znów czytelniczką, że chcę przeczytać jeszcze raz tę książkę i że coś się we mnie wydarzyło. Debiut przynosi coś nowego. Gdy rozmawiamy o debiucie, to mówimy o czymś wyjątkowym, czymś mocno dotykającym, poruszającym, o czymś, na co czekamy. Dobry debiut to jest coś, co mnie wytrąca z równowagi i sprawia, że przestaję pracować a zaczynam przeżywać”[1]. I ja, podczas lektury książki Król zapomniałam się. Całą sobą weszłam w opowiadany przez nią świat, w jej świat. Bo Iwaszkiewicz z kart Rzeczy, to nie Iwaszkiewicz obiektywnie pojmowany, tylko Anny Król. To ona na nowo, po swojemu, przez pryzmat swoich doświadczeń, swojej osobowości, tworzy go, zarysowuje jakże subiektywny, zindywidualizowany portret, lepi z fragmentów rozproszonych. Z rzeczy właśnie. Ale nie tylko. Bo i ze wspomnień, zdjęć, ze słów wypowiedzianych, zapisanych, z dialogów wyobrażonych, z miejsc, zwierząt  i ludzi.

Fabularyzowany zarys egzystencji

Z czym mamy do czynienia jeśli chodzi o przynależność gatunkową? Nie jest to dokument ani powieść sensu stricto. Bo choć są tam fakty, to są i zmyślenia. Dlatego chyba najtrafniejsze wydaje się określenie „fabularyzowana biografia”. Choć może „biografia” to za dużo powiedziane. Może lepiej „zarys egzystencji”, gdyż oddaje istotę przedsięwzięcia – w myśl samego Iwaszkiewicza, który w swych Dziennikach zanotował:

Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii ponieważ w swoim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom[2].

Istnieją wprawdzie popularne fabularyzowane biografie, będące jednak tradycyjnie pojętym powieściami, których jestem wielką entuzjastką, to w tym przypadku mowa jest o czymś znajdującym się znacznie bliżej literatury non fiction, chociażby przez sam sposób prowadzenia narracji. Narratorką jest z jednej strony Anna Król, badaczka życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, która po reportersku przemierza Polskę, tropiąc ślady przeszłości i skrupulatnie wszystko notując, z drugiej zaś, jednocześnie, Anna Król, wielbicielka twórcy i niejako jego wychowanka, która daje wyraz swoim doświadczeniom, upust intymnym przeżyciom i doznaniom. I tytułowe rzeczy, które artysta po sobie pozostawił są dla niej tylko pretekstem, do indywidualnego odczytania jednego z największych polskich twórców XX wieku.

Iwaszkiewicz Król

Z tego czytania Iwaszkiewicza przez Król wyłania się postać człowieka – dyplomaty, światowca, prezesa Związku Literatów Polskich, redaktora naczelnego „Twórczości”, posła, poety, pisarza – z krwi i kości, bardzo złożonego, jednak chyba tylko pozornie pełnego sprzeczności. Dla którego bycie wybitnym twórcą i politykiem jednocześnie nie było zaprzedaniem duszy diabłu, tylko możliwością. Wyłania się postać człowieka czułego, wrażliwego, niepewnego, samotnego, nierozumianego, targanego namiętnościami, dalekiego od zimnego polityka, czy człowieka zdystansowanego, może nawet wyrachowanego. Dotykając intymnego świata Iwaszkiewicza, autorka odkrywa przed odbiorcami zakamarki jego duszy, byśmy go zrozumieli i mogli z nim współodczuwać.

Najbardziej ujmujące są te migawki z życia pisarza, które ukazują relację z innymi. Z żoną, kochankiem czy choćby z sekretarzem/ kierowcą. Odsłania się nam wówczas Iwaszkiewicz mąż, kochanek, przyjaciel, towarzysz. Fragmenty dotyczące romansu z Jerzym Bełczyńskim, romansu podszytego tragizmem (kochanek-gruźlik), są niezapomniane[3]. Te zaś odnoszące się do małżeństwa z Anną, małżeństwa także naznaczonego dramatem (powracająca choroba psychiczna żony), składają się niewątpliwie na jedną z ciekawszych opowieści o życiu literackim polskiego XX wieku.

Odchodzenie

Rzeczy, podobnie jak Mahatma Witkac Joanny Siedleckiej, jest nie tylko opowieścią o danym twórcy, jest też uniwersalną narracją o odchodzeniu. Otwiera ją śmierć pisarza i jego pogrzeb, by później, cofając się w przeszłość, tropić znaki przemijania. Przemijania ludzi, rzeczy, świata. Ich starzenia się. Istnienie naznaczone tragizmem, tak obecne w całej twórczości Iwaszkiewicza, obecne jest i tu, gdy choroba zżera kochanka, też krewnego – Karola Szymanowskiego, gdy umiera żona, gdy starzeje się ciało, umysł, gdy niszczeją rzeczy.

Misja

Anna Król swoją publikacją jakby mimochodem wypełnia swą misję. Autorka Rzeczy jest animatorką kultury, pomysłodawczynią i dyrektorką Big Book Festival, a przede wszystkim jest autorką projektów literackich i edukacyjnych promujących – tu jej misja – literaturę i czytanie. Jest przy tym entuzjastką życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza. I poprzez powołanie do życia Rzeczy niewątpliwie zaraża innych i Iwaszkiewiczem, i czytaniem w ogóle.


[1] O czym mówimy, kiedy mówimy o debiucie literackim?, zapis audycji radiowej, 22.04.2015, Radio Kraków, http://www.radiokrakow.pl/rozmowy/o-czym-mowimy-kiedy-mowimy-o-debiucie-literackim/, dostęp 30.04.2017.

[2] Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, cyt. za, Anna Król, Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie, Warszawa 2015, s. 366.

[3] Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego, Warszawa 2017.