Dzień Książki – mroczny przedmiot pożądania

Dzień Książki

Dzień Książki

Światowy Dzień Książki to dobra okazja na szczyptę refleksji!!! W końcu mowa o sprawach nie byle jakich, bo egzystencjalnych przecież! Poniżej przyznaję się do winy 😉 !!!

Zdrowa moda

Książek nigdy za wiele… ewentualnie półek za mało… Głosi hasło, ostatnio reklamowe. Według tej złotej myśli podąża moje życie czytelnicze. Nie jestem z tego ani dumna, ani zadowolona. Gromadzenie jest teraz przecież passe. Minimalizm zawładnął sumieniami. Moda modą, nic bardziej ulotnego, ale niekiedy pewne rzeczy z modnych tu i teraz warto wprowadzić w swe przekorne życie, by nam świata nic nie przysłoniło. I oczyszczanie swej przestrzeni z rzeczy, które po krótkim zastanowieniu okazują się zupełnie niepotrzebne, zbędne, a nawet przeszkadzające, wydaje się jednym z takich trendów. Na zdrowie wyjdzie nam ograniczenie ilości par butów, torebek, kosmetyków, sprzętów różnego rodzaju. A co z książkami??? Zapewne też, ale…

Horror dnia powszedniego

Niestety, ja do tego etapu jeszcze nie doszłam! Nie dojrzałam jeszcze do tego, by wyzbyć się potrzeby posiadania książek. Choć wyznam, że z każdym kolejnym tomem ten stan rzeczy coraz bardziej mnie przeraża. Czuję wyraźnie, namacalnie, że coraz trudniej mi o głęboki oddech. Moja przestrzeń kurczy się i nie pozwala swobodnie egzystować na danych mi metrach kwadratowych. Przestrzeń ta ciemnieje i zachodzi mgławym kurzem i aromatem, który niepokojąco zapiera dech w piersiach. I przed oczami obraz, który zapewnia sen z głowy… – profesor Marii Janion niczym w podziemiach wśród chyboczących się stosów książek grożących lada moment zawaleniem!

Książka – mroczny przedmiot pożądania

Ale cóż począć, kiedy człowiek słyszy diabelskie głosy? Których nic nie jest w stanie zagłuszyć, na które nie da się być głuchym! Które manipulują nim, wykrzywiają jego proces postrzegania rzeczywistości, sprawiają, że wszystko jest inne niż faktycznie, czarne staje się białe, a białe czarne. A raczej czarne, szare i bure nabiera barw egzotycznych. Jak nie ulec pokusie? Dlaczego by nie ulec pokusie? Jak wzbraniać się przed odrobiną przyjemności w tym nędznym życiu? I po co?

Comiesięczne uzupełnienie konta pozwala na użycie sobie… Oczywiście nie na zaspokojenie, ale lepszy rydz niż nic, lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu, jak to się po ludowemu mówi. Promocje, wyprzedaże, przeceny, darmowe wysyłki i inne… Okazja wykorzystana, goni okazję wykorzystaną, przegapioną i zmarnowaną.

Emancypantki nad Jeziorem Bodeńskim

Ostatnie nowe na kurczących się półkach to Dygat, Dygat, Wańkowicz, Wańkowicz, Wańkowicz, Jones, Hemingway, Czechow, Proust i Prus – nad Jeziorem Bodeńskim siedzą emancypantki, obserwując ziele na kraterze, zastanawiają się komu bije dzwon w oddali i dumają jak uciec stąd do wieczności.

Spełnienie

Ja zaś upojona, bo trafiło się jak ślepej kurze ziarno – likwidacja prywatnej biblioteczki znajomych – wzdycham, podziwiam, wącham, głaszczę i upycham! By za chwil kilka, stopniowo, po kolei oddawać się czytaniu i delektować lekturą swoją własną. Czynność ta uświęcona, pożądana, intymna, przynosząca spełnienie jeśli nawet rozczarowanie, pobudzającąa apetyt, stymulująca, każe zapomnieć o Bożym świecie, oderwać się, schować przed wzrokiem innych i popłynąć. By doznać uniesienia, ekstazy, by się zatracić.

Jak więc uprawiać czytanie z obcą, nie swoją książką 😉 ?

Klasyka – lek na zło świata tego

Idzie nowe!!!

Misja

Jak głosi słowo wstępne misją Bałwochwalni jest ocalenie od zapomnienia dzieł, o których zapomnieć nie można, bo będzie to wyrządzenie ludzkości zła, którego naprawić się już nie zdoła. Chodzi zatem o krzewienie literatury przez wielkie „L”, klasyki tak zwanej (mówiąc klasyka mam na myśli przede wszystkim literaturę piękną, ale nie tylko, także kanoniczne prace historyczne, filozoficzne) – zestawu tekstów uznanych za wzór, zestawu tekstów podstawowych dla danego kręgu kulturowego, czyli dzieł tak zwanego kanonu.

Próba istotna

W istocie chodzi o próbę przekonania nieprzekonanych, nieuznających, lekceważących, ignorujących, do skłonienia, by podjąć wysiłek, by wyjść poza nawyki, poza strefę komfortu.

Nie chodzi tu o spór klasyków z romantykami ani o moralizatorstwo, nie o mówienie, że wypada, że należy. Nie o odrabiane lekcji chodzi. Słowem, nie o zniewolenie przez literaturę czy szerzej kulturę. Ale o szacunek. Do innych. Do siebie.

Po co? Po to, by pielęgnować ducha, doskonalić swe wnętrze. By mieć w sobie – jak mawiał Władysław Broniewski – maleńki kompas, który nie pozwoli zagubić się w tym dużym i niezbyt mądrym świecie[1].

Nowy cykl

Faktem jest, że Bałowchwalnia otworzyła swe wrota już jakiś czas temu, mimo to, do tej pory, poza szumną zapowiedzią, słowo realizujące ową misję nie padło.

Nie dlatego, że poszła w niepamięć, tylko dlatego, że sprawa wymagała nie lada namysłu, gdyż chodzi o coś, co skupia w sobie kilka istotnych kwestii, które należało rozpatrzyć z wielu stron, pod różnym kątem, z wielu perspektyw.

Stało się jednak… Tekstem niniejszym wprowadzam do Bałwochwalni nowy cykl not – Klasyka – lek na zło świata tego – poświęconych klasyce właśnie!

Nie będzie żadnej chronologii, nie będzie też systematyczności. Niespodziewanie pojawi się nota, o tym czy o tamtym dziele literackim.

Słowo wstępu

Na początek jednak kilka zdań wstępu, uzasadniających, które paść muszą…

Obcowanie z literaturą jest wartością niepodlegającą dyskusji (tyle że chyba nieco opacznie rozumianą, pomieszane bowiem zostają róże, niekiedy nieprzystające do siebie porządki).

Moc sprawcza

Czytanie – owo obcowanie z literaturą – jest czynnością mającą imponujący na człowieka wpływ, oddziałującą na jego egzystencję i rzeczywistość w sposób wręcz zadziwiający. Grzegora Jankowicz donosi, że:

Myślimy o tym, co przeczytaliśmy. Wyobrażamy sobie świat, do którego zostaliśmy zaproszeni. Nadajemy mu kształt. Meblujemy go po swojemu. Przy tym cały czas poruszamy się w naszej rzeczywistości, która wygląda już jednak nieco inaczej, a przynajmniej inaczej nam się jawi. Zaszła bowiem zmiana: najpierw w nas – dzięki literaturze, a potem w świecie – za naszą sprawą[2].

Czytanie zatem jest czynnością mającą ogromną moc sprawczą.

Niestety, czytanie jest procesem czasochłonnym, wymagającym, pozornie bezproduktywnym, nie przynoszącym natychmiastowych korzyści, z tych też względów nieatrakcyjnym dziś, w dobie pośpiechu, natłoku informacji, nastawienia na zysk, efekt natychmiastowy, dlatego też i zarzucanym. Ruszyła więc machina promująca czytanie!

Co czytać?

I odezwali się reprezentanci dwóch szkół. Jedni twierdzą, że warto czytać, nieważne co, byleby czytać cokolwiek. Drudzy, że warto czytać, ale świadomie, wybierając perełki. Ja, snobka, należę do szkoły drugiej. Wychodzę z założenia, że żyjąc w epoce, w której tak cenne są czas i pieniądze, nie warto marnować tego na rzeczy pozbawione wartości, nie warto się rozdrabiać, szkoda owego czasu, owych pieniędzy, także energii i nas samych na czytanie byle czego. Dlatego Bałwochwalnia obrała kurs na to, co sprawdzone, na klasykę.

Obawa realna?

Na początek jednak warto postawić pytanie: dlaczego? Skąd ten pomysł? Czy rzeczywiście istnieje realna obawa zapomnienia?

Istnieje! Świat zalewają tomy różnorakie, wyroby książkopodobne. I ręce opadają zerkając na wystawy sklepów z książkami, na półki tychże składów. Co wybrać? Czym się kierować? Zalew produkcji wątpliwej jakości przyczynia się nie tylko do tego, że niezauważone zostają rzeczy wartościowe wśród nowości wydawniczych, ale też do tego, że cenne dzieła z historii literatury stają się niebytem i ludzkość o nich zapomina.

Wydawcy kuszą na wiele sposobów, z każdej strony krzyczą, nawołują, wabią, uwodzą. Każą nam być na bieżąco, każą więc czytać więcej, szybciej, co oznacza bezrefleksyjnie, bezkrytycznie, bo nie ma na to czasu, gdyż tyle jest do przeczytania… Czujemy się więc osaczeni i pozbawieni możliwości dokonania mądrego wyboru. Czytamy więc na akord, pobieżnie, bez uwagi, zaangażowania, wysiłku, poświęcenia, przy okazji, w międzyczasie, z doskoku, bez radości i przyjemności, bez celebrowania aktu przeczytania, bez rozsmakowywania się, bez zagłębiania się w treść, artyzm, piękno, kontekst, odhaczając kolejną przeczytaną pozycję i zapominając o niej natychmiast.

Klasyka – lek na zło świata tego

Sposobem na to jest staranniejsze dobieranie lektur. Dlatego dobrze jest postawić na klasykę! Na coś, co jest sprawdzone, co przez setki, dziesiątki lat zostało zweryfikowane! Coś, co jest dobrą literaturą, do czytania czego nakłaniają takie umysły jak Umberto Eco, Italo Calvino, Susan Sontag czy Ryszard Koziołek.

Sens

Przyjmując więc, że rzeczywiście istnieje realna obawa zapomnienia, to nasuwa się kolejne pytanie: co z tego? Po co z tym walczyć? Po co próbować zmieniać istniejący stan rzeczy? Po co czytać klasykę, powstałą tak dawno, a więc nieprzystającą do dzisiejszych czasów? Czy nie lepiej poświęcić się lekturze tekstów współczesnych, które dotyczą naszego tu i teraz, które niekiedy też objaśniają bądź starają się objaśnić nam teraźniejszość?

Nie zamiast, tylko także

Nie chodzi tu jednak o zamiast, tylko o także! Literatura najnowsza niewątpliwie istotna jest dla naszego tu i teraz, bezdyskusyjnie więc warto ją czytać, tyle że musimy pamiętać, że jej czytanie, bez znajomości tekstów z przeszłości, zawsze będzie procesem niepełnym, zubożałym. Będzie pozbawione szerszego spojrzenia, kontekstu, który jest zespołem odniesień niezbędnych do pełniejszego zrozumienia literatury najnowszej. Słowem, klasyka jest niezbędna do zrozumienia współczesności, naszego tu i teraz.

Poza tym czas dopiero pokaże, czy ta literatura najnowsza istotna będzie kiedyś, słowem, czy istotna będzie zawsze, czy okaże się ponadczasowa. Jeśli tak, to zyska wówczas niepodważalną i najwyższą wartość. Ale to dopiero przyszłość zweryfikuje.

Uniwersalność

Mamy jednak pod ręką rzeczy, które przeszły tę bezlitosną próbę czasu, więc w naszym tu i teraz już mają niepodważalną i najwyższą wartość. Te zweryfikowane rzeczy sprzed dziesiątków, setek lat, które przetrwały, ostały się właśnie dlatego, że dotykają naszego tu i teraz, mimo że powstały w odległej przeszłości! Dotykać będą też naszego jutra. Słowem, będą aktualne zawsze i wszędzie. Bez względu na czas i przestrzeń. Bo klasyką są takie właśnie książki, jak trafnie ujął to Italo Calvino, wobec których teraźniejszość staje się szumem w tle, ale które jednocześnie nie mogą bez tego szumu istnieć. Klasyką są jednocześnie takie dzieła, które trwają jako tło – nawet wtedy, gdy zupełnie niekompatybilna z nim teraźniejszość przejmuje chwilowo kontrolę nad sytuacją[3].

Piękno

Poza tym dzieła klasyczne, z tak zwanego kanonu, to nie tylko kunszt treści, to też kunszt formy i języka. Czyż więc to nie najlepszy materiał, by wyrabiać sobie gust, poczucie smaku estetycznego, by zaszczepić miłości do literatury i ją pielęgnować? Obcowanie z pięknem daje wiele satysfakcji, pod warunkiem, że damy temu i sobie szansę. Pod warunkiem, że wyjdziemy przygodzie na przeciw, że damy się ponieść i bez pośpiechu rozsmakujemy się w tym, co cennego nam pozostawiono.

Pytanie podstawowe

Dlaczego, żyjąc w święcie tymczasowości, bylejakości i tandety, zdewaluowanych wartości, zadowalać się produkcją treści miałkich, nijakich, pustych, ubogich znaczeniowo, intelektualnie, językowo, formalnie, z nic nieznaczącym słowem, bez płynącej mądrości, bez wagi, nie wymagających zaangażowania, wysiłku, przeżycia, nie pozostawiających śladu? Dlaczego nie oddawać się lekturze literatury sprawdzonej, klasyki właśnie?

Studnia bez dna

Dlaczego o klasyce wciąż się mów? Dlaczego artyści z dziedzin najrozmaitszych stale odwołują się w swej twórczości do dzieł z przeszłości? Dlaczego na przestrzeni dziesiątków lat stale powraca się do twórców klasycznych? Przypomnijmy sobie choćby ile było inscenizacji Dziadów Adama Mickiewicza w XX wieku (te najważniejsze: 1901 r. – Stanisław Wyspiański, 1932 i 1934 r. – Leon Schiller, 1955 r. – Aleksander Bardini, 1961 r. – Jerzy Grotowski, 1967 r. – Kazimierz Dejmek, 1973 r. – Konrad Swiniarski, 1987 i 1995 r. – Jerzy Grzegorzewski[4]). Dlaczego współcześni twórcy teatralni choćby tylko z rodzimego podwórka wciąż z klasyką się mierzą (Jan Klata z Wyspiańskim, Michał Zadara z Mickiewiczem, Grzegorz Jarzyna z Witkacym, Krzysztof Warlikowski z Proustem, Monika Strzępka i Paweł Demirski z Mickiewiczem, Czechowem, Maja Klaczewska z Szekspierem, Agata Duda Gracz z Szekspirem i Gogolem)? Dlaczego wciąż powstają niekiedy kolejne ekranizacje największych dzieł klasycznych? Nie bez powodu klasyka jest stale obecne w dyskursie kulturalnym, społecznym, powszechnym rzec można. Klasyką są przecież książki, jak podkreślił Calvino, które nigdy nie wyczerpują tego, co mają nam do przekazania i każde czytanie klasycznego dzieła jest w rzeczywistości jego ponownym odczytaniem[5].

Poczucie pewności

Jest jeszcze jedna istotna sprawa. Klasycy dają nam poczucie pewności, którego potrzebujemy. Umberto Eco zauważył, że człowiek szuka oparcia przede wszystkim w chwili upadku wartości oraz ich odbudowywania[6]. Kryzys prowokuje do zadania sobie podstawowego pytania: kim jesteśmy? Klasyka ujawnia nie tylko jak myślano w odległych czasach, ale pozwala też odkryć, że dziś myślimy w taki sam sposób, i zrozumieć, jaka jest tego przyczyna. Czytać klasykę to jakby dokonywać psychoanalizy dzisiejszej kultury. I odkryć, że jesteśmy arystotelikami albo platończykami, albo augustynianami w sposobie, w jaki tworzymy nasze doświadczenie[7].

Korzenie

Poza tym lektura literatury klasycznej to powrót do korzeni, których szukamy, zdaniem Eco, z powodu niejasnego przeczucia, że wyrośliśmy z jakiegoś nieznanego pnia. Czytelnik odkrywający klasyków jest tym, który odczuwa potrzebę zdobycia wiedzy na temat swoich przodków, aby móc odnaleźć ich obecność we własnych myślach, gestach, rysach twarzy, zaprawdę, powiada Eco[8]. Słowem, znajomość narodowej tradycji literackiej i powszechnej oraz kontekstów kulturowych jest mieszkańcom świata tego niezbędna do egzystencji wielowymiarowej, bardziej świadomej, pełniejszej!

Lekcja życia

Czytanie klasyki uczy też, co jest wartością bezcenną, poprawnie rozumować. Susan Sontag konkludowała, że:

Nie byłabym tym, kim jestem, nie rozumiałabym tego, co rozumiem, gdyby nie konkretne książki, Myślę o wielkim pytaniu dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej: jak powinniśmy żyć? Powieść warta czytania kształci serca. Rozszerza rozumienie ludzkich możliwości, tego, czym jest ludzka natura i co się dzieje w świecie. Tworzy duchowość.[9]

Czytanie klasyki jest lekcją myślenia i lekcją życia. Bo klasyka przemienia czytelnika, pobudza wyobraźnię, rozwija empatię i umiejętności społeczne, poszerza horyzonty, wzbogaca, rozbudza ciekawość, inspiruje, stawia pytania, otwiera serca i umysły na nieznane, inne, niezrozumiałe. To nie tylko „zabijacz” czasu, czysta rozrywka, czy sposób, by uciec od codzienności cudów od nas wymagającej. Klasyka pozwala dostrzec ukryte do tej pory pewne aspekty istnienia. Warto więc ją czytać, by mieć to okno na świat.

Poza tym dzięki lekturze literatury klasycznej, zauważył Eco, poznajemy ludzi – jej twórców – których warto poznać. Czyż to nie jest wystarczający powód, by czytać dawnych mistrzów?

Krytyczne czytanie

Czytanie klasyki – dzieł uznanych – nie wymaga czytania bałwochwalczego. Autor dzieła klasycznego, jak twierdził Calvino nigdy nie pozwala czytelnikowi pozostać obojętnym. Czytelnik zawsze określa siebie w relacji z autorem dzieła, nawet, jeśli określa się w opozycji do niego[10]. Nie chodzi zatem o czytanie na kolanach. Wręcz przeciwnie, chodzi tu o krytyczne czytanie. Z otwartym jednak sercem i umysłem!

Indywidualizm

„Zindywidualizowana, monadyczna i nomadyczna lektura”[11] – sposób lektury proponowany przez Koziołka – wydaje się idealna. Pozwala iść własną drogą. Jednak niech droga ta nie będzie przypadkowa, pozbawiona znaczeń, niech nie będzie trywialna i nic nie warta! Niech przyświeca jej szalona myśl Magdaleny Samozwaniec, że:

Dobra książka to rodzaj alkoholu – też idzie do głowy.

Zatem czytajmy, odkrywajmy, powracajmy, delektujmy się… Bo lepszego leku na ten niedobry świat nie znajdziemy!!!!

Prywatne podwórko

Ja należę do osób, które mają już kilka pozycji z kanonu za sobą, mnóstwo przed sobą. Początkowo byłam przymuszana do jej czytania, później już przymuszać mnie nie trzeba było. Na studiach, cóż taki kierunek… Później porzuciłam klasykę, na rzecz nowości. W pewnej chwili jednak poczułam potrzebę powrotu. I powróciłam. Na szczęście. Dziś czytam dużo literatury współczesnej, ale nowości czytelnicze smakują jednak najlepiej, gdy przeplata się je sprawdzoną, zweryfikowaną, niezastąpioną, kunsztowną klasyką. Nadrabiam więc pozycje zaległe, ale czytam też ponownie te, których lekturę mam już za sobą, ale niestety, moja pamięć wybiórcza i zapominalska. Poza tym, podobno warto przeczytać ponownie najważniejsze książki z młodości. I powiem, że niewiele rzeczy daje mi tyle satysfakcji, co obcowanie z klasyką właśnie!

Grzechy moje

Jakie mam grzechy na sumieniu? Imię róży Umberto Eco. Podchodziłam kilka razy… Zniechęciłam się w końcu tak bardzo, że dziś nawet nie wstydzę się tego, że nie przeczytałam tego jednego z największych arcydzieł XX wieku. Wstydzę się natomiast bardzo tego, że nie jest mi wstyd z tego powodu!


[1] Mariusz Urbanek, Broniewski. Miłość, wódka, polityka, Warszawa 2011, s. 291.

[2] Grzegorz Jankowicz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.

[3] Italo Calvino, Why Read the Classics?, opublikowano 09.10.2018, http://www.nybooks.com/articles/1986/10/09/why-read-the-classics/, dostęp 26.02.2018.

[4] Michał Bujanowicz, Inscenizacje „Dziadów” Adama Mickiewicza, opublikowano 04.2004, http://culture.pl/pl/artykul/inscenizacje-dziadow-adama-mickiewicza, dostęp 26.02.2018.

[5] Ibidem.

[6] Umberto Eco, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek (1994-1996), Poznań 1997.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

[9] Sztuka powieści 2. Abntologia wywiadów z „The Paris Review”, Wrocław 2017.

[10] Calvino, op., cit.

[11] Ryszard Koziołek, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016.

BIBLIOGRAFIA
  1. Bayard Pierre, Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?, Warszawa 2008.
  2. Bujanowicz Michał, Inscenizacje „Dziadów” Adama Mickiewicza, opublikowano 04.2004, http://culture.pl/pl/artykul/inscenizacje-dziadow-adama-mickiewicza, dostęp 26.02.2018.
  3. Calvino Italo, Why Read the Classics?, opublikowano 09.10.2018, http://www.nybooks.com/articles/1986/10/09/why-read-the-classics/, dostęp 26.02.2018.
  4. Eco Umberto, Trzecie zapiski na pudełku od zapałek (1994-1996), Poznań 1997.
  5. Jankowicz Grzegorz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.
  6. Koziołek Ryszard, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016.
  7. Sztuka powieści 2. Antologia wywiadów z „The Paris Review”, Wrocław 2017.
  8. Woźniak Olga, Uwaga! Książki zmieniają mózg, opublikowano 01.01.2014, http://wyborcza.pl/1,75400,15210453,Uwaga__Ksiazki_zmieniaja_mozg.html, dostęp 26.02.2018.
  9. Urbanek Mariusz, Broniewski. Miłość, wódka, polityka, Warszawa 2011.

Pulitzery, Bookery…

Pulitzery, BookeryIdzie nowe!!!

Z nagrodami literackimi różnie to bywa, ale tak się składa, że często jest mi po drodze z Nagrodą Pulitzera i Nagrodą Bookera. Dlatego też postanowiłam wprowadzić w Bałwochwalni nowy cykl notatek – Pulitzery, Bookery… – poświęconych książkom, które uhonorowano tymi właśnie prestiżowymi literackimi nagrodami.

Będzie to dla mnie też rodzaj wyzwania czytelniczego – okazja do nadrobienia czytelniczych zaległości (może w końcu przeczytam tego słynnego Szczygła Donny Tartt 😉 ??), które uwierają, ale też wprowadzenie pewnego porządku, by ograniczyć chaos (porządki to u mnie natręctwo 🙁 ).

Nie będzie żadnej chronologii, nie będzie też systematyczności. Niespodziewanie pojawi się nota, o tej czy o tamtej nagrodzonej książce.

Dodam jeszcze, że niektóre uhonorowane publikacje to już klasyka, dlatego cykl Pulitzery, Bookery… niekiedy będzie pokrywał się z cyklem, który od dawna (u zarania dziejów Bałwochwalni) planuję, ale o tym więcej przy innej okazji.

Na początek dla przypomnienia kilka faktów!

Pulitzer

Nagroda Pulitzera[1] (ang. Pulitzer Prize) – coroczna amerykańska nagroda przyznawana za wybitne dokonania w dziedzinie dziennikarstwa, literatury pięknej i muzyki (wszystkich kategorii jest dwadzieścia jeden).

Nagrodę swojego imienia ufundował amerykański dziennikarz i wydawca węgierskiego pochodzenia – Joseph Pulitzer.

Pierwsze nagrody zostały przyznane 4 czerwca 1917 roku.

Laureat Nagrody Pulitzera uhonorowany zostaje świadectwem i czekiem na 15 tysięcy  USD (wyjątkiem jest kategoria „Służba publiczna”).

Bałwochwalniane noty poświęcone Nagrodzie Pulitzera będą dotyczyły kategorii „Pulitzer Prize for Fiction” (do 1947 roku – „Pulitzer Prize for Novel”)[2].

Nagroda Pulitzera przyznawana jest wiosną.

Booker

Nagroda Bookera[3] (ang. The Man Booker Prize for Fiction) – najbardziej prestiżowa nagroda literacka w Wielkiej Brytanii przyznawana za najlepszą powieść angielskojęzyczną danego roku (do 2013 uhonorowywała jedynie autorów, którzy byli obywatelami Wspólnoty Narodów, Zimbabwe lub Irlandii).

Pierwsza nagroda została przyznana w 1969 roku.

Laureat Nagrody Bookera otrzymuje 50 tysięcy funtów.

Nagroda Bookera przyznawana jest jesienią.

The Man Booker International Prize

W 2005 ustanowiono osobną międzynarodową nagrodę The Man Booker International Prize, która jest przyznawana pisarzom z całego świata, bez względu na język, w jakim tworzą. Warunkiem jest dostępność publikacji w języku angielskim.

Nagroda ta do roku 2015 przyznawana była co dwa lata za całokształt twórczości, od 2016 zaś corocznie za konkretną powieść.

Nagrodę – 25 tysięcy funtów – otrzymuje nie tylko autor, ale też i tłumacz.

Nagroda przyznawana jest późną wiosną.

Tyle teorii, czas na praktykę! To już wkrótce. Mam nadzieję, że ten cykl przypadnie Ci do gustu!!! Czekaj więc cierpliwie na opowieść o jednej z uhonorowanych tymi prestiżowymi nagrodami powieści!


[1] Hasło, Nagroda Pulitzera, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nagroda_Pulitzera, dostęp 09.10.2017.

[2] Za okładki płotem, http://www.zaokladkiplotem.pl/p/pulitzer.html, dostęp 09.10.2017.

[3] Hasło, Nagroda Bookera, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nagroda_Bookera, dostęp 09.10.2017.

Dzień Dziecka – przekraczanie rzeczywistości

Dzień Dziecka

I zrozumiałem, że już nie ma krainy mego dzieciństwa. Że żyje ona tylko we mnie i razem ze mną rozsypie się w proch którejś nadbiegającej z nicości godziny[1].

Kraina lat dziecinnych

Dzień Dziecka to kolejne święto, które jest pobudką do tropienia w tekstach kultury śladów wiążących się z tematem, znów, tak jak w przypadku Dnia Matki, złożonym, trudnym, bogatymi i jakże fascynującym. Jednym z tych istotnych, z którym artyści na różne sposoby się mierzą, który eksplorują, badają pod różnym kątem, któremu przyglądają się z różnych stron. Który dla niektórych twórców stanowi nawet zasadniczy problem egzystencjalny i czynią z niego główny temat swej twórczości.

Śladów nie trzeba daleko szukać… Najwięksi dali temu wyraz, stwarzając dzieła jedyne w swoim rodzaju, oryginalne, autonomiczne, uniwersalne. Dzięki nim mamy punkt zaczepienia, mamy od czego się odbić.

Literatura – Sklepy cynamonowe Brunona Schulza* – dzieciństwo zaklęte w słowach

Sklepy cynamonowe Brunona Schulza – jedno z największych i najbardziej oryginalnych dzieł literatury polskiej, mające charakter autobiograficzny – są tego najlepszym przykładem. Oczywiście, księga to przebogata w wątki i tematy najrozmaitsze, ale ten dotyczący świata lat najmłodszych wiedzie prym, jemu podporządkowana jest cała wielowarstwowa reszta.

Dzień Dziecka - Sklepy cynamonoweBohaterem cyklu i zarazem narratorem jest głównie chłopiec, pochodzący z niewielkiego przedwojennego miasteczka w Galicji, z kupieckiej żydowskiej rodziny, która przeżywa finansowy upadek i likwidację sklepu. Wątła fabuła nie ma tu większego znaczenia. Znaczenie ma rzeczywistość widziana oczyma dziecka. Chłopiec z ciekawością i fascynacją odkrywa otaczającą go rzeczywistość, odbiera świat, który znajduje się w szczególnym momencie, w chwili przeobrażeń – zderzenia się dwóch, jakże odmiennych i nieprzystających do siebie rzeczywistości – starej, dziewiętnastowiecznej zastałej stabilizacji mieszczańskiej i dwudziestowiecznej nowoczesności[2], po swojemu, w sposób szczególny. Realia zostają przetworzone w wyobraźni chłopca, czego efektem są nowe światy – jakże wzbogacone i ubarwione.

Fantazjotwórstwo, mitomania chłopca o nadwrażliwej psychice i wybujałej wyobraźni sprawiają, że najbardziej zwyczajne postacie, rzeczy codziennego użytku, prozaiczne wydarzenia urastają do rangi herosów, cudów, symboli. Prowincja staje się metropolią, służąca groźnym bóstwem, które opiekuje się rodziną. Zwyczajny powrót chłopca do domu, codzienny spacery uliczkami małego miasteczka czy zwykłe snucie się po strychu, pokojach i korytarzach mieszkania oglądamy dziecka oczami, dla którego te wyprawy urastają do wielkich, niezapomnianych, bo jedynych w swoim rodzaju eskapad. Dla nas zaś, odbiorców, te wojaże są spoza tego świata, są przekroczeniem tej rzeczywistości.

Ta nowa, wykreowana przez Schulza rzeczywistość, jest w gruncie rzeczy wyidealizowanym światem dzieciństwa, mitologizacją tego czasu, jako najistotniejszego okresu w życiu każdego człowieka. Ten nowy świat jest z pogranicza jawy i snu. Oniryczna konwencja jest tu szczególna. Nikt tu jednak nie śni, gdyż proza w całości przypomina po prostu sen, wzorowana jest na jego mechanizmach. Jest konkretna, materialna i jednocześnie fantastyczna i pełna metamorfoz. Mało tego, z jednej strony jest sprzeczna z zasadami logiki, z drugiej zaś tę zasadę sprzeczności ignoruje, niczym w surrealizmie[3]. Ta wykreowana rzeczywistość jest nie tylko oniryczna. Jest też mityczna czy mitopodobna[4].

Autor nadał elementom świata przedstawionego znaczeń sakralnych, upodobnił wykreowaną rzeczywistości, pozbawioną konkretności, do wyobrażeń mitycznych, wpisanych w ludzką świadomość[5]. Co ważne, ta mitologia nie jest tylko mitologią prywatną. Autor sięga tu do mitów biblijnych i helleńskich. A istotą jest tu odtworzenie pierwotnej wiedzy o świecie, prawd dawniej wspólnych dla całej ludzkości wyrażanych za pomocą mitów. Okresem egzystencji człowieka, w którym mityczne poznanie prawd może być człowiekowi najbliższe, jest jego początek czyli dzieciństwo właśnie[6].

Film – Fanny i Alexander Ingmara Bergmana** – dzieciństwo zaklęte w obrazach

Jeden z największych filmowców – Ingmar Bergman – ostatni swój kinowy obraz, jeden z istotniejszych, poświęcił właśnie dzieciństwu, poruszając przy tym główne wątki swojej twórczości – „zmagania i samotność artysty, jego stosunek do Boga i ludzi, moc wyobraźni i siły próbujące ją unicestwić”[7]. Co istotne, autor wykorzystał tu wątki autobiograficzne, gdyż film oparty jest na wspomnieniach reżysera z lat najmłodszych.

Fanny i Alexander to historia rodziny Ekdahlów. Tytuł każe przyglądać się dwójce dzieci (rodzeństwu), które początkowo gubią się w tłumie postaci, stając się z czasem głównymi bohaterami tej wyrafinowanej, dopracowanej w każdym detalu, opowieści o dzieciństwie.

Dzień Dziecka - Fanny i AlexanderEkdahlowie to liczna, kilkupokoleniowa szczęśliwa i zamożna rodzina, umiejąca korzystać z życia, z jego zmysłowych rozkoszy, potrafiąca cieszyć się urokami swego mikroświata, nieprzestrzegająca konwenansów, nieobawiająca się „bratać z ludem”, wolna i otwarta, której czas upływa na świętowaniu i celebrowaniu życia. Wodzirejem jest tu ukochana matka i babcia. Życie jej wnuków, ich dzieciństwo to czas lekkości, beztroski i radości, zabaw i wygłupów. To szczęśliwy okres dla bystrego i nadwrażliwego Alexandra, o przenikliwym umyśle, zatopionego w swoich myślach i fantazjach, – porte-parole reżysera (ja widzę nawet fizyczne podobieństwo), który może swobodnie, bez najmniejszy ograniczeń i konsekwencji korzystać z pokładów swej wyobraźni.

Niestety, ten sielski czas niespodziewanie zostaje przerwany. Umiera ojca dzieci, a owdowiała matka wkrótce ponownie wychodzi za mąż, za człowieka, który jest przeciwieństwem jej pierwszego męża – dyrektora teatru, aktora. Drugi małżonek, surowy luterański duchowny, organizuje życie swojej nowej rodzinie według własnych zasad. Od tej chwili życie Alexandra, jego siostry i matki, staje się przeciwieństwem ich dotychczasowej egzystencji. Znamienne wręcz wydają się tu słowa ojczyma skierowane do pasierba, które symbolicznie oddają sens zachodzącej przemiany w życiu chłopca:

Fantazja jest wielką siłą. To wspaniały dar boży, ale gdy władają nią artyści, poeci, muzycy.

Alexander, stale bytujący na graniczy jawy i snu, według ojczyma ma wadę charakteru – nie odróżnia kłamstwa od prawdy. Zauważa, że jest jednak jeszcze dzieckiem i jego kłamstwa (tak ocenia fantazje chłopca biskup) choć wstrętne, to na szczęście są tylko dziecinne. Ostrzega jednak, że niebawem stanie się dorosły i poniesie za to karę, gdyż życie bezlitośnie karze kłamców.

Z chwilą poślubienia przez wdowę duchownego, następuje odcięcie całej trójki od radosnego życia, które do tej pory wiedli, życia, które teraz odchodzi już do przeszłości. Poślubiona kobieta i jej dzieci przeprowadzają się do domu biskupa zupełnie „nadzy”, wchodzą w nowe życie jak nowo narodzeni – bez żadnego dobytku, bez strojów, biżuterii, mebli, bez przyjaciół, zwyczajów i myśli, bez poprzedniego życia, bez zabawek, lalek, książek.

Na szczęście ten mroczny okres szybko dobiegł końca i Alexander wraz z matką i siostrą powrócił na łono ukochanej rodziny, by znów cieszyć się urokami dzieciństwa.

Fanny i Alexander jest uniwersalną, też oniryczną, nostalgiczną i symboliczną opowieścią o dzieciństwie. Stanowi również rodzaj pożegnania artysty z własnym dzieciństwem czy nawet rodzaj rozliczenia się z nim. Bergman pokazał tu czar tego okresu w życiu człowieka, ale też jego mroki – tajemne siły, które walczą o duszę dziecka[8].

Podsumowując

Powrót do krainy dzieciństwa tych dwóch wybitnych twórców zaowocował szczególnymi dziełami, jedynymi w swoim rodzaju. W swojej estetyce, za pomocą sobie właściwych zabiegów formalnych stworzyli dzieła, które choć dotykające rzeczywistości konkretnej, to w efekcie tę konkretność przekraczające. Autonomiczność ich i uniwersalność pozwala nam wejść w ich świat wykreowany, cieszyć się nim, zachwycać i poczuć się jak u siebie! Nic tylko dać porwać Schulzowskim i Bergmanowskim wizjom!

*Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe. Sanatorium pod klepsydrą, Warszawa 1999, rok pierwszego wydania – 1933.

**Fanny i Alexander, reż, Ingmar Bergman, Szwecja, Francja, RFN, 1982, tytuł oryginalny – Fanny och Alexander.


[1] Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa, Warszawa 2016.

[2] Jerzy Kwiatkowski, Dwudziestolecie międzywojenne, Warszawa 2003, s. 341.

[3] Ibidem.

[4] Ibidem.

[5] Elżbieta Olinkiewicz, Katarzyna Radzymińska, Halina Styś, Słownik encyklopedyczny: Język polski, Wrocław 2002.

[6] Kwiatkowski, op. cit, s. 342.

[7] Panorama kina najnowszego 1980–1995. Leksykon, red. Barbara Kosecka, Anita Piotrowska, Wojciech Kocołowski, Kraków 1997.

[8] Ibidem.

BIBLIOGRAFIA
  • Jarzębski Jerzy, Prowincja centrum. Przypisy do Schulza, Kraków 2005.
  • Kłopotowski Krzysztof, „Fanny i Aleksander”, czyli suma ludzkiego życia, opublikowano 06.06.2013, http://film.interia.pl/wiadomosci/news-fanny-i-aleksander-czyli-suma-ludzkiego-zycia,nId,1812647, dostęp 31.05.2017.
  • Konwicki Tadeusz, Mała apokalipsa, Warszawa 2016.
  • Kwiatkowski Jerzy, Dwudziestolecie międzywojenne, Warszawa 2003.
  • Olinkiewicz Elżbieta, Radzymińska Katarzyna, Styś Halina, Słownik encyklopedyczny: Język polski, Wrocław 2002.
  • Panorama kina najnowszego 1980–1995. Leksykon, red. Barbara Kosecka, Anita Piotrowska, Wojciech Kocołowski, Kraków 1997.

Dzień Matki – bez lukru

Dzień Matki

Wszystkie matki kochają swoje dzieci; takie są prawa natury. Nawet kotka. Albo koza. Nawet matki kryminalistów i morderców. Nawet matki nazistów. Nawet matki śliniących się dzieci specjalnej troski. Nawet matki potworków[1].

Rzeczywistość bezlitosna

Wszyscy dobrze wiemy, że prawa natury prawami natury, a człowiek na każdym kroku musi sobie i innym udowadniać, że potrafi! Oz też wiedział. Dalej pisał:

Fakt, że tylko mnie kochać się nie dało, że to ode mnie matka uciekła, dowodzi niezbicie, że mnie po prostu nie ma za co kochać. Że mnie miłość się nie należy. Coś ze mną jest nie tak, musi być we mnie coś paskudnego i okropnego, do tego stopnia odrażającego, że trudniej to znieść niż kalectwo, upośledzenie czy chorobę psychiczną. Musi we mnie być coś obmierzłego, czego nie da się naprawić, rzecz tak obrzydliwa, że nawet moja matka, dobra i wrażliwa kobieta, która umiała miłością darzyć ptaki, żebraków na ulicy czy zagubione szczenięta – nawet ona nie mogła mnie już ścierpieć i musiała w końcu uciec ode mnie najdalej, jak się da. Jest takie arabskie powiedzenie: […] każda małpa w oczach swojej matki jest gazelą. Tylko nie ja[2].

Matka jest tylko jedna

Skąd taki cytat? Oczywiście Dzień Matki stał się tu pobudką. W istocie jednak nie chodzi o samo święto, ale o temat. Tak złożony, trudny, bogaty i jakże fascynujący. I teksty kultury tego dowodzą. Niekiedy aż dech zapiera…

Twórcy wyposażeni w odpowiednie radary dostarczają nam sporo ujęć tego zagadnienia. Współcześnie dalekie są one od patosu, chyba dość charakterystycznego dla przeszłości i wyidealizowaniu, bliskie zaś pragnieniu odczarowywania, odarcia z lukru. Ukazują świat zniuansowany, wieloaspektowy, o wielu odcieniach szarości.

Daleko tym narracjom literackim do opowieści o matkach uosabiających elementarny ład świata, świata, w którym wszystko jest tak jak być powinno, w którym nie ma miejsca na ambiwalencję, na szarości właśnie. W tym świecie wiadomo co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne. Utrata zaś matki, jej śmierć, jest amputacją. Odbiera człowiekowi wszystko to, co pozwala mu trwać, wyrywa go i wrzuca w pustkę, nicość. Od tej chwili będzie już tylko on sam. Blisko zaś tym narracjom do opowieści o ohydzie i okrucieństwie człowieka.

Literatura – Pianistka Elfride Jelinek* – kreacyjna dekonstrukcja

Gdy myślę o literackich matkach to widzę tę z Pianistki Elfride Jelinek. Tam, teoretycznie, matka nie jest główną bohaterką, tą jest córka, ale praktycznie, w istocie, to właśnie matka jest tu centralną postacią, gdyż to ona jest siłą sprawczą, kreatorką świata przedstawionego.

Dzień Matki - PianistkaPowieść ta ukazała się ponad trzy dekady temu, w 1983 roku. Po niej powołano do życia powieści, bardzo dobre powieści, oscylujące wokół postaci matki, ale każda z nich przy zestawieniu z Pianistką blednie. Pępowina Majgull Axelsson, Mam na imię Lucy Strout Elizabeth, Skóra Toni Morrison, czy ta o tytule, który już wywołuje gęsia skórkę – Oby cię matka urodziła Vedrany Rudan, to powieści z ostatnich pięciu lat (trzy ostatnie z 2016 roku, pierwsza z 2013), które portretują matkę, pozbawiając ją lukru – Kinga Dunin pochylając się nad tymi powieściami bardzo sugestywnie zatytułowała swój tekst – Matka jest jedna, o jedną za dużo[3] – ale nie są to portrety już tak zapadające w pamięć jak ten Jelinek.

Nic właściwie dziwnego. Świat przedstawiony Pianistki poraża, wstrząsa, szokuje. Autorka wyznała kiedyś, że jej kreatywność bierze się z tego, co negatywne. I rzeczywiście, tu mamy tego dowód[4]. Rozczarowana światem postanowiła swym pisarstwem zdemaskować prawdę o nim, o nas. Czytelnik, który zdecyduje się stawić czoła tej prozie (co nie jest łatwe) dozna bólu, i fizycznego, i psychicznego. Będzie chciał zapomnieć i zapomnieć nie będzie mógł. Czytelnik, który zdecyduje się stawić czoła tej prozie zostanie wytrącony z równowagi. Złość bijąca z każdego słowa udzieli się i jemu. To powieść brutalna, ironiczna, sarkastyczna, groteskowa, absurdalna, przejaskrawiona, pełna bólu, oskarżeń, wściekłości i nienawiści. Postacie przerysowane wywołują niesmak, dyskomfort, odrazę. Ale poklei…

Powieść austriackiej noblistki porusza wiele tematów, ale najważniejszy chyba jest ten, który wydaje się najistotniejszy w życiu każdego, bo „ustawia” go na całe życie – relacje matki z dzieckiem, tu relacje matki z córką.

Teoretycznie, jak już zaznaczyłam, główną bohaterką jest ukochana córka – dobijająca do czterdziestki Erika Kohut, niespełniona pianistka, nauczycielka gry na fortepianie w wiedeńskim konwersatorium, żyjąca z ukochaną matką pod jednym dachem, wciąż od niej zależna (mentalnie i duchowo) i niespełniająca jej oczekiwań. Ta relacja z matką zdefiniowała jej całe życie.

W chwili narodzin już córka „usunęła się” w cień, a matka wyszła na plan pierwszy. Bo to ona, matka, postanawia, że jej ukochane dziecko będzie najwspanialsze i będzie żyło najwspanialszym życiem. Już ona o to zadba! Jak postanowiła, tak też zrobiła. W swych działaniach była nieugięta, nie pozwalała sobie na chwilę nieuwagi, była cierpliwa, wytrwała, skrupulatna, stała stale na straży. Co mogło przynieść tylko piorunujący efekt.

Akt kreacji udał się znakomicie – nastąpiła całkowita dekonstrukcja. Ukochane dziecko, wprawdzie nie zostało światowej sławy pianistką (to już nie matki wina, tylko świata, który nie poznał się na jej talencie, też córki, która temu nie sprostała), ale udało się matce osiągnąć coś, na czym w gruncie rzeczy znacznie bardziej jej zależało – udało się zapobiec wymknięciu się córki.

Nadopiekuńcza czy raczej zaborcza matka zniewoliła dziecko, które wyrosło na upośledzoną emocjonalnie kobietę. Od najmłodszych lat, indoktrynując, wyznaczała granice świata swojej jedynej córki, oddzielając ją od normalnego życia, wpływając na każdą jego sferę. I od tamtego czasu nic się nie zmieniło.

Erika, już jako dorosła kobieta, poważna pani profesor konwersatorium, przekazująca swoim uczniom tajniki gry na fortepianie, wciąż jest pod kontrolą matki, która stale nadzoruje każdy krok córki – dokąd wychodzi, o której wraca, z kim się spotyka, na co wydaje swoje pieniądze, w co się ubiera itd. Wymagając przy tym bezwzględnego posłuszeństwa, zabraniając na najdrobniejszy przejaw samodzielności. Każda niesubordynacja zaś jest pretekstem do awantury. Dochodzi wówczas do rękoczynów, słów ostatecznych, histerii, lamentu, płaczu, oskarżeń, pretensji, a w konsekwencji i do wyrzutów sumienia, błagań, przeprosin.

Świat Eriki jest wypaczony, wypaczona jest i wewnętrznie ona sama. Jest emocjonalną kaleką. Nienawidzi swej matki, ale nie potrafi wyzwolić się spod jej wpływów, co tylko pokazuje jakiego spustoszenia psychiczno-emocjonalnego dokonała matka – jak doskonale wykonała zadanie, do którego przed samą sobą się zobowiązała. Erika nie potrafi nawiązać zdrowych relacji z innymi. Pogardza nimi, czuje wobec nich wyższość. Jest nieprzyjemna i niedostępna. Wręcz znęca się nad swoimi podopiecznymi. Swe erotyczne pragnienia zaspokaja w sposób dość perwersyjny. Przyjemność czerpie z podglądania par uprawiających seks w parku czy samookaleczeń.

Erika ma tego wszystkiego świadomość. Sfrustrowana, obolała, cierpiąca, zredukowana, zdekonstruowana, marzy skrycie o życiu innym, takim jak żyje większość ludzkości. Niestety…

W przypadku twórczości Jelinek forma idzie w parze z treścią. I w przypadku Pianistki nie jest inaczej. Autorka idealnie dostosowała formę do treści zawartych w powieści, uwydatniając je tym samym. W języku noblistki zawarty jest cały dramat.

Kończąc ten wątek, wspomnę jedynie, że na podstawie Pianistki Jelinek, Michaela Haneke, rodak pisarki, nakręcił w 2001 roku film pod takim samym tytułem. Z ekranizacjami wiadomo, bywa różnie, zwykle jednak wypadają znacznie gorzej niż literackie pierwowzory, tutaj jednak mamy do czynienia ze znakomitym i autonomicznym dziełem, co w przypadku tego reżysera wcale nie dziwi.

Film – Zabiłem moją matkę Xaviera Dolana** – pragnienie obcości

Temat matczyny nie jest też obojętny też filmowcom. Wystarczy wspomnieć filmy trzech reżyserów z ostatnich dwóch lat – komediodramat The Meddler (reż. Lorene Scafaria, USA, 2015) – przemilczę karkołomny polski tytuł – znakomity dramat Matka jest tylko jedna (reż. Paul Duddridge, USA, 2016) oraz słynny już obraz Julieta (reż. Pedro Almodovar, Hiszpania, 2016) – w których twórcy to właśnie zagadnienie po swojemu odsłaniają.

Dzień Matki - Zabiłem moją matkę

Xavier Dolan, francusko-kanadyjski reżyser młodego pokolenia, jest także autorem filmów oscylujących wokół tego problemu (na marginesie dodam, że film Pianistka jest ulubionym filmem jednego z ulubionych reżyserów Dolana). W 2009 roku nakręcił wymowny film o sugestywnym tytule – Zabiłem moją matkę. Po kilku latach, w 2014, stworzył inny obraz pod tytułem Mama, idącym krok dalej w porównaniu z pierwszą opowieścią, będącym swego rodzaju jej powtórzeniem czy przedłużeniem albo kolejną jej wariacją.

Zabiłem moją matkę jest debiutem reżyserskim i opowiada o konflikcie pokoleń na przykładzie relacji nastolatka (w tej roli sam Dolan) z matką. I nie są to proste relacje, jednoznaczne. Są zaś bardzo intensywne, burzliwe, histeryczne.

Film opowiada historię w zasadzie jakich wiele, niczym nie wyróżniającą się, to narracja o ludziach zwykłych, żyjących zwyczajnym życiem, o sytuacjach codziennych, znanych każdemu – samotna matka, oddająca się całkowicie swemu dziecku i zbuntowany nastolatek, mający pretensje do wszystkich o wszystko i ich codzienny byt, ich zmaganie się ze sobą.

Twórca zdecydował się pokazać problem dobrze znany, przerobiony i rozpoznany, ale zrobił to po swojemu, w swojej, dopiero co zarysowującej się estetyce. I wyszło mu to, przy wielu mankamentach, rewelacyjnie. To, co widzimy na ekranie nie jest nam obojętne. Współodczuwamy wraz z bohaterami, rozumiemy ich, kibicujemy im. Obrazy na długo pozostają w naszych głowach.

Gdy Hubert był małym chłopcem wszystko było tak jak trzeba, bo liczyła się tylko mama i jej miłość, i te jego pragnienia były zaspokajane, teraz zaś, jak twierdzi, już nie ma z matką nic wspólnego. Robi z niej swojego największego wroga. Sądzi, że jest złą, najgorszą matką, że nie powinna mieć dzieci.

Ten zbuntowany, egocentryczny i narcystyczny nastolatek wstydzi się swojej matki, samotnej kobiety, urzędniczki spędzającej wolny czas na oglądaniu seriali, układaniu pasjansa, która poświęciła życie swemu dziecku. Pogardza nią. Krytykuje ją na każdym kroku. Za jej gust, sposób zachowania, nawyki, mentalność. Z zazdrością patrzy na matki rówieśników – nowoczesne, atrakcyjne, pożądane, które rozumieją swe nastoletnie dzieci i traktują je po partnersku. On, jak twierdzi, na zrozumienie matki liczyć nie może, dlatego też dystansuje się od niej, nie mówi jej o swych życiu, nie pyta ją o jej życie, podważa jakikolwiek z nią związek. Pragnie nie autonomii, niezależności, przerwania pępowiny, tylko bycia obcymi dla siebie. Co paradoksalnie umożliwiłoby, według Huberta, ich miłość.

W istocie Hubert jest dobrym chłopakiem, dobrym dzieckiem, wrażliwym, utalentowanym, lubianym, potrzebującym wsparcia, zrozumienia, kogoś bliskiego, zaufanego, kochającego. Zwykle jest wobec matki okrutny, ale wydaje się, że jest to podyktowane tylko okresem buntu, buntu który jest charakterystyczny dla danego wieku, wieku, w którym jest właśnie Hubert, a nie rzeczywistymi przesłankami, okolicznościami, faktami, które by usprawiedliwiały takie zachowanie, tłumaczyły, wyjaśniały. Z zasady więc zachowuje się tak a nie inaczej – odgrywa pewną rolę, którą mu nastoletni wiek narzuca.

Choć chce odciąć się od matki, symbolicznie nawet ją uśmierca, to matkę czyni główną bohaterką swojego życia – to jej poświęca uwagę w swym dzienniku, to ona jest w centrum jego wizji czy wynurzeń przed kamerą. Jego życie podporządkowane jest matce, tak samo jak matki życie podporządkowane jest jemu.

Matka nie wydaje się ani zaborcza, ani toksyczna, ani nadopiekuńcza. Po prostu jest matką, dla której syn jest najważniejszy, bo poza nim nie ma nikogo. Słowa krótkiego dialogu na długo w widzach pozostają:

– Co byś zrobiła, gdybym dzisiaj umarł?

– Umarłabym jutro.

I wcale nie jest tak, że matka nie rozumie Huberta. Wręcz przeciwnie, tyle że on nie dopuszcza jej do siebie, nie daje jej szansy. Mało tego, nie tylko matka jest pełna zrozumienia, pełen zrozumienia jest także syn, który to głęboko skrywa. Słowa pełne złości i nienawiści tak często przez niego wypowiadane brzmią nieszczerze, jak właśnie wyuczone kwestie odgrywanej roli. Zdarzają się jednak sytuacje, w których przełamuje się. Jego wypowiedzi są wtedy pełne zrozumienia, życzliwości i miłości. Wówczas, jakby wychodząc z roli, staje się naprawdę wiarygodny, szczery. Wierzymy mu, przekonuje nas. To z jego ust padają znamienne słowa – Czcij ojca swego i matkę swoją.

Świat przedstawiony i bohaterowie filmu Dolana są zarysowani w sposób dość powierzchowny i schematyczny, co tu okazuję się jednak zaletą, gdyż to nie wywołuje poczucia braku wiarygodności, tylko poczucie ich uniwersalności.

Podsumowując

Powieść Jelinek i film Dolana to dwie narracje, które ukazują ten sam problem, rolę matki (demonicznej?) w życiu swoich dzieci – wręcz archetyp matki. Obie bardzo emocjonalne, rozhisteryzowane, bardzo charakterystyczne dla swoich autorów, opowiedziane zindywidualizowanym językiem. Łącz je coś jeszcze. Obie mają znamiona autobiograficzne. Twórcy wzięli na warsztat swoje życie i po swojemu, przepuszczając je przez swoją wrażliwość i wyobraźnię, opowiedzieli historię na ten sam temat – w pierwszym przypadku otrzymaliśmy brutalną, przerysowaną, wykrzywioną opowieść o toksycznej relacji matki z dorosłą córką, z wyrazistym portretem tej pierwszej, w istocie portretem tyrana, w drugim zaś nieco zmanieryzowaną i schematyczną, choć i zahaczającą o coś bardziej uniwersalnego, opowieść o relacji pełnej miłości i nienawiści matki i nastoletniego syna. Obie szczególne i fascynujące! Obie warte uwagi!

*Elfride Jelinek, Pianistka, tłum. Warszawa, WAB, 2004, tytuł oryginalny – Die Klavierspielerin, rok pierwszego wydania – 1983, rok pierwszego wydania polskiego – 1997.

**Zabiłem moją matkę, reż. Xavier Dolan, Kanada, 2009, tytuł oryginalny – J’ai tué ma mère.


[1] Amos Oz, Opowieści o miłości i mroku, Poznań 2016.

[2] Ibidem.

[3] Kinga Dunin, Matka jest jedna, o jedną za dużo, „Krytyka Polityczna”, opublikowano 10.06.2010, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/kinga-dunin-czyta/matka-jest-jedna-o-jedna-za-duzo/, dostęp 25.05.2017.

[4] Agnieszka Kobroń, Twórczość Jelinek – pisać o sobie i dla siebie, http://www.afiszteatralny.pl/2016/07/tworczosc-jelinek-pisac-o-sobie-i-dla.html, dostęp 25.05.2017.

BIBLIOGRAFIA