Klasyka – lek na zło świata tego

Idzie nowe!!!

Misja

Jak głosi słowo wstępne misją Bałwochwalni jest ocalenie od zapomnienia dzieł, o których zapomnieć nie można, bo będzie to wyrządzenie ludzkości zła, którego naprawić się już nie zdoła. Chodzi zatem o krzewienie literatury przez wielkie „L”, klasyki tak zwanej (mówiąc klasyka mam na myśli przede wszystkim literaturę piękną, ale nie tylko, także kanoniczne prace historyczne, filozoficzne) – zestawu tekstów uznanych za wzór, zestawu tekstów podstawowych dla danego kręgu kulturowego, czyli dzieł tak zwanego kanonu.

Próba istotna

W istocie chodzi o próbę przekonania nieprzekonanych, nieuznających, lekceważących, ignorujących, do skłonienia, by podjąć wysiłek, by wyjść poza nawyki, poza strefę komfortu.

Nie chodzi tu o spór klasyków z romantykami ani o moralizatorstwo, nie o mówienie, że wypada, że należy. Nie o odrabiane lekcji chodzi. Słowem, nie o zniewolenie przez literaturę czy szerzej kulturę. Ale o szacunek. Do innych. Do siebie.

Po co? Po to, by pielęgnować ducha, doskonalić swe wnętrze. By mieć w sobie – jak mawiał Władysław Broniewski – maleńki kompas, który nie pozwoli zagubić się w tym dużym i niezbyt mądrym świecie[1].

Nowy cykl

Faktem jest, że Bałowchwalnia otworzyła swe wrota już jakiś czas temu, mimo to, do tej pory, poza szumną zapowiedzią, słowo realizujące ową misję nie padło.

Nie dlatego, że poszła w niepamięć, tylko dlatego, że sprawa wymagała nie lada namysłu, gdyż chodzi o coś, co skupia w sobie kilka istotnych kwestii, które należało rozpatrzyć z wielu stron, pod różnym kątem, z wielu perspektyw.

Stało się jednak… Tekstem niniejszym wprowadzam do Bałwochwalni nowy cykl not – Klasyka – lek na zło świata tego – poświęconych klasyce właśnie!

Nie będzie żadnej chronologii, nie będzie też systematyczności. Niespodziewanie pojawi się nota, o tym czy o tamtym dziele literackim.

Słowo wstępu

Na początek jednak kilka zdań wstępu, uzasadniających, które paść muszą…

Obcowanie z literaturą jest wartością niepodlegającą dyskusji (tyle że chyba nieco opacznie rozumianą, pomieszane bowiem zostają róże, niekiedy nieprzystające do siebie porządki).

Moc sprawcza

Czytanie – owo obcowanie z literaturą – jest czynnością mającą imponujący na człowieka wpływ, oddziałującą na jego egzystencję i rzeczywistość w sposób wręcz zadziwiający. Grzegora Jankowicz donosi, że:

Myślimy o tym, co przeczytaliśmy. Wyobrażamy sobie świat, do którego zostaliśmy zaproszeni. Nadajemy mu kształt. Meblujemy go po swojemu. Przy tym cały czas poruszamy się w naszej rzeczywistości, która wygląda już jednak nieco inaczej, a przynajmniej inaczej nam się jawi. Zaszła bowiem zmiana: najpierw w nas – dzięki literaturze, a potem w świecie – za naszą sprawą[2].

Czytanie zatem jest czynnością mającą ogromną moc sprawczą.

Niestety, czytanie jest procesem czasochłonnym, wymagającym, pozornie bezproduktywnym, nie przynoszącym natychmiastowych korzyści, z tych też względów nieatrakcyjnym dziś, w dobie pośpiechu, natłoku informacji, nastawienia na zysk, efekt natychmiastowy, dlatego też i zarzucanym. Ruszyła więc machina promująca czytanie!

Co czytać?

I odezwali się reprezentanci dwóch szkół. Jedni twierdzą, że warto czytać, nieważne co, byleby czytać cokolwiek. Drudzy, że warto czytać, ale świadomie, wybierając perełki. Ja, snobka, należę do szkoły drugiej. Wychodzę z założenia, że żyjąc w epoce, w której tak cenne są czas i pieniądze, nie warto marnować tego na rzeczy pozbawione wartości, nie warto się rozdrabiać, szkoda owego czasu, owych pieniędzy, także energii i nas samych na czytanie byle czego. Dlatego Bałwochwalnia obrała kurs na to, co sprawdzone, na klasykę.

Obawa realna?

Na początek jednak warto postawić pytanie: dlaczego? Skąd ten pomysł? Czy rzeczywiście istnieje realna obawa zapomnienia?

Istnieje! Świat zalewają tomy różnorakie, wyroby książkopodobne. I ręce opadają zerkając na wystawy sklepów z książkami, na półki tychże składów. Co wybrać? Czym się kierować? Zalew produkcji wątpliwej jakości przyczynia się nie tylko do tego, że niezauważone zostają rzeczy wartościowe wśród nowości wydawniczych, ale też do tego, że cenne dzieła z historii literatury stają się niebytem i ludzkość o nich zapomina.

Wydawcy kuszą na wiele sposobów, z każdej strony krzyczą, nawołują, wabią, uwodzą. Każą nam być na bieżąco, każą więc czytać więcej, szybciej, co oznacza bezrefleksyjnie, bezkrytycznie, bo nie ma na to czasu, gdyż tyle jest do przeczytania… Czujemy się więc osaczeni i pozbawieni możliwości dokonania mądrego wyboru. Czytamy więc na akord, pobieżnie, bez uwagi, zaangażowania, wysiłku, poświęcenia, przy okazji, w międzyczasie, z doskoku, bez radości i przyjemności, bez celebrowania aktu przeczytania, bez rozsmakowywania się, bez zagłębiania się w treść, artyzm, piękno, kontekst, odhaczając kolejną przeczytaną pozycję i zapominając o niej natychmiast.

Klasyka – lek na zło świata tego

Sposobem na to jest staranniejsze dobieranie lektur. Dlatego dobrze jest postawić na klasykę! Na coś, co jest sprawdzone, co przez setki, dziesiątki lat zostało zweryfikowane! Coś, co jest dobrą literaturą, do czytania czego nakłaniają takie umysły jak Umberto Eco, Italo Calvino, Susan Sontag czy Ryszard Koziołek.

Sens

Przyjmując więc, że rzeczywiście istnieje realna obawa zapomnienia, to nasuwa się kolejne pytanie: co z tego? Po co z tym walczyć? Po co próbować zmieniać istniejący stan rzeczy? Po co czytać klasykę, powstałą tak dawno, a więc nieprzystającą do dzisiejszych czasów? Czy nie lepiej poświęcić się lekturze tekstów współczesnych, które dotyczą naszego tu i teraz, które niekiedy też objaśniają bądź starają się objaśnić nam teraźniejszość?

Nie zamiast, tylko także

Nie chodzi tu jednak o zamiast, tylko o także! Literatura najnowsza niewątpliwie istotna jest dla naszego tu i teraz, bezdyskusyjnie więc warto ją czytać, tyle że musimy pamiętać, że jej czytanie, bez znajomości tekstów z przeszłości, zawsze będzie procesem niepełnym, zubożałym. Będzie pozbawione szerszego spojrzenia, kontekstu, który jest zespołem odniesień niezbędnych do pełniejszego zrozumienia literatury najnowszej. Słowem, klasyka jest niezbędna do zrozumienia współczesności, naszego tu i teraz.

Poza tym czas dopiero pokaże, czy ta literatura najnowsza istotna będzie kiedyś, słowem, czy istotna będzie zawsze, czy okaże się ponadczasowa. Jeśli tak, to zyska wówczas niepodważalną i najwyższą wartość. Ale to dopiero przyszłość zweryfikuje.

Uniwersalność

Mamy jednak pod ręką rzeczy, które przeszły tę bezlitosną próbę czasu, więc w naszym tu i teraz już mają niepodważalną i najwyższą wartość. Te zweryfikowane rzeczy sprzed dziesiątków, setek lat, które przetrwały, ostały się właśnie dlatego, że dotykają naszego tu i teraz, mimo że powstały w odległej przeszłości! Dotykać będą też naszego jutra. Słowem, będą aktualne zawsze i wszędzie. Bez względu na czas i przestrzeń. Bo klasyką są takie właśnie książki, jak trafnie ujął to Italo Calvino, wobec których teraźniejszość staje się szumem w tle, ale które jednocześnie nie mogą bez tego szumu istnieć. Klasyką są jednocześnie takie dzieła, które trwają jako tło – nawet wtedy, gdy zupełnie niekompatybilna z nim teraźniejszość przejmuje chwilowo kontrolę nad sytuacją[3].

Piękno

Poza tym dzieła klasyczne, z tak zwanego kanonu, to nie tylko kunszt treści, to też kunszt formy i języka. Czyż więc to nie najlepszy materiał, by wyrabiać sobie gust, poczucie smaku estetycznego, by zaszczepić miłości do literatury i ją pielęgnować? Obcowanie z pięknem daje wiele satysfakcji, pod warunkiem, że damy temu i sobie szansę. Pod warunkiem, że wyjdziemy przygodzie na przeciw, że damy się ponieść i bez pośpiechu rozsmakujemy się w tym, co cennego nam pozostawiono.

Pytanie podstawowe

Dlaczego, żyjąc w święcie tymczasowości, bylejakości i tandety, zdewaluowanych wartości, zadowalać się produkcją treści miałkich, nijakich, pustych, ubogich znaczeniowo, intelektualnie, językowo, formalnie, z nic nieznaczącym słowem, bez płynącej mądrości, bez wagi, nie wymagających zaangażowania, wysiłku, przeżycia, nie pozostawiających śladu? Dlaczego nie oddawać się lekturze literatury sprawdzonej, klasyki właśnie?

Studnia bez dna

Dlaczego o klasyce wciąż się mów? Dlaczego artyści z dziedzin najrozmaitszych stale odwołują się w swej twórczości do dzieł z przeszłości? Dlaczego na przestrzeni dziesiątków lat stale powraca się do twórców klasycznych? Przypomnijmy sobie choćby ile było inscenizacji Dziadów Adama Mickiewicza w XX wieku (te najważniejsze: 1901 r. – Stanisław Wyspiański, 1932 i 1934 r. – Leon Schiller, 1955 r. – Aleksander Bardini, 1961 r. – Jerzy Grotowski, 1967 r. – Kazimierz Dejmek, 1973 r. – Konrad Swiniarski, 1987 i 1995 r. – Jerzy Grzegorzewski[4]). Dlaczego współcześni twórcy teatralni choćby tylko z rodzimego podwórka wciąż z klasyką się mierzą (Jan Klata z Wyspiańskim, Michał Zadara z Mickiewiczem, Grzegorz Jarzyna z Witkacym, Krzysztof Warlikowski z Proustem, Monika Strzępka i Paweł Demirski z Mickiewiczem, Czechowem, Maja Klaczewska z Szekspierem, Agata Duda Gracz z Szekspirem i Gogolem)? Dlaczego wciąż powstają niekiedy kolejne ekranizacje największych dzieł klasycznych? Nie bez powodu klasyka jest stale obecne w dyskursie kulturalnym, społecznym, powszechnym rzec można. Klasyką są przecież książki, jak podkreślił Calvino, które nigdy nie wyczerpują tego, co mają nam do przekazania i każde czytanie klasycznego dzieła jest w rzeczywistości jego ponownym odczytaniem[5].

Poczucie pewności

Jest jeszcze jedna istotna sprawa. Klasycy dają nam poczucie pewności, którego potrzebujemy. Umberto Eco zauważył, że człowiek szuka oparcia przede wszystkim w chwili upadku wartości oraz ich odbudowywania[6]. Kryzys prowokuje do zadania sobie podstawowego pytania: kim jesteśmy? Klasyka ujawnia nie tylko jak myślano w odległych czasach, ale pozwala też odkryć, że dziś myślimy w taki sam sposób, i zrozumieć, jaka jest tego przyczyna. Czytać klasykę to jakby dokonywać psychoanalizy dzisiejszej kultury. I odkryć, że jesteśmy arystotelikami albo platończykami, albo augustynianami w sposobie, w jaki tworzymy nasze doświadczenie[7].

Korzenie

Poza tym lektura literatury klasycznej to powrót do korzeni, których szukamy, zdaniem Eco, z powodu niejasnego przeczucia, że wyrośliśmy z jakiegoś nieznanego pnia. Czytelnik odkrywający klasyków jest tym, który odczuwa potrzebę zdobycia wiedzy na temat swoich przodków, aby móc odnaleźć ich obecność we własnych myślach, gestach, rysach twarzy, zaprawdę, powiada Eco[8]. Słowem, znajomość narodowej tradycji literackiej i powszechnej oraz kontekstów kulturowych jest mieszkańcom świata tego niezbędna do egzystencji wielowymiarowej, bardziej świadomej, pełniejszej!

Lekcja życia

Czytanie klasyki uczy też, co jest wartością bezcenną, poprawnie rozumować. Susan Sontag konkludowała, że:

Nie byłabym tym, kim jestem, nie rozumiałabym tego, co rozumiem, gdyby nie konkretne książki, Myślę o wielkim pytaniu dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej: jak powinniśmy żyć? Powieść warta czytania kształci serca. Rozszerza rozumienie ludzkich możliwości, tego, czym jest ludzka natura i co się dzieje w świecie. Tworzy duchowość.[9]

Czytanie klasyki jest lekcją myślenia i lekcją życia. Bo klasyka przemienia czytelnika, pobudza wyobraźnię, rozwija empatię i umiejętności społeczne, poszerza horyzonty, wzbogaca, rozbudza ciekawość, inspiruje, stawia pytania, otwiera serca i umysły na nieznane, inne, niezrozumiałe. To nie tylko „zabijacz” czasu, czysta rozrywka, czy sposób, by uciec od codzienności cudów od nas wymagającej. Klasyka pozwala dostrzec ukryte do tej pory pewne aspekty istnienia. Warto więc ją czytać, by mieć to okno na świat.

Poza tym dzięki lekturze literatury klasycznej, zauważył Eco, poznajemy ludzi – jej twórców – których warto poznać. Czyż to nie jest wystarczający powód, by czytać dawnych mistrzów?

Krytyczne czytanie

Czytanie klasyki – dzieł uznanych – nie wymaga czytania bałwochwalczego. Autor dzieła klasycznego, jak twierdził Calvino nigdy nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym. Czytelnik zawsze określa siebie w relacji z autorem dzieła, nawet, jeśli określa się w opozycji do niego[10]. Nie chodzi zatem o czytanie na kolanach. Wręcz przeciwnie, chodzi tu o krytyczne czytanie. Z otwartym jednak sercem i umysłem!

Indywidualizm

„Zindywidualizowana, monadyczna i nomadyczna lektura”[11] – sposób lektury proponowany przez Koziołka – wydaje się idealna. Pozwala iść własną drogą. Jednak niech droga ta nie będzie przypadkowa, pozbawiona znaczeń, niech nie będzie trywialna i nic nie warta! Niech przyświeca jej szalona myśl Magdaleny Samozwaniec, że:

Dobra książka to rodzaj alkoholu – też idzie do głowy.

Zatem czytajmy, odkrywajmy, powracajmy, delektujmy się… Bo lepszego leku na ten niedobry świat nie znajdziemy!!!!

Prywatne podwórko

Ja należę do osób, które mają już kilka pozycji z kanonu za sobą, mnóstwo przed sobą. Początkowo byłam przymuszana do jej czytania, później już przymuszać mnie nie trzeba było. Na studiach, cóż taki kierunek… Później porzuciłam klasykę, na rzecz nowości. W pewnej chwili jednak poczułam potrzebę powrotu. I powróciłam. Na szczęście. Dziś czytam dużo literatury współczesnej, ale nowości czytelnicze smakują jednak najlepiej, gdy przeplata się je sprawdzoną, zweryfikowaną, niezastąpioną, kunsztowną klasyką. Nadrabiam więc pozycje zaległe, ale czytam też ponownie te, których lekturę mam już za sobą, ale niestety, moja pamięć wybiórcza i zapominalska. Poza tym, podobno warto przeczytać ponownie najważniejsze książki z młodości. I powiem, że niewiele rzeczy daje mi tyle satysfakcji, co obcowanie z klasyką właśnie!

Grzechy moje

Jakie mam grzechy na sumieniu? Imię róży Umberto Eco. Podchodziłam kilka razy… Zniechęciłam się w końcu tak bardzo, że dziś nawet nie wstydzę się tego, że nie przeczytałam tego jednego z największych arcydzieł XX wieku. Wstydzę się natomiast bardzo tego, że nie jest mi wstyd z tego powodu!


[1] Mariusz Urbanek, Broniewski. Miłość, wódka, polityka, Warszawa 2011, s. 291.

[2] Grzegorz Jankowicz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.

[3] Italo Calvino, Why Read the Classics?, opublikowano 09.10.2018, http://www.nybooks.com/articles/1986/10/09/why-read-the-classics/, dostęp 26.02.2018.

[4] Michał Bujanowicz, Inscenizacje „Dziadów” Adama Mickiewicza, opublikowano 04.2004, http://culture.pl/pl/artykul/inscenizacje-dziadow-adama-mickiewicza, dostęp 26.02.2018.

[5] Ibidem.

[6] Umberto Eco, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek (1994-1996), Poznań 1997.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

[9] Sztuka powieści 2. Abntologia wywiadów z „The Paris Review”, Wrocław 2017.

[10] Calvino, op., cit.

[11] Ryszard Koziołek, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016.

BIBLIOGRAFIA
  1. Bayard Pierre, Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?, Warszawa 2008.
  2. Bujanowicz Michał, Inscenizacje „Dziadów” Adama Mickiewicza, opublikowano 04.2004, http://culture.pl/pl/artykul/inscenizacje-dziadow-adama-mickiewicza, dostęp 26.02.2018.
  3. Calvino Italo, Why Read the Classics?, opublikowano 09.10.2018, http://www.nybooks.com/articles/1986/10/09/why-read-the-classics/, dostęp 26.02.2018.
  4. Eco Umberto, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek (1994-1996), Poznań 1997.
  5. Jankowicz Grzegorz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.
  6. Koziołek Ryszard, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016.
  7. Sztuka powieści 2. Antologia wywiadów z „The Paris Review”, Wrocław 2017.
  8. Woźniak Olga, Uwaga! Książki zmieniają mózg, opublikowano 01.01.2014, http://wyborcza.pl/1,75400,15210453,Uwaga__Ksiazki_zmieniaja_mozg.html, dostęp 26.02.2018.
  9. Urbanek Mariusz, Broniewski. Miłość, wódka, polityka, Warszawa 2011.

Walentynki – na pokuszenie

WalentynkiSłowom…

Walentynki, Dzień św. Walentego, Dzień Zakochanych – święto to pasuje do mnie jak przysłowiowa pięść do nosa, no, ale, żeby nie było, że jestem nieczuła, niewrażliwa, lodowata, z kamieniem zamiast serca 😉 !!!

Był sobie raz taki pan, i drugi, i trzeci, siódmy… Jednego, drugiego, trzeciego, siódmego… pokochałam miłością taką, na jaką sobie zasłużyli.

Jeden[1] uwiódł, zapewniając:

Miłość Ci wszystko wybaczy

Smutek zamieni Ci w śmiech.

Miłość tak pięknie tłumaczy:

Zdradę i kłamstwo i grzech.

Choćbyś ją przeklął w rozpaczy,

Że jest okrutna i zła,

Miłość Ci wszystko wybaczy

Bo miłość, mój miły, to ja.

Jeśli pokochasz tak mocno jak ja,

Tak tkliwie, żarliwie, tak wiesz,

Do ostatka, do szału, do dna,

To zdradzaj mnie wtedy i grzesz.

Bo miłość Ci wszystko wybaczy

Smutek zamieni Ci w śmiech.

Miłość tak pięknie tłumaczy:

Zdradę i kłamstwo i grzech.

Choćbyś ją przeklął w rozpaczy,

Że jest okrutna i zła,

Miłość Ci wszystko wybaczy

Bo miłość, mój miły, to ja.

Drugi[2] zaś mawiając:

Kochałbym cię (psiakrew, cholera!),

gdyby nie ta niepewność,

gdyby nie to, że serce zżera

złość, tęsknota i rzewność.

Byłbym wierny jak ten pies Burek,

chętnie sypiałbym na słomiance,

ale ty masz taką naturę,

że nie życzę żadnej kochance.

Kochałbym cię (sto tysięcy diabłów),

kochałbym (niech nagła krew zaleje!),

ale na mnie coś takiego spadło,

że już nie wiem, co się ze mną dzieje:

z fotografią, jak kto głupi, się witam,

z fotografią (psiakrew!) się liczę,

pójdę spać i nie zasnę przed świtem,

póki z grzechów się jej nie wyliczę,

a te grzechy (psiakrew!) malutkie,

więc (cholera) złości się grzesznik:

że na przykład, wczoraj piłem wódkę

lub że pani Iks – niekoniecznie.

Cóż mi z tego (psiakrew!), żem wierny,

taki, co to „ślady po stopach”?…

Moja miła, minął październik,

moja miła (psiakrew!), mija listopad.

Moja miła, całe życie mija…

Miła! Miła! – powtarzam ze szlochem…

To mi życie daje, to zabija,

że ja ciągle (psiakrew!) ciebie kocham.

Czasem lamentując[3]:

Tyś mnie kochała, ale nie tak,

jak kochać trzeba,

i szliśmy razem, ale nie w takt –

przebacz.

Ja jeszcze długo… Rok albo dwa.

Potem zapomnę.

Teraz, gdy boli, teraz, gdy trwa,

dzwonię podzwonne.

A tobie, miła, na co ten dzwon

brzmiący z oddali?

Miłość niewielka, błahy jej zgon,

i idziesz dalej.

Cóż mam od życia? – troskę i pieśń

(ciebie już nie ma).

Muszę im ufać, muszę je nieść,

pisać poemat.

Cóż mam od życia? – chyba już wiesz,

czujna i płocha? –

tylko ten smutek, tylko ten wiersz,

który mnie kocha.

Trzeci[4] wyjaśniając:

Powiedz mi jak mnie kochasz.

— Powiem.

— Więc?

— Kocham cię w słońcu. I przy blasku świec.

Kocham cię w kapeluszu i w berecie.

W wielkim wietrze na szosie, i na koncercie.

W bzach i w brzozach, i w malinach, i w klonach.

I gdy śpisz. I gdy pracujesz skupiona.

I gdy jajko roztłukujesz ładnie —

nawet wtedy, gdy ci łyżka spadnie.

W taksówce. I w samochodzie. Bez wyjątku.

I na końcu ulicy. I na początku.

I gdy włosy grzebieniem rozdzielisz.

W niebezpieczeństwie. I na karuzeli.

W morzu. W górach. W kaloszach. I boso.

Dzisiaj. Wczoraj. I jutro. Dniem i nocą.

I wiosną, kiedy jaskółka przylata.

— A latem jak mnie kochasz?

— Jak treść lata.

— A jesienią, gdy chmurki i humorki?

— Nawet wtedy, gdy gubisz parasolki.

— A gdy zima posrebrzy ramy okien?

— Zimą kocham cię jak wesoły ogień.

Blisko przy twoim sercu. Koło niego.

A za oknami śnieg. Wrony na śniegu.

I też zapewniając[5]:

Kochanie, moje kochanie,

dobranoc, już jesteś senna –

i widzę twój sen na ścianie,

i noc jest taka wiosenna!

Jedyna moja na świecie,

jakże wysławię twe imię?

Ty jesteś mi wodą w lecie

i rękawicami w zimie.

Tyś szczęście moje wiosenne,

zimowe, latowe, jesienne –

lecz powiedz mi na dobranoc,

wyszeptaj przez usta senne:

za cóż to taka zapłata,

ten raj przy Tobie tak błogi?…

Tyś jesteś światłem świata

i pieśnią mojej drogi.

Siódmy[6] zapomnieć nie dając:

W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem

Zapodziani po głowy, przez długie godziny

Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.

Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem.

Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,

Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,

Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory,

I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.

Duszno było od malin, któreś, szepcząc, rwała,

A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,

Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni

Owoce, przepojone wonią twego ciała.

I stały się maliny narzędziem pieszczoty

Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie

Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,

I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.

I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,

Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,

Porwałem twoje dłonie — oddałaś w skupieniu

A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.

Ech, te dni i tamte noce… Pod kołdrą z latarką, by nikt nie dostrzegł, że oddaję się znajomościom ulotnym, żem niemądra i daję się wodzić na pokuszenie słowom…


[1] Julian Tuwim, Miłość ci wszystko wybaczy.

[2] Władysław Broniewski, Ze złości.

[3] Idem, Wiersz ostatni.

[4] Konstanty Ildefons Gałczyński, Rozmowa liryczna.

[5] Idem, List jeńca.

[6] Bolesław Leśmian, W malinowym chruśniaku.

Portret wielokrotny. „Tylko Lola” – Jarosław Kamiński

Tylko LolaTytuł – Tylko Lola

Autor – Jarosław Kamiński

Wydawnictwo – WAB

Seria – Archipelagi

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla ceniących sobie kunszt pisarski, dla wielbicieli dobrej powieści, dla entuzjastów literatury, kultury i historii polskiej, dla kobiet i mężczyzn, dla ceniących sobie rozrywkę wymagającą
  • PO CO – by zatracić się, by wejść w inne światy
  • MOJA OCENA – 6/6
Na bakier ze współczesną literaturą polską

No, w końcu jest. Jakoś do tej pory nie było okazji do prezentacji w Bałwochwalni polskiej powieści współczesnej. Dlaczego? Nie dane mi było przeczytać takiej, na którą chciałabym zwrócić uwagę innych. Mamy niewątpliwie urodzaj polskich twórców słowa pisanego. I do publikacji literatury faktu nie mam wątpliwości, ale już do tych z półki z fikcją literacką tak. Faktem jednak jest, że nie czytam wszystkiego, więc prawdopodobnie coś przegapiłam, coś mnie ominęło. Słowem, wychodzi na to, że z polską powieścią współczesną jest mi po prostu nie po drodze. Chyba od czasu Madame Antoniego Libery z 1998 roku nie przeczytałam takiej, którą z kimkolwiek chciałabym się podzielić. Do teraz… Powieść, która ukazała się wiosną tego roku nakładem wydawnictwa WAB, która trafiła w moje ręce i do lektury której natychmiast przystąpiłam, okazała się publikacją, którą mam ochotę wciskać każdemu. Dlatego też musiała zagościć w Bałwochwalni.

Tylko Lola Jarosława Kamińskiego, bo o niej mowa, za sprawą okładki i tematyki przyciągnęła moją uwagę. Okładka przypomina mi wspomnianą Madame, która ma dla mnie szczególne znaczenie (wkrótce też tu zagości), a tematyka – kobiety na tle polskiej historii powojennej – to zagadnienia (bo można je potraktować osobno), które szczególnie mnie interesują.

Polska powieść lotów wysokich

Zatem Tylko Lola to zarazem powieść historyczna i psychologiczna, także społeczna. I to znakomita powieść, należy podkreślić. Autor snuje opowieść o losach prywatnych, indywidualnych, losach pojedynczych ludzi, konkretnych monad w konkretnym czasie i w konkretnych sytuacjach, jednak na tym nie poprzestaje. Kreśląc wnikliwe portrety psychologiczne bohaterów, przedstawia kwestie zasadnicze – stosunki społeczne panujące w przedwojennej Polsce, podczas wojny i po wojnie, a także kwestię emigracji i wiążących się z nią problemów.

Kobiet portret własny

Mamy do czynienia z tekstem, który został przedłożony jednemu z wydawnictw. Wydawca, po lekturze, nakreślił do autorki kilka słów, w których wyraził zainteresowanie publikacją oraz wdzięczność za powierzenie właśnie im tej osobistej opowieści.

Ten maszynopis stanowi zasadniczą treść powieść, która rozpisana jest na dwa głosy, dwóch bohaterek, Niny i Lidii (nie Loli, nie, nie), których drogi pewnego dnia skrzyżowały się. Z pewnością nie doszłoby do tego, gdyby nie właśnie tytułowa Lola. Wszystko na tle powojennej Polski – lat sześćdziesiątych i osiemdziesiątych. Cała narracja jednak przeskakuje w czasie i przestrzeni.

Młodsza z bohaterek, Nina Rodriguez, nowojorska emigrantka, oderwana od dawnej tożsamości, z dala od przeszłości, która pełna była niedopowiedzeń, półprawd, tajemnic i zakłamań, zdołała na nowo zbudować swoje życie. Jednak przeszłości nie daje się wymazać. Można ją jedynie wypierać bądź się z nią skonfrontować. I Nina konfrontuje się.

Starsza natomiast o pokolenie, Lidia Kowal, przebywa w zakładzie dla psychicznie chorych, zmagając się ze swoimi demonami.

Nina swe dzieciństwo i swą młodość spędziła we Wrocławiu, w którym wiodła dość beztroski, nieświadomy, bezrefleksyjny i naiwny żywot. Później, z braku perspektyw, wraz z ojcem przeniosła się do Warszawy. Tu, dzięki protekcji Kowal, starej znajomej ojca, która była przyjaciółką Loli – ciotki Niny, rozpoczęła pracę w TVP. Jej przełożoną i współpracowniczką była tam Lidia. Doszło jednak do „próby generalnej” (s. 379) – dramatycznych dla bohaterek powieści wydarzeń w latach sześćdziesiątych, będących zapowiedzią Marca ’68 – która przekreśliła i uniemożliwiła dalszą znajomość kobiet.

Nina po latach wraca do przeszłości, by stawić jej czoła. Zestawia swoje wspomnienia ze wspomnieniami spisanymi przez Lidię w szpitalu psychiatrycznym w ramach terapii. I my, odbiorcy tej opowieści, czytając podwójne wspomnienia, te przeplatane i uzupełniające się narracje Niny i Lidii, stajemy się niemalże świadkami procesu konfrontacji z czasem minionym, który położył się cieniem na życiu obu bohaterek.

Kunszt nie tylko treści, ale i formy

Forma, język, styl, konstrukcja utworu Kamińskiego nadają powieści odpowiedniego ciężaru. W kunsztowny wręcz sposób autor podaje nam opowieść o kobietach, którym przyszło żyć w absurdalnym miejscu i czasie.

Kamiński doskonale nakreślił tło historyczne, społeczne i obyczajowe, też rodzinne. Wszystko to się zazębia, tworząc spójny obraz pełen detali, które  są jednym z istotniejszych elementów powieści, bo oddają klimat, koloryt tamtych lat i uwiarygodniają tamtą rzeczywistość. Zaś portretów psychologicznych bohaterek z krwi i kości, niejednoznacznych, wielowymiarowych, skomplikowanych, mogą mu pozazdrościć inni parający się piórem. Tu nic nie jest kosztem czegoś. Dzięki temu powieść dotyka tak wielu istotnych spraw. I co ważnie nie powierzchownie, sygnalizując je jedynie, tylko głębiej, dotykając sedna.

Nim jednak zorientujemy się o co chodzi w tej opowieści, musimy przebrnąć przez kawał tekstu, który trudno nam zrozumieć. Mimo to brniemy, bo tekst ten wciąga, trzyma w napięciu i hipnotyzuje wręcz. O ile zdania narracji Niny są zrozumiałe, o tyle frazy Lidii są już niemalże bełkotem, są wypowiedziami osoby z zaburzeniami psychicznymi. Z czasem jednak, staną się jaśniejsze i do zrozumienia, aż w końcu wyłoni się z nich sens. Choć nie wszystko jest tu do pojęcia, bo wiele jest niedopowiedzeń, niejasności, nieoczywistości, to wszystko to, paradoksalnie, uwiarygodnia opowieść – oddając ducha przeszłości, sytuacji, w które człowiek chcąc nie chcąc był uwikłany.

Fikcja rodem z rzeczywistości

Bardzo sobie cenię biografie i inne gatunki literatury faktu, ale bliższa mi jest literatura fiction. Idealne więc wydaje się połączenie tych dwóch światów. Zbeletryzowane biografie zatem nie mają sobie równych.

Powieść Kamińskiego to wymysł, ale na tyle prawdopodobny, że pisarz czuł potrzebę podkreślenia jej fikcyjność w słowie odautorskim.

Owszem, fikcją są wydarzenia, bohaterowie, ale już nie emocje, uczucia, przeżycia, doznania i nie kafkowskie tło.

Portrety

Tylko Lola to portret podwójny Józefa K. To opowieść o kobietach odkrywających i budujących siebie, próbujących zrozumieć swe emocje, uczucia, pragnienia, też mechanizm, który steruje otaczającą rzeczywistością i wcielić w życie swe ideały, poszukujących swej tożsamości i swego miejsca w świecie, pragnących szczęścia, swobody, wolności, przekraczających różnego rodzaju granice, potrzebujących czegoś więcej, niż to, co codzienność ma im do zaoferowania, chcących wcielać w życie swe pragnienia i realizować swe marzenia. Tylko Lola to też portret Polski XX wieku rodem z Kafki.

Dodatkowy wymiar

Mnie uderzyły bardzo mocno jedne z pierwszych fragmentów powieści, dzięki którym utwór zyskuje dodatkowy wymiar – wytrącają go z lokalności, z konkretnego tu i teraz:

Nie lubię czystości, czystość kojarzy mi się z czystością rasową, moralną, ideologiczną, religijną, językową, seksualną i nade wszystko z czystką. Lubię brud, zmechacenia, zbrukanie i mieszanki. Metysów, Mulatów, Zambo, transwestytów, transgender. I wszystkie kundle z okolicy. Lubię wieloznaczne sytuacje, wypowiedzi i zakończenia. Brudne obrazy, brudne dowcipy i brudny język. (s. 8)*

O tak, nienawidzę czystości. Rasowej, moralnej, gatunkowej, iluzorycznej. Nie zniosłabym mieszkania w suburbiach, wśród równo przystrzyżonych trawników, idealnie zaprojektowanych domków, gładkiej nawierzchni ulic, tak schludnych, czystych, że zdrowiej jeść z nich kanapkę z burgerem niż z talerza w lokalnym Wendy’s. (s. 9)

– słowa te brzmią jakoś aktualnie! Uniwersalnie.

Ps. 1. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

Ps. 2.  Polecam wywiady z Jarosławem Kamińskim: http://www.polskieradio.pl/9/5648/Artykul/1772929,Tylko-Lola-ksiazkowe-spotkanie-kobiet-po-traumie, dostęp 30.08.2017 oraz https://www.facebook.com/Kurzojady/, dostęp 11.08.2017.

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Tylko Lola, Jarosław Kamiński, Warszawa 2017.

Dzień Przyjaźni – trafiła kosa na kamień

Dzień Przyjaźni

Z przyjaźnią sprawa nie jest tak prosta. Długo, z trudem się ją zdobywa, ale kiedy już się przyjaźń posiadło, nie sposób się od niej uwolnić, trzeba stawić czoło. Nich pan przede wszystkim nie wierzy, że pańscy przyjaciele będą telefonować do pana co wieczór, jak powinni, by dowiedzieć się, czy nie jest to przypadkiem ten wieczór, kiedy postanowił pan popełnić samobójstwo, lub, bardziej po prostu, czy nie pragnie pan towarzystwa, jeśli nie ma pan ochoty wyjść z domu[1].

30 lipca

Niniejsza nota jest okolicznościowa. A jaka to okoliczność? Międzynarodowy Dzień Przyjaźni!!!

Będzie jednak nieco przewrotnie. Dotyczyć będzie ludzi, ale i książek oczywiście, inaczej przecież być nie może, ale w dość nietypowym ujęciu. Będzie o męskiej przyjaźń i tego, co ona ze sobą niesie.

Męska przyjaźń

Żyło sobie dwóch mężczyzn, jeden znany i ceniony pisarz, który wykonywał fascynujący zawód reportera, drugi zaś świadomie bądź nie pragnął być znanym i cenionym pisarzem i wykonywać fascynujący zawód. Ci dwaj mężczyźni pewnego dnia się spotkali. Spotkanie to zaowocowało wieloletnią przyjaźnią. Do śmierci jednego z nich. Nim ona jednak nadeszła jeden z mężczyzn stał się dla drugiego poza tym, że przyjacielem, to jeszcze nauczycielem, jeden z mężczyzn stał się dla drugiego poza tym, że przyjacielem, to jeszcze uczniem. Nauczyciel okazał się znakomity, uczeń pojętny, sumienny i zdolny, co z czasem przyniosło efekty, które nasuwały pytanie „Czy aby uczeń nie przerósł mistrza?”.

Pokłosie

Owocem tej wieloletniej męskiej przyjaźń stała się prawda. Prawda o człowieku poszczególnym i ogólnym – słynna publikacja „Kapuściński non-fiction”.

Kapuściński kontra Domosławski

Ci dwaj mężczyźni to Ryszard Kapuściński i Artur Domosławskim. To o nich mowa i o ich szczególnej relacji, która osobliwe efekty przyniosła. Zapewne wpłynęła na wartość rzemiosła tego drugiego, którego kolejne prace okazują się bardzo cenne. Sławę jednak przyniosła mu ta, opowiadająca o życiu i pracy jego przyjaciela i mistrza. Nie wpłynął jednak na to talent pisarski autora, tylko kontrowersyjna postawa jaką ten zajął wobec swego bohatera. Jedni uznali, że jest hieną, pasożytem, który oczerniając mistrza, chce obalić jego mit i sam zaistnieć w świadomości wielu, drudzy chwalili ten postępek. Brak jednak było w tej zażartej debacie „Kapuściński kontra Domosławski” trzeźwych i racjonalnych sądów. Zrodziła się ona pod wpływem chwili i w gruncie rzeczy chyba nie miała racji bytu. A może…

Bez „kontra”

Dziś już jest czysto. Domosławski wygrał wszystkie procesy, które mu w tej sprawie wytoczono. Ukazało się też po latach nowe wydanie tej kontrowersyjnej publikacji (nowe wydanie jest równe staremu, nic nie zostało usunięte ani zmienione, dodano jedynie wstęp Piotra Bratkowskiego, który prezentuje wszystkie okoliczności zaistniałe wokół tej sprawy), będącej jednym z czterech tomów (obok Gorączki latynoamerykańskiej, Śmierci w Amazonii i Wykluczonych) dzieł zebranych reportera „Gazety Wyborczej” i „Polityki”. Sprawa jest więc zamknięta i można już na nią spojrzeć z nieco innej strony. Na przykład bez „kontra”.

Autorytet

Byłam jedną z pierwszych czytelniczek tej książki (jak cała Polska 😉 ). Dlaczego? Bo Ryszard Kapuściński był dla mnie kimś niezwykle istotnym. I to na wielu poziomach. Z racji moich eksploracji zawodowych, ale i prywatnych. Po jego książki ustawione w rzędzie na półce wciąż sięgałam. Z nich się uczyłam. Jak wielu z nas. On przybliżał i wyjaśniał światy, których nie dane nam było doświadczyć, uczył miłości do bliźniego, do innego. Wskazywał, tłumaczył. Dlatego interesowało mnie wszystko, co na temat życia i twórczości Kapuścińskiego ukazało się i dlatego sięgnęłam od razu po biografię Domosławskiego.

Poza tym, jak już nie raz wspominałam, nie ma nic bardziej inspirującego niż drugi człowiek, dlatego uwielbiam odkrywać innych. W gruncie rzeczy takie, jakby nie było, podglądanie ludzi, podsłuchiwanie, śledzenie ich poczynań, nieco pasożytnicze wręcz żerowanie na egzystencji innych jest fascynującym zajęciem, ale przede wszystkim pobudzającym, dającym energię, sprawiającym, że krew zaczyna szybciej krążyć, słowem inspirującym do życia. A biografia jako gatunek idealnie zaspokaja te potrzeby, a ta biografia w szczególności. Nim się ukazała, już była wielką kontrowersją. Do tego stopnia, że jej wydanie stanęło nawet pod znakiem zapytania. Dlatego więc kiedy już ujrzała światło dzienne od razu przystąpiłam do lektury.

Odsłonięcie niemiłej prawdy

Naiwnością jednak byłoby myślenie o Kapuścińskim jako o człowieku bez skazy i zapewne nikt tak nie myślał. Przytrafiło się jednak reporterowi coś znacznie gorszego. Na pewne kwestie spuszczono zasłonę milczenia i wyłączono z dyskursu, uznając je za nieistniejące. I kiedy jego wieloletni przyjaciel zdecydował się na nazwanie rzeczy po imieniu doszło do skandalu!

W istocie publikacja Domosławskiego – będąca pokłosiem wielkiej przyjaźni – poza tym, że wskazała palcem te miejsca, które są rysą na życiu i twórczości Kapuścińskiego, poza tym, że odsłoniła prawdę o mistrzu i jego uczniu, to odsłoniła też prawdę o nas samych.


[1] Albert Camus, Upadek, Warszawa 2014.

Prymat skrzypiec nad fortepianem i saksofonem. „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” – Katarzyna Surmiak-Domańska

Ku Klux KlanTytuł – Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Autor – Katarzyna Surmiak-Domańska

Wydawnictwo – Czarne

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych historią USA, sprawami rasizmu, nacjonalizmu, dyskryminacji i nietolerancji, dla tych, którym nie są obojętne na sprawy współczesnego świata
  • PO CO – by rozumieć, by być czujnym
  • MOJA OCENA – 8/6
Prawda 1:1

Reportaż rzadko gości w Bałwochwalni. Co w cale nie znaczy, że nie jest ceniony. Faktem jednak jest, że Bałwochwalica Jedna częściej delektuje się prawdą wyrażoną nie wprost, czytaj fikcją literacką, niż tą 1:1, gdyż bliskie jest jej myślenie, że „literatura to proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów […]”[1].

Istotność polskiego reportażu

W Polsce ukazują się jednak reportaże tak istotne, że trudno o nich nie mówić. Ten, któremu niniejsza nota jest poświęcona do takich właśnie należy. I choć ukazał się w 2015 roku, to nie pozwala o sobie zapomnieć.

Sile oddziaływania reportażu Katarzyny Surmiak-Domańskiej z pewnością sprzyja moment historyczny, w którym się znaleźliśmy, w którym tkwimy. BJ sięgnęła po tę publikację z racji swych zainteresowań – rasizm, segregacja rasowa, dyskryminacja, nietolerancja, inność, odmienność, Północna Ameryka. Szybko jednak okazało się, że będzie to coś więcej, niż tylko zaspokojenie ciekawości w ramach zarysowanych zainteresowań.

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość Katarzyny Surmiak-Domańskiej to nie tylko rzetelny i znakomity reportaż o „lokalnym” Ku Klux Klanie, to też nie tylko historia rasizmu w USA i jego mechanizmów. To coś znacznie bardziej uniwersalnego, globalnego i aktualnego. To opowieść o nienawiści, która jest usprawiedliwiana najbardziej wzniosłymi hasłami, w imię najwznioślejszych idei.

Amerykańska przygoda

Polska reporterka w 2013 roku udała się na dość specyficzną wyprawę do Ameryki – do  Harrison (w stanie Arkansas) na doroczny Krajowy Zjazd Partii Rycerzy Ku Klux Klanu, by zebrać materiał do książki o organizacji i wyżej wymieniona publikacja jest tej wyprawy pokłosiem.

Ku Klux Klan w XXI wieku

Niewtajemniczonym wydawać się może, że praca poświęcona tej formacji będzie tylko wycieczką do odległej dość przeszłości. Nic bardziej mylnego. KKK to nie tylko przeszłość. KKK to też teraźniejszość. W XXI wieku wciąż istnieje i działa. KKK przystosował się do wymogów współczesności. Doskonale asymiluje się, adaptuje do otoczenia i idzie naprzód z duchem czasów. I mamy tu raczej do czynienia z korporacją, niż z tajemniczym zakapturzonym bractwem z pochodniami, ale w istocie niewiele się zmieniło. Co prawda twarz dzisiejszego KKK nie zieje już nienawiścią i nie napawa strachem, jest ciepła, przyjazna, życzliwa, ale istota pozostała ta sama. Zmieniły się metody funkcjonowania, ale jej cel się nie zmienił.

Wszystkich organizacji występujących pod szyldem KKK jest około czterdziestu. Oddziałów zaś ponad sto. Członków szacunkowo od pięciu do ośmiu tysięcy. Wszystkie te organizacje mają różne strategie i wizerunki. Są takie, dla których liczy się siła fizyczna, agresywność, ale są i takie, które podpisują się pod tradycyjnymi amerykańskimi wartościami i walczą słowem – językiem miłości. I taką jest ta, o której Surmiak-Domańska zrobiła reportaż.

Narracja reportażu prowadzona jest dwutorowo. Teraźniejszość przeplata się z historią. Relacja z wyprawy reporterki na południe USA, przeplatana jest przedstawieniem dziejów KKK. Mało tego, całość jest dwupoziomowa – fakty, konkrety przeplatają się refleksjami natury obyczajowej, społecznej, politycznej i historycznej.

Ważne jest tu coś jeszcze – podejście autorki. Postawa reporterki jest życzliwa, otwarta, bez uprzedzeń i z góry przyjętych tez. Niemalże jak dziecko ciekawa, zdziwiona, przenikliwa, empatyczna, poznaje i nie ocenia tylko próbuje zrozumieć. Ma to tu istotne znaczenie, gdyż w efekcie uwydatnia absurdalność tego z czym mamy do czynienia.

Szalony pomysł

Sytuacja jest nietypowa. Reporterka do Ameryki nie pojechała incognito. Pojechała jako Katarzyna Surmiak-Domański, polska dziennikarka, która zainteresowana historią USA, głównie historią kształtowania się amerykańskiej tożsamości, chce zrobić reportaż o KKK. Plan był tyleż prosty, co niemalże niemożliwy do ziszczenia, wydawało się – wziąć gościnnie udział w Krajowym Zjeździ Partii Rycerzy Ku Klux Klanu. W tym celu autorka wysłała maila do dyrektora stowarzyszenia, w którym wyraziła swe zainteresowanie sprawą. Już ten początkowy kontakt odsłonił przyszłe zasady relacji – uprzejmość, życzliwość, otwartość. Dziennikarka jasno wyartykułowała swój cel – pragnienie uchwycenia współczesnego wizerunku KKK i poznanie perspektywy jego członków oraz argumentacji ich poglądów – i zaznaczyła co nią kieruje – zainteresowanie narastaniem świadomości rasowej i nurtów nacjonalistycznych, a nie chęć wstąpienia w szeregi bractwa, gdyż nie jest rasistką – co zostało odebrane ze zrozumieniem, wręcz zachęcająco (dawało okazję przecież do pokazania się w dalekim kraju na starym kontynencie). Pastor Thomas Robb, ów dyrektor stowarzyszenia, zapewnił wówczas, że nie będzie ingerował w ocenę tego, co zobaczy i usłyszy, ale pod jednym warunkiem – że będzie pisać tylko prawdę.

Nic więc autorce nie pozostało jak tylko ruszyć za ocean i zdać relację z tego doświadczenia oraz podzielić się pewnymi spostrzeżeniami i refleksjami.

Żyć w raju na ziemi

Przybyła więc na tereny pasa biblijnego – raju na ziemi, prawie w stu procentach zamieszkanego przez białych, którego broni się zawzięcie przed zniszczeniem, takim jakie dokonało się w innych regionach kraju.

W samym sercu USA powstała biała ojczyzna. Tworzą ją ludzie, którzy uciekli ze zdegradowanych stanów na wschodnim i zachodnim wybrzeżu. Tutaj budują katalizatory nowej świadomości. Tworzą podwaliny naszego narodowego i rasowego odrodzenia […]. (s. 45)*

Tu „żarliwa, fundamentalna religijność kontrastuje z zamierającą pobożnością reszty chrześcijańskiego świata” (s. 27). Ten połudnowo-wschodni i południowo-centralny region USA, odpowiada w głównej mierze terenom stanów, które zawiązały Konfederację i wystąpiły z Unii. Wojna z Północą przyniosła im jednak klęskę. I tu nigdy nie pogodzono się porażką z roku 1865. Te południowe stany nigdy nie zaakceptowały narzuconych im zmian po przegranej wojnie secesyjnej. I miasto Harrison jest ucieleśnienie ideału. Nie ma tu innych, obcych, są sami swoi, którzy do szczęścia niczego więcej nie potrzebują. Nie pragną odkrywać nieznanych lądów.

Czyhające wieczne zło

Kraina, w której przyszło im żyć zapewnia im wszystko. Zdają sobie jednak sprawę, że muszą o nią dbać, walczyć, muszą stać na jej straży, bo zagrożenie czai się ze wszystkich stron.

Zbliżamy się do kresu cywilizacji. Biała Ameryka umiera […]. Ameryka umiera na anemię. Anemia pochodzi od starogreckiego słowa oznaczającego brak krwi. Oczywiście w tym wypadku chodzi nie tylko o wyciek krwi, ile o przypływ krwi niebiałej. Niebiała krew zalała nasz układ krwionośny, rozregulowała go i uczyniła niezdolnym do produkowania dostatecznej ilości krwinek krwi białej, potrzebnej, żeby zwalczyć chorobę… (s. 44)

[…] czarni przejmą w końcu rządy i doprowadzą ten kraj do upadku. Przyjdzie dzień, kiedy biali nie będą mogli już udawać, że nic się nie dzieje. A naszym zadaniem jest stworzyć siatkę. Prawidłowo wychować dzieci i wnuki, uświadamiać przyjaciół, żebyśmy wszyscy byli w pogotowiu. I kiedy wszystko runie, biali stracą pracę, domy i zobaczą, że nie istnieje żadna organizacja, która przemówiłaby w ich imieniu, wtedy my się obudzimy. Staniemy, żeby ratować ten kraj.

– Upadek jest nieunikniony?

– Tak. I przyjdzie szybciej, niż się spodziewamy. Dlatego tak ważne jest, by chronić to, co najcenniejsze. Czystość. (s. 52-53)

Tam ich początek

To właśnie na tych terenach, w miasteczku Pulaski w stanie Tennessee, w roku 1865 lub 1866, sześciu młodych weteranów armii Południa – John C. Lester, James R. Crowe, John B. Kennedy, Calvin Jones, Richard Reed i Franc O. McCord – założyło klub.

Trudno uwierzyć w początki tej organizacji, znając choć powierzchownie jej działalność. Jeden z założycieli przyznał otwarcie, że narodziny te były przypadkiem, a rozwój komedią (s. 77).

Apatyczne miasteczko, a w nim apatyczni, nie potrafiący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, pozbawieni zajęcia i przyszłości ludzie. Czas spędzali wspólnie wspominając dawne czasy. „Chłopaki, załóżmy jakiś klub” – rzucił pewnego razu jeden z nich. I dla żartu, dla rozrywki, by zabawić się, urozmaicić szarą codzienność, by zabić nudę reszta przystała na tę propozycję. Wybrali nazwę klubu, która w istocie nic nie znaczyła, później zaczęli obmyślać strategię działania. W końcu na koniach, okryci nakrochmaloną pościelą, udali się w teren. Reakcja społeczności na maskaradę zakapturzonych postaci przeszła chyba ich najśmielsze oczekiwania. Co tylko wzmogło ich apetyt. Brnęli dalej. Z każdym dniem rozkręcali się coraz bardziej w tej dość nietypowej zabawie. Tajemniczość, tajność, obrzędowość, stroje, tytuły – to działało na wyobraźnię wszystkich. Założyciele opracowywali coraz dokładniej zasady działania KKK, jego strategie, organizując i rozszerzając jego struktury.

Przypadkowa misja dziejowa

W efekcie bractwo zaczęło jawić się jako budząca strach elitarna organizacja, która pełni tajemniczą dziejową misję. O jaką misję chodziło? W istocie początkowo o żadnej misji nie było mowy. Celem przecież była rozrywka. W zmieniającej się sytuacji na Południu kraju – okres tak zwanej Rekonstrukcji – (integracja rasowa, odwet Afroamerykanów za lata ucisku, ich bezkarność), bractwo zaczęło upatrywać szansę na posłannictwo KKK. Wówczas to dopiero niejako przypadkowo objawił im się ich cel – wymierzanie sprawiedliwości, „karanie tych Murzynów, którzy byli […] bezczelni wobec białych ludzi, ale czasem także białych, którzy […] wykazywali skłonność do bratania się z Murzynami” (s. 75). Ta zabawa w efekcie doprowadziła do tragedii. Przypisuje się KKK czasu Rekonstrukcji półtora tysiąca ofiar śmiertelnych.

Zawsze na straży

Tak to się zaczęło i nigdy nie skończyło. Jeden z szóstki założycieli KKK zauważył, że bractwo swoje istnienie zawdzięcza nienormalnym czasom (s. 77). Tylko w takich nienormalnych czasach tego typu twór miał szansę powstać. Szybko okazało się, że nienormalne czasy jeszcze nie raz mają nadejść. Wszelkie kryzysowe momenty, I i II wojna światowa, wojna w Wietnamie, wojna w Zatoce Perskiej, przybierające na sile imigracje, zamach 11 września, wojna w Iraku i Afganistanie, kryzys gospodarczy, wybór Baracka Obamy na prezydenta, jego reelekcja – tego typu okoliczności nakazywały i wciąż nakazują zakładać kaptury i palić krzyże, by Światło Chrystusa rozpędziło mrok (s. 34).

Czasy nie zawsze były dla KKK sprzyjające, ale w istocie nigdy nie aż tak niesprzyjające, by bractwo raz na zawsze przestało istnieć. Były lata, że odchodziło w cień, to prawda, ale jego duch nigdy nie umarł. Reportaż Surmiak-Domańskiej pokazuje dlaczego.

Pokłosie

Autorka zgłębia to szczególne zjawisko. Sięga do początków i powoli zmierza ku czasom nam współczesnym. Przywołuje i analizuje sytuacje, konteksty z przeszłości tej odległej i tej nieco bliższej, które pozwalają zrozumieć. Uświadamiają też, że nie mamy do czynienia z irracjonalnym działaniem. Opowieść o przeszłości zmierzająca ku teraźniejszości pokazuje, że stare dzieje, sięgające początków państwowości i wojny secesyjnej są źródłem współczesnego amerykańskiego rasizmu, dzisiejszej nietolerancji, ksenofobii, nienawiści, wrogości względem innego, wszelkich głęboko zakorzenionych uprzedzeń, urazów, frustracji, kompleksów i są pokłosiem tego, co przyszło Ameryce doświadczyć. Materiał, który serwuje nam dziennikarka jest bardzo bogaty i merytoryczny. Przywołanych faktów, historii, sytuacji jest mnóstwo. Zestawione, tworzą rozległą panoramę zjawiska. Obnażają jego mechanizm, przyczyny i skutki.

Tu i teraz

Największe jednak wrażenie robi opowieść o teraźniejszości, bo najdobitniej uzmysławia, że sprawy, którym poświęcona jest publikacja wcale nie są odległe, abstrakcyjne, dotyczące kwestii marginalnych. Uświadamia, że dotyczą też naszego tu i teraz. Mało tego, reportaż pokazuje też jak cienka jest granica między dobrem a złem.

Zjazd w Harrison, w którym dziennikarka wzięła udział, to rodzinno-sąsiedzki piknik, podczas którego można się zrelaksować, spotkać z przyjaciółmi, znajomymi, pomodlić się i porozmawiać o sprawach tych najistotniejszych. Wspólnota, którą tworzą broni tradycyjnych wartości i religii. Otwarcie też broni białej rasy – symbolicznego prymatu skrzypiec (instrumentu najszlachetniejszego, ponieważ jest instrumentem ludzi białych) nad fortepianem i saksofonem (instrumentów pospolitych, na których wirtuozerię z łatwością osiągają czarni).

Rozmowy autorki z członkami tejże wspólnoty, dumnymi, bo uznającymi się za wyjątkowych, delikatnie mówiąc budzą niepokój. To rozmowy ze zwykłymi, prostymi, gościnnymi, sympatycznymi i kulturalnymi ludźmi. Kochającymi i troskliwymi rodzicami, mężami, żonami, którzy szerzą miłość i głoszą Słowo Boże. To oni jednak, zafascynowani Hitlerem, domagają się czystości rasy. I w ich mniemaniu, w tej ich mentalności wcale nie ma sprzeczności – jest spójna i właściwa, a rasistowskie i nacjonalistyczne poglądy są uzasadnione.

Empatyczna czujność

Poznajemy historie poszczególnych osób, ich drogi do KKK. Autorka przedstawia ich sytuacje, punkt widzenia, motywacje i sposób myślenia. Pokazuje ich obawy. W pierwszym odruchu rozmówcy przekonują nas do siebie, przyjmujemy ich racjonalne przesłanki. I z jednej strony rozumiemy ich, a nawet możemy z nimi się zgodzić i przyznać im rację, z drugiej zaś, mając łeb na karku, włos na głowie zaczyna się jeżyć. W gruncie rzeczy mamy przecież do czynienia z ksenofobiczną społecznością, przesiąkniętą uprzedzeniami, zamkniętą mentalnie i odciętą od reszty świata, która skrywa swe ekstremalnie poglądy pod płaszczem otwartości, serdeczności i uśmiechu.

Groza miłości

Paradoksalnie nie agresja tylko właśnie miłość napawa grozą. Bo tu nie ma przecież mowy o nienawiści, mowa jest tylko o miłości, nikt nie jest nikomu przeciw, wszyscy są tylko za. Jednak pod tą przyjazną fasadą czyha nienawiść. To ona ich integruje i uzasadnia rację ich bytu. To jest istota skrywana pod maską chrześcijańskiego miłosierdzia, którą dziennikarka obnaża.

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Klux Klan. Tu mieszka miłość, Katarzyna Surmiak-Domańska, Wałowiec 2015.


[1] Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z „The Paris Review”, Wrocław 2016, s. 48.