Dzień Dziecka – przekraczanie rzeczywistości

Dzień Dziecka

I zrozumiałem, że już nie ma krainy mego dzieciństwa. Że żyje ona tylko we mnie i razem ze mną rozsypie się w proch którejś nadbiegającej z nicości godziny[1].

Kraina lat dziecinnych

Dzień Dziecka to kolejne święto, które jest pobudką do tropienia w tekstach kultury śladów wiążących się z tematem, znów, tak jak w przypadku Dnia Matki, złożonym, trudnym, bogatymi i jakże fascynującym. Jednym z tych istotnych, z którym artyści na różne sposoby się mierzą, który eksplorują, badają pod różnym kątem, któremu przyglądają się z różnych stron. Który dla niektórych twórców stanowi nawet zasadniczy problem egzystencjalny i czynią z niego główny temat swej twórczości.

Śladów nie trzeba daleko szukać… Najwięksi dali temu wyraz, stwarzając dzieła jedyne w swoim rodzaju, oryginalne, autonomiczne, uniwersalne. Dzięki nim mamy punkt zaczepienia, mamy od czego się odbić.

Literatura – Sklepy cynamonowe Brunona Schulza* – dzieciństwo zaklęte w słowach

Sklepy cynamonowe Brunona Schulza – jedno z największych i najbardziej oryginalnych dzieł literatury polskiej, mające charakter autobiograficzny – są tego najlepszym przykładem. Oczywiście, księga to przebogata w wątki i tematy najrozmaitsze, ale ten dotyczący świata lat najmłodszych wiedzie prym, jemu podporządkowana jest cała wielowarstwowa reszta.

Dzień Dziecka - Sklepy cynamonoweBohaterem cyklu i zarazem narratorem jest głównie chłopiec, pochodzący z niewielkiego przedwojennego miasteczka w Galicji, z kupieckiej żydowskiej rodziny, która przeżywa finansowy upadek i likwidację sklepu. Wątła fabuła nie ma tu większego znaczenia. Znaczenie ma rzeczywistość widziana oczyma dziecka. Chłopiec z ciekawością i fascynacją odkrywa otaczającą go rzeczywistość, odbiera świat, który znajduje się w szczególnym momencie, w chwili przeobrażeń – zderzenia się dwóch, jakże odmiennych i nieprzystających do siebie rzeczywistości – starej, dziewiętnastowiecznej zastałej stabilizacji mieszczańskiej i dwudziestowiecznej nowoczesności[2], po swojemu, w sposób szczególny. Realia zostają przetworzone w wyobraźni chłopca, czego efektem są nowe światy – jakże wzbogacone i ubarwione.

Fantazjotwórstwo, mitomania chłopca o nadwrażliwej psychice i wybujałej wyobraźni sprawiają, że najbardziej zwyczajne postacie, rzeczy codziennego użytku, prozaiczne wydarzenia urastają do rangi herosów, cudów, symboli. Prowincja staje się metropolią, służąca groźnym bóstwem, które opiekuje się rodziną. Zwyczajny powrót chłopca do domu, codzienny spacery uliczkami małego miasteczka czy zwykłe snucie się po strychu, pokojach i korytarzach mieszkania oglądamy dziecka oczami, dla którego te wyprawy urastają do wielkich, niezapomnianych, bo jedynych w swoim rodzaju eskapad. Dla nas zaś, odbiorców, te wojaże są spoza tego świata, są przekroczeniem tej rzeczywistości.

Ta nowa, wykreowana przez Schulza rzeczywistość, jest w gruncie rzeczy wyidealizowanym światem dzieciństwa, mitologizacją tego czasu, jako najistotniejszego okresu w życiu każdego człowieka. Ten nowy świat jest z pogranicza jawy i snu. Oniryczna konwencja jest tu szczególna. Nikt tu jednak nie śni, gdyż proza w całości przypomina po prostu sen, wzorowana jest na jego mechanizmach. Jest konkretna, materialna i jednocześnie fantastyczna i pełna metamorfoz. Mało tego, z jednej strony jest sprzeczna z zasadami logiki, z drugiej zaś tę zasadę sprzeczności ignoruje, niczym w surrealizmie[3]. Ta wykreowana rzeczywistość jest nie tylko oniryczna. Jest też mityczna czy mitopodobna[4].

Autor nadał elementom świata przedstawionego znaczeń sakralnych, upodobnił wykreowaną rzeczywistości, pozbawioną konkretności, do wyobrażeń mitycznych, wpisanych w ludzką świadomość[5]. Co ważne, ta mitologia nie jest tylko mitologią prywatną. Autor sięga tu do mitów biblijnych i helleńskich. A istotą jest tu odtworzenie pierwotnej wiedzy o świecie, prawd dawniej wspólnych dla całej ludzkości wyrażanych za pomocą mitów. Okresem egzystencji człowieka, w którym mityczne poznanie prawd może być człowiekowi najbliższe, jest jego początek czyli dzieciństwo właśnie[6].

Film – Fanny i Alexander Ingmara Bergmana** – dzieciństwo zaklęte w obrazach

Jeden z największych filmowców – Ingmar Bergman – ostatni swój kinowy obraz, jeden z istotniejszych, poświęcił właśnie dzieciństwu, poruszając przy tym główne wątki swojej twórczości – „zmagania i samotność artysty, jego stosunek do Boga i ludzi, moc wyobraźni i siły próbujące ją unicestwić”[7]. Co istotne, autor wykorzystał tu wątki autobiograficzne, gdyż film oparty jest na wspomnieniach reżysera z lat najmłodszych.

Fanny i Alexander to historia rodziny Ekdahlów. Tytuł każe przyglądać się dwójce dzieci (rodzeństwu), które początkowo gubią się w tłumie postaci, stając się z czasem głównymi bohaterami tej wyrafinowanej, dopracowanej w każdym detalu, opowieści o dzieciństwie.

Dzień Dziecka - Fanny i AlexanderEkdahlowie to liczna, kilkupokoleniowa szczęśliwa i zamożna rodzina, umiejąca korzystać z życia, z jego zmysłowych rozkoszy, potrafiąca cieszyć się urokami swego mikroświata, nieprzestrzegająca konwenansów, nieobawiająca się „bratać z ludem”, wolna i otwarta, której czas upływa na świętowaniu i celebrowaniu życia. Wodzirejem jest tu ukochana matka i babcia. Życie jej wnuków, ich dzieciństwo to czas lekkości, beztroski i radości, zabaw i wygłupów. To szczęśliwy okres dla bystrego i nadwrażliwego Alexandra, o przenikliwym umyśle, zatopionego w swoich myślach i fantazjach, – porte-parole reżysera (ja widzę nawet fizyczne podobieństwo), który może swobodnie, bez najmniejszy ograniczeń i konsekwencji korzystać z pokładów swej wyobraźni.

Niestety, ten sielski czas niespodziewanie zostaje przerwany. Umiera ojca dzieci, a owdowiała matka wkrótce ponownie wychodzi za mąż, za człowieka, który jest przeciwieństwem jej pierwszego męża – dyrektora teatru, aktora. Drugi małżonek, surowy luterański duchowny, organizuje życie swojej nowej rodzinie według własnych zasad. Od tej chwili życie Alexandra, jego siostry i matki, staje się przeciwieństwem ich dotychczasowej egzystencji. Znamienne wręcz wydają się tu słowa ojczyma skierowane do pasierba, które symbolicznie oddają sens zachodzącej przemiany w życiu chłopca:

Fantazja jest wielką siłą. To wspaniały dar boży, ale gdy władają nią artyści, poeci, muzycy.

Alexander, stale bytujący na graniczy jawy i snu, według ojczyma ma wadę charakteru – nie odróżnia kłamstwa od prawdy. Zauważa, że jest jednak jeszcze dzieckiem i jego kłamstwa (tak ocenia fantazje chłopca biskup) choć wstrętne, to na szczęście są tylko dziecinne. Ostrzega jednak, że niebawem stanie się dorosły i poniesie za to karę, gdyż życie bezlitośnie karze kłamców.

Z chwilą poślubienia przez wdowę duchownego, następuje odcięcie całej trójki od radosnego życia, które do tej pory wiedli, życia, które teraz odchodzi już do przeszłości. Poślubiona kobieta i jej dzieci przeprowadzają się do domu biskupa zupełnie „nadzy”, wchodzą w nowe życie jak nowo narodzeni – bez żadnego dobytku, bez strojów, biżuterii, mebli, bez przyjaciół, zwyczajów i myśli, bez poprzedniego życia, bez zabawek, lalek, książek.

Na szczęście ten mroczny okres szybko dobiegł końca i Alexander wraz z matką i siostrą powrócił na łono ukochanej rodziny, by znów cieszyć się urokami dzieciństwa.

Fanny i Alexander jest uniwersalną, też oniryczną, nostalgiczną i symboliczną opowieścią o dzieciństwie. Stanowi również rodzaj pożegnania artysty z własnym dzieciństwem czy nawet rodzaj rozliczenia się z nim. Bergman pokazał tu czar tego okresu w życiu człowieka, ale też jego mroki – tajemne siły, które walczą o duszę dziecka[8].

Podsumowując

Powrót do krainy dzieciństwa tych dwóch wybitnych twórców zaowocował szczególnymi dziełami, jedynymi w swoim rodzaju. W swojej estetyce, za pomocą sobie właściwych zabiegów formalnych stworzyli dzieła, które choć dotykające rzeczywistości konkretnej, to w efekcie tę konkretność przekraczające. Autonomiczność ich i uniwersalność pozwala nam wejść w ich świat wykreowany, cieszyć się nim, zachwycać i poczuć się jak u siebie! Nic tylko dać porwać Schulzowskim i Bergmanowskim wizjom!

*Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe. Sanatorium pod klepsydrą, Warszawa 1999, rok pierwszego wydania – 1933.

**Fanny i Alexander, reż, Ingmar Bergman, Szwecja, Francja, RFN, 1982, tytuł oryginalny – Fanny och Alexander.


[1] Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa, Warszawa 2016.

[2] Jerzy Kwiatkowski, Dwudziestolecie międzywojenne, Warszawa 2003, s. 341.

[3] Ibidem.

[4] Ibidem.

[5] Elżbieta Olinkiewicz, Katarzyna Radzymińska, Halina Styś, Słownik encyklopedyczny: Język polski, Wrocław 2002.

[6] Kwiatkowski, op. cit, s. 342.

[7] Panorama kina najnowszego 1980–1995. Leksykon, red. Barbara Kosecka, Anita Piotrowska, Wojciech Kocołowski, Kraków 1997.

[8] Ibidem.

BIBLIOGRAFIA
  • Jarzębski Jerzy, Prowincja centrum. Przypisy do Schulza, Kraków 2005.
  • Kłopotowski Krzysztof, „Fanny i Aleksander”, czyli suma ludzkiego życia, opublikowano 06.06.2013, http://film.interia.pl/wiadomosci/news-fanny-i-aleksander-czyli-suma-ludzkiego-zycia,nId,1812647, dostęp 31.05.2017.
  • Konwicki Tadeusz, Mała apokalipsa, Warszawa 2016.
  • Kwiatkowski Jerzy, Dwudziestolecie międzywojenne, Warszawa 2003.
  • Olinkiewicz Elżbieta, Radzymińska Katarzyna, Styś Halina, Słownik encyklopedyczny: Język polski, Wrocław 2002.
  • Panorama kina najnowszego 1980–1995. Leksykon, red. Barbara Kosecka, Anita Piotrowska, Wojciech Kocołowski, Kraków 1997.

Bitwa o siebie. „Wojna Witkacego” – Krzysztof Dubiński*

Wojna WitkacegoTytuł – Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach. 

Autor – Krzysztof Dubiński

Wydawnictwo – Iskry

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską, historią Rosji oraz historią wojskowości; dla entuzjastów życia i twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Witkacowski bzik

Być może ktoś już dostrzegł, że Witkacy to twórca Bałwochwalicy Jednej szczególnie bliski. Wprawdzie nie obnosiłam się z tym faktem za bardzo, ale dałam temu sygnał już w chwili powołania Bałwochwalni do życia. Bo nie mogło być inaczej. Z jednej strony marzę tylko o wyrwaniu się z jego macek, dlatego nie mówię zbyt wiele o moich pozablogowych wycieczkach badawczych, z drugiej przesiąkłam nim na tyle, że uciec już nie sposób. Niech więc będzie…

Stale, od lat okazuje się, że witkacologa nie jest dziedziną badań zamkniętą, jest wciąż żywa, gdyż kolejni badaczy zabierają w tej sprawie głos i nie chcą powtarzać treści Jana Błońskiego, Janusza Deglera, Anny Micińskiej, Konstantego Puzyny. Ich ambicją jest pokazanie, że jeszcze nie wszystko powiedziano, że to, co już powstało należy do przeszłości, a trwające dziś domaga się nowego, innego, świeżego spojrzenia, czytania, uaktualnienia treści znanych, zinterpretowania adekwatnego do teraźniejszości czy nawet obalenie opinii tego znamienitego grona. Dowodem na to są kolejne publikacje, czy inicjatywy, jak powołanie do życia półrocznika „Witkacy” Państwowego Instytutu Wydawniczego.

Wojna Witkacego o siebie

Książka należąca do Krzysztofa Dubińskiego, dziennikarza i politologa, speca od wojskowości, nie dotyczy twórczości artysty spod Tatr, nie jest pracą z zakresu literaturoznawstwa czy historii sztuki, tylko jego biografii.

Wydawać się może, że publikacja tej kwestii poświęcona jest zupełnie zbędna, ponieważ życie Witkacego jest prześwietlone w każdy calu, udokumentowane, zbadane pod każdym kątem i powszechnie znane, więc nie ma potrzeby znów o tym pisać, gdyż będzie to wtórne, gdyż będzie to tylko powtarzanie znanych treści.

Istota sprawy

Dubiński udowadnia, że nic bardziej mylnego. Jego Wojna Witkacego wychodzi naprzeciw tym, którzy zdają sobie sprawę, że jest w biografii autora Szewców coś, co zbywa się zwykle jednym krótkim określeniem, niczego bliżej nie wyjaśniającym i całej reszcie dyletantów, która myślała, że na ten temat wie już wszystko.

Witkacy w Rosji

Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach, bo tak brzmi pełny tytuł rozprawy, o której mowa, jest monografią poświęconą niewielkiemu odcinkowi życia twórcy, który, mimo że uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów, bo przełomowych, to jednak tajemniczy, w istocie zaś znany tylko powierzchownie, nawet wśród witkacologów, na temat którego mnożą się domniemywania i spekulacje.

Temu czteroletniemu okresowi – od 1914 do 1918 czyli pobytowi Witkacego w Rosji, a zatem, gdy jako żołnierz elitarnego Pawłowskiego Pułku Lejbgwardii walczył na froncie I wojny światowej, a potem przebywał w ogarniętej rewolucją Rosji – Dubiński poświęcił swą pracę, będącą bardzo drobiazgowym i rzetelnym kompendium wiedzy na temat życia artysty tamtego czasu.

Posiłkując się rosyjską i polską dokumentacją wojskową oraz bazując na opracowaniach historycznych i literaturze wspomnieniowej, autor niemalże dzień po dniu zrekonstruował pobyt Witkacego w Rosji, przebieg jego służby wojskowej, odsłaniając przy tym prawdę o tamtym czasie, niejasne i niezrozumiałe kwestie, czy odkłamując pewne sprawy – weryfikuje mity, legendy, wyjaśnia zagadki, prostuje fakty. Dlatego publikacja Dubińskiego nie jest pracą odtwórczą, powtarzającą znane treści, jest pracą, która wnosi coś nowego do badań nad Witkacym, pomimo wielu hipotez, gdyż faktem jest, że skrupulatne badania autora nie przyniosły odpowiedzi na wszystkie pojawiające się pytania. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z istotnym źródłem wiedzy o życiu jednego z ważniejszych polskich twórców.

Tę stosunkowo obszerną (bo zakres problemu jest przecież bardzo wąski) monografię tworzy osiemnaście rozdziałów, które odpowiadają poszczególnym etapom pobytu Witkiewicza w Rosji. Wprowadzając, autor przypomina genezę podjętej przez artystę decyzji i wszelkie związane z tym okoliczności. Dalej, niezwykle skrupulatnie odtwarza kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata tego intensywnego czasu, by zamknąć opowieść powrotem artysty w rodzinne strony.

Geneza

Zakopiańska tragedia – samobójstwo narzeczonej – i jej konsekwencje – wyjazd u boku starego przyjaciela Bronisława Malinowskiego do Australii, który miał przywrócić równowagę psychiczną rozpaczającemu mężczyźnie – poprzedziły wybuch I wojny światowej. Wojna, można rzec, wybuchła dla Witkacego w najbardziej odpowiednim momencie, gdyż przy niemożności znalezienia ukojenia w tropikach zaczęła artyście jawić się jako jedyna szansa na ratunek – uzasadnienie sensu życia. Artysta uznał, że tylko udział w walce może nadać jego życiu godności. Nie zwlekając więc, podjął decyzję o powrocie do Europy.

Rosja

Tu zaczyna się zasadnicza część pracy Dubińskiego. W kolejnych rozdziałach autor bierze pod lupę epizod z życia Witkacego, który choć bezdyskusyjnie uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów tej biografii, to tu dopiero naprawdę poznajemy jego genezę, sens i znaczenie.

Począwszy od opuszczenia ziemi australijskiej autor idzie krok w krok za Witkiewiczem, przypomina powzięte przez niego decyzje, odkrywa fakty i szuka uzasadnień jego poczynań. Przywołuje carski Petersburga, do którego przybył Witkacy po długiej podróży z tropików, opisuje starania artysty wstąpienia do lejbgwardii, dalej jego pobyt w elitarnej Pawłowskiej Szkole Wojskowej, następnie życie w mundurze porucznika lejbgwardii, dowodzenie oddziałem, koszarową codzienność, walki na froncie i ich skutki, walki uliczne w ogarniętej rewolucją stolicy oraz ucieczkę z bolszewickiej już Rosji.

W poszczególnych rozdziałach Dubiński mierzy się z odkrytymi przez siebie faktami, ustaleniami, zestawiając je z stanem dotychczasowej wiedzy na ten temat. Dzięki temu otrzymujemy pełny obraz rosyjskiego fragmentu biografii Witkacego, niejako ostatecznie uporządkowany, nawet jeśli z miejscami, których nie udało się wyjaśnić, to z dokładnie nakreślonymi i wyznaczonymi, co satysfakcjonuje i nie pozostawia niesmaku niepełności.

Obiektywizm, prostowanie faktów, obalenie mitów, odzieranie z legendy

Dubieński mierzy się także ze znamienitym gronem witkacologów, zwracając uwagę na ich przemilczenia czy pewne skróty myślowe, a niekiedy nawet ignorancję. Ma za złe, że biografowie artysty uważniej przyglądają się kolorom jego garderoby niż postaciom, które w pamięci twórcy Pożegnania jesieni wpisały się z pewnością nie bez powodu. Prostuje też pewne fakty. Jak chociażby te dotyczące źródła zmiany jaka zaszła w stosowanej przez Witkiewicza technice rysunku (pastel zastąpił węgiel), tzw. kompozycji astronomicznych czy te dotyczące rzekomej bratobójczej walki.

Obala mity na temat zdemoralizowanej armii tamtego czasu, popełnianych przez oficerów samobójstw, narkotycznych seansów, czy dekadenckich gier w kukułkę, także te na temat odniesionych ran czy kontuzji, udziału w rewolucji rosyjskiej czy te dotyczące komisarza politycznego.

Autor utrwala też portret artysty odarty z legendy – poważnego, racjonalnego człowieka, twardo stąpającego po ziemi, głęboko odczuwającego rzeczywistość, który musiał być zawsze, jak mawiał, zapięty na ostatni guzik, i taki też jawi się jako uczeń pawłowskiej szkoły, jako porucznik i oficer carskiego wojska czy odpowiedzialny i odważny dowódca oddziału.

Warto odnotować, że Dubiński jawi się w swej publikacji jako badacz, który obiektywnie podchodzi do przedmiotu swych dociekań. Witkacy jest twórcą, który od zawsze wywołuje skrajne opinie i trudno tu o bezstronną postawę, tym bardziej ceni się obiektywną, bez poczynionych z góry założeń, niepodkolorowaną analizę jego biografii, której efektem jest właśnie Wojna Witkacego.

Konsekwencje

Powszechnie wiadomo, że rosyjski okres odcisnął się na życiu Witkacego w sposób zasadniczy, że to w jego życiu cezura, która oddziela młodego jeszcze nie w pełni ukształtowanego mężczyznę, od dojrzałego już artysty i człowieka. Dubiński z pasją i niemalże detektywistycznym zacięciem odrywa co to w istocie znaczyło, na czym poległo, gdyż sam artysta niewiele na ten temat ujawnił. Lektura Wojny Witkacego pozwala zrozumieć i docenić wyjątkowe znaczenie tego okresu dla przyszłości artysty na podstawie, co istotne, wniosków wysnutych z zebranych przez autora faktów. Dlatego publikacja jawi się jako podstawa do badań nad genezą Witkacego, jako punkt wyjścia.

Publikacja poświęcona jest w konkretnemu człowiekowi, szybko jednak przekonamy się, że w istocie jest czymś więcej. Bowiem możemy też potraktować Witkacego jako pretekst samego autora do odmalowania portretu carskiej armii, jej losów, od powołania jej do życia, do jej unicestwienia, odsłonięcia charakteru służby, panujących obyczajów, przedstawienia udziału jej w I wojnie światowej i roli jaką odegrała podczas rosyjskich rewolucji. Dubieński nie poprzestał na przedstawieniu losów głównego bohatera swej publikacji. Przedstawił je, nie pozbawiając ich kontekstu, tła. Dzięki temu otrzymaliśmy obraz umiejscowiony w realiach tamtego czasu, miejsca, tamtych okoliczności, a nie oderwany od rzeczywistości, abstrakcyjny wręcz. Zatem Wojna Witkacego nie jest pracą hermetyczną, tylko dla znawców czy entuzjastów Witkacego, jest publikacją dla odbiorców o szeroko zakrojonych zainteresowaniach.

*Niniejszy tekst w wersji zmienionej i uzupełnionej wkrótce ukaże się w jednym z czasopism humanistycznych.

Osobliwe czytanie. „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” – Anna Król

Iwaszkiewicz intymnieTytuł – Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie

Autor – Anna Król

Wydawnictwo – Wilk&Król

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską; dla wrażliwców; dla tych, którym wspólne dobro nie jest obojętne; dla ceniących pamięć, tradycję, przeszłość; dla entuzjastów życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć, zrozumieć, współbyć, współodczuwać
  • MOJA OCENA – 6/6
Igła w stogu siana

Ta książka długo musiała na swoją kolej czekać. Mimo że uznałam ją za pozycję obowiązkową, którą znać po prostu muszę, ze względów chociażby zawodowych, to leżała, bo pomysł powołania do życia takiej publikacji wydawał mi się po prostu naciągany, co skutecznie mnie zniechęcało. Nadszedł jednak moment, że postanowiłam odbębnić zaległą lekturę. Szybko przekonałam się, że będzie to piękna przygoda. Zrewidowałam też pogląd na temat tego typu publikacji. Że trzeba uważać, gdyż wśród nich, tych obliczonych jedynie na zysk, są takie książki jak Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie Anny Król – wartościowe, które nie są chwytem marketingowym.

Iwaszkiewicz intymnie

Anny Król czytanie intymne

Jarosław Iwaszkiewicz to pisarz zaczytany, zapisany można rzec dość dokładnie. To autor powszechnie znany. Prześwietlono jego życie i twórczość na wiele sposobów. Anna Król postanowiła zrobić to po swojemu. Zdecydowała się opowiedzieć o Iwaszkiewiczu przez pryzmat rzeczy, które twórca po sobie pozostawił. Ta jej metoda nie wydawała mi się dość oryginalna ani mająca uzasadnienie, rację bytu. Słowa „opowieść o Iwaszkiewiczu poprzez jego osobiste rzeczy” w zasadzie charakteryzują książkę Król i oddają jej sens, w istocie jednak tylko sprowadzają na manowce. I całe szczęście, bo otrzymujemy zgoła coś innego, coś więcej. Znacznie więcej.

Metoda, którą zastosowała autorka okazała się znacznie bardziej skomplikowana i uzasadniona, też wyjątkowa. I dzięki niej udało się osiągnąć niepowtarzalny efekt, którego mogą pozazdrościć inni, którzy żerują na cudze życie, czytaj biografowie.

W czym rzecz? Przymiotnik „intymnie” wydaje się tu kluczowy. Idzie o mniej formalne życie twórcy Brzeziny, intymne właśnie, ale i o intymność Anny Król, jej prywatny świat.

Debiut

Rzeczy czytałam jak literacki debiut pisarki, która musi wypowiedzieć kilka myśli, odcinając się od przeszłości, by móc ruszyć, by iść dalej. Debiut dobry, podkreślę, w myśl opinii Anny Marchewki, której zdaniem dobry debiut „to jest coś takiego, co sprawia, że przestaję być krytykiem a staję się znów czytelniczką, że chcę przeczytać jeszcze raz tę książkę i że coś się we mnie wydarzyło. Debiut przynosi coś nowego. Gdy rozmawiamy o debiucie, to mówimy o czymś wyjątkowym, czymś mocno dotykającym, poruszającym, o czymś, na co czekamy. Dobry debiut to jest coś, co mnie wytrąca z równowagi i sprawia, że przestaję pracować a zaczynam przeżywać”[1]. I ja, podczas lektury książki Król zapomniałam się. Całą sobą weszłam w opowiadany przez nią świat, w jej świat. Bo Iwaszkiewicz z kart Rzeczy, to nie Iwaszkiewicz obiektywnie pojmowany, tylko Anny Król. To ona na nowo, po swojemu, przez pryzmat swoich doświadczeń, swojej osobowości, tworzy go, zarysowuje jakże subiektywny, zindywidualizowany portret, lepi z fragmentów rozproszonych. Z rzeczy właśnie. Ale nie tylko. Bo i ze wspomnień, zdjęć, ze słów wypowiedzianych, zapisanych, z dialogów wyobrażonych, z miejsc, zwierząt  i ludzi.

Fabularyzowany zarys egzystencji

Z czym mamy do czynienia jeśli chodzi o przynależność gatunkową? Nie jest to dokument ani powieść sensu stricto. Bo choć są tam fakty, to są i zmyślenia. Dlatego chyba najtrafniejsze wydaje się określenie „fabularyzowana biografia”. Choć może „biografia” to za dużo powiedziane. Może lepiej „zarys egzystencji”, gdyż oddaje istotę przedsięwzięcia – w myśl samego Iwaszkiewicza, który w swych Dziennikach zanotował:

Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii ponieważ w swoim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom[2].

Istnieją wprawdzie popularne fabularyzowane biografie, będące jednak tradycyjnie pojętym powieściami, których jestem wielką entuzjastką, to w tym przypadku mowa jest o czymś znajdującym się znacznie bliżej literatury non fiction, chociażby przez sam sposób prowadzenia narracji. Narratorką jest z jednej strony Anna Król, badaczka życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, która po reportersku przemierza Polskę, tropiąc ślady przeszłości i skrupulatnie wszystko notując, z drugiej zaś, jednocześnie, Anna Król, wielbicielka twórcy i niejako jego wychowanka, która daje wyraz swoim doświadczeniom, upust intymnym przeżyciom i doznaniom. I tytułowe rzeczy, które artysta po sobie pozostawił są dla niej tylko pretekstem, do indywidualnego odczytania jednego z największych polskich twórców XX wieku.

Iwaszkiewicz Król

Z tego czytania Iwaszkiewicza przez Król wyłania się postać człowieka – dyplomaty, światowca, prezesa Związku Literatów Polskich, redaktora naczelnego „Twórczości”, posła, poety, pisarza – z krwi i kości, bardzo złożonego, jednak chyba tylko pozornie pełnego sprzeczności. Dla którego bycie wybitnym twórcą i politykiem jednocześnie nie było zaprzedaniem duszy diabłu, tylko możliwością. Wyłania się postać człowieka czułego, wrażliwego, niepewnego, samotnego, nierozumianego, targanego namiętnościami, dalekiego od zimnego polityka, czy człowieka zdystansowanego, może nawet wyrachowanego. Dotykając intymnego świata Iwaszkiewicza, autorka odkrywa przed odbiorcami zakamarki jego duszy, byśmy go zrozumieli i mogli z nim współodczuwać.

Najbardziej ujmujące są te migawki z życia pisarza, które ukazują relację z innymi. Z żoną, kochankiem czy choćby z sekretarzem/ kierowcą. Odsłania się nam wówczas Iwaszkiewicz mąż, kochanek, przyjaciel, towarzysz. Fragmenty dotyczące romansu z Jerzym Bełczyńskim, romansu podszytego tragizmem (kochanek-gruźlik), są niezapomniane[3]. Te zaś odnoszące się do małżeństwa z Anną, małżeństwa także naznaczonego dramatem (powracająca choroba psychiczna żony), składają się niewątpliwie na jedną z ciekawszych opowieści o życiu literackim polskiego XX wieku.

Odchodzenie

Rzeczy, podobnie jak Mahatma Witkac Joanny Siedleckiej, jest nie tylko opowieścią o danym twórcy, jest też uniwersalną narracją o odchodzeniu. Otwiera ją śmierć pisarza i jego pogrzeb, by później, cofając się w przeszłość, tropić znaki przemijania. Przemijania ludzi, rzeczy, świata. Ich starzenia się. Istnienie naznaczone tragizmem, tak obecne w całej twórczości Iwaszkiewicza, obecne jest i tu, gdy choroba zżera kochanka, też krewnego – Karola Szymanowskiego, gdy umiera żona, gdy starzeje się ciało, umysł, gdy niszczeją rzeczy.

Misja

Anna Król swoją publikacją jakby mimochodem wypełnia swą misję. Autorka Rzeczy jest animatorką kultury, pomysłodawczynią i dyrektorką Big Book Festival, a przede wszystkim jest autorką projektów literackich i edukacyjnych promujących – tu jej misja – literaturę i czytanie. Jest przy tym entuzjastką życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza. I poprzez powołanie do życia Rzeczy niewątpliwie zaraża innych i Iwaszkiewiczem, i czytaniem w ogóle.


[1] O czym mówimy, kiedy mówimy o debiucie literackim?, zapis audycji radiowej, 22.04.2015, Radio Kraków, http://www.radiokrakow.pl/rozmowy/o-czym-mowimy-kiedy-mowimy-o-debiucie-literackim/, dostęp 30.04.2017.

[2] Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, cyt. za, Anna Król, Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie, Warszawa 2015, s. 366.

[3] Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego, Warszawa 2017.

Ocalić od zapomnienia. „Mahatma Witkac” – Joanna Siedlecka

Mahatma WitkacTytuł – Mahatma Witkac

Autor – Joanna Siedlecka

Wydawnictwo – Prószyński i S-ka

Rok – 2005

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską; dla wrażliwców; dla tych, którym wspólne dobro nie jest obojętne; dla ceniących pamięć, tradycję, przeszłość
  • PO CO – by mieć świadomość, by wiedzieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Fakt

Dziś będzie krótko i konkretnie. Też nieco inaczej, gdyż książka, której ta nota jest poświęcona wyróżnia się spośród tych, które proponowałam do tej pory w Bałwochwalni. Różni się tym, że nie należy do literatury pięknej, tylko do literatury faktu.

Do tej publikacji wracałam kilkakrotnie. I wcale nie z zachwytu, a z potrzeby, nie tej wewnętrznej, a powiedzmy zawodowej. Słowem, przymus. I dobrze. Dzięki temu, za którymś tam razem, dane mi było odkryć jej wartość dodaną. Tę uniwersalną. Faktem jest, że pozycja ta, mająca przecież konkretny temat – Stanisław Ignacy Witkiewicz – jest popularna wśród zainteresowanych daną kwestią, czy to samym artystą, czy to historią literatury polskiej, historią sztuki polskiej, czy polską kulturą w ogóle, ale warto, by po nią też sięgnęli ci, których poszukiwania obejmują i inne tereny.

Odchodzi Mahatma Witkac

Książka ujrzała światło dzienne na początku lat dziewięćdziesiątych (w 1992). Od tamtej pory minęło więc sporo czasu i ukazały się kolejne jej wydania. To dobrze, bo… Do tego wkrótce dojdę.

Persony dobrze znane

Mahatma Witkac Joanny Siedleckiej – to wystarczy, by wiedzieć w czym rzecz. Bo i autorka i bohater książki to persony dobrze znane. I Witkacy, i Siedlecka są bohaterami na osobną notę. Ja jednak chcę pójść innym tropem, nie tak konkretnym.

Joanna Siedlecka, znana eseistka i reporterka, dekady temu postanowiła napisać książkę reporterską poświęconą pewnemu znanemu artyście, który zginął z początkiem końca… końca pewnej epoki – we wrześniu 1939 roku. Świadomie pomijam kim był ten „pewien znany artysta”, gdyż nie to jest tu istotne. Autorka chcąc przywołać jego świat udała się w podróż sentymentalną – do Polski sprzed II wojny światowej.

Podróż sentymentalna

Tę podróż Siedlecka oparła przede wszystkim na rozmowach z ludźmi, którzy owego artystę znali, którzy go jeszcze pamiętali. Nie byli to najbliżsi, gdyż ci już nie żyli, ale i im autorka oddała należny głos. Dostaliśmy tym sposobem, z subiektywnych i fragmentarycznych relacji, migawki z życia artysty. Mahatma to nie biografia przedstawiająca i analizująca kolejne etapy egzystencji twórcy Nienasycenia. To dotykanie chwil jego życia. Znający biografię artysty w gruncie rzeczy niczego nowego się nie dostają, a nieznający raczej poczują niedosyt, niezadowolenie albo zagubienie, gdyż nie otrzymają pełnego obrazu, a raczej obraz pełen białych plam. Nie wydaje mi się to jednak aż tak istotne. Gdyż otrzymaliśmy tym sposobem coś zgoła innego, coś według mnie bardziej istotnego i cennego.

Ocalić od zapomnienia

Świat Witkacego, owego pewnego znanego artysty, w istocie okazuje się pretekstem do opowiedzenia o czymś, na co nie możemy być obojętni, co, mając wartość największą, odchodzi w niebyt.

Mahatma to opowieść o świecie, którego właściwie już nie ma. Z różnych powodów, często nieuniknionych, ale też z powodu naszego ignoranctwa, głupoty, braku świadomości, samolubstwa, próżniactwa.

Każda kolejna rozmowa oddala nas od tamtego świata… Uświadamia, że to, czego wojenna pożoga nie zdołała zniszczyć, zniszczyły lata komunistyczne, a to, co ocalało profanuje wręcz teraz kapitalizm. I to najbardziej boli. Dzisiejsze pokolenie – nasze pokolenie – z wojną w sposób bezpośredni nie ma nic wspólnego, z komunizmem co najwyżej dzieciństwo. Ma więc usprawiedliwienie. Nie jest odpowiedzialne za przeszłość. Ale jest odpowiedzialne za teraźniejszość, za to, co dzieje się tu i teraz. I tu nie ma już usprawiedliwienia…

Najłatwiej zniszczyć, zapomnieć, odciąć się, ale co wówczas pozostanie? Kim wówczas będziemy?

Mahatma Witkac otwiera oczy! Jest „hymnem wzniesionym na cześć dawnego świata, zadeptanego przez wojnę i późniejszą sowiecką okupację. Lamentem nad śmiercią polskiej inteligencji i artystycznej bohemy. Płaczem po Zakopanym, magicznym niegdyś miejscu, wchłoniętym przez socrealistyczny kicz i szarość”[1].

Książka wywołuje dojmujący smutek, żal, sprawia, że boli. Uświadamia. Dlatego dobrze, że kolejne wydania się pojawiają. Może dzięki temu coś, choćby drobiazg, ocaleje…


[1] Michał Smyk, Mahatma Witkac. Joanna Siedlecka, Wydawnictwo MG 2014, opublikowano 11.12.2014, http://opetaniczytaniem.pl/recenzje/mahatma-witkac-joanna-siedlecka-wydawnictwo-mg-2014.html, dostęp 16.02.2017.