Pulitzery, Bookery… – Niespełniona odyseja. „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki” – Colson Whitehead

Kolej podziemnaTytuł – Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki

Autor – Colson Whitehead

Tłumaczenie – Rafał Lisowski

Wydawnictwo – Albatros

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla wielbicieli literatury, kultury i historii amerykańskiej, dla łowców nagród, dla fanów Baraka Obamy i Oprahy Winfrey, dla interesujących się niewolnictwem, rasizmem, dyskryminacja wszelaką, dla fanów dobrej literatury po prostu
  • PO CO – by wiedzieć, by zrozumieć, by poznać
  • MOJA OCENA – 4/6
Kunta Kinte i inni 

Ruch abolicjonistyczny ciekawił mnie jeszcze zanim dowiedziałam się co to takiego ten abolicjonizm. Seriale takie jak Niewolnica Izaura, Północ-Południe czy Korzenie widać zrobiły swoje. I to, że sięgnęłam po powieść Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki Colsona Whiteheada* było u nie wręcz naturalnym odruchem. Nie z powodu gradu nagród i słyszanych wszem i wobec zachwytów. Choć niestety, szum wokół książki wykrzywił nieco jej odbiór.

Pulitzer za „wymieszanie realizmu i alegorii

Smak goryczy

Jedno z przykazań profesora Leszka Kołakowskiego brzmi: Chcieć niezbyt wiele. Prawda. Sprawdzone. Wielokrotnie nawet. Też przy okazji książki Kolej podziemna Colsona Whiteheada. Gdyby o książce nikt nic nie mówił, nie byłoby oczekiwań. Zasiadłabym do lektury otwarta na to, co przyniesie. Stało się jednak inaczej. Mówiono już o niej od jesieni 2016 roku przy okazji ogłoszenia laureatów National Book Awards za 2016 rok – Whiteheada ze swoją Koleją był jednym z nich. Później, w styczniu 2017 roku zapowiedziano polską premierę powieści na maj. W kwietniu zaś Whitehead został laureatem nagrody Pulitzera (do tej pory tylko Kroniki portowe Annie Proulx zdobył obie nagrody). Po tym wyróżnieniu Kolej nie schodziła już z języków. Wkrótce też, amerykański tygodnik „Time”, wpisał autora na listę stu najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Zaczęto wkrótce mówić o serialu, którego realizację miał się zająć uhonorowany twórca (Barry Jenkins).

Nastał w końcu czerwiec i powieść ukazała się w Polsce. Podsycanie nastrojów trwało zatem ponad pół roku. Z każdym niemalże miesiącem temperatura rosła. Razem z nią i oczekiwania. Z pewnością gdyby nie fakt, że książka znajdowała się w kręgu moich zainteresowań ze względu na swą problematykę, to z pewnością te wszystkie ochy i achy raczej zraziłyby mnie, niż zachęciły. A tak, apetyt rósł z każdą zasłyszaną opinią. W końcu nadeszły chwile wyczekiwanej lektury.

W takim przypadku mogłam doświadczyć tylko jednego – rozczarowania. Choćby nie wiem jak powieść byłaby dobra, to niczego innego przynieść nie mogła. Należało odczekać, zapomnieć, by zasiąść do czytania bez oczekiwań, nadziei, jedynie z ciekawością! Potrzebowałam więc nieco czasu, by się otrząsnąć i przestać pamiętać o oczekiwaniach – słowem, by wymazać prehistorię Kolei. Niestety. Posmak zawiedzionych oczekiwań pozostał.

Ważność

Whiteheada w swej powieści zmierzył się z jednym z ważniejszych tematów Ameryki. Pozornie tylko dotyczącym przeszłości (książka Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość Katarzyny Surmiak-Domańskiej doskonale to pokazuje).

Niewolnictwo dla pisarza, Afroamerykanina, potomka niewolników, to temat szczególny, to sprawa osobista. Pomysł na tę powieść zrodził się wiele lat temu (w 2000 roku). Autor musiał jednak dojrzeć jako mężczyzna i twórca, by stawić mu czoła. Opublikował pięć powieści, nim zabrał się za realizację swego najlepszego jak się okazało później pomysłu.

Etykietki, łatki

Było już wielu takich, którzy mierzyli się z tą jakże trudną i bolesną sprawą. Jednak efekt działań Whiteheada zaskakuje, żeby nie powiedzieć, że wprawia w konsternację. Powieść bowiem z jednej strony wymyka się etykietom wszelakim, z drugiej zaś można przypiąć jej każdą łatkę. Dowodem jest choćby nagroda za najlepszą powieść… science fiction roku 2016 (rozumianej jako historia alternatywna – potraktowanie metafory dosłownie; poza tym nauka to nie tylko technologia i inżynieria, to też socjologia)[1]. W plebiscycie zaś Goodreads, największego na świecie portalu społecznościowego dla czytelników, powieść ta zwyciężyła w kategorii powieści historyczna[2]. Zatem zgodzić się trzeba, że to „niezwykła mieszanka dokumentalnej prawdy i najbardziej wymyślnej fikcji”[3].

Droga ku wolności

Kolej podziemna to historia Cory – nastoletniej niewolnicy żyjącej na południu USA, w stanie Georgia, na jednej z plantacji bawełny, która pewnego dnia postanawia zbiec. I ta właśnie ucieczka – droga ku wolności – wypełnia opowieść Whiteheada.

Cora była niewolnicą w trzecim pokoleniu. Dziewczynka, porzucona przez matkę (ta zdołała z plantacji zbiec), musiała samotnie stawić czoła okrutnej rzeczywistości. Była twarda, nie dawała się. Walczyła o siebie, ale walka ta z góry skazana była na porażkę. Pogardzana przez towarzyszy niedoli, została zepchnięta na najniższy szczebel hierarchii panującej wśród niewolników. Każdy, właściciel, zarządca, nadzorca, pozostali niewolnicy gardzili nią. Kiedy więc jeden z nowoprzybyłych na plantację niewolników postanowił zbiec i zaproponował Corze wspólną ucieczkę (uznając, że przyniesie mu szczęście, gdyż była ma geny tej, która zyskała wolność), ta w pierwszym odruchu odmówiła. Trzy tygodnie później, kiedy propozycja została ponowiona, Cora rozumiejąc, że na plantacji będzie jej coraz trudniej, przystała na nią, zdając sobie sprawę z ogromnego ryzyka. Wiedziała jedynak, że to dla niej  jedyna szansa.

Przemierzając kolejne stany – Georgię, Karolinę Południową i Północną, Tennessee – próbując dotrzeć do lepszego świata, ucieka przed pościgiem najlepszego w kraju łowcy niewolników, który postawił sobie za punkt honoru schwytanie Cory, gdyż była córką tej, która przyczyniła się do jego porażki – jako jedyna zdołała mu zbiec.

Miszmasz

Kolej zatem to powieść drogi, też powieść przygodowa, historyczna nawet, co sugerowałoby od razu, że mamy do czynienia z powieścią realistyczną. Nic bardziej mylnego. O ile problematyka/ treść dotyczy kwestii jak najbardziej realnych, wydarzeń, które miały miejsce w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni, dotyczy więc prawdy, to już sposób realizacji/ forma jest rodem z powieści fantastycznej. I zapewne to stanowi o jej osobliwości.

Dla kogoś, komu obcy jest temat ruchu abolicjonistycznego opowieść Whiteheada nie przekroczy granic realizmu, będzie powieścią dosłowną. Dla niego Cora wsiada w wagon kolei podziemnej, tajemnicze i prymitywne metro XIX wieku, przemierza poszczególne stany, by ziścił się jej sen o wolności, american dream.

Dziecięca wizja

Można powiedzieć, że formalny zabieg zastosowany przez pisarza był wyjściem na przeciw swym dziecięcym oczekiwaniom. Bo dla małego Whiteheada kolej podziemna była realnym bytem[4]. Gdy dowiedział się, że nie było to prawdziwe metro, doświadczył rozczarowania. Uczucie musiało być bardzo intensywne skoro po latach powrócił do tej dziecięcej wizji.

Kolej podziemna

W rzeczywistości kolej podziemna (ang. Underground Railroad) nie była bytem materialnym. Jest to jeden wielki symbol, metafora utworzonej przez abolicjonistów przed wojną secesyjną sieci przerzutowej zbiegłych czarnych niewolników, to szlak bezpiecznych kryjówek i kontaktów dla niewolników uciekających z amerykańskiego Południa na Północ, aż po Kanadę i Meksyk. „Na ten skomplikowany system ucieczkowy składały się drogi, tunele, szlaki, bezpieczne kryjówki, ale też ludzie – przewodnicy, sponsorzy, zarówno organizacje, jak i społeczności. Nazewnictwo kolejowe tworzyło tajny kod, jakim posługiwali się uciekinierzy i abolicjoniści. Do sekretnego języka dochodził też system tajnych znaków graficznych. Kolej podziemna jednoczyła czarnych i białych w walce o wolność, godność i prawa człowieka”[5]. Nie mamy więc do czynienia z koleją w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Odkrycie tego faktu przez Whiteheada leży więc u podstaw Kolei. Autor wizję lat najmłodszych przeniósł na karty swej powieści. Wyszło mu to, trzeba przyznać, znakomicie. Opowiedział o symbolu, amerykańskim micie dosłownie, oddając w ten sposób jego istotę. Pomysł godny najważniejszych laurów. Jego realizacja też, ale… O tym za chwilę.

Prawda w szczególny sposób pojęta

Wspomniałam, że mamy do czynienia z powieścią historyczną, należy to jednak dookreślić, by nie było nieporozumień. Nie chodzi tu o dokument, potwierdzający fakty. Mamy do czynienia z prawdą w szczególny sposób pojętą. Motto autora – „nawet jeśli nie będę trzymać się faktów, będę trzymać się prawdy”[6] –  zdradza jego pojmowanie tej kwestii. Chodziło o trzymanie się prawdy, nie faktów. „To nie powieść historyczna, ale powieść o historii” – podkreślił Whitehead, usprawiedliwiając swe poczynania[7]. W powieści tej bowiem odnajdziemy elementy niezgodne z prawdą historyczną, co nie znaczy, że Kolej zadaje kłam rzeczywistości. Być może takie podejście do prawdy, nazwijmy je delikatnie niezobowiązujące, wyda się komuś manipulacją, wprowadzaniem w błąd, po prostu złe. Ale przecież nie chodzi o literaturę faktu. Czyż od prawdy 1:1 w literaturze pięknej nie wydaje się ważniejsza prawda szerzej pojęta, ogólna – jej waga, istotność, doniosłość?

Z tradycji to, co najlepsze

W tym celu, by zrealizować swój zamysł, autor pomieszał dwa porządki – realistyczny i fantastyczny, fakty historyczne i fantazję – traktując je w ten sam sposób. W pamięci miał, co sam podkreśla, rozwiązania formalne Stu lat samotności Gabriela Garcíí Márqueza i Podróży Guliwera Jonathana Swifta[8]. Hm…

W powieściach tych, efektem pomieszania wspomnianych nieprzystających do siebie porządków jest ich współistnienie. Tu natomiast jeden pochłonął drugi. Tam magia wpisana była w świat rzeczywisty, bytując na tych samych prawach, tu jest dewaluowana, zasłaniana, by mogła udawać realność. Rzeczywistość zostaje zakłamana. I to jest moje ale – mój zarzut pod adresem tej uhonorowanej powieści, który sprawia, że jej ważność zostaje zachwiana. Świat przedstawiony wraz ze swoimi bohaterami przez to nie przekonuje czytelnika (mnie) , nie jest wiarygodny, nie wierzy on w niego. To wszystko jest doskonale skrojone, dopracowane, wycyzelowane wręcz w każdym szczególe, jednak w tę rzeczywistość nie udaje się czytelnikowi wejść, nie wciąga, pozostawiając go z boku, bez emocji.

Niespełnienie

A miało być tak pięknie! Cora, niczym mityczny Odyseusz lub swiftowski Guliwer, miała jak sugerował wydawca, odwiedzać w swojej podróży kolejne krainy, z których każda przerażała i zadziwia bardziej niż poprzednia. Miała poszukiwać bezpiecznej przyszłości, ale też rozprawiać się z przeszłością, która wciąż była dla niej więzieniem. Miała, poznając samą siebie, dowiedzieć się sporo o ludzkości jako takiej[9]. Miało być… Jest natomiast grupa aktorów, która w sztucznych dekoracjach odgrywa tylko, choć doskonale, to mechanicznie jakieś z góry przypisane jej role.

Doświadczenie wspólne

Teoretycznie, podążając w głąb Kolei po drodze, możemy się zagubić… Teoretycznie możemy się złapać bowiem na tym, o czym Surmiak mówiła w rozmowie z Whiteheadem, że już nie wiemy czy jesteśmy w pierwszej połowie XIX wieku w USA, czy w pierwszej połowie XX wieku w środkowej Europie, czy może w czasach feudalnych. Czy chodzi o Afrykanów, czy o Żydów, a może o poddanych chłopów. Teoretycznie uzasadnione też wydają się nawet skojarzenia z Bośnią czy Syrią[10]. Bo, jak mówi sam autor, supremacja wczoraj czy dziś, tam czy tu jest taka sama, zawsze i wszędzie. Prawda Whiteheada okazałaby się zatem doświadczeniem wspólnym. Tyle, że doświadczenie lektury Kolei tego praktycznie nie przynosi. A szkoda, bo nienasyconemu czytelnikowi (mnie) chciałoby się zatracić… Po dobrnięciu do ostatniej strony, po zastanowieniu, na szczęście jednak, możemy tego wszystkiego się doszukać, co stanowi wartość samą w sobie – zapewnia powieści sporą siłę rażenia.

Dlatego, odpowiadając na nasuwające się pytanie: Czy warto sięgnąć po tę nagrodzoną Pulitzerem powieść?, odpowiadam, że mimo wszystko warto!

* Tytuł oryginalny – The Undeground Railroad, rok pierwszego wydania – 2016, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.


[1] „Kolej podziemna” Colsona Whiteheada z Nagrodą im. Arthura C. Clarke’a dla… najlepszej powieści science fiction, opublikowano 28.07.2017, http://booklips.pl/newsy/kolej-podziemna-colsona-whiteheada-z-nagroda-im-arthura-c-clarkea-dla-najlepszej-powiesci-science-fiction/, dostęp 17.10.2017.

[2] Najlepsze książki 2016 roku według czytelników z całego świata – znamy wyniki Goodreads Choice Awards, opublikowano 10.12.2016, http://booklips.pl/newsy/najlepsze-ksiazki-2016-roku-wedlug-czytelnikow-z-calego-swiata-znamy-wyniki-goodreads-choice-awards/, dostęp 17.10.2017.

[3] Nota od wydawcy, http://www.wydawnictwoalbatros.com/ksiazka,1713,3894,kolej-podziemna-czarna-krew-ameryki.html, dostęp 17.10.2017.

[4] „Kolej podziemna” Colsona Whiteheada – ucieczka z plantacji niewolników godna Nagrody Pulitzera i National Book Award, opublikowano 30.06.2017, http://booklips.pl/premiery-i-zapowiedzi/kolej-podziemna-colsona-whiteheada-ucieczka-z-plantacji-niewolnikow-godna-nagrody-pulitzera-i-national-book-award/, dostęp 17.10.2017.

[5] Nota od wydawcy, op. cit..

[6] Trzymam się prawdy, nie faktów – wywiad z Colsonem Whiteheadem, opublikowano 08.08.2017, http://booklips.pl/wywiady/trzymam-sie-prawdy-nie-faktow-wywiad-z-colsonem-whiteheadem/, dostęp 17.10.2017.

[7] Zagraj w zło i dobro. Z Colsonem Whiteheadem rozmawia Katarzyna Surmiak-Domańska, „Książki. Magazyn do czytania”, numer specjalny 1/2017.

[8] Ibidem.

[9] Nota od wydawcy, op. cit.

[10] Ibidem.

Letnia przygoda z książką przez wielkie K. „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki” – Agneta Pleijel

WróżbaTytuł – Wróżba. Wspomnienia dziewczynki

Autor – Agneta Pleijel

Tłumaczenie – Justyna Czechowska

Wydawnictwo – Karakter

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla wielbicieli literatury szwedzkiej, dla tych, co lubią grzebać w egzystencji innych, dla wielbicieli życia twórców, dla fanów gatunków literatury użytkowej, tj. biografii, dzienników, listów, pamiętników, wspomnień, autobiografii i dla fanów literatury po prostu; dla tych co cenią kunszt słowa, mistyfikację i kreację; dla kobiet i mężczyzn, słowem dla ludzi różnego pokroju
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, by zrozumieć
  • MOJA OCENA – 8/6
Książka na lato

W ten letni czas – w wakacje, gdy słońce, radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie… – zamiast sięgać po tak zwane książki na lato, to ja sięgam po te, które kłują, bolą, dotykają mocno i długo nie dają o sobie zapomnieć. W tamtym roku to było Małe życie, w tym Wróżba.

Nie robię tego z premedytacją. Tak wychodzi. Przypadek. Przeznaczenie. Ale przecież jak już oddawać się lekturze, to nie tej, o której zapomnimy wraz z jej końcem. Przecież – będę powtarzać do znudzenia – na lato nie oddajemy mózgu do przechowalni. I nie myśli. I wcale nie chcemy pławić się tylko w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. Nawet w ten lekkomyślny okres w roku, potrzeba też czegoś zgoła innego, niekiedy odczuwa się wówczas głód, nie zawsze chyba do końca uświadomiony, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do światu.

Opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu człowieka w ogóle

Wróżba. Wspomnienia dziewczynki Agnety Pleijel* na polskim rynku ukazała się wczesną jesienią 2016 roku, ale na jej lekturę przyszedł czas dopiero w jesienne lipcowe popołudnie, wtedy, kiedy głód wyżej wspomniany sięgnął zenitu.

Nie wiedziałam właściwie czego mam się spodziewać po tej opowieści, poza tym, że czegoś dobrego. Świadomie omijałam wszelkie recenzje, posiłkując się jedynie własnym doświadczeniem związanym z Pleijel, czyli lekturą wcześniejszej publikacji autorki. Powieść Lord Nevermore z roku 2003 czytałam z otwartymi ustami. Bezpośrednim tego powodem był jeden z jej bohaterów – Stanisław Ignacy Witkiewicz (powieść ta bazuje na biografii artysty), pośrednim zaś była z pewnością sama autorka ze swoimi talentem, bez którego lektura nawet o najbardziej fascynującej tematyce byłaby raczej nie do zniesienia. Przypuszczałam więc, że i Wróżba będzie dobrą literaturą, mimo to pierwsze strony były dla mnie sporym zaskoczeniem. 

Zachwyt i konsternacja

Proza ta wprawiła mnie jednocześnie w zachwyt i… konsternację. Z każdym zdaniem zapadałam się coraz bardziej, kuliłam się w sobie, miałam ochotę schować się do mysiej nory i zabrać ze sobą tę straszną opowieść, by nikt mnie nie mógł znaleźć, by nie odkrył powiązań między bohaterką Wróżby a mną. Tak, bo to rzecz o mnie. I pewno bym się do tego głośno nie przyznała, gdyby inni przede mną tego nie zrobili. Po lekturze sięgnęłam po recenzje i poczułam ulgę. Ufff… To nie tylko moja opowieść, ale i innych.

Doświadczenie wspólne

Wróżba to proza autobiograficzna, prywatna i bardzo intymna. Są to błyski, migawki – wspomnienia autorki przywołujące świat jej dzieciństwa i młodości. Powieść Pleijel umieszczona w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni – Szwecja końca lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, opowiadająca o losach konkretnego bohatera, dziewczynki – wychodzi jednak poza te zarysowane ramy. Wyznaczone granice tracą na ostrości, rozmywają się, by w końcu utracić rację bytu i przestać istnieć. By stać się uniwersalną opowieścią o każdym – o doświadczeniu wspólnym.

Utrata kontroli nad procesem twórczym

Początkowo miało to być opowiadanie o osobie, która w dzieciństwie autorki odegrała szczególną rolę[1] – ciotce, która zaznała w życiu metafizyki, czegoś poza racjonalnym rozumieniem – spełniła się szczęśliwa wróżba, którą jej przepowiedziano. Jednak praca wymknęła się pisarce spod kontroli. Niespodziewanie wyłonił się nowy bohater – ciotka zeszła na drugi plan, a główną rolę zaczęła odgrywać mała dziewczynka – ta, którą pisarka przed laty była. Ciotka Ricka, która miała być główną bohaterką powstającego tekstu, stała się w efekcie tylko pretekstem niejako do zaistnienia opowieści o samej autorce.

Ona wczoraj, ja dzisiaj, ja jutro

Autorka opowiedziała o swej przeszłości z dzisiejszej perspektywy. Pleijel zastosowała pewien formalny chwyt, który znakomicie oddaje tego istotę. Zmiana narracji, jej rozdwojenie – płynne przechodzenie z narracji trzecioosobowej na pierwszoosbową, niekiedy nawet w tym samym zdaniu – najlepiej uwypukla problematykę Wróżby. Narratorka w jednej chwili zdaje relację z życia bohaterki, stojąc z boku, by w następnej robić to samo, będąc już samą bohaterką.

Początkowo wywołuje to dezorientację. Bo w jednej chwili narratorka mówi o sobie, w drugiej jakby o kimś inny, a przecież nie. Mowa za każdym jest o tej samej postaci. Ta zmiana perspektywy, nieco schizofreniczna, wprowadza podział na ona sprzed lat i ja teraz. W efekcie tego zabiegu wyłania się ktoś trzeci, łączący w sobie te dwie postacie, kompletny. By mogło do tego dojść, należało stanąć obok, nabrać dystansu, spojrzeć na siebie z okresu dzieciństwa i młodości z zewnątrz, jak na kogoś zupełnie obcego i skonfrontować to ze sobą teraz, z teraźniejszością.

Pleijel w jednym z udzielonych wywiadów podkreśliła, że początkowo trudno było jej identyfikować się ze swoją bohaterką[2], co podczas lektury wyraźnie odczuwamy – dystans jest ogromny. Wyczuć możemy nawet brak sympatii, by nie powiedzieć antypatię. Zbliżając się ku końcowi opowieści ta identyfikacja powoli następuje i wyłania się ktoś skończony, zsumowany. Taki sposób przepracowania swej przeszłości, siebie, relacji z matką, z ojcem, z rodziną, skonfrontowanie się z otaczającą rzeczywistością, z sobą, mogło zaowocować tylko jednym – nazwaniem, definiowaniem, zrozumieniem, pogodzeniem się ze sobą, zaakceptowaniem i polubieniem siebie.

Terapeutyczna moc

Mamy więc do czynienia z literaturą, której tworzenie było rodzajem autoterapii. I autorka wcale tego nie ukrywa. Dla niej w ogóle proces twórczy ma ten dodatkowy istotny sens – pozwala pomóc samemu sobie. W tym przypadku zachodzi proces samopoznania, uporządkowania, rozumienia i też, przy okazji niejako, ocalenia od zapomnienia.

Nieszczęśliwa rodzina na swój sposób

Dzieciństwo bohaterki niczym się nie wyróżniało. Wszystko było na swoim miejscu. Wszystko było zwyczajne, normalne. Ze swoimi problemami, cieniami nie odstawało od reszty. Nie było idealne, ale przez brak idealności w istocie idealne właśnie. Nie było tu mowy o jakiejś patologii, o jakimś rodzinnym piekle. Ojciec był matematykiem, naukowcem, nauczycielem akademickim. Matka zajmowała się trzema córkami, mężem i domem, na rzecz tego zrezygnowała z kariery pianistki.

Jednak jak każda rodzin ma swe problemy i ta też miała. I wcale nie chodziło o jakieś demony zamknięte w szafie ani o rodzinne traumy czy rodzinne piekiełko skrzętnie skrywane przed wzrokiem sąsiadów w czterech ścianach. Nie. Chodziło o zmaganie się z prozą życia, która szczęściu nie dawała szansy. Ciągłe przeprowadzki związane z pracą ojca wiązały się z poczuciem samotności i niepewności dziewczynki, z niemożnością nawiązania bliższych relacji z kimkolwiek, wyobcowaniem, odrzuceniem, brakiem akceptacji, nieszczęśliwa zaś matka, która porzuciła muzykę – swą pasję – wywoływała poczucie winy dziewczynki, i w końcu narastający konflikt pomiędzy rodzicami, który doprowadził do rozejścia się małżonków, wywołał poczucie odpowiedzialności za tę nieznośną sytuację.

Dziecko wśród ruin

To wszystko sprawiało, że atmosfera domu rodzinnego była trudna do zniesienia. Pretensje, żal, frustrację z każdym dniem narastały. Nikt nie czuł się na swoim miejscu. Każdy lawirował gdzieś poza ze swym niezrozumieniem i samotnością. Dość czuły, ale bierny ojciec egzystował w abstrakcyjnym świecie liczb, zaś niedostępna i niemalże wroga matka w swoim niespełnieniu, młodsze siostry były jakby w ogóle nieobecne i Neta wrzucona w sam środek tej nieszczęśliwej rodziny, nieszczęśliwej na swój sposób[3].

Nieznośna ciekawość

Do tego cielesność, która budziła ciekawość i wywoływała niepokój. I nasuwające się stale jakże niemądre (!!!) pytania o świat, o życie, o Boga, o kobietę i o mężczyznę (symbolicznie różnice zostały pokazane, stawiając naprzeciw siebie naukę i sztukę, matematykę i muzykę), o człowieka, o nierówności, o niesprawiedliwość.

Wszystko prowokowało wrażliwą dziewczynkę, nastolatkę do analizy, do przemyśleń, do rozkładania na czynniki pierwsze. Wrażliwa, uważna i logicznie myśląca Neta pragnęła pojąć, zrozumieć. Niestety, każde nowe doświadczenie, poznanie, każdy krok do przodu, w życie przynosił rozczarowanie. Dodatkowo, Neta była z tym wszystkim sama. Ukojenie zapewniała jedynie literatura, później sztuka w ogóle, a niezależna mentalnie ciotka (ktoś wyidealizowany, wręcz symboliczny, uosabiający wolność i szczęście, kto nie lekceważył dziewczynki i odpowiadał na jej niepraktyczne (!!!) pytania) i jej życie dawały radość i nadzieję, że pewnego dnia nadejdzie lepsze.

Katharsis

Przywoływane obrazy są niekiedy ledwie muśnięte, nieco poszarpane, wystrzępione, oderwane, fragmentaryczne. Zdania są oszczędne, ascetyczne, choć pełne emocji, od których wręcz pulsują, wypowiadane są z zaciśniętym gardłem, przez zęby, z kumulowaną złością, agresywne. Tłumione były latami, by któregoś dnia mogły zostać wypowiedziane, wykrzyczane, żeby w końcu poczuć ulgę, zrzucić ciężar, który nosiło się od zawsze, ale od chwili samoświadomości z coraz większym trudem. Przeszłość musiała zostać przepracowana, by można było w końcu zacząć oddychać pełną piersią, nawet jeśli pierwszą młodość ma się już za sobą.

Historia tyleż prywatna, intymna, co uniwersalna

Powieść tę można odczytywać jako krytykę szwedzkiej obyczajowości lat pięćdziesiątych XX wieku, patriarchalnego społeczeństwa czy też jako próbę rozliczenia się w ogóle z ówczesną rzeczywistością[4]. Ale w istocie jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu człowieka w ogóle – nie tylko konkretnej szwedzkiej dziewczynki tamtego czasu. Zatem, nawet jeśli będziemy próbować interpretować Wróżbę Pleijel jako „subtelny manifest feministyczny”[5], to nie możemy zapomnieć, że to historia tyleż prywatna, intymna, co uniwersalna.

Proza ta jest rozliczeniem się z najtrudniejszym i jednocześnie najważniejszym okresem w życiu każdego z nas – dzieciństwa i młodości – czasu kształtowania siebie, wykluwania się dorosłego człowieka, który musi spojrzeć wstecz, by móc zrozumieć swoją przeszłość i zaakceptować siebie dziś.

Istota wspomnień

Pamiętać też musimy, że proza ta, to nie obiektywny ogląd całości. To wspomnienia, które przecież nie są rzeczywistością. Wspomnienia są rzeczywistością zniekształconą przez nas samych, przez to, co w międzyczasie się zdarzyło, czego doświadczyliśmy, są rzeczywistością przez nas przefiltrowaną, patchworkiem. Mimo swej fikcyjności są czymś niezbędnym, niezastąpionym. One to przecież na nas się składają, na to kim jesteśmy.

„Autentyczna fikcja”

Moja przygodna z Wróżbą pomieszała nieco dwa porządki – ten autentyczny i ten fikcyjny. Przystępując do lektury, wiedziałam, że mam w ręku literaturę autobiograficzną, czyli literaturą non-fiction (choć nieco zniekształconą za sprawą wspomnień, które rządzą się swoimi prawami). Jednak już z końcem pierwszej strony zapomniałam o tym. I dopiero po lekturze, gdy zaczęłam trawić przeczytaną opowieść, przypomniałam sobie o tym fakcie.

Pleijel w udzielonych wywiadach, opowiedziała o swojej przeszłości, którą odczytać możemy też z kart jej książki, ale wyjaśniając kwestie, które wpłynęły na decyzję o powołaniu do życia Wróżby zaznaczyła, iż uznała, że „nadszedł czas, żebym zachowała się lojalnie wobec tej dziewczynki, że teraz to jej muszę oddać głos”[6] i, co istotne, opowiedzieć „JEJ wersję”[7]. „Czy to, co opisuję, naprawdę się wydarzyło, czy to tylko triki mojej pamięci?”[8] – zastanawiała się też. Zatem…

Istotność fikcji

Wielokrotnie już mówiłam, że nie ma dla mnie nic bardziej inspirującego niż drugi człowiek. Jak pisałam we Wstępie,  w istocie „takie, jakby nie było, podglądanie ludzi, podsłuchiwanie, śledzenie ich poczynań, nieco pasożytnicze wręcz żerowanie na egzystencji innych jest fascynującym zajęciem, ale przede wszystkim pobudzającym, dającym energię, sprawiającym, że krew zaczyna szybciej krążyć, słowem inspirującym do życia. W przypadku twórców i intelektualistów pole rażenia zwykle jest jeszcze większe”.

Tyle że niekiedy, wtedy kiedy mamy do czynienia z listami, pamiętnikami, dziennikami, autobiografiami, powieściami z kluczem czy właśnie wspomnieniami twórców zawęża się pole interpretacji. Niekiedy nie sposób oderwać danego tekstu gatunku wyżej wspomnianego od jego genezy, mimo iż wiemy, że mamy do czynienia z aktem kreacji. W przypadku jednak Wróżby istnieje taka możliwość – moje doświadczenie tej lektury tego dowodzi. I rzekłabym nawet, że opowieść ta prosi się wręcz o to. Wtedy otrzymamy coś znacznie większego, istotniejszego.

Ps. 1. Opowieść Pleijel została pięknie wydana (ta przydymionomiętowa obwoluta – cudna) – elegancko i skromnie, ale to w końcu wydawnictwo Karakter, więc sprawa oczywista.

Ps. 2. Polecam wywiad z Agnetą Plaijel w WyliczankaTV.

Ps. 3. Polecam kilka cytatów z tej intymnej opowieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – Spådomen. En flickas memoarer, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Agnieszka Jucewicz, Agneta Pleijel: Kochanka ojca była przyjaciółką mojej matki, opublikowano 28.01.2017, http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,21300056,agneta-pleijel-kochanka-ojca-byla-przyjaciolka-mojej-matki.html?disableRedirects=true, dostęp 14.07.2017.

[2] Ibidem.

[3] Nawiązanie do słynnych słów z Anny Kareniny Lwa Tołstoja.

[4] Justyna Szklarczyk, Agneta Pleijel: Codziennie myślę o tym, co zrobić, żeby nie zepsuć świata, opublikowano 04.12.2016, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1685562,1,agneta-pleijel-codziennie-mysle-o-tym-co-zrobic-zeby-nie-zepsuc-swiata.read, dostęp 14.07.2017.

[5] Ibidem.

[6] Jucewicz, op. cit.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

BIBLIOGRAFIA
  1. Czechowska Justyna, Raj na ziemi nie istnieje, opublikowano 16.09.2013, https://www.tygodnikpowszechny.pl/raj-na-ziemi-nie-istnieje-20512, dostęp 14.07.2017.
  2. Jucewicz Agnieszka, Agneta Pleijel: Kochanka ojca była przyjaciółką mojej matki, opublikowano 28.01.2017, http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,21300056,agneta-pleijel-kochanka-ojca-byla-przyjaciolka-mojej-matki.html?disableRedirects=true, dostęp 14.07.2017.
  3. Sokół Grzegorz, Miłość to samotność. Rozmowa z Agnetą Pleijel, szwedzką poetką i pisarką, autorką powieści „Lord Nevermore”, opublikowano 18.09.2003, http://wyborcza.pl/1,75410,1673956.html, dostęp 14.07.2017.
  4. Szklarczyk Justyna, Agneta Pleijel: Codziennie myślę o tym, co zrobić, żeby nie zepsuć świata, opublikowano 04.12.2016, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1685562,1,agneta-pleijel-codziennie-mysle-o-tym-co-zrobic-zeby-nie-zepsuc-swiata.read, dostęp 14.07.2017.
  5. Wróbel Olga, Wszystkie dzieci są na swój sposób samotne [rozmowa z Agnetą Pleijel, opublikowano 10.12.2016, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/wszystkie-dzieci-sa-na-swoj-sposob-samotne/, dostęp 14.07.2017.

Znasz-li ten kraj? „Opowieść podręcznej” – Margaret Atwood

Opowieść podręcznejTytuł – Opowieść podręcznej

Autor – Margaret Atwood

Tłumaczenie – Zofia Uhrynowska-Hanasz

Wydawnictwo – Wielka Litera

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla wrażliwców, dla nadwrażliwców; dla tych, którym przykazanie dobro wspólne nie jest obojętne; dla tych, którzy chcą zobaczyć więcej
  • PO CO – by żyć świadomiej, by nie lekceważyć, by nie ignorować
  • MOJA OCENA – 8/6
Drugie życie

Niekiedy okoliczności sprzyjają, by książka zyskała drugie życie. Z pewnością drugie życie Opowieści podręcznej Margaret Atwood* dała wiosenna premiera serialu na jej podstawie. Powieść ta, choć kilkakrotnie w Polsce wydawana (po raz pierwszy ukazała się w 1992 roku w Państwowym Instytucie Wydawniczym i od tamtej pory miała kilka wydań w różnych oficynach – Zysk 1998, Znak 2006), mimo że kultowa wręcz, to była do tej pory nieco zapomniana. Dzięki premierze serialu w wydawnictwie Wielka Litera ukazało się kolejne wydanie, co daje jej szansę na należytą uwagę.

Powieść powstała w 1985 roku, zatem ponad trzy dekady temu. Czytana teraz, z dzisiejszej perspektywy wywołuje niepokój. Jakże wstrząsająca, przerażająca i ważna okazuje się dziś, bo aktualna. Zbyt aktualna.

Przyszła noblistka

Margaret Atwood to jedna z najbardziej znanych kanadyjskich pisarek, też aktywistka społeczna i ekologiczna. Autorka wielu książek – powieści, zbiorów opowiadań i esejów, tomów poezji, rozpraw krytycznoliterackich, książek dla dzieci, laureatka wielu prestiżowych nagród – m.in. Nagrody Bookera i Nagrody Księcia Asturii. Jest też jedną z najpoważniejszych kandydatek do literackiej Nagrody Nobla.

W swojej twórczości literackiej sięga po różne konwencje, wykorzystuje dobrze znane schematy powieści popularnych, by zgłębiać tematy, które najbardziej ją interesują.

Opowieść kobiety podręcznej

Dystopia Atwood

W przypadku Opowieść podręcznej mamy do czynienia z dystopią i niejako opowieścią w opowieści. Mamy zatem historię przedstawiającą czarną wizję rzeczywistości, która wynika z krytycznej obserwacji świata otaczającego autora, pesymistyczny osąd zastanego świata. Ta fantastyczna wizja jest jego hiperboliczną konstatacją, negującą możliwość odmiany w przyszłości zastanego stanu rzeczy[1].

Autorka od razu rzuca nas tu na głęboką wodę. Bez drobnego ostrzeżenia, wchodzimy w sam środek pierwszoosobowej relacji głównej bohaterki. Narratorka też niczego odbiorcom opowieści nie ułatwia. Sami, powoli, strona po stronie, akapit po akapicie, musimy scalić relację z podawanych nam fragmentów, zrekonstruować świat przedstawiony, odtworzyć bieg wydarzeń, powołać do życia bohaterów. Opowieść ta, mimo że skupiająca się na detalach, nie do końca jest jasna. Rzeczywistość przedstawiona jest dość enigmatyczna, pełna luk, niedopowiedzeń.

Na podstawie relacji narratorki odtwarzamy jej teraźniejszość i jej przeszłość. I ta opowieść stanowi właściwą fabułę powieści. Z jej końcem przekonujemy się, że mamy do czynienia z rodzajem powieści w powieści. Relacja kobiety okazuje się swoistym dokumentem sporządzonym post factum, świadectwem przeszłości, który w formie taśm magnetofonowych trafił w ręce historyków. Opowieść tę badacze spisali, opracowali, opatrzyli odpowiednim komentarzem i wydali, a teraz, w roku 2195, profesor Jamesa Darcy Pieixoto, dyrektor Archiwów Dwudziestego i Dwudziestego Pierwszego Wieku Uniwersytetu Cambridge, na XX sympozjum poświęconym studiom nad Gileadem, które odbyło się podczas zjazdu Międzynarodowego Towarzystwa Historycznego na Uniwersytecie w Nunavit, omawia ją podczas swojej prelekcji[2]. Relacja, będąca przedmiotem dyskusji podczas sympozjum, stanowi główną oś fabularną powieści Atwood.

Jej bohaterką i narratorką jest trzydziestotrzyletnia kobieta, która kiedyś wiodła zwyczajne życie. Miała męża, dziecko, rodzinę, przyjaciół, pracę. Była wykształcona, wolna i niezależna. Teraz jest Fredą – podręczną komendanta Freda – i jej teraźniejszość nie ma nic wspólnego z jej przeszłością.

Dawno, dawno temu

Pewnego dnia, jakby z dnia na dzień, niespodziewanie, straciła pracę, zablokowano jej konto, a środki oddano do dyspozycji męża. Widziała co się dzieje, na jej oczach nastawał nowy porządek, wiedziała, że wszystko zmierza w złą stronę, ale nie przypuszczała, że dotychczasowy świat przestanie istnieć. Wraz z mężem podjęła próbę ucieczki. Niestety, nie powiodła się. Schwytali ją. Trafiła do Czerwonego Centrum, tam poddano ją indoktrynacji, tam przeszła odpowiednią edukację, by następnie zostać podręczną i wiernie służyć państwu.

Nowy wspaniały świat[3]

Stary świat przestał istnieć. Nastały nowe porządki – Republika Gileadu, leżąca na terenach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, w której panuje wojskowy reżim, fundamentalizm religijny, fanatyzm. Władza należy do religijnych radykałów, do mężczyzn (w odróżnieniu od państwa kobiet z Seksmisji Juliusza Machulskiego[4]). Stworzono hierarchiczne społeczeństwo, nad którym panuje ścisła kontrola. Mimo że władza należy do mężczyzn, to kobiety w tej teokracji odgrywają fundamentalną rolę. Są podstawą działania społeczeństwa, choć paradoksalnie nie mają żadnych praw.

Są podzielone na zhierarchizowane kasty, ściśle zamknięte grupy społeczne, których odrębność wynika z zasad panujących w Republice. Członkinie poszczególnych kast spełniają określone funkcje – Podręczne (najcenniejsze, bo jedynie płodne kobiety w państwie), którym przyporządkowany został kolor czerwony (w tym kolorze mają wszystkie ubrania i dodatki) są od rodzenia dzieci, Marty od usługiwania, Ciotki od szkolenia Podręcznych w Czerwonym Centrum, Żony są oficjalnymi partnerkami Komendantów (będących elitą władzy) oraz Gospożony, czyli żony mężczyzn niżej postawionych w hierarchii społecznej.

Bolączki wspaniałego świata

Republika toczy wojny z innymi państwami, ale jej największą bolączką jest spadający przyrost naturalny. Przyczyny spadku narodzin, jak dowiadujemy się z prelekcji profesora, nie były do końca rozpoznane. Nie bez wpływu na to była, jak donosi uczony, powszechna dostępność środków antykoncepcyjnych, legalność aborcji. Istniała też duża śmiertelność niemowląt, coraz częściej dochodziło do poronień, coraz więcej dzieci rodziło się z wrodzonymi wadami. Były to według ustaleń naukowców skutki skażonego środowiska i katastrof ekologicznych.

Według badaczy autorka relacji musiała znaleźć się w pierwszej fali kobiet rekrutowanych do celów reprodukcyjnych i przydzielanych tym, którzy potrzebowali takich usług i jako członkowie elity mogli sobie na nie pozwolić. Reżim Republiki stworzył taką grupę reproduktorek – podręcznych właśnie – i wysoko postawieni w hierarchii mężczyźni mogli sobie wybierać spośród tych kobiet.

Zapotrzebowanie na usługi reprodukcyjne istniało, jak wyjaśnił profesor, już w okresie pregileadzkim. Wówczas to próbowano środków takich jak sztuczne zapładnianie, tworzenie specjalnych klinik, czy wynajmowanie matek zastępczych. Dwa pierwsze sposoby, jako niezgodne z religią, zostały w Republice zakazane, zalegalizowano zaś i upowszechniono trzeci, o którym mowa jest już w Biblii[5]. Poligamię seryjną, tak częstą w czasach pregileadzkich, zastąpiono starszą poligamią równoczesną, praktykowaną już we wcześniejszym okresie Starego Testamentu.

Podręczną być

Podręczne wyróżnia czerwona suknia (każda kasta miała swój kolor) niczym habit, szczelnie okrywająca ich ciała, którego zwieńczeniem było nakrycie głowy z szerokimi skrzydłami, które skutecznie osłaniały twarz przed spojrzeniami innych i jednocześnie uniemożliwiały im oglądanie świata zewnętrznego. Do tego czerwone buty, czerwone rękawiczki.

Ich jedynym celem jest prokreacja, ich jedynym prawem i obowiązkiem jest tylko być, po to, by urodzić dziecko w tym jałowym świecie. Są najcenniejsze w tej nowej rzeczywistości, gdyż tylko one są jeszcze w stanie zmienić wskaźnik przyrostu naturalnego, a zatem coś, od czego zależy przyszłość Republiki. Paradoksalnie jednak pozbawione są wszystkiego – przeszłości, drobnych przywilejów, rzeczy osobistych, kosmetyków, prawa do czytania, rozmawiania, rozglądania się, śmiania, patrzenia drugiemu w oczy. Są uprzedmiotowione, nie mają własnych imion (noszą imię pana, do którego w danej chwili należą), oznaczone są jak bydło tatuażami, są jedynie naczyniami, w których ma narodzić się nowe życie. W istocie są niewolnicami, przedmiotami codziennego użytku, inkubatorami, podręcznymi właśnie. Póki istnieje możliwość zajścia w ciąże, mają szansę na przetrwanie. W innych wypadku czeka je zesłanie do Kolonii, tam ciężka praca i śmierć.

Podręczne nigdy same nie wychodzą z domu swego pana. Zawsze w towarzystwie drugiej podręcznej, na którą trzeba jednak uważać. Jedna drugą ma pilnować i donosić o ewentualnych przewinieniach, a nie być powiernicą czy choćby miłym towarzystwem. Uczestniczą w obowiązkowych rytuałach, modłach, ceremoniach, egzekucjach. Chodzą po zakupy, są obecne podczas narodzin kolejnych dzieci, biorą udział w ceremonii ślubów grupowych, chodzą popatrzeć na tzw. Mur, na którym na hakach wiszą ciała, tych którzy popełnili zbrodnię przeciwko Republice i teraz służą za przykład, uczestniczą w tzw. ceremoniach Wybawienia, podczas których wiesza się zbrodniarzy, same też wymierzają karę podczas tzw. Partycykucji, będących w istocie linczem podręcznych na mężczyznach, którzy dopuścili się gwałtu.

Przeżyć tylko

Główna bohaterka powieści Atwood, jedna z podręcznych, choć nie ulega indoktrynacji i nie wierzy w idee nowego wspaniałego świata, w swoją zaszczytną rolę, w swój przywilej, swoją służbę, to nie sprzeciwia się nowemu porządkowi, swoim oprawcom. Nie jest typem buntownika, rewolucjonisty. Poddaje się i posłusznie wykonuje codzienne czynności, to, co do niej należy. Spełnia oczekiwania innych. Skupia się na swojej codzienności w świecie teraźniejszym, w nowej rzeczywistości. Przystosowuje się i żyje z dnia na dzień.

Nie szuka też kontaktu z ruchem oporu. Ten nawiązuje się sam, niejako bez jej woli. Wynika raczej z próby życia po swojemu w okolicznościach jakie są jej dane, z pragnienia przeżycia, wciąż łudząc się, że pewnego dnia zobaczy córkę i męża. Racjonuje sobie też z tego powodu myślenie, uznając, że lepiej za wiele nie myśleć, gdyż to może zmniejszyć szansę na przetrwanie. Taka postawa przyniesie jej ocalenie. Jakby niechcący, mimochodem.

Relacja bohaterki Opowieści, a więc jednej z kobiet Republiki, tej najcenniejszej, bo płodnej, przybliża nam ten dystopijny świat. Jednak ta opowieść nie pokazuje pełnego obrazu mechanizmów działania nowego porządku, nie jest też jego analizą. Jest intymną, a więc subiektywną relacją monady poszczególnej wrzuconej w ten system.

Piosenka o końcu świata[6]

Jednak ta fragmentaryczna, urywana, lakoniczna, choć i jednocześnie rzeczowa relacja Fredy nie jest tylko opowieścią o jej codzienności w Republice (np. o kąpielach, posiłkach, „zwiedzaniu” swego pokoju, wizytach u lekarza, o czasie niewypełnionym, o długich pauzach niczego, spotkaniach w alkowie ze swoim panem i jego żoną itp., itd.), którą przeplata wspomnieniami ze swego dawnego życia. Jest czymś znacznie więcej.

Pojedyncze zdania, wszystkie elementy tej relacji, łączą się i wyłania się spójny i przerażający obraz przeistaczania się jednej rzeczywistości w drugą. Czytanie w ten właśnie sposób powieści Atwood pozwala dostrzec, że ten teoretycznie nieistniejący świat, faktycznie istnieje, że ta absurdalna, fikcyjna, wykreowana przez autorkę rzeczywistość, nie jest wcale tak nierealna, że jest w istocie bliższa naszej rzeczywistości niż mógłby się to wydawać, że faktycznie staje się niezauważenie na naszych oczach.

Atwood, wyłapując szczegóły, pozornie nieistotne detale rzeczywistości, jakby mimochodem, gdzieś przypadkiem rzuconym zdaniem, pokazuje nam na czym polega mechanizm zachodzących, jakże niebezpiecznych przeobrażeń. Diagnozuje zjawiska społeczne i pokazuje, że przemiany nie nastają z dnia na dzień, że zachodzą powoli, po cichu, niezauważenie, za naszym przyzwoleniem. My, odurzeni wolnością, swobodą, niezależnością, „pełnymi brzuchami”, nie zastanawiający się nad przeszłością ani nad przyszłością, żyjący bezrefleksyjnie, myślący i patrzący krótkowzrocznie, nie dbający o wspólne dobro, a jedynie o dobro własne, czerpiący pełnymi garściami ze swojego tu i teraz, nie liczący się z konsekwencjami, nie biorący za nic odpowiedzialności, ignorujemy, lekceważymy, bagatelizujemy, nie reagujemy na drobne symptomy przemian, które zmierzają w złą stronę, sygnały zagrożenia, które jeśli nie zostaną odczytane w porę doprowadzą do…

Everyman

Opowieść podręcznej jest wizją alternatywnej rzeczywistości. To inna wersja historii świata, w której kobieta została sprowadzona do roli niemego reproduktora. I choć chodzi tu przede wszystkim o sytuacje kobiet, to w istocie chodzi o sytuację człowieka w ogóle. Koszmar kobiet trwa, niezależnie od miejsca w hierarchii społecznej, ale faktycznie nikt tu nie jest bezpieczny. Czystki mogą dosięgnąć każdego. Każdy tu może stać się Józefem K., po którego pewnego dnia mogą przyjść. Atwood uświadamia nam, jak niewiele potrzeba, by zniewolić człowiek. Powieść, jak i cała twórczość autorki, to dzieło zaangażowane, które traktuje przede wszystkim o władzy totalnej, jej mechanizmach i przerażającym zniewoleniu jednostki.

Wizję tę możemy utożsamiać z totalitaryzmami w ogóle i z totalitaryzmami XX wieku, możemy też odnieść do zjawisk zachodzących dziś w całym świecie, w USA, w Europie, na Bliskim Wschodzie, w Afryce.

Spodziewajmy się

Dalsze losy autorki nie są znane. Wiem jedynie, że udało jej się uciec. Inaczej nie nagrałaby swojej relacji dla potomnych. Znalezione taśmy są tego dowodem. Republika Gileadu natomiast upadła. Jest już obecna tylko we wspomnieniach zdziecinniałych badaczy. Co powinno przynieść czytelnikowi ulgę. Nie przynosi jednak. Nie może przynieść. Bo ten orwellowski świat Atwood wydaje się nam jakoś dziwnie znajmy, bliski. Skażenie środowiska, spadek populacji, walka z prawami kobiet, fanatyzm religijny, władza w rękach wojska, policji, służb specjalnych – czyż nie jest nam to w globalnym świecie XXI wieku znajome?

Kultowa powieść przetrwała próbę czasu. Atwood, aktywna działaczka, bacznie analizująca zjawiska sobie współczesnego świata ostrzegała w roku 1985 i dziś ostrzega jeszcze dobitniej przed powszechnym znieczuleniem, ignorowaniem sygnałów, które choć pozornie niewinne mogą okazać się brzemienne w skutkach.

*Tytuł oryginalny – Spådomen. En flickas memoarer, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Hasło, dystopiaSłownik terminów literackich, red. Janusz Sławiński, Wrocław 2002.

[2] Margaret Atwood, Komentarz historyczny do „Opowieści podręcznej”, Warszawa 2017.

[3] Aldous Huxley, Nowy wspaniały świat, Warszawa, 2011.

[4] Seksmisja, reż. Juliusz Machulski, Polska, 1983.

[5] Biblia tysiąclecia, Rdz. 30, 1-3.

[6] Czesław Miłosz, Piosenka o końcu świata, w, Ocalenie, Warszawa 1945.

Było sobie życie. „Całe życie” – Robert Seethaler

Całe życieTytuł – Całe życie

Autor – Robert Seethaler

Tłumaczenie – Ewa Kochanowska

Wydawnictwo – Otwarte

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla mających dość opasłych tomów, dla lubiących rzeczy niepozorne, dla niespieszących się, dla tych, którzy w codziennym chaosie i hałasie chcą się wyciszyć, zatrzymać, delektować się tym co tu i teraz
  • PO CO – by się zatrzymać, spojrzeć, być
  • MOJA OCENA – 4/6
Niepozorność

Tej książki właściwie to nie ma już po co czytać, bo wszyscy zdążyli już powiedzieć o niej wszystko co tylko było możliwe. Tyle że smakoszom kawy nie wystarczy o kawie opowiadać, muszą poczuć jej aromat, muszą jej skosztować. I tak jest trochę z powieścią austriackiego pisarza, scenarzysty i aktora Roberta Seethalera Całe życie* z 2014 roku (nominowanej do nagrody The Man Booker International Prize 2016), która całkiem niedawno nakładem ukazała się na polskim rynku.

Niepozorne publikacje, czytaj niewielkich rozmiarów, przykuwają moją uwagę. Szczególnie teraz kiedy z każdej strony atakują opasłe tomy rodem z XIX wieku. Te skromne są zwykle dla nich przeciwwagą. Teoretycznie nie wymagają od odbiorcy poświęcenia (przebrnięcie przez 100-200 stron nie jest tak czasochłonne jak przez 600-800), wystarczy jeden krótki wieczór, ale niekiedy praktycznie wymagają znacznie większego zaangażowania, bo wielopoziomowego.

Całe życie jest niepozorną książką. Jest opowieścią rozpisaną na nieco ponad 150 stronach. Niewielkim rozmiarom odpowiada niewielki format książki i okładka – estetyczna bardzo, skromna, ale szlachetna – niekrzykliwa, twarda, z tłoczeniami. Tytuł powieści w zestawieniu z niepozornym wydaniem zaskakuje. Określenie „całe życie” niesie przecież ze sobą ogrom, ciężar… (przychodzi tu na myśl Hanya Yanagihara i jej słynna powieść Małe życie, choć odmienna w wymowie, to jej objętość i tytuł są jak w przypadku powieści Seethalera paradoksem – na 800 stronach rozpisane jest małe życie). I to zestawienie okazuje się kluczem do opowieści austriackiego pisarza.

Akcja powieści rozgrywa się w austriackich Alpach na przestrzeni całego XX wieku. Głównym bohaterem jest Andreas Egger, przynajmniej teoretycznie, gdyż praktycznie jest nim natura. Przyczajona, cicha, choć dzika i bezwzględna. To ona jest tu siłą sprawczą, to jej podporządkowane jest całe ludzkie życie.

Całe życie – 79 lat jak jeden dzień

Dzieciństwo

Na początku XX wieku, Andreas, o nieznanej nikomu dacie urodzenia, po śmierci matki, może jako czterolatek, trafił do swego wuja na wychowanie. Niestety, nie był to dla niego sielski czas. Nie był traktowany jak pełnoprawny członek rodziny. Tylko jak bękart, jak obcy. Nigdy też nie traktowano go nawet jak dziecko, tylko jak stworzenie, które przyjęto ze względu na zawartości sakiewki, którą miało przy sobie. Krewny, bogaty bauer, wykorzystywał chłopca do najcięższych prac w gospodarstwie, karząc dotkliwie nawet za najdrobniejsze przewinienia.

Podczas jednej z chłost chłopiec został na trwałe okaleczony. Kość udowa prawej nogi nie wytrzymała. Skąpstwo opiekuna-oprawcy nie pozwoliło na fachową pomoc. Chłopcem zajął się okoliczny nastawiacz kości. I wkrótce Andreas powrócił do pełni sił, ale już nigdy do pełni zdrowia – „od tej pory musiał iść przez życie kulawym krokiem” (s. 21)**.

Chłopiec szybko wyrósł na silnego mężczyznę, jakby natura chciała mu wynagrodzić doznane krzywdy. To dodało mu z pewnością odwagi, by po długich latach cierpliwie znoszonych upokorzeń powiedzieć swojemu dręczycielowi w końcu dość. Od tamtej chwili Andreas stał się panem swojego życia „i myślał o swojej przyszłości, która rozpościerała się przed nim tak nieskończenie rozległa, bo niczego po niej nie oczekiwał” (s. 32).

Młodość i wiek dojrzały

Niewątpliwie Egger to człowiek o szczególnych przymiotach charakteru. Prosty, zwyczajny, skromny, wrażliwy, uczciwy, szczery, pracowity, ale też wycofany, wyciszony, zamknięty w sobie, pełen spokoju, akceptacji, harmonii. Żyjący w zgodzie ze sobą, z innymi, z naturą, ze światem. Posiadał też jedną, raczej zwyczajną cechę, która jednak umożliwiała mu harmonijny żywot. Egger był powolny. „Myślał powoli, mówił powoli i chodził powoli, jednak każda myśl, każde słowo i każdy krok pozostawiały ślad i to dokładnie tam, gdzie takie ślady jego zdaniem winny pozostać” (s. 27).

Jego siła i tężyzna wzbudzały respekt, ale szybko też zyskiwał szacunek i sympatię innych, mimo że z czasem zaczęto go uważać za dziwaka. Był wśród społeczności cenionym i szanowanym człowiekiem, któremu można było zaufać, na którym można było polegać.

Dalsze losy bohatera powieści były zwyczajne, po prostu, takie jak każdego. Wpisane w rytm przyrody, dziejów historii i cywilizacji.

Mimo że Egger był kaleką, to był też silnym mężczyzną o odpowiednim usposobieniu, a to wystarczało do zapewnienia sobie bytu. Bo nie potrzebował wiele. „Postrzegał siebie jako wprawdzie mały, lecz wcale nie tak nieistotny trybik gigantycznej machiny zwanej postępem, i czasem przed zaśnięciem wyobrażał sobie, jak siedzi w brzuchu tej machiny, niepowstrzymanie torującej sobie drogę przez góry i lasy, i jak w pocie własnego czoła przyczynia się do jej ciągłego marszu naprzód” (s. 61).

Żył z dnia na dzień, egzystując całą pełnią w danej chwili, w tu i teraz. Najmował się więc do rozmaitych prac fizycznych. Później do budowy kolei górskich. Każdą z tych prac wykonywał rzetelnie, odpowiedzialnie, z pełnym poświęceniem. Z czasem „dorobił się majątku”, czyli skrawka ziemi i kawałka podłogi. Poznał też kobietę Marie, z którą wkrótce się ożenił.

Było sobie życie

Ale życie Eggera nie byłoby całym życiem, gdyby mógł ze swoją niedawno poślubioną żoną żyć długo i szczęśliwie. „Jak wszyscy ludzie także i on nosił w sobie przez całe życie wizje i marzenia. Niektóre z nich sam realizował, niektóre zostały mu dane. Wiele pozostało nieosiągalnych lub też, gdy po nie sięgnął, wydarto mu je z rąk (s. 145). Natura jest czujna i nie pozwala sobie nawet na chwilę nieuwagi. Całe życie musi wypełnić. Lawina, która spadała, cudem oszczędziła Andreasa. Nie oszczędziła jednak Marie i ich domu.

Później przyszła wojna, walka na froncie, były też i łagry. Później Grace Kelly i Nil Armstrong na Księżycu.

Z radzieckiej niewoli Egger powrócił do dawnych stron – do siebie. Dobrze znana rzeczywistość po powrocie okazała się zupełnie inna. Dawna wioska, oddalona od tętniącego życia, zmieniła się w głośną turystyczną miejscowość. I jej Andreas stawił czoła. Dostosował się do okoliczności – został przewodnikiem górskim, dającym uciechę beztroskiej gawiedzi.

Tak długo już żył na tym świecie, widział, jak się zmienia i z każdym rokiem wydaje kręcić się coraz szybciej, i czuł się jak ostaniec z dawno pogrzebanego czasu, kolczaste zielsko, które choćby ostatkiem sił stale wyciąga się ku słońcu. (s. 61)

Starość

Z czasem jego ciało odmówiło posłuszeństwa, więc Egger usunął się w cień, by doczekać końca swoich dni – „było nieco samotnie, ale nie uważał samotności za coś złego. Nie miał nikogo, lecz miał wszystko, czego potrzebował, i to wystarczało” (s. 142). Zmarł samotnie, w ciszy i spokoju.

Zgodnie z aktem urodzenia, który zresztą jego zdaniem nie był wart nawet tyle, co tusz do widniejącej na nim pieczęci, Egger miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Wytrzymał dłużej, niż sam by kiedykolwiek przypuszczał, i ogólnie rzecz biorąc, mógł być zadowolony. Przeżył dzieciństwo, wojnę i lawinę […]. Jego życie bezustannie dyndało na włosku między niebem a ziemią […]. Wedle jego rozeznania nie ciążyła na nim żadna poważna wina i nigdy nie uległ pokusom tego świata, pijaństwu, rozpuście ni obżarstwu. Zbudował dom […]. Kochał. I zaznał przedsmaku tego, dokąd ta miłość mogła zaprowadzić. Widział, jak kilku mężczyzn spacerowało po Księżycu. Nigdy nie zwątpił w Boga i nie bał się śmierci. Nie potrafił sobie przypomnieć, skąd pochodzi, a koniec końców nie wiedział też, dokąd zmierza. Jednak mógł bez żalu spoglądać na czas między tymi punktami, na swoje życie, z raptownym śmiechem i jednym wielkim zdumieniem. (s. 149-150)

Pochwała prostoty

Nic więc nadzwyczajnego. Mało tego, takich historii monady poszczególnej wpisanej w bieg dziejów świata jest wiele. Nie trzeba daleko sięgać. Powieści takie jak Wyznaję Jaume Cabré, Ósme życie Nino Haratischwili, czy cykl Genialna przyjaciółka Eleny Ferrante tym właśnie są.

Całe życie, to prosta historia. Po prostu życie. Zwyczaje, przyzwoite, z radościami i smutkami swoimi. Można fabułę powieści sprowadzić do trzech czasowników – narodził się, żył i umarł – w których zawarte jest to, co najistotniejsze, w których zawarty jest cały sens.

Ta prosta historia idzie w parze z prostą formą i prostym językiem – mamy tu kwintesencję tych trzech składników. Mamy tylko to, co niezbędne, nic ponad. Nic, co zasłaniałoby to, co najważniejsze, co sprowadzałoby na manowce. Powieść Seethalera dzięki temu zakrawa o dzieło szczególnej wagi. Wydaje się, że autor znalazł idealny sposób na oddanie istoty życia ludzkiego, które jest wpisane w koleje natury, historii, cywilizacji, że dotarł do sedna, do głębi problemu.

Wszystko jest tu też stonowane, powściągliwe, oszczędne, pełne umiaru. Nie ma szaleństwa, zrywów, namiętności. Dystans jest wszechobecny, jednego wobec drugiego, wobec wszystkiego. Też surowość, nie tylko natury i chłód, nie tylko powietrza.

Idea jedynie słuszna

Stoicyzm jest tu niewątpliwie ideą nadrzędną, która okazuje się jedynie słuszna, jedynie możliwa do przyjęcia, by przeżyć, gdyż przeciwstawianie się światu, naturze, życiu, walka z nimi, niczego nie zmienią. Z góry skazane są na porażkę. Jedynie akceptacja, przyjęcie do wiadomości, przystosowanie się mogą przynieść wewnętrzny spokój, ład, harmonię, a więc szczęście jako takie. Mogą uchronić przed popadnięciem w otchłań, czarną rozpacz, mogą pozwolić dostrzec sens ludzkiego żywota, jego istotę i poczuć się w odpowiednim czasie i miejscu.

Wszystko to truizmy, banały, o tym już było. Polskiej tradycji literackiej też nie jest to obce. Tę problematykę podejmowali ojcowie rodzimej literatury z Mikołajem Rejem i Janem Kochanowskim na czele, Stanisław Reymont w swojej epopei Chłopi, Maria Dąbrowska w Nocach i dniach:

Najważniejsze jest dobrze przeżyć swoje dni i noce, to znaczy wypełnić je pracą, życzliwością do drugiego człowieka, zgodnym współistnieniem, uczciwością, poczuciem godności i honoru[1].

Niedawno Karl Ove Knausgård zasłynął opowieścią o całym życiu sześciotomowym cyklem Moja walka (każdy tom ma średnio około 600 stron, a wiec całość 3600!!!). I o tym teraz też mówi Seethaler w Całym życiu. Mówi po swojemu. I ten jego sposób – ta maksymalna kondensacja (to niewątpliwy klucz do sukcesu) – sprawił, że powieść zyskała wymiar uniwersalny, co chyba jest osiągnięciem najcenniejszym.

Ta powieść teoretycznie nie wymaga od czytelnika wielkiego poświęcenia. Ani treść, ani forma, ani objętość nie stanowią przeszkód w brnięciu przez historię Eggera. Praktycznie wymaga jednak sporo – skupienia, wyciszenia, uwagi, zaangażowania, niespiesznego czytania i refleksji. I o to przecież w literaturze chodzi, tyle że mnie ten dojmujący chłód powieści nieco zmroził. Dystans udzielił się piszącej te słowa. Więc choć rozum mówi tak, to niestety, serce nie zaczyna szybciej bić.

Nota powstała dzięki współpracy z Wydawnictwem Otwarte.

*Tytuł oryginalny – Ein ganzes Leben, rok pierwszego wydania – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.

**Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Całe życie, Robert Seethaler, Kraków 2017.


[1] Maria Dąbrowska, Noce i dnie, Warszawa, 1999.

Kultowy reżyser i kultowa powieść „Lot nad kukułczym gniazdem”– Miloš Forman

Lot nad kukułczym gniazdem
Fragment kadru z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”

Lot nad kukułczym gniazdem – reż. Miloš Forman, USA, 1975

  • DLA KOGO – dla kinomaniaków, nie tylko dla koneserów; dla wrażliwców i buntowników, dla tych, którzy są zdania, że sztuka to nie letarg, ale świadomość; dla wielbicieli kultury amerykańskiej
  • PO CO – by zrozumieć, by wiedzieć, by żyć świadomiej, głębiej, mądrzej
  • MOJA OCENA – 10/6
Filmowe okładki książek

Nie lubię filmowych okładek książek. Poza jednym wyjątkiem… Poza tą z twarzą Jacka Nicholsona w „dokerce” – odtwórcy głównego bohatera powieści Kena Kesey’a Lotem nad kukułczym gniazdem. Dlaczego? Dlatego, że film na podstawie tego dzieła literackiego jest wybitny, stał się autonomicznym dziełem filmowym, odczytującym prozę Kesey’a na nowo, będąc przy tym jej niejako przedłużeniem. Ale po kolei..

Kultowy reżyser i kultowa powieść

Miloš Forman, autor adaptacji powieści Kesey’a, reżyser kina czeskiego i amerykańskiego, znany powszechnie z kilku znakomitych i kultowych filmów, był czołowym przedstawicielem czechosłowackiej Nowej Fali, ważnego kierunku w sztuce filmowej w środkowowschodniej Europie, będącego pokłosiem francuskiej Nowej Fali (franc. nouvelle vague) – awangardowego nurtu w kinie francuskim z końca lat pięćdziesiątych i połowy sześćdziesiątych, który odnowił sztukę filmową, a którego echa słychać po dziś dzień. Czynniki historyczne, ekonomiczne i technologiczne pozwoliły wówczas młodym twórcom na zmiany w sztuce filmowej i zbuntowaniu się przeciw ograniczeniom starych twórców. Efektem były filmy naznaczone piętnem jednej osobowości i jej oryginalnego stylu[1].

To, co dokonało się we Francji w owym czasie miało silny wpływ na kino w innych krajach. „Największe osiągnięcie socjalizmu z ludzką twarzą: narodziny kina o niespotykanym w tamtym czasie i w tej części Europy zakresie wolności i empatii dla zwykłego człowieka”[2] było efektem Nowej Fali w Czechosłowacji.

Wschodnia Europa o Ameryce

Forman, czołowy przedstawiciel tego nurtu, jest autorem sztandarowego dzieła czeskiej Nowej Fali – Miłość blondynki. I właśnie ten główny twórca awangardowego kierunku we wschodniej Europie, który pod koniec lat sześćdziesiątych wyjechał do Stanów Zjednoczonych i po praskiej wiośnie zdecydował się tam pozostać, w 1975 roku zrealizował film na podstawie kultowego dzieła, klasycznej już powieści kontrkultury amerykańskiej, która stała się „apoteozą buntu […], by upomnieć się o wolność – jedną z najważniejszych amerykańskich wartości”[3].

Film, który otrzymał 5 Oskarów (najlepszy film roku, najlepsza reżyseria, najlepszy scenariusz, najlepsza aktorka pierwszoplanowa, najlepszy aktor pierwszoplanowy), który okazał się wielkim sukcesem i zyskał uznanie zarówno widzów jak i krytyków, szybko, podobnie jak powieść, stał się dziełem klasycznym w ogóle, a w szczególności dla kultury amerykańskiej. Sam zaś reżyser stał się twórcą światowego formatu.

Film Formana stał się obroną „indywidualności i protestu wobec zinstytucjonalizowanego zniewolenia”[4] oraz wolności – synonimu wręcz Ameryki.

Film a powieść

Reżyser pozornie nie odbiegł daleko od pierwowzoru. Podczas seansu nie odczujemy dyskomfortu z powodu poczucia, że co innego czytaliśmy, a co innego oglądamy. Jednak autor dokonał pewnej drobnej, ale zasadniczej zmiany, niewielkiego przesunięcia – zarzucił subiektywną narrację Kesey’a na rzecz narracji obiektywnej. I choć głównym bohaterem jest wciąż McMurphy, to tu narratorem nie jest jeden z pacjentów tylko kamera, która pokazuje zakład psychiatryczny wraz ze pensjonariuszami i personelem w sposób realistyczny i obiektywny, a przez to uwypuklający główne idee.

Film był realizowany w prawdziwym szpitalu psychiatrycznym i brali w nim udział prawdziwi lekarze i pacjenci. Postać Indianina odegrał nieprofesjonalny aktor Will Sampson. Pozostali aktorzy, już profesjonalni, przed rozpoczęciem realizacji zdjęć przebywali w szpitalu, by zbudować jak najbardziej wiarygodne role. Kreacje czołowych bohaterów – Louise Fletcher jako siostra Ratched, o twarzy anioła i wcieleniu diabła oraz Jacka Nicholsona jako McMurphy, jedna z ważniejszych kreacji aktora, dla mnie niezapomniana, urastająca wręcz do symbolu walki o indywidualności – przeszły do historii kina. Pozostają w pamięci widzów jako poruszające, wiarygodne i autentyczne.

Lot nad kukułczym gniazdem
Fragment kadru z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”
Lot nad kukułczym gniazdem
Fragment kadru z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”
Jednostka a społeczeństwo

Lot Formana, jak trafnie Zygmunt Machwitz zauważa, znakomicie pokazuje pensjonariuszy oddziału jako miniaturę społeczeństwa, a sam szpital jako instytucję tłumiąca indywidualność. Odsłania też problem podporządkowania jednostki społecznym normom, dotyka kwestii granic osobistej swobody i zagrożenia własnej tożsamości przez dostosowywanie się do ogółu. Ukazuje mechanizm działania aparatu represji instytucjonalnej, cichego totalitaryzmu zdolnego do niszczenia wszelkich przejawów niezależności. Wykreowany w szpitalu świat dla chorych, zdaniem jego twórców (siostry oddziałowej) – idealny, jest w istocie uniformizacją i tłumieniem indywidualności[5].

Dramat człowieka poszczególnego

I rzeczywiście świat prezentowany początkowo wydaje się oazą spokoju, azylem dla pogubionych. Wnętrza przyjazne, z kojącą muzyką, personel uprzejmy, pomocny, troskliwy, o twarzach miłych, uśmiechniętych, wyciszonych, głosach spokojnych. Wizyta w gabinecie lekarza jest wręcz spotkaniem towarzyskim, przebiegającą w przyjaznej atmosferze swobodną rozmową. Po kwadransie jednak wyczuwamy jakąś zadrę. Kamera, ten obiektywny narrator, jest bardzo blisko bohaterów. W sensie dosłownym. Dokładnie rejestruje mimikę twarzy, która ujawnia najwięcej. Twarze pacjentów zdradzają głęboko skrywany niepokój, lęk, smutek, ból, cierpienie, rozczarowanie, bezsilność, zmieszanie, niechęć, bezmyślność, zobojętnienie, otępienie, zaś twarze personelu władzę, nieustępliwość, zaciętość, siłę, przewagę, wrogość.

Spokojnie obserwowanie przez personel, rodzącej się awantury wśród podopiecznych, a nawet ciche nakłanianie ich do konfrontacji, upewnia tylko, że zło czyha. Od tej chwil napięcie powoli, ale systematycznie wzrasta. Dzieje się to w sposób niemalże niezauważalny. Emocje dawkowane są widzowi bardzo subtelnie. Kolejne sekwencje ujawniają jakiś detal, który nie pasuje do tej idealnej rzeczywistości. Są to drobiazgi, które niby uchodzą uwadze, pozostawiając jednak dyskomfort. Każde kolejne ujęcie odsłania fragment istoty świata przedstawionego. Wszystko to zmierza stopniowo do ukazania dramatycznej prawdy. Nie brak przy tym elementów komicznych, które pozornie rozładowują, gęstniejącą atmosferę, a w gruncie rzeczy podkreślającą tragizm. 

Opowieść obyczajowa o wydźwięku komediowym staje się satyrą, w której ujawnione zostają absurdy rzeczywistości, by w końcu pokazać tragizm losu ludzkiego, niczym z antycznej lub szekspirowskiej sztuki.

Alegoryczność

Należy podkreślić, że najważniejsza jest tu alegoryczność opowiadanej historii. W tym celu reżyser zastosował zabiegi wykrzywiające realny obraz. Przedstawiona historia naszpikowana jest groteskowymi, absurdalnymi, choć subtelnymi sytuacjami, obrazami. Bo nie chodzi tu o prawdę dosłowną (reżyserowi zarzucano brak adekwatności w ukazaniu realiów funkcjonowania ówczesnej amerykańskiej służby zdrowia). Wyolbrzymienie, przerysowanie, hiperbolizacja, wykrzywienie pozwalają na dotarcie do sedna, na odczytanie metafory. Dzięki temu alegoryczny przekaz staje się najistotniejszy.

Film Formana należy oglądać niewątpliwie w skupieniu, bo choć doskonale znamy przedstawianą opowieść, to forma, która podaje nam treść, nienachlana, aluzyjna, wyciszona i przyczajona dopowiada to, co najistotniejsze.

Ps. Notę na temat kultowej powieści opublikowano 26.02.2017.


[1] Hasło, nowa fala (kino francuskie)https://pl.wikipedia.org/wiki/Nowa_fala_(kino_francuskie), dostęp 19.03.2017.

[2]Zygmunt Machwitz, Nowa fala w Czechosłowacji, http://www.akademiafilmowa.pl/program,17,134,5,Nowa-fala-w-Czechoslowacji.html, dostęp 19.03.2017.

[3]Zygmunt Machwitz, Elia Kazan i Milos Forman. Emigranci patrzą na Amerykęhttp://www.akademiafilmowa.pl/program,18,95,6,Elia-Kazan-i-Milos-Forman.html, dostęp 19.03.2017.

[4] Ibidem.

[5] Ibidem.