Pulitzery, Bookery…

Pulitzery, BookeryIdzie nowe!!!

Z nagrodami literackimi różnie to bywa, ale tak się składa, że często jest mi po drodze z Nagrodą Pulitzera i Nagrodą Bookera. Dlatego też postanowiłam wprowadzić w Bałwochwalni nowy cykl notatek – Pulitzery, Bookery… – poświęconych książkom, które uhonorowano tymi właśnie prestiżowymi literackimi nagrodami.

Będzie to dla mnie też rodzaj wyzwania czytelniczego – okazja do nadrobienia czytelniczych zaległości (może w końcu przeczytam tego słynnego Szczygła Donny Tartt 😉 ??), które uwierają, ale też wprowadzenie pewnego porządku, by ograniczyć chaos (porządki to u mnie natręctwo 🙁 ).

Nie będzie żadnej chronologii, nie będzie też systematyczności. Niespodziewanie pojawi się nota, o tej czy o tamtej nagrodzonej książce.

Dodam jeszcze, że niektóre uhonorowane publikacje to już klasyka, dlatego cykl Pulitzery, Bookery… niekiedy będzie pokrywał się z cyklem, który od dawna (u zarania dziejów Bałwochwalni) planuję, ale o tym więcej przy innej okazji.

Na początek dla przypomnienia kilka faktów!

Pulitzer

Nagroda Pulitzera[1] (ang. Pulitzer Prize) – coroczna amerykańska nagroda przyznawana za wybitne dokonania w dziedzinie dziennikarstwa, literatury pięknej i muzyki (wszystkich kategorii jest dwadzieścia jeden).

Nagrodę swojego imienia ufundował amerykański dziennikarz i wydawca węgierskiego pochodzenia – Joseph Pulitzer.

Pierwsze nagrody zostały przyznane 4 czerwca 1917 roku.

Laureat Nagrody Pulitzera uhonorowany zostaje świadectwem i czekiem na 15 tysięcy  USD (wyjątkiem jest kategoria „Służba publiczna”).

Bałwochwalniane noty poświęcone Nagrodzie Pulitzera będą dotyczyły kategorii „Pulitzer Prize for Fiction” (do 1947 roku – „Pulitzer Prize for Novel”)[2].

Nagroda Pulitzera przyznawana jest wiosną.

Booker

Nagroda Bookera[3] (ang. The Man Booker Prize for Fiction) – najbardziej prestiżowa nagroda literacka w Wielkiej Brytanii przyznawana za najlepszą powieść angielskojęzyczną danego roku (do 2013 uhonorowywała jedynie autorów, którzy byli obywatelami Wspólnoty Narodów, Zimbabwe lub Irlandii).

Pierwsza nagroda została przyznana w 1969 roku.

Laureat Nagrody Bookera otrzymuje 50 tysięcy funtów.

Nagroda Bookera przyznawana jest jesienią.

The Man Booker International Prize

W 2005 ustanowiono osobną międzynarodową nagrodę The Man Booker International Prize, która jest przyznawana pisarzom z całego świata, bez względu na język, w jakim tworzą. Warunkiem jest dostępność publikacji w języku angielskim.

Nagroda ta do roku 2015 przyznawana była co dwa lata za całokształt twórczości, od 2016 zaś corocznie za konkretną powieść.

Nagrodę – 25 tysięcy funtów – otrzymuje nie tylko autor, ale też i tłumacz.

Nagroda przyznawana jest późną wiosną.

Tyle teorii, czas na praktykę! To już wkrótce. Mam nadzieję, że ten cykl przypadnie Ci do gustu!!! Czekaj więc cierpliwie na opowieść o jednej z uhonorowanych tymi prestiżowymi nagrodami powieści!


[1] Hasło, Nagroda Pulitzera, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nagroda_Pulitzera, dostęp 09.10.2017.

[2] Za okładki płotem, http://www.zaokladkiplotem.pl/p/pulitzer.html, dostęp 09.10.2017.

[3] Hasło, Nagroda Bookera, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nagroda_Bookera, dostęp 09.10.2017.

Dzień Dziecka – przekraczanie rzeczywistości

Dzień Dziecka

I zrozumiałem, że już nie ma krainy mego dzieciństwa. Że żyje ona tylko we mnie i razem ze mną rozsypie się w proch którejś nadbiegającej z nicości godziny[1].

Kraina lat dziecinnych

Dzień Dziecka to kolejne święto, które jest pobudką do tropienia w tekstach kultury śladów wiążących się z tematem, znów, tak jak w przypadku Dnia Matki, złożonym, trudnym, bogatymi i jakże fascynującym. Jednym z tych istotnych, z którym artyści na różne sposoby się mierzą, który eksplorują, badają pod różnym kątem, któremu przyglądają się z różnych stron. Który dla niektórych twórców stanowi nawet zasadniczy problem egzystencjalny i czynią z niego główny temat swej twórczości.

Śladów nie trzeba daleko szukać… Najwięksi dali temu wyraz, stwarzając dzieła jedyne w swoim rodzaju, oryginalne, autonomiczne, uniwersalne. Dzięki nim mamy punkt zaczepienia, mamy od czego się odbić.

Literatura – Sklepy cynamonowe Brunona Schulza* – dzieciństwo zaklęte w słowach

Sklepy cynamonowe Brunona Schulza – jedno z największych i najbardziej oryginalnych dzieł literatury polskiej, mające charakter autobiograficzny – są tego najlepszym przykładem. Oczywiście, księga to przebogata w wątki i tematy najrozmaitsze, ale ten dotyczący świata lat najmłodszych wiedzie prym, jemu podporządkowana jest cała wielowarstwowa reszta.

Dzień Dziecka - Sklepy cynamonoweBohaterem cyklu i zarazem narratorem jest głównie chłopiec, pochodzący z niewielkiego przedwojennego miasteczka w Galicji, z kupieckiej żydowskiej rodziny, która przeżywa finansowy upadek i likwidację sklepu. Wątła fabuła nie ma tu większego znaczenia. Znaczenie ma rzeczywistość widziana oczyma dziecka. Chłopiec z ciekawością i fascynacją odkrywa otaczającą go rzeczywistość, odbiera świat, który znajduje się w szczególnym momencie, w chwili przeobrażeń – zderzenia się dwóch, jakże odmiennych i nieprzystających do siebie rzeczywistości – starej, dziewiętnastowiecznej zastałej stabilizacji mieszczańskiej i dwudziestowiecznej nowoczesności[2], po swojemu, w sposób szczególny. Realia zostają przetworzone w wyobraźni chłopca, czego efektem są nowe światy – jakże wzbogacone i ubarwione.

Fantazjotwórstwo, mitomania chłopca o nadwrażliwej psychice i wybujałej wyobraźni sprawiają, że najbardziej zwyczajne postacie, rzeczy codziennego użytku, prozaiczne wydarzenia urastają do rangi herosów, cudów, symboli. Prowincja staje się metropolią, służąca groźnym bóstwem, które opiekuje się rodziną. Zwyczajny powrót chłopca do domu, codzienny spacery uliczkami małego miasteczka czy zwykłe snucie się po strychu, pokojach i korytarzach mieszkania oglądamy dziecka oczami, dla którego te wyprawy urastają do wielkich, niezapomnianych, bo jedynych w swoim rodzaju eskapad. Dla nas zaś, odbiorców, te wojaże są spoza tego świata, są przekroczeniem tej rzeczywistości.

Ta nowa, wykreowana przez Schulza rzeczywistość, jest w gruncie rzeczy wyidealizowanym światem dzieciństwa, mitologizacją tego czasu, jako najistotniejszego okresu w życiu każdego człowieka. Ten nowy świat jest z pogranicza jawy i snu. Oniryczna konwencja jest tu szczególna. Nikt tu jednak nie śni, gdyż proza w całości przypomina po prostu sen, wzorowana jest na jego mechanizmach. Jest konkretna, materialna i jednocześnie fantastyczna i pełna metamorfoz. Mało tego, z jednej strony jest sprzeczna z zasadami logiki, z drugiej zaś tę zasadę sprzeczności ignoruje, niczym w surrealizmie[3]. Ta wykreowana rzeczywistość jest nie tylko oniryczna. Jest też mityczna czy mitopodobna[4].

Autor nadał elementom świata przedstawionego znaczeń sakralnych, upodobnił wykreowaną rzeczywistości, pozbawioną konkretności, do wyobrażeń mitycznych, wpisanych w ludzką świadomość[5]. Co ważne, ta mitologia nie jest tylko mitologią prywatną. Autor sięga tu do mitów biblijnych i helleńskich. A istotą jest tu odtworzenie pierwotnej wiedzy o świecie, prawd dawniej wspólnych dla całej ludzkości wyrażanych za pomocą mitów. Okresem egzystencji człowieka, w którym mityczne poznanie prawd może być człowiekowi najbliższe, jest jego początek czyli dzieciństwo właśnie[6].

Film – Fanny i Alexander Ingmara Bergmana** – dzieciństwo zaklęte w obrazach

Jeden z największych filmowców – Ingmar Bergman – ostatni swój kinowy obraz, jeden z istotniejszych, poświęcił właśnie dzieciństwu, poruszając przy tym główne wątki swojej twórczości – „zmagania i samotność artysty, jego stosunek do Boga i ludzi, moc wyobraźni i siły próbujące ją unicestwić”[7]. Co istotne, autor wykorzystał tu wątki autobiograficzne, gdyż film oparty jest na wspomnieniach reżysera z lat najmłodszych.

Fanny i Alexander to historia rodziny Ekdahlów. Tytuł każe przyglądać się dwójce dzieci (rodzeństwu), które początkowo gubią się w tłumie postaci, stając się z czasem głównymi bohaterami tej wyrafinowanej, dopracowanej w każdym detalu, opowieści o dzieciństwie.

Dzień Dziecka - Fanny i AlexanderEkdahlowie to liczna, kilkupokoleniowa szczęśliwa i zamożna rodzina, umiejąca korzystać z życia, z jego zmysłowych rozkoszy, potrafiąca cieszyć się urokami swego mikroświata, nieprzestrzegająca konwenansów, nieobawiająca się „bratać z ludem”, wolna i otwarta, której czas upływa na świętowaniu i celebrowaniu życia. Wodzirejem jest tu ukochana matka i babcia. Życie jej wnuków, ich dzieciństwo to czas lekkości, beztroski i radości, zabaw i wygłupów. To szczęśliwy okres dla bystrego i nadwrażliwego Alexandra, o przenikliwym umyśle, zatopionego w swoich myślach i fantazjach, – porte-parole reżysera (ja widzę nawet fizyczne podobieństwo), który może swobodnie, bez najmniejszy ograniczeń i konsekwencji korzystać z pokładów swej wyobraźni.

Niestety, ten sielski czas niespodziewanie zostaje przerwany. Umiera ojca dzieci, a owdowiała matka wkrótce ponownie wychodzi za mąż, za człowieka, który jest przeciwieństwem jej pierwszego męża – dyrektora teatru, aktora. Drugi małżonek, surowy luterański duchowny, organizuje życie swojej nowej rodzinie według własnych zasad. Od tej chwili życie Alexandra, jego siostry i matki, staje się przeciwieństwem ich dotychczasowej egzystencji. Znamienne wręcz wydają się tu słowa ojczyma skierowane do pasierba, które symbolicznie oddają sens zachodzącej przemiany w życiu chłopca:

Fantazja jest wielką siłą. To wspaniały dar boży, ale gdy władają nią artyści, poeci, muzycy.

Alexander, stale bytujący na graniczy jawy i snu, według ojczyma ma wadę charakteru – nie odróżnia kłamstwa od prawdy. Zauważa, że jest jednak jeszcze dzieckiem i jego kłamstwa (tak ocenia fantazje chłopca biskup) choć wstrętne, to na szczęście są tylko dziecinne. Ostrzega jednak, że niebawem stanie się dorosły i poniesie za to karę, gdyż życie bezlitośnie karze kłamców.

Z chwilą poślubienia przez wdowę duchownego, następuje odcięcie całej trójki od radosnego życia, które do tej pory wiedli, życia, które teraz odchodzi już do przeszłości. Poślubiona kobieta i jej dzieci przeprowadzają się do domu biskupa zupełnie „nadzy”, wchodzą w nowe życie jak nowo narodzeni – bez żadnego dobytku, bez strojów, biżuterii, mebli, bez przyjaciół, zwyczajów i myśli, bez poprzedniego życia, bez zabawek, lalek, książek.

Na szczęście ten mroczny okres szybko dobiegł końca i Alexander wraz z matką i siostrą powrócił na łono ukochanej rodziny, by znów cieszyć się urokami dzieciństwa.

Fanny i Alexander jest uniwersalną, też oniryczną, nostalgiczną i symboliczną opowieścią o dzieciństwie. Stanowi również rodzaj pożegnania artysty z własnym dzieciństwem czy nawet rodzaj rozliczenia się z nim. Bergman pokazał tu czar tego okresu w życiu człowieka, ale też jego mroki – tajemne siły, które walczą o duszę dziecka[8].

Podsumowując

Powrót do krainy dzieciństwa tych dwóch wybitnych twórców zaowocował szczególnymi dziełami, jedynymi w swoim rodzaju. W swojej estetyce, za pomocą sobie właściwych zabiegów formalnych stworzyli dzieła, które choć dotykające rzeczywistości konkretnej, to w efekcie tę konkretność przekraczające. Autonomiczność ich i uniwersalność pozwala nam wejść w ich świat wykreowany, cieszyć się nim, zachwycać i poczuć się jak u siebie! Nic tylko dać porwać Schulzowskim i Bergmanowskim wizjom!

*Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe. Sanatorium pod klepsydrą, Warszawa 1999, rok pierwszego wydania – 1933.

**Fanny i Alexander, reż, Ingmar Bergman, Szwecja, Francja, RFN, 1982, tytuł oryginalny – Fanny och Alexander.


[1] Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa, Warszawa 2016.

[2] Jerzy Kwiatkowski, Dwudziestolecie międzywojenne, Warszawa 2003, s. 341.

[3] Ibidem.

[4] Ibidem.

[5] Elżbieta Olinkiewicz, Katarzyna Radzymińska, Halina Styś, Słownik encyklopedyczny: Język polski, Wrocław 2002.

[6] Kwiatkowski, op. cit, s. 342.

[7] Panorama kina najnowszego 1980–1995. Leksykon, red. Barbara Kosecka, Anita Piotrowska, Wojciech Kocołowski, Kraków 1997.

[8] Ibidem.

BIBLIOGRAFIA
  • Jarzębski Jerzy, Prowincja centrum. Przypisy do Schulza, Kraków 2005.
  • Kłopotowski Krzysztof, „Fanny i Aleksander”, czyli suma ludzkiego życia, opublikowano 06.06.2013, http://film.interia.pl/wiadomosci/news-fanny-i-aleksander-czyli-suma-ludzkiego-zycia,nId,1812647, dostęp 31.05.2017.
  • Konwicki Tadeusz, Mała apokalipsa, Warszawa 2016.
  • Kwiatkowski Jerzy, Dwudziestolecie międzywojenne, Warszawa 2003.
  • Olinkiewicz Elżbieta, Radzymińska Katarzyna, Styś Halina, Słownik encyklopedyczny: Język polski, Wrocław 2002.
  • Panorama kina najnowszego 1980–1995. Leksykon, red. Barbara Kosecka, Anita Piotrowska, Wojciech Kocołowski, Kraków 1997.

Dzień Matki – bez lukru

Dzień Matki

Wszystkie matki kochają swoje dzieci; takie są prawa natury. Nawet kotka. Albo koza. Nawet matki kryminalistów i morderców. Nawet matki nazistów. Nawet matki śliniących się dzieci specjalnej troski. Nawet matki potworków[1].

Rzeczywistość bezlitosna

Wszyscy dobrze wiemy, że prawa natury prawami natury, a człowiek na każdym kroku musi sobie i innym udowadniać, że potrafi! Oz też wiedział. Dalej pisał:

Fakt, że tylko mnie kochać się nie dało, że to ode mnie matka uciekła, dowodzi niezbicie, że mnie po prostu nie ma za co kochać. Że mnie miłość się nie należy. Coś ze mną jest nie tak, musi być we mnie coś paskudnego i okropnego, do tego stopnia odrażającego, że trudniej to znieść niż kalectwo, upośledzenie czy chorobę psychiczną. Musi we mnie być coś obmierzłego, czego nie da się naprawić, rzecz tak obrzydliwa, że nawet moja matka, dobra i wrażliwa kobieta, która umiała miłością darzyć ptaki, żebraków na ulicy czy zagubione szczenięta – nawet ona nie mogła mnie już ścierpieć i musiała w końcu uciec ode mnie najdalej, jak się da. Jest takie arabskie powiedzenie: […] każda małpa w oczach swojej matki jest gazelą. Tylko nie ja[2].

Matka jest tylko jedna

Skąd taki cytat? Oczywiście Dzień Matki stał się tu pobudką. W istocie jednak nie chodzi o samo święto, ale o temat. Tak złożony, trudny, bogaty i jakże fascynujący. I teksty kultury tego dowodzą. Niekiedy aż dech zapiera…

Twórcy wyposażeni w odpowiednie radary dostarczają nam sporo ujęć tego zagadnienia. Współcześnie dalekie są one od patosu, chyba dość charakterystycznego dla przeszłości i wyidealizowaniu, bliskie zaś pragnieniu odczarowywania, odarcia z lukru. Ukazują świat zniuansowany, wieloaspektowy, o wielu odcieniach szarości.

Daleko tym narracjom literackim do opowieści o matkach uosabiających elementarny ład świata, świata, w którym wszystko jest tak jak być powinno, w którym nie ma miejsca na ambiwalencję, na szarości właśnie. W tym świecie wiadomo co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne. Utrata zaś matki, jej śmierć, jest amputacją. Odbiera człowiekowi wszystko to, co pozwala mu trwać, wyrywa go i wrzuca w pustkę, nicość. Od tej chwili będzie już tylko on sam. Blisko zaś tym narracjom do opowieści o ohydzie i okrucieństwie człowieka.

Literatura – Pianistka Elfride Jelinek* – kreacyjna dekonstrukcja

Gdy myślę o literackich matkach to widzę tę z Pianistki Elfride Jelinek. Tam, teoretycznie, matka nie jest główną bohaterką, tą jest córka, ale praktycznie, w istocie, to właśnie matka jest tu centralną postacią, gdyż to ona jest siłą sprawczą, kreatorką świata przedstawionego.

Dzień Matki - PianistkaPowieść ta ukazała się ponad trzy dekady temu, w 1983 roku. Po niej powołano do życia powieści, bardzo dobre powieści, oscylujące wokół postaci matki, ale każda z nich przy zestawieniu z Pianistką blednie. Pępowina Majgull Axelsson, Mam na imię Lucy Strout Elizabeth, Skóra Toni Morrison, czy ta o tytule, który już wywołuje gęsia skórkę – Oby cię matka urodziła Vedrany Rudan, to powieści z ostatnich pięciu lat (trzy ostatnie z 2016 roku, pierwsza z 2013), które portretują matkę, pozbawiając ją lukru – Kinga Dunin pochylając się nad tymi powieściami bardzo sugestywnie zatytułowała swój tekst – Matka jest jedna, o jedną za dużo[3] – ale nie są to portrety już tak zapadające w pamięć jak ten Jelinek.

Nic właściwie dziwnego. Świat przedstawiony Pianistki poraża, wstrząsa, szokuje. Autorka wyznała kiedyś, że jej kreatywność bierze się z tego, co negatywne. I rzeczywiście, tu mamy tego dowód[4]. Rozczarowana światem postanowiła swym pisarstwem zdemaskować prawdę o nim, o nas. Czytelnik, który zdecyduje się stawić czoła tej prozie (co nie jest łatwe) dozna bólu, i fizycznego, i psychicznego. Będzie chciał zapomnieć i zapomnieć nie będzie mógł. Czytelnik, który zdecyduje się stawić czoła tej prozie zostanie wytrącony z równowagi. Złość bijąca z każdego słowa udzieli się i jemu. To powieść brutalna, ironiczna, sarkastyczna, groteskowa, absurdalna, przejaskrawiona, pełna bólu, oskarżeń, wściekłości i nienawiści. Postacie przerysowane wywołują niesmak, dyskomfort, odrazę. Ale poklei…

Powieść austriackiej noblistki porusza wiele tematów, ale najważniejszy chyba jest ten, który wydaje się najistotniejszy w życiu każdego, bo „ustawia” go na całe życie – relacje matki z dzieckiem, tu relacje matki z córką.

Teoretycznie, jak już zaznaczyłam, główną bohaterką jest ukochana córka – dobijająca do czterdziestki Erika Kohut, niespełniona pianistka, nauczycielka gry na fortepianie w wiedeńskim konwersatorium, żyjąca z ukochaną matką pod jednym dachem, wciąż od niej zależna (mentalnie i duchowo) i niespełniająca jej oczekiwań. Ta relacja z matką zdefiniowała jej całe życie.

W chwili narodzin już córka „usunęła się” w cień, a matka wyszła na plan pierwszy. Bo to ona, matka, postanawia, że jej ukochane dziecko będzie najwspanialsze i będzie żyło najwspanialszym życiem. Już ona o to zadba! Jak postanowiła, tak też zrobiła. W swych działaniach była nieugięta, nie pozwalała sobie na chwilę nieuwagi, była cierpliwa, wytrwała, skrupulatna, stała stale na straży. Co mogło przynieść tylko piorunujący efekt.

Akt kreacji udał się znakomicie – nastąpiła całkowita dekonstrukcja. Ukochane dziecko, wprawdzie nie zostało światowej sławy pianistką (to już nie matki wina, tylko świata, który nie poznał się na jej talencie, też córki, która temu nie sprostała), ale udało się matce osiągnąć coś, na czym w gruncie rzeczy znacznie bardziej jej zależało – udało się zapobiec wymknięciu się córki.

Nadopiekuńcza czy raczej zaborcza matka zniewoliła dziecko, które wyrosło na upośledzoną emocjonalnie kobietę. Od najmłodszych lat, indoktrynując, wyznaczała granice świata swojej jedynej córki, oddzielając ją od normalnego życia, wpływając na każdą jego sferę. I od tamtego czasu nic się nie zmieniło.

Erika, już jako dorosła kobieta, poważna pani profesor konwersatorium, przekazująca swoim uczniom tajniki gry na fortepianie, wciąż jest pod kontrolą matki, która stale nadzoruje każdy krok córki – dokąd wychodzi, o której wraca, z kim się spotyka, na co wydaje swoje pieniądze, w co się ubiera itd. Wymagając przy tym bezwzględnego posłuszeństwa, zabraniając na najdrobniejszy przejaw samodzielności. Każda niesubordynacja zaś jest pretekstem do awantury. Dochodzi wówczas do rękoczynów, słów ostatecznych, histerii, lamentu, płaczu, oskarżeń, pretensji, a w konsekwencji i do wyrzutów sumienia, błagań, przeprosin.

Świat Eriki jest wypaczony, wypaczona jest i wewnętrznie ona sama. Jest emocjonalną kaleką. Nienawidzi swej matki, ale nie potrafi wyzwolić się spod jej wpływów, co tylko pokazuje jakiego spustoszenia psychiczno-emocjonalnego dokonała matka – jak doskonale wykonała zadanie, do którego przed samą sobą się zobowiązała. Erika nie potrafi nawiązać zdrowych relacji z innymi. Pogardza nimi, czuje wobec nich wyższość. Jest nieprzyjemna i niedostępna. Wręcz znęca się nad swoimi podopiecznymi. Swe erotyczne pragnienia zaspokaja w sposób dość perwersyjny. Przyjemność czerpie z podglądania par uprawiających seks w parku czy samookaleczeń.

Erika ma tego wszystkiego świadomość. Sfrustrowana, obolała, cierpiąca, zredukowana, zdekonstruowana, marzy skrycie o życiu innym, takim jak żyje większość ludzkości. Niestety…

W przypadku twórczości Jelinek forma idzie w parze z treścią. I w przypadku Pianistki nie jest inaczej. Autorka idealnie dostosowała formę do treści zawartych w powieści, uwydatniając je tym samym. W języku noblistki zawarty jest cały dramat.

Kończąc ten wątek, wspomnę jedynie, że na podstawie Pianistki Jelinek, Michaela Haneke, rodak pisarki, nakręcił w 2001 roku film pod takim samym tytułem. Z ekranizacjami wiadomo, bywa różnie, zwykle jednak wypadają znacznie gorzej niż literackie pierwowzory, tutaj jednak mamy do czynienia ze znakomitym i autonomicznym dziełem, co w przypadku tego reżysera wcale nie dziwi.

Film – Zabiłem moją matkę Xaviera Dolana** – pragnienie obcości

Temat matczyny nie jest też obojętny też filmowcom. Wystarczy wspomnieć filmy trzech reżyserów z ostatnich dwóch lat – komediodramat The Meddler (reż. Lorene Scafaria, USA, 2015) – przemilczę karkołomny polski tytuł – znakomity dramat Matka jest tylko jedna (reż. Paul Duddridge, USA, 2016) oraz słynny już obraz Julieta (reż. Pedro Almodovar, Hiszpania, 2016) – w których twórcy to właśnie zagadnienie po swojemu odsłaniają.

Dzień Matki - Zabiłem moją matkę

Xavier Dolan, francusko-kanadyjski reżyser młodego pokolenia, jest także autorem filmów oscylujących wokół tego problemu (na marginesie dodam, że film Pianistka jest ulubionym filmem jednego z ulubionych reżyserów Dolana). W 2009 roku nakręcił wymowny film o sugestywnym tytule – Zabiłem moją matkę. Po kilku latach, w 2014, stworzył inny obraz pod tytułem Mama, idącym krok dalej w porównaniu z pierwszą opowieścią, będącym swego rodzaju jej powtórzeniem czy przedłużeniem albo kolejną jej wariacją.

Zabiłem moją matkę jest debiutem reżyserskim i opowiada o konflikcie pokoleń na przykładzie relacji nastolatka (w tej roli sam Dolan) z matką. I nie są to proste relacje, jednoznaczne. Są zaś bardzo intensywne, burzliwe, histeryczne.

Film opowiada historię w zasadzie jakich wiele, niczym nie wyróżniającą się, to narracja o ludziach zwykłych, żyjących zwyczajnym życiem, o sytuacjach codziennych, znanych każdemu – samotna matka, oddająca się całkowicie swemu dziecku i zbuntowany nastolatek, mający pretensje do wszystkich o wszystko i ich codzienny byt, ich zmaganie się ze sobą.

Twórca zdecydował się pokazać problem dobrze znany, przerobiony i rozpoznany, ale zrobił to po swojemu, w swojej, dopiero co zarysowującej się estetyce. I wyszło mu to, przy wielu mankamentach, rewelacyjnie. To, co widzimy na ekranie nie jest nam obojętne. Współodczuwamy wraz z bohaterami, rozumiemy ich, kibicujemy im. Obrazy na długo pozostają w naszych głowach.

Gdy Hubert był małym chłopcem wszystko było tak jak trzeba, bo liczyła się tylko mama i jej miłość, i te jego pragnienia były zaspokajane, teraz zaś, jak twierdzi, już nie ma z matką nic wspólnego. Robi z niej swojego największego wroga. Sądzi, że jest złą, najgorszą matką, że nie powinna mieć dzieci.

Ten zbuntowany, egocentryczny i narcystyczny nastolatek wstydzi się swojej matki, samotnej kobiety, urzędniczki spędzającej wolny czas na oglądaniu seriali, układaniu pasjansa, która poświęciła życie swemu dziecku. Pogardza nią. Krytykuje ją na każdym kroku. Za jej gust, sposób zachowania, nawyki, mentalność. Z zazdrością patrzy na matki rówieśników – nowoczesne, atrakcyjne, pożądane, które rozumieją swe nastoletnie dzieci i traktują je po partnersku. On, jak twierdzi, na zrozumienie matki liczyć nie może, dlatego też dystansuje się od niej, nie mówi jej o swych życiu, nie pyta ją o jej życie, podważa jakikolwiek z nią związek. Pragnie nie autonomii, niezależności, przerwania pępowiny, tylko bycia obcymi dla siebie. Co paradoksalnie umożliwiłoby, według Huberta, ich miłość.

W istocie Hubert jest dobrym chłopakiem, dobrym dzieckiem, wrażliwym, utalentowanym, lubianym, potrzebującym wsparcia, zrozumienia, kogoś bliskiego, zaufanego, kochającego. Zwykle jest wobec matki okrutny, ale wydaje się, że jest to podyktowane tylko okresem buntu, buntu który jest charakterystyczny dla danego wieku, wieku, w którym jest właśnie Hubert, a nie rzeczywistymi przesłankami, okolicznościami, faktami, które by usprawiedliwiały takie zachowanie, tłumaczyły, wyjaśniały. Z zasady więc zachowuje się tak a nie inaczej – odgrywa pewną rolę, którą mu nastoletni wiek narzuca.

Choć chce odciąć się od matki, symbolicznie nawet ją uśmierca, to matkę czyni główną bohaterką swojego życia – to jej poświęca uwagę w swym dzienniku, to ona jest w centrum jego wizji czy wynurzeń przed kamerą. Jego życie podporządkowane jest matce, tak samo jak matki życie podporządkowane jest jemu.

Matka nie wydaje się ani zaborcza, ani toksyczna, ani nadopiekuńcza. Po prostu jest matką, dla której syn jest najważniejszy, bo poza nim nie ma nikogo. Słowa krótkiego dialogu na długo w widzach pozostają:

– Co byś zrobiła, gdybym dzisiaj umarł?

– Umarłabym jutro.

I wcale nie jest tak, że matka nie rozumie Huberta. Wręcz przeciwnie, tyle że on nie dopuszcza jej do siebie, nie daje jej szansy. Mało tego, nie tylko matka jest pełna zrozumienia, pełen zrozumienia jest także syn, który to głęboko skrywa. Słowa pełne złości i nienawiści tak często przez niego wypowiadane brzmią nieszczerze, jak właśnie wyuczone kwestie odgrywanej roli. Zdarzają się jednak sytuacje, w których przełamuje się. Jego wypowiedzi są wtedy pełne zrozumienia, życzliwości i miłości. Wówczas, jakby wychodząc z roli, staje się naprawdę wiarygodny, szczery. Wierzymy mu, przekonuje nas. To z jego ust padają znamienne słowa – Czcij ojca swego i matkę swoją.

Świat przedstawiony i bohaterowie filmu Dolana są zarysowani w sposób dość powierzchowny i schematyczny, co tu okazuję się jednak zaletą, gdyż to nie wywołuje poczucia braku wiarygodności, tylko poczucie ich uniwersalności.

Podsumowując

Powieść Jelinek i film Dolana to dwie narracje, które ukazują ten sam problem, rolę matki (demonicznej?) w życiu swoich dzieci – wręcz archetyp matki. Obie bardzo emocjonalne, rozhisteryzowane, bardzo charakterystyczne dla swoich autorów, opowiedziane zindywidualizowanym językiem. Łącz je coś jeszcze. Obie mają znamiona autobiograficzne. Twórcy wzięli na warsztat swoje życie i po swojemu, przepuszczając je przez swoją wrażliwość i wyobraźnię, opowiedzieli historię na ten sam temat – w pierwszym przypadku otrzymaliśmy brutalną, przerysowaną, wykrzywioną opowieść o toksycznej relacji matki z dorosłą córką, z wyrazistym portretem tej pierwszej, w istocie portretem tyrana, w drugim zaś nieco zmanieryzowaną i schematyczną, choć i zahaczającą o coś bardziej uniwersalnego, opowieść o relacji pełnej miłości i nienawiści matki i nastoletniego syna. Obie szczególne i fascynujące! Obie warte uwagi!

*Elfride Jelinek, Pianistka, tłum. Warszawa, WAB, 2004, tytuł oryginalny – Die Klavierspielerin, rok pierwszego wydania – 1983, rok pierwszego wydania polskiego – 1997.

**Zabiłem moją matkę, reż. Xavier Dolan, Kanada, 2009, tytuł oryginalny – J’ai tué ma mère.


[1] Amos Oz, Opowieści o miłości i mroku, Poznań 2016.

[2] Ibidem.

[3] Kinga Dunin, Matka jest jedna, o jedną za dużo, „Krytyka Polityczna”, opublikowano 10.06.2010, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/kinga-dunin-czyta/matka-jest-jedna-o-jedna-za-duzo/, dostęp 25.05.2017.

[4] Agnieszka Kobroń, Twórczość Jelinek – pisać o sobie i dla siebie, http://www.afiszteatralny.pl/2016/07/tworczosc-jelinek-pisac-o-sobie-i-dla.html, dostęp 25.05.2017.

BIBLIOGRAFIA

Dzień Książki – życie bez książek jest możliwe/ życie bez książek jest niemożliwe*

Światowy Dzień Książki

Poeta to na pewno ktoś

Słuchajcie głosu poety

Choćby ten głos

był cienki jak włos

Jak jeden włos Julietty

Jeśli się zerwie włosek ten

to nasza nudna kula

upadnie w ciemność

Czy ja wiem

albo się zbłąka w chmurach

Słyszycie Czasem wisi coś

na jednym włosku wisi

Dziś włoskiem tym poety głos

Słyszycie

Ktoś tam słyszy**

Hymnu czas

Od dziś powyższy wiersz – Włosek poety Tadeusza Różewicza – nie jest zwykłym wierszem. Jest uroczystą pieśnią pochwalną, światowym hymnem książki UNESCO, autorstwa dwóch polskich twórców, poety – Tadeusza Różewicza i kompozytora – Jana Kantego Pawluśkiewicza. Przyznam, że duma mnie rozpiera, bo że z Polski, ale też dlatego, że odkąd poznałam List do ludożerców Różewicz jest moim ulubionym poetą, stale, niezmiennie, wiecznie, i odkąd poznałam Szaloną lokomotywę, to pokochałam Pawluśkiewicza (który był współtwórcą musicalu wraz z Markiem Grechutą, w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego, na motywach utworu Witkacego) również miłością bezdenną. Dlatego też wybór tych właśnie twórców na autorów hymnu książki jest mi szczególnie bliski.

Dzień Literatury

Światowy Dzień Książki to dla mnie po prostu Dzień Literatury. Bo, powiem za Ryszardem Koziołkiem, „Mam skłonność do przyznawania literaturze rangi najważniejszego składnika kultury. Nic w tym dziwnego, w moim fachu to zawodowa powinność, niczym wiara księdza. Nie wystarcza mi jednak wypełnianie misji, która łączy się z moją profesją. Jestem notorycznym poszukiwaczem dowodów, że literatura to konieczność mówiącego człowieka, który w trosce o biologiczny i społeczny byt musi ulepszać swoją mowę, czyli czytać oraz tworzyć metafory i opowieści”[1].

Dlatego dziś pozwolę sobie na refleksję na temat istoty i sensu…

Istota

Dla Koziołka, jak zauważa Łukasz Żurek, literatura jest rodzajem laboratorium, w którym przeprowadza się podczas lektury eksperymenty egzystencjalne, emocjonalne oraz polityczno-społeczne. „Dzięki niej intensyfikujemy nasze doświadczenie rzeczywistości, uprzytamniamy sobie naszą jednostkowość, przestajemy się gapić i zaczynamy zauważać życie. Jak to jednak w laboratorium bywa, czasem połączenie jednego składnika z drugim doprowadza do sytuacji niekontrolowanych, do wybuchu. […] Co ważne, zdaniem Koziołka tych ciemnych afektów pojawiających się przy lekturze nie sposób usunąć, bo wówczas nie bylibyśmy zdolni do przeżywania literatury, do przejmowania się nią i do ćwiczenia się we wspomnianych eksperymentach”[2].

Życie a egzystencja

O egzystencjalnej wadze literatury mówił też już Michał Paweł Markowski w swojej książce Życie na miarę literatury[3], która jest manifestem, wyrażeniem poglądów badacza na temat literatury, jej sensu, źródeł, celów oraz na temat życia i egzystencji. Bo autor tych dwóch pojęć nie traktuje synonimicznie. Nie tylko je różnicuje, ale i wartościuje.

Życie według Markowskiego jest bytowaniem wyznaczanym przez biologię ciała i okoliczności. Życie samo w sobie nie ma sensu. Egzystencja zaś jest „spożytkowaniem” życia, nadawaniem znaczeń[4]. Literatura jest sposobem radzenia sobie ze światem, zatem jest wyrazem egzystencji. Niczym Marksistowskie opium dla mas… Tak, dla Markowskiego literatura jest środkiem uśmierzającym, który umożliwia być w świecie. Ona to nadaje temu byciu sens. Badacz, tak jak Augustyn twierdził, że czytanie jest czynnością sensotwórczą, uważa, że życie bez literatury po prostu nie ma sensu.

O kolejnych bałwochwalców literatury nie trudno. Dla Grzegorza Jankowicza fundamentem świata jest właśnie literatura.

Myślimy o tym, co przeczytaliśmy. Wyobrażamy sobie świat, do którego zostaliśmy zaproszeni. Nadajemy mu kształt. Meblujemy go po swojemu. Przy tym cały czas poruszamy się w naszej rzeczywistości, która wygląda już jednak nieco inaczej, a przynajmniej inaczej nam się jawi. Zaszła bowiem zmiana: najpierw w nas – dzięki literaturze, a potem w świecie – za naszą sprawą.

I wtedy budzi się w nas potrzeba rozmowy. Jest to potrzeba tak silna, tak intensywnie odczuwana, że nie sposób jej zignorować. Czytanie powoduje, że chcemy rozmawiać o literaturze i o reszcie świata, przy czym resztę należy tu rozumieć dosłownie: jako coś, co zostaje, gdy odejmiemy od rzeczywistości jej istotną część, gdy usuniemy spod niej fundament, na którym się wspiera. Tak, tak, właśnie to chcę powiedzieć: fundamentem świata jest według mnie literatura[5].

Dać szansę

Zrobiło się bardzo poważnie. Śmiertelnie poważnie. Ale przecież nie o błahostkę chodzi. Chodzi o coś najcenniejszego co mamy. Chodzi o nasze życie, więc o sprawę najcięższej wagi. Co oczywiście wcale nie znaczy, że nie może być lżej. To jednak pokazuje, uświadamia, że czytanie – obcowanie z literaturą – jest czynnością mającą ogromną moc sprawczą, mającą imponujący na człowieka wpływ, oddziałującą na jego egzystencję w sposób wręcz zadziwiający, nawet jeśli jest tylko codzienną przyjemnością, bo przecież, jak twierdziła Wisława Szymborska „czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła”, oczywiście pod warunkiem, że damy literaturze, a przede wszystkim sobie szansę.

Literacka prawda

Można do sprawy podejść tak jak Julian Barnes, który, odpowiadając niejako na pytanie Sartre’a Czym jest literatura?[6], stwierdził, że literatura to „[…] najlepszy sposób mówienia prawdy; literatura to proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów. Poza tym literatura jest wieloma rzeczami, takimi jak zachwyt, zabawa, język; jest również zadziwiająco intymnym sposobem komunikowania się z ludźmi, których nigdy się nie spotka”[7].

Podczas czytania, Virginię Woolf zewnętrzny świat w ogóle nie obchodził, dla niej książka „jakby wcale nie była książką, lecz częścią […] pejzażu, jakby to, co czytam, nie zostało wydrukowane, oprawione czy zszyte, ale stanowiło wytwór drzew, pól i upału letniego dnia, jakby było powietrzem, które w pogodne poranki opływa obrysy przedmiotów”[8]. W jednym ze swych esejów wyznała:

[…] jeśli zamykam książkę, to dlatego, że nasyciłam już umysł, nie dlatego, że wyczerpałam skarbnicę[9].

Książki mogą też być, jak dla dziewczyn z bloga Niespodziegadki, „[…] ulubionym środkiem lokomocji. Te niepozorne, papierowe samolociki pozwalają nie tylko na podróże w czasie i przestrzeni, ale także na zaglądanie w głąb ludzkich umysłów i patrzenie na świat cudzymi oczami”[10].

Podsumowując, można powiedzieć, że czytać po prostu warto, bo gdy „się ktoś zaczyta, zawsze się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega, albo zaśnie – w każdym razie wygra…” jak rzekł Henryk Sienkiewicz. Ale…

Mądre czytanie

Koziołek nie ubolewa nad polskim nieczytaniem (które kolejny raz potwierdziły wyniki badań Biblioteki Narodowej za rok 2016), bo wie, że literatury po prostu nic nie zastąpi, tylko ubolewa nad brakiem wspólnoty czytania[11], ja natomiast ubolewam nad czytaniem jako takim, bo jestem entuzjastką czytania mądrego, żarliwego a nie naiwnego, po prostu jestem propagatorką bycia świadomym czytelnikiem.

„Zindywidualizowana, monadyczna i nomadyczna lektura”[12], jako nowy sposób lektury, bardzo mi odpowiada, pozwala iść swoją drogą, ale niech ta droga nie będzie przypadkowa, pozbawiona znaczeń, niech nie będzie trywialna i nic nie warta! Niech przyświeca nam tu szalona myśl Magdaleny Samozwaniec:

Dobra książka to rodzaj alkoholu – też idzie do głowy.

*Parafraza fragmentu wiersza Tadeusza Różewicza Bez z tomu Płaskorzeźba z 1991 roku.

**Tadeusz Różewicz, Włosek poety, w, Uśmiechy, Wrocław 1955.


[1] Ryszard Koziołek, Dobrze się myśli literaturą, Wołowiec 2016, s. 7.

[2] Łukasz Żurek, Praktyka filologiczna. Wokół książki „Dobrze się myśli literaturą” Ryszarda Koziołka, http://kulturaliberalna.pl/2016/02/16/lukasz-zurek-recenzja-dobrze-sie-mysli-literatura-ryszard-koziolek/, dostęp 22.04.2017.

[3] Michał Paweł Markowski, Życie na miarę literatury, Kraków 2009.

[4] Jolanta Prochowicz, Literatura a sens życia, „Znak” 2010, nr 658, http://www.miesiecznik.znak.com.pl/6592010jolanta-prochowiczliteratura-a-sens-zycia/, dostęp 22.04.2017.

[5] Grzegorz Jankowicz, Życie na poczytaniu. Rozmowy o literaturze i reszcie świata, Wrocław 2016.

[6] Jean-Paul Sartre, Czym jest literatura? Wybór szkiców krytycznoliterackich, Warszawa 1968.

[7] Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z „The Paris Review”, Wrocław 2016, s. 48.

[8] Virginia Woolf, Eseje wybrane, Kraków 2015, s. 8.

[9] Ibidem, s. 18.

[10] Niespodziegadki, http://niespodziegadki.pl/o-nas/, dostęp 22.04.2016.

[11] Koziołek, op. cit., s. 18.

[12] Ibidem.

Dzień Kobiet – świat wielkich kobiet

Dzień Kobiet

Kobieto! puchu marny! ty wietrzna istoto!

Postaci twojej zazdroszczą anieli,

A duszę gorszą masz, gorszą niżeli!…*

– inaczej chyba nie można zacząć noty z okazji Dnia Kobiet na blogu poświęconemu głównie literaturze niż tym znanym każdemu cytatem ze monologu Gustawa z dramatu wieszcza. Z drugiej zaś strony z takiej okazji na blogu takim, jakim jest Bałwochwalnia można by ugryźć temat z nieco innej, nieco poważniejszej strony. I taki był plan, jednak podczas robienia notatek, okazało się, że to plan niemożliwy do realizacji w jednej nawet przydługiej nocie.

Istotność

Dzień Kobiet jest okazją do uśmiechów, całusów, dobrych słów, prezentów, kwiatów, zapachów, ale w gruncie rzeczy wiąże się z zagadnieniami istotniejszymi, bo podstawowymi dla ludzkiej egzystencji. Każe cofnąć się w czasie, by myśleć o dziś i o jutrze. A to przecież kwestie nie na kilka akapitów. Dlatego planuję powrócić do tego w serii not sprawie tej poświęconych.

A dziś proponuję małe subiektywne zestawienie nazwisk kobiet z kilku dziedzin sztuki, które dokonują rzeczy niemałych w świecie kultury.

Pisarki

Na początek świat literacki. Dziś piszących kobiet jest wiele. I o ile nie miałam problemu z wybraniem tych dla mnie ważnych spośród tworzących literaturę powszechną, to z wyborem tych tworzących literaturę rodzimą doszłam do ściany. Założyłam, że w zestawieniu będą tylko autorki żyjące, a z każdym nazwiskiem, które znajduje się na liście tych, które cenię, okazywało się, że istnieją już po drugiej stronie… I niestety, jak widać poniżej, nie przeskoczyłam przeszkody, która się pojawiła – tylko jedna współczesna współtwórczyni literatury polskiej znalazła się w tym zebranym z okazji Dnia Kobiet towarzystwie…

  1. Eleanor Catton – lektura powieści Wszystko, co lśni tej nowozelandzkiej autorki przekonała mnie, że i dziś opowieść z krwi i kości ma rację bytu. 
  2. Elena Ferrante – nie ma jej, a jakby była… (na zdjęciu poniżej według ustaleń śledczych 😉 Anita Raja ukrywająca się pod pseudonimem Elena Ferrante).
  3. Lauren Groff.
  4. Nino Haratischwili.
  5. Elfriede Jelinek – kto raz zetknął się z pisarstwem tej austriackiej autorki, ten chyba już nigdy go nie zapomni, nawet gdyby chciał; po Pianistce już nic nie było u mnie takiej jak dawniej. 
  6. Toni Morrison.
  7. Herta Müller – twórczość tej niemieckiej autorki nie jest łatwa ani pod względem treści, ani pod względem formy, mimo to zdania z powieści Sercątko – surowe i poetyckie zarazem – nie opuszczają mnie.
  8. Vedrana Rudan – ta chorwacka autorka, z ogromnym poczuciem humoru, porusza tematy mało zabawne, już sam tytuł powieści Oby cię matka urodziła brzmi niezbyt ciepło.
  9. Zadie Smith.
  10. Elizabeth Strout.
  11. Zeruya Shalev.
  12. Donna Tartt – jestem pod urokiem tej autorki, a na taką opowieść jak Tajemna historia długo, choć nie do końca świadomie, czekałam.
  13. Olga Tokarczuk.
  14. Hanya Yanagihara.

Dzień Kobiet - pisarki

Reżyserki

Czas na świat filmowy. Tu miałam największy problem, bo wśród reżyserów w ogóle reżyserek nie ma zbyt wiele, ale te, które są, tworzą kino na najwyższym poziomie. I Polki mają tu swój osobny i doniosły głos.

  1. Andrea Arnold.
  2. Susanne Bier.
  3. Kathryn Bigelow.
  4. Jane Campion – autorka takich, niezapomnianych dla mnie, filmów jak Fortepian, Portret damy czy Tatuaż.
  5. Sofia Coppola – autorka kultowego już filmu Przekleństwa niewinności, który odkryłam dopiero za trzecim razem 😉 .
  6. Agnieszka Holland – autorka dla mnie filmów bezcennych, takich jak Całkowite zaćmienie czy Kopia Mistrza.
  7. Lone Scherfig.
  8. Małgorzata Szumowska – autorka, której każdy kolejny film odnosi coraz większy sukces, a na mojej psychice i tak największy ślad pozostawił jeden z jej pierwszych obrazów – 33 sceny z życia.
Dzień Kobiet - reżyserki
Piosenkarki

Na koniec świat muzyki. Tu było w czym wybierać. Wprawdzie ostatecznie zostało tylko osiem nazwisk, ale w pierwszej wersji niniejszej listy było ich ze trzy razy więcej. Hm… bark jednak Polek… Załóżmy, że jakoś mi to uleciało 😉 !

  1. Anna Calvi.
  2. Florence Welch.
  3. Imogen Heap.
  4. Lana Del Rey.
  5. Marianne Faithfull.
  6. Patti Smith.
  7. PJ Harvey.
  8. Sóley.

Dzień Kobiet - piosenkarki

A wszystkie te kobiety nie dość, że utalentowane, to jedyne w swoim rodzaju i jakże piękne…

Pań zdrowie!

*Adam Mickiewicz, Dziady, cz. IV, Warszawa 1974.