Błyski – „Wszyscy patrzą” – Megan Bradbury

Wszyscy patrzą– Megan Bradbury 

Są takie miejsca na ziemi o odwiedzeniu których już na samą myśl człowiek drży! Ze strachu i rozkoszy. Będące utopią i antyutopią jednocześnie. Rajem i piekłem w jednym. Człowiek wobec takiego miejsca nie jest obojętny, no chyba że jest ignorantem. Jeśli nie jest, to takie miejsca budzą w nim skrajne emocje. Od miłość po wstręt i nienawiść. Miejsca, które są obietnicą, szansą. Miejsca, które równie dobrze mogą okazać się zgubą, przekleństwem. Miejsca triumfu, miejsca upadku, porażki.

New York, New York

Takim miejscem jest niewątpliwie Nowy Jork!!! Wielkie Jabłko. Gotham. Centrum wszechświata. Stolica świata. Miasto, które nigdy nie śpi[1]. Miasto numer jeden. Dla jednych to raj na ziemi, dla drugich Sodoma i Gomora.

Nowy Jork to jeden wielki tygiel, w którym od zawsze było miejsce na wszystko[2].

To miasto, w którym mówi się w każdym języku, w którym wyznawana jest każda religia, w którym mieszka każda rasa. Nie ma na ziemi miasta tak pełnego różnic, jak Nowy Jork[3].

Tylko tutaj miało się poczucie przymusu usprawiedliwiania niedostatku fanatyzmu w podejściu do kariery; tylko tu trzeba było przepraszać za to, że wierzy się w cokolwiek poza samym sobą[4].

Dla każdego, czy postawił swoją stopę na tej ziemi czy nie postawił, Nowy Jork jest czymś innym. Ile głów tyle definicji!!! Choć z pewnością można by wyciągnąć z tego wspólny mianownik – to niezwykle pojemna i wielka niewiadoma. 

I Megan Bradbury dała temu wyraz. Znalazła metodę, która wydaje się idealna wręcz. Jej publikacja Wszyscy patrzą „to opowieść o ludziach, którzy określili Nowy Jork. Poprzez życie i perspektywę tych wybitnych twórców, artystów i myślicieli, jak również poprzez ich ikoniczne dzieła, które oddają jego kwintesencję, zostaje ukazany portret miasta. Złożonego, barwnego, wstrętnego, kuszącego, ulegającego ciągłym zmianom i ewolucji. Ten intymny i epicki w swoim rozmachu obraz to wyraz miłości do Nowego Jorku i jego mieszkańców”[5].

Max Perkins, Sylvia Plath, Woody Allen, Paul Auster, Patti Smith, Holden Caulfield z Buszującego w zbożu, Carrie Bradshaw z chyba najsłynniejszego serialu, Jude z Małego życia, czy nawet Patrick Melrose, tytułowa postać z angielskiej powieści Edwarda St Aubyna – to znani bohaterowie tego miasta. Snują się, spacerują po jego ulicach i oddychają jego rytmem.

Bohaterowie

Bradbury dodała swoich. Bohaterów jej opowieści teoretycznie jest czterech!!! Robert Mapplethorpe, Walt Whitman, Robert Moses, Edmund White. Praktycznie zaś pięcioro, bo bohaterem jest też i Nowy Jork!!!

Twórców tych określił Nowy Jork, Nowy Jork określili ci twórcy! Oni bez niego nie byliby tymi, którymi się stali, ono bez nich nie byłoby tym czym się stało.

Doświadczenie osobiste

Jednak jest to opowieść intymna, opowieść autorki, która poprzez innych opowiada swoją historię o tej stolicy świata i jej jakby nie było twórcach. To rodzaj prywatnego hołdu, który Bradbury złożyła metropolii, która, jak wyznała, otworzyła jej oczy.

Trudno określić z czym mamy do czynienia. Opowieść ta jest jak błyski, mgnienia. Fragmenty poświęcone czterem twórcom przeplatają się, tworząc collage, formując kompozycję z różnych materiałów i tworzyw. Posklejane, zdradzają tajemnice, które miasto od niechcenia skrywa. Takie indywidualne historie z Nowego Jorku można mnożyć. Autorka sięgnęła jednak po tych bohaterów, którzy, jak wyjaśniła, pokazali jej gdzie patrzeć.

Robert Moses zdecydowanie robi tu największe wrażenie. Prawdopodobnie dlatego, że Moses nie jest postacią Nowego Jorku tak powszechnie znaną jak pozostali bohaterowie publikacji. Ten kontrowersyjny urbanista, wizjoner, który nie za bardzo liczył się ze społecznością jest z tej czwórki dosłownym twórcą Nowego Jorku. To on miał swego czasu faktyczną władzę nad metropolią. To jemu ukazywało się miasto, które budował według tych wizji. To on nadał mu realnych kształtów. To on przebudował nowoczesne miasto. Projekty, które realizował, na wielką skalę i z wielkim rozmachem przekraczały granice, które stawia wyobraźnia.

Podróż do centrum wszechświata

Bradbury zabiera nas w podróż po Nowym Jorku. Wędrujemy po mieście dobrze znanymi ścieżkami. Odwiedzamy znów okolice miejsc, których kąty już kiedyś przeczesaliśmy. Przecznice, którymi podążaliśmy taksówką z Robertem De Niro, Manhattan, po którym z Woody Allenem i Carrie Bradshaw przechadzaliśmy się pod rękę, hotel Chelsea, w którym nocowaliśmy z Patti Smith, squat w opuszczonym domu niedaleko Sunset Park, w którym pomieszkiwaliśmy z Milesem, sklep tytoniowy na Brooklynie, w który wypaliliśmy niejedno cygaro z Paulem Austerem czy sklep Tiffany’ego na Manhattanie, do którego zajrzeliśmy kiedyś z Audrey Hepburn.

I choć dziwny ten twór, który autorka nam serwuje, to kolejne jego zdania – migawki – pozwalają nam wyczuć puls tego miasta dla jednych zguby, dla drugich triumfu.

* Megan Bradbury, Wszyscy patrzą, Warszawa 2017, przekład – Magdalena Słysz, tytuł oryginalnego wydania – Everyone Is Watching, rok pierwszego wydania – 2016.


[1] Hasło, Nowy Jork, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nowy_Jork, dostęp 15.09.2017.

[2] Martin Scorsese, https://pl.wikiquote.org/wiki/Nowy_Jork, dostęp 15.09.2017.

[3] Michał Nogaś, Dumanie nad Domami. Rozmowa z pisarzem i scenarzystą Paulem Austerem, opublikowano 07.08.2012, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1529323,1,rozmowa-z-pisarzem-i-scenarzysta-paulem-austerem.read, dostęp 15.09.2017.

[4] Hanya Yanagihara, Małe życie, Warszawa 2016.

[5] Nota wydawcy, https://www.czarnaowca.pl/literatura_piekna/wszyscy_patrza,p1345316162, dostęp 15.09.2017.

Człowiek i jego demony. „Manhattan” – Woody Allen

Manhattan
Fragment kadru z filmu „Manhattan”

Manhattan – reż. Woody Allen, USA,1979

  • DLA KOGO – dla tych, którzy chcą dać upust swej sentymentalnej naturze, dla romantyków, wrażliwców; dla tych, którzy potrafią słuchać, których męczą egzystencjalne kwestie; dla amatorów nietuzinkowego poczucia humoru, dla wielbicieli tego, co w kulturze amerykańskiej najlepsze
  • PO CO – by przenieść się w inną bajkę
  • MOJA OCENA – 6/6
Pierwsze koty za płoty

Do tegoż to reżysera musiałam dojrzeć. Po prostu moje pierwsze z nim zetknięcie nie obeszło mnie zupełnie. Zetknięcie jest tu pojęciem jak najbardziej adekwatnym, zdradzającym powierzchowność. Potok słów bez ładu i składu (na marginesie dodam, że teraz moją ulubioną kategorią filmów są te tak zwane przegadane, czyżby to za sprawą twórcy Klątwy skorpiona?). Ale nadszedł moment, że zasiadłam wygodnie przed ekranem i dałam się uwieść. Od tamtej pory jestem wiernym widzem Woody’ego Allena. I z niecierpliwością czekam na każdy kolejny jego film, choć niestety, to już nie to, ale to temat na osobną notę.

Albo albo

Wobec filmów Allena chyba nie można być obojętnym. Widz może jedynie zająć wobec nich postawę tylko albo albo – albo odpowiada mu allenowska estetyka i kupuje ją bez dwóch zdań, albo odrzuca ją całkowicie. Pośrednią postawę trudno przyjąć. Ja należę do tej pierwszej grupy. Odnajduję w tych filmach to, czego zwykle w filmach w ogóle szukam.

Mój Manhattan

Mam kilka obrazów Allena, które mogę oglądać bez końca. Jednym z nich jest Manhattan z roku 1979. Zanim go obejrzałam miałam już kilka innych allenowskich obrazów za sobą. I byłam zachwycona. Z każdym kolejnym obejrzanym filmem, który twórca popełnił, wchodziłam w ten specyficzny i jakże wciągający świat aż w końcu trafiłam na Manhattan. I o ile teraz nie do wszystkich obrazów Allena wracam (do tych po roku 2000 w ogóle), to do tego owszem. Bo?

To, co najlepsze

Bo tu, jak w soczewce, skupione jest wszystko to, co u Allena najlepsze. Charakterystyczny dla reżysera styl, charakterystyczni dla reżysera bohaterowie, charakterystyczne dla reżysera środowisko, tło, charakterystyczne dla reżysera tematy, problemy. Wszystko z to humorem, ironią, dystansem, kpiną, goryczą, przy wnikliwej analizie, psychologii postaci. No i kwestie fundamentalnie dla ludzkiej egzystencji.

Film powstał prawie cztery dekady temu, mówi o tu i teraz tamtego czasu, mówi też o naszym tu i teraz. A może po prostu o uniwersalnym tu i teraz. Manhattan „[…] tropi duchowe niepokoje, pokazuje kryzys wartości, brak autentyczności w życiu wewnętrznym i stabilności uczuć. Skupia się więc na istotnych problemach egzystencjalnych i pomimo komediowego tonu prowadzi do istotnych konstatacji moralnych i filozoficznych”[1].

Allenowski bohater niedoskonały

U Allena najistotniejszy jest człowiek. Człowiek ze swoją naturą, psychiką, ze swoimi problemami, rozterkami, lękami, neurozami, fobiami, dziwactwami, nawykami. Człowiek ułomny, słaby, wrażliwy, któremu brak równowagi psychicznej, który próbuje dać radę mimo wszystko, który niezależnie od tego kim jest, musi mocować się z samym sobą, z innymi, z rzeczywistością. Walka ta nie może zakończyć się jego zwycięstwem. W najlepszym wypadku, jeśli nie zakończy się klęską, będzie po prostu trwać, bez końca.

Zepsute dziecko i jego demony

Główny bohater, nowojorczyk, a jakże, inteligent oczywiście, twórca, w wieku średnim, zmaga się ze swoimi demonami. Próbuje je udobruchać, przegonić, próbuje z nimi walczyć, zaprzyjaźnić się. Jest w tym wszystkim nieporadny, zagubiony, jak mały chłopiec. Bohaterowie drugoplanowi (poza siedemnastolatką, która zdaje się być tu najbardziej dojrzała), też są jak zepsute doszczętnie dzieci, które bawią się w życie. A zabawa ta jest okrutna, a jeśli nawet przynosi odrobinę radości, to bywa to niezauważone. Bodźców i pokus jest zbyt wiele. Może to zmierzać tylko w jedną stronę – ku zepsuciu i upadkowi.

Nowy Jork, Nowy Jork

Mamy tu jednak jeszcze jednego bohatera – Nowy Jork oczywiście, który uwieczniony został w sposób mistrzowski. Mam tu portret miasta, czarno-biały w klimacie starych filmów, z jego niemal wszystkimi symbolami. Uzupełnieniem jest muzyka George Gershwina, która dopowiada niedopowiedziane.

I właśnie na tle tego szczególnego miasta, albo może raczej w symbiozie z nim (bez niego człowiek nie byłby tym, kim jest), żyje główny bohater, który szuka… Czego? Ratunku dla samego siebie. Czy znajdzie? Czyżby była szansa?

Bałwochwalco sztuki, jeśli nie widziałeś, obejrzyj koniecznie!

inicjaly02


[1] Zygmunt Machwitz, Francis Ford Coppola i Woody Allen, http://www.akademiafilmowa.pl/program,19,42,7,Francis-Ford-Coppola-i-Woody-Allen.html, dostęp 13.11.2016.

BIBLIOGRAFIA

O parszywym życiu. „Małe życie”– Hanya Yanagihara

Tytuł – „Małe życie”

Autor – Hanya Yanagihara

Tłumaczenie – Jolanta Kozak

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2016

  • DLA KOGO – nie dla wrażliwców, nie dla nadwrażliwców, dla wrażliwców i nadwrażliwców, dla tych, którym przykazanie „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” nie jest obce
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, barwniej
  • MOJA OCENA – 10/6
  • OSTRZEŻENIE – za bardzo boli, miażdży psychicznie, emocjonalnie
Nie à propos

Biorąc pod uwagę fakt, że jest to pierwsza notatka w Bałwochwalnii, to powinnam zacząć chyba nieco inaczej, bardziej à propos. Ale nie będzie, przecież nie musi, bo kto powiedział, że musi? Choć pewnie byłoby, gdyby nie okoliczności, które temu nie odpowiadają. Dni lata 2016 roku pulsowały w rytmie „Małego życia” Hanyi Yanagihary, definiując je, więc ta pierwsza nota nie może być czemuś innemu podporządkowana, bo przecież chodzi w końcu o blog książkowy.

Lato, wakacje, słońce… Radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie… Na to jest czas. Co wcale nie znaczy, że człowiek na lato oddaje mózg do przechowalni. I nie myśli. I chce tylko pławić się w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. Nawet w ten lekkomyślny okres w roku, potrzeba też czegoś zgoła innego, niekiedy odczuwa się wówczas głód, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do świtu.

W takiej desperackiej chwili można było sięgnąć po książkę… Ja chwyciłam wyżej wspomnianą autorki o egzotycznie brzmiącym nazwisku. Nazwisko to wkrótce nabrało realnych, też egzotycznych, rysów młodej, choć już nie podlotka (urodzonej w 1975 roku), twarzy amerykańskiej, dokładniej kalifornijskiej pisarki i dziennikarki o hawajsko-koreańskich korzeniach, od lat żyjącej w Nowym Jorku, wicenaczelnej „T: The New York Times Style Magazine”, autorki dwóch powieści, debiutanckiej „The People in the Trees” z 2013 roku (po polsku jeszcze się nie ukazała) i drugiej, „A Little Life”, wydanej w 2015 roku (w Polsce w 2016 pod tytułem „Małe życie”), która stała się bestsellerem.

Małe życie wielkie

I tegoroczne lato za sprawą lektury tejże książki nabrało innego wymiaru, innego koloru, wyrazistszego, głębszego, pełniejszego, intensywniejszego. A przecież o intensywność doznań w życiu przede wszystkim chodzi. Zawsze, a latem w szczególności.

A ciężka to lektura. W sensie każdym. Dosłownym – spory format, twarda okładka no i 813 stron. Opasłe więc tomisko. Metaforycznym – miażdży duszę, psychikę, trzewia.

Tuż po

Notę tę piszę tuż po lekturze. Na gorąco. Daleko więc będzie jej do obiektywizmu. Profesjonalnie postępując, należałoby odczekać, ochłonąć, nabrać dystansu i dopiero wtedy ruszyć z pisaniem. Ale książka wstrząsnęła moim światem wewnętrznym i chcę, żeby w sferze ducha pozostała, nie chcę, by przeszła do sfery intelektu, nie chcę zająć wobec niej profesjonalnego stanowiska, czytaj obiektywnego, racjonalnego. Bo to książka do przeżycia, do doświadczenia, do przeczytania, nie do analizy. Doświadczenie tejże książki, zepchnęło całą resztę na dalszy plan, pozbawiając ją niejako znaczenia. W związku z tym każde zdanie tego tekstu może mieć tylko osobisty ton. Może zbyt…

Życie po prostu

„Małe życie” opowiada o kilkudziesięciu latach życia czterech przyjaciół. Czterech chłopaków. Właściwie mężczyzn, ale o duszach wrażliwych, delikatnych jak te małych dzieci, którzy żyją sobie po prostu. Tak jak i każdy z nas. Zmagają się ze swoją codziennością, z tu i teraz, z przeszłością i przyszłością. Czegoś chcą, czegoś pragną, czegoś nie mogą, czegoś się boją, czegoś zazdroszczą, czegoś się wstydzą, coś niszczą, coś budują. Nic istotnego, ale czy życie w swych najrozmaitszych przejawach, czy to w sferze profanum czy nawet sacrum, nie jest banalne? Nawet w swej wyjątkowości?

Na tym należy poprzestać w zdradzaniu fabuły. Mówiąc więcej, pozbawimy potencjalnych czytelników przyjemności odkrywania kolejnych faktów, nawet tych najdrobniejszych – słowem odkrywania powieści. Zdanie więcej zbyt wiele zdradzi. Bo z „Małym życiem” jest jak z życiem, nie chodzi o dojście do celu, o finał, ale o drogę, którą kroczymy dzień po dniu, o każde kolejne przeczytane zdanie.

Czysty masochizm

Lektura ta sprawia, że odbiorca czuje się skatowany, jak to określił Michał Nogaś przeorany i przenicowany[1]. Emocjonalnie, duchowo, psychicznie, uczuciowo… Nie potrafi opuścić świata powieści. Zdania ściskają gardło, wywołują mdłości, dławią, wprawiają w przygnębienie, frustrację, odrętwienie itp., itd.

Tak, lektura „Małego życia” to masochizm (padło już hasło, że masochistyczne skłonności do czytania o traumie zadecydowały, że powieść stała się bestsellerem[2]). Z jednej strony każdy kolejny akapit książki tak bardzo boli, że nie jest się w stanie tego wytrzymać i pragnie się tylko jednego – by poszła z dymem, by zapomnieć o niej raz na zawsze, z drugiej zaś pragnie się więcej (tortur, ciosów, katuszy) i za nic nie można o niej zapomnieć, odrzucić.

Koniec bez oczekiwanej ulgi

Powieść angażuje czytelnika bez reszty, jakby mimochodem, więzi go, osacza, uzależnia, wiele kosztuje psychicznie, emocjonalnie. Koniec oznacza wyzwolenie, ukojenie z jednej strony, ale z drugiej ból rozstania. Świadomość, że ta przygoda (choć w tym kontekście nie jest to adekwatne słowo) już się skończyła, dojmującą tęsknotę. O ukojenie trudno, trzeba poczekać, licząc na niedoskonałą pamięć ludzką.

Przyjaźń bezkonkurencyjna

Niektórzy mają przyjaciół, niektórzy przyjaciół mieli, niektórzy sobie przyjaciół wyobrażają… A co jest cenniejszego od przyjaciół? Rodzina? Z nią może różnie być, wiadomo. Pieniądze? Każdy, kto pieniądze ma, wie, że może wiele za nie mieć, ale stanu nienasycenia nigdy się nie pozbędzie. Ten zaś kto ich nie ma, traci życie, chcąc je zdobyć, by w końcu przekonać się jedynie, że zmarnował dany mu czas. Zdrowie? Ono bywa kruche i nie zawsze od nas zależy. Życie samo? A i owszem, ale cóż nam po nim, gdy brak nam towarzystwa, z którym możemy się dzielić naszymi myślami, bólami, radościami?

Wychodzi więc, że najcenniejszy jest drugi człowiek! Tak zwany powszechnie przyjaciel (dziś pojęcie zdewaluowane, zbanalizowane). I właśnie powieść amerykańskiej pisarki kwestie przyjaźni porusza. Karolina Sulej wręcz uznała, że powieść ta jest definicją przyjaźni[3]. Sama zaś Yanagihara w udzielonym wywiadzie podkreślała potrzebę przywrócenia należnego miejsca przyjaźni i wagę przyjaciela, którego sami wybieram jako naszego towarzysza i związek ten światu ogłaszamy[4].

Trudna atrakcyjność XXI wieku

Dla autorki „Małe życie” jest złożonym

[…] hołdem pewnemu stylowi życia, który wiodę ja, moi przyjaciele i coraz więcej ludzi wokół nas, zwłaszcza w wielkich miastach: nie jesteśmy samotni, choć nie mamy stałych partnerów, małżonków, ani dzieci. Mamy jednak przyjaciół, bardzo bliskich przyjaciół – jest to życie, można to tak określić, »trzeciego wyboru«: nie życie samemu i nie życie w intymnym związku z drugą osobą, lecz życie, w którym nade wszystko liczą się bliskie, wieloletnie przyjaźnie, o które dbasz na co dzień[5].

Powyższe zdania mówią o czymś ważnym, co lektura powieści uzmysławia. O naszej współczesności, jakże złożonej, wielobarwnej.

Mamy XXI wiek, codzienność każdego z nas staje się coraz bardziej niekonwencjonalna i jest to zapewne jeden z nielicznych pozytywów tego czasu. Dzięki temu, upraszczając oczywiście, mamy więcej możliwości (czy z nich skorzystamy, to już inna sprawa) życia według naszych upodobań, preferencji. Jesteśmy wolni, teoretycznie przynajmniej, od opinii innych, wymogów, konwenansów, stereotypów. Praktycznie różnie bywa, ale od nas w dużej mierze zależy co i jak zrobimy – jak przeżyjemy nasze małe życie.

Powieść na wskroś humanistyczna

Nie jest to lektura łatwa ani przyjemna (i nie ze względu na formę, konstrukcję czy język). Jest wymagająca (w sensie emocjonalnym), wyczerpująca, przygnębiająca (w tym przypadku brzmi to dość eufemistycznie) i bardzo ciężka. Nie może być inna, skoro odsłania jak parszywe jest życie. Nawet w swych pięknych przejawach.

Kiedy wydaje się, że już gorzej być nie może, okazuje się, że jednak, że życie przewyższa wyobraźnię i pokazuje, że to jeszcze nie koniec. Powieść nie daje szansy na lekkość, radość, ratunek czy choćby chwilę ukojenia. Nie daje nadziei.

Wprost

Powieść mówi otwarcie, bez zbędnego sztafażu o bólu, emocjach, uczuciach, stanach, z którymi każdy się zmaga, ale mało kto wyraźnie i wprost je artykułuje nawet wobec samego siebie. Obnaża okrutną rzeczywistość i bezradnego człowieka, pokazuje tajemnice, które bywają, jak mówi Yanagihara, częścią naszej tożsamości[6]. To powieść dotykająca sedna, mądra, humanistyczna, uniwersalna, totalna.

Ps. 1. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – A Little Life, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Trójkowy znak jakości, „Małe życie” – opowieść o przyjaźni, życiu i Nowym Jorku, audycja radiowa, 29.04.2016, godz. 14:04, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[2] W informacji o spotkaniu „Czytaj, nie czekaj. Awantury o książki. Cykl spotkań Sylwii Chutnik” w Teatrze Nowym w Warszawie mamy taką sugestię, http://www.nowyteatr.org/pl/event/wyklady_chutnik, dostęp 02.09.2016.

[3] Barłóg literacki, Wuzetka, Warszawa, Nowy Jork, odcinek 6, opublikowano 15.05.2016, https://www.youtube.com/watch?v=S8lvHc1SHm4, dostęp 02.09.2016.

[4] Z najwyższej półki, Hanya Yanagihara o „Małym życiu”, audycja radiowa, 01.05.2016, godz. 22:00, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[5] Ibidem.

[6] Ibidem.