Błyski 3

Błyski 3Megan Bradbury – Wszyscy patrzą*

Są takie miejsca na ziemi, o odwiedzeniu których już na samą myśl człowiek drży! Ze strachu i rozkoszy. Będące utopią i antyutopią jednocześnie. Rajem i piekłem w jednym. Człowiek wobec takiego miejsca nie jest obojętny, no chyba że jest ignorantem. Jeśli nie jest, to takie miejsca budzą w nim skrajne emocje. Od miłość po wstręt i nienawiść. Miejsca, które są obietnicą, szansą. Miejsca, które równie dobrze mogą okazać się zgubą, przekleństwem. Miejsca triumfu, miejsca upadku, porażki.

New York, New York

Takim miejscem jest niewątpliwie Nowy Jork!!! Wielkie Jabłko. Gotham. Centrum wszechświata. Stolica świata. Miasto, które nigdy nie śpi[1]. Miasto numer jeden. Dla jednych to raj na ziemi, dla drugich Sodoma i Gomora.

Nowy Jork to jeden wielki tygiel, w którym od zawsze było miejsce na wszystko[2].

To miasto, w którym mówi się w każdym języku, w którym wyznawana jest każda religia, w którym mieszka każda rasa. Nie ma na ziemi miasta tak pełnego różnic, jak Nowy Jork[3].

Tylko tutaj miało się poczucie przymusu usprawiedliwiania niedostatku fanatyzmu w podejściu do kariery; tylko tu trzeba było przepraszać za to, że wierzy się w cokolwiek poza samym sobą[4].

Dla każdego, czy postawił swoją stopę na tej ziemi czy nie postawił, Nowy Jork jest czymś innym. Choć z pewnością można by wyciągnąć wspólny mianownik – to niezwykle pojemna wielka niewiadoma – ile głów tyle definicji!!!

I Megan Bradbury dała temu wyraz. Znalazła metodę, która wydaje się idealna wręcz. Jej publikacja Wszyscy patrzą „to opowieść o ludziach, którzy określili Nowy Jork. Poprzez życie i perspektywę tych wybitnych twórców, artystów i myślicieli, jak również poprzez ich ikoniczne dzieła, które oddają jego kwintesencję, zostaje ukazany portret miasta. Złożonego, barwnego, wstrętnego, kuszącego, ulegającego ciągłym zmianom i ewolucji. Ten intymny i epicki w swoim rozmachu obraz to wyraz miłości do Nowego Jorku i jego mieszkańców”[5].

Max Perkins, Sylvia Plath, Woody Allen, Paul Auster, Patti Smith, Holden Caulfield z Buszującego w zbożu, Carrie Bradshaw z chyba najsłynniejszego serialu, Jude z Małego życia, czy nawet Patrick Melrose, tytułowa postać z angielskiej powieści Edward St Aubyn – to znani bohaterowie tego miasta. Snują się, spacerują po jego ulicach i oddychają jego rytmem.

Bohaterowie

Bradbury dodała swoich. Bohaterów jej opowieści teoretycznie jest czterech!!! Robert Mapplethorpe, Walt Whitman, Robert Moses, Edmund White. Praktycznie zaś pięcioro, bo bohaterem jest też i Nowy Jork!!!

Twórców tych określił Nowy Jork, Nowy Jork określili ci twórcy! Oni bez niego nie byliby tymi, którymi się stali, ono bez nich nie byłoby tym czym się stało.

Doświadczenie osobiste

Jednak jest to opowieść intymna, opowieść autorki, która poprzez innych opowiada swoją historię o tej stolicy świata i jej jakby nie było twórcach. To rodzaj prywatnego hołdu, który Bradbury złożyła metropolii, która, jak wyznała, otworzyła jej oczy.

Trudno określić z czym mamy do czynienia. Opowieść ta jest jak błyski, mgnienia. Fragmenty poświęcone czterem twórcom przeplatają się, tworząc kolaż, formując kompozycję z różnych materiałów i tworzyw. Posklejane, zdradzają jedne z wielu tajemnic, które miasto skrywa od niechcenia. Takie indywidualne historie z Nowego Jorku można mnożyć. Autorka sięgnęła jednak po tych bohaterów, którzy, jak też wyznała, pokazali jej gdzie patrzeć.

Robert Moses zdecydowanie robi tu największe wrażenie. Prawdopodobnie dlatego, że Moses nie jest postacią Nowego Jorku tak powszechnie znaną jak pozostali bohaterowie Wszyscy patrzą. Ten kontrowersyjny urbanista, wizjoner, który nie za bardzo liczył się ze społecznością jest z tej czwórki dosłownym twórcą Nowego Jorku. To on miał swego czasu faktyczną władzę nad decyzjami dotyczącymi jego rozwoju. To jemu ukazywało się miasto, które budował według tych wizji. To on nadał mu realnych kształtów. To on przebudował nowoczesne miasto. Projekty, które realizował, na wielką skalę i z wielkim rozmachem przekraczały granice, które stawia wyobraźnia.

Podróż do centrum wszechświata

Bradbury zabiera nas w podróż po Nowym Jorku. Wędrujemy po mieście dobrze znanymi ścieżkami. Odwiedzamy znów okolice miejsc, których kąty już kiedyś przeczesaliśmy. Przecznice, którymi podążaliśmy taksówką z Robertem De Niro, Manhattan, po którym z Woody Allenem i Carrie Bradshaw przechadzaliśmy się pod rękę, hotel Chelsea, w którym nocowaliśmy z Patti Smith, squat w opuszczonym domu niedaleko Sunset Park, w którym pomieszkiwaliśmy z Milesem, sklep tytoniowy na Brooklynie, w który wypaliliśmy niejedno cygaro z Paulem Austerem czy sklep Tiffany’ego na Manhattanie, do którego zajrzeliśmy kiedyś z Audrey Hepburn.

I choć dziwny ten twór, który autorka nam serwuje, to kolejne jej zdania – migawki – pozwalają nam wyczuć puls te miasta dla jednych zguby, dla drugich triumfu.

* Megan Bradbury, Wszyscy patrzą, Warszawa 2017, przekład – Magdalena Słysz, tytuł oryginalnego wydania – Everyone Is Watching, rok pierwszego wydania – 2016.


[1] Hasło, Nowy Jork, https://pl.wikipedia.org/wiki/Nowy_Jork, dostęp 15.09.2017.

[2] Martin Scorsese, https://pl.wikiquote.org/wiki/Nowy_Jork, dostęp 15.09.2017.

[3] Michał Nogaś, Dumanie nad Domami. Rozmowa z pisarzem i scenarzystą Paulem Austerem, opublikowano 07.08.2012, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1529323,1,rozmowa-z-pisarzem-i-scenarzysta-paulem-austerem.read, dostęp 15.09.2017.

[4] Hanya Yanagihara, Małe życie, Warszawa 2016.

[5] Nota wydawcy, https://www.czarnaowca.pl/literatura_piekna/wszyscy_patrza,p1345316162, dostęp 15.09.2017.

O parszywym życiu. „Małe życie”– Hanya Yanagihara

Małe życieTytuł – Małe życie

Autor – Hanya Yanagihara

Tłumaczenie – Jolanta Kozak

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2016

  • DLA KOGO – nie dla wrażliwców, nie dla nadwrażliwców; tylko dla wrażliwców i tylko dla nadwrażliwców; dla tych, którym przykazanie „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” nie jest obce; dla wrogów
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, barwniej
  • MOJA OCENA – 10/6
  • NIE POLECAM – za bardzo boli
  • OSTRZEŻENIE – miażdży psychicznie, emocjonalnie; książka tak intensywna, że każda następna może być już tylko rozczarowaniem
Nie à propos

Biorąc pod uwagę fakt, że jest to pierwsza notatka na blogu, to powinnam zacząć chyba nieco inaczej, powinnam zacząć bardziej à propos. Ale nie będzie, przecież nie musi, bo kto powiedział, że musi? Choć pewnie byłoby, gdyby nie okoliczności, które temu nie odpowiadają. Bo okoliczności są nadzwyczajne. Moje dni lata 2016 roku pulsowały w rytmie Małego życia Hanyi Yanagihary* (właściwie wciąż pulsują), więc i ta pierwsza nota może tylko temu być podporządkowana.

Lato, wakacje, słońce… Radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie… Na to był/ jest czas. Co wcale nie znaczy, że człowiek na lato oddaje mózg do przechowalni. I nie myśli. I chce tylko pławić się w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. Nawet w ten lekkomyślny okres w roku, potrzeba też czegoś zgoła innego, niekiedy odczuwa się wówczas głód, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do światu.

Ja w takiej desperackiej chwili sięgnęłam po książkę, która od jakiegoś już czasu widniała na moim horyzoncie. Nie mogę sobie przypomnieć jak ją namierzyłam. Ale kilka dobrych tygodni chodziła za mną, mimo że nie bardzo pamiętałam cóż to jest, wiedząc jedynie, że coś podobno godnego uwagi.

Wielkie małe życie

Okładka, choć dość ciekawa, to zniechęcała dopiskiem wydawnictwa, nakazującym podziwiać jeszcze przed przeczytaniem (o zgrozo!!!). Do tego intrygujące egzotycznie brzmiące nazwisko, które wkrótce nabrało realnych, choć też egzotycznych rysów młodej, choć już nie podlotka (urodzonej w 1975 roku), twarzy amerykańskiej, dokładniej kalifornijskiej pisarki i dziennikarki o hawajsko-koreańskich korzeniach, od lat żyjącej w Nowym Jorku, wicenaczelnej „T: The New York Times Style Magazine”, autorki dwóch powieści, debiutanckiej The People in the Trees z 2013 roku (po polsku jeszcze się nie ukazała) i drugiej, A Little Life, wydanej w 2015 roku (w Polsce w 2016 pod tytułem Małe życie), która stała się bestsellerem.

I moje tegoroczne lato za sprawą lektury tejże książki nabrało innego wymiaru, innego koloru, wyrazistszego, głębszego, pełniejszego, intensywniejszego. A przecież o intensywność doznań w życiu przede wszystkim chodzi. Zawsze, a latem w szczególności.

Waga ciężka

Niedawno, podczas książkowych rozmów, jeden z interlokutorów skarżył się na wagę (w sensie dosłownym) jakiegoś tam tomu. Ubolewał, że trudno mu przebrnąć przez lekturę właśnie z powodu fizycznych rozmiarów książki. Nie mógł jej zawsze mieć pod ręką, by móc w każdej wolnej chwili przeczytać choćby kilku stron. Ja nie miewałam takich problemów, gdyż nigdy nie odpowiadało mi czytanie „w biegu”. Lubiłam wyłuskiwać z codzienności chwile spokojności, podczas których mogłam oddać się bez reszty lekturze i nie miałam potrzeby noszenia książek w kieszeni.

„Ziarenkowa lala”

Do czasu jednak. W końcu trafiła kosa na kamień! Gdy byłam małą dziewczynką miałam maleńką szmacianą laleczkę, wypchaną ziarnem jakimś, na pudełeczku której widniał napis „Noś mnie zawsze przy sobie”.

Ziarenkowa lala przypomniała mi się przy lekturze Małego życia. Bo to jest właśnie książka, którą zawsze chciałabym mieć przy sobie. I dopiero teraz zrozumiałam, co mój rozmówca miał na myśli, mówiąc o gabarytach woluminu. Ja z tego powodu nie miałam problemu z przebrnięciem przez lekturę (moje zwyczaje czytelnicze się nie zmieniły), ale ubolewałam nad faktem, że nie mogę mieć tej książki pod ręką w każdej chwili, by móc wracać do istotnych fragmentów, tak jak wraca się do istotnego wiersza z tomiku poezji, który ma się w kieszeni czy torbie. Znalazłam jednak rozwiązanie. Nie jest idealne, ale lepsze niż żadne. Czytnik ebooków ma się zwykle przy sobie, więc teraz już i Małe życie. Ale zacznijmy od początku.

Małe życie Hanyi Yanagihary to ciężka lektura. W sensie każdym. Dosłownym – spory format, twarda okładka no i 813 stron. Opasłe więc tomisko. Metaforycznym – miażdży duszę, psychikę, trzewia. 

Tuż po

Notę tę piszę tuż po lekturze. Na gorąco. Uznałam, że tak muszę. Choć, co oczywiste, daleko mi będzie w ten sposób do obiektywizmu. Profesjonalnie postępując, należałoby odczekać, ochłonąć, nabrać dystansu i dopiero wtedy ruszyć z pisaniem. Ale zdecydowałam się na coś zgoła przeciwnego. Bo? Bo, po pierwsze, sądzę, że wobec tej pozycji nigdy nie będę potrafiła zająć profesjonalnego stanowiska, czytaj obiektywnego, racjonalnego, i tylko reakcja na gorąco ma sens, bo tylko wtedy odda istotę sprawy, a po drugie – NIE CHCĘ. Książka wstrząsnęła moim światem wewnętrznym, moją psychiką, moją duszą i chcę, żeby w sferze ducha pozostała, nie chcę, by przeszła do sfery intelektu. W związku z tym każde zdanie niniejszego tekstu może tylko mieć i ma bardzo osobisty ton. Może zbyt, ale innego wyjścia nie widzę.

Bezradność

Lektura ta ujawniła bezzasadność autora nawet à la recenzji. Zasiadając do niniejszego tekstu, czułam się bezradna. Może właśnie dlatego, że powieść ta jest poza sferą intelektu. Wydaje się, że jakakolwiek próba jej omówienia, nawet najbardziej udana, będzie porażką, wręcz niemożnością.

To nie jest książka do jakiejkolwiek recenzji. Dlaczego? Chociażby dlatego, że każde zdanie czegoś takiego może jedynie odkryć coś, nawet jeśli drobnego, to znaczącego, co w istocie będzie po prostu rodzajem spoilera. Chcąc zanalizować tu cokolwiek, podamy informacje, które nie są pożądane. Krytykowi literackiemu, recenzentowi czy innemu specowi bądź dyletantowi zwyczajnie brakuje odpowiednich narzędzi badawczych, by mógł sprostać wyzwaniu. Bo to książka do przeżycia, do doświadczenia, do przeczytania, do dyskusji, nie do recenzji.

Małe życie

Małe życie opowiada o kilkudziesięciu latach życia czterech przyjaciół. I na tym sądzę, że należy poprzestać w zdradzaniu fabuły. Mówiąc więcej, pozbawimy potencjalnych czytelników przyjemności odkrywania kolejnych faktów, nawet tych najdrobniejszych – słowem odkrywania powieści. Zdanie więcej zbyt wiele zdradzi. Bo z Małym życiem jest jak z życiem, nie chodzi o dojście do celu, o finał, ale o drogę, którą kroczymy dzień po dniu, o każde kolejne przeczytane zdanie.

Swoiste doświadczenie

Małe życie to moja książka życia! Jak nic! Ale nie w myśl hasła z etykietki „NAJWAŻNIEJSZE KSIĄŻKI ŻYCIA”. Nie, nie. To książka z zupełnie innej kategorii. Żyjąc już na tym świecie nieco, przeczytawszy już nieco książek, wiele takich, które zachwyciły, odmieniły, też poraziły, nigdy nie doświadczyłam czegoś podobnego do tego, z czym przyszło mi się zmierzyć podczas lektury powieści Yanagihary. Doświadczenie to nowe, jedyne w swoim rodzaju, bezcenne, nie często się przytrafiające – jeśli w ogóle – sprawiło, że powieść tę umieściłam właśnie w kategorii książek życia.

Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdemu przy tej lekturze dane będzie doświadczyć tego, czego doświadczyłam ja – wiele zależy od czytelnika (jego nastawienia, empatii, przekonań, ograniczeń, doświadczeń, oczekiwań), przecież on jest współautorem dzieła, więc w jego rękach jest też siła sprawcza – ale książka ma wiele walorów formalnych, które jednak zostały mi przysłonięte przez owo swoiste doświadczenie. Ono to zepchnęło całą resztę na dalszy plan, pozbawiając ją niejako znaczenia, choć co oczywiste, doświadczenie wspomniane tylko dzięki tej nieco zmarginalizowanej całej reszcie można było zdobyć.

Czysty masochizm

Lektura ta sprawiła, że czuję się skatowana, jak to określił Michał Nogaś przeorana i przenicowana[1]. Zgwałcona emocjonalnie, duchowo, psychicznie, uczuciowo… Nie potrafię opuścić świata powieści. Pierwszy raz zdarzyło mi się odkładać książkę w połowie zdania, bo musiałam złapać oddech (powieść nam na to nie pozwala nawet w najbardziej wyciszonych fragmentach), bo nie dawałam rady – tortury były nie do wytrzymania. Zdania ściskały gardło, wywoływały mdłości, przyspieszenie pulsu, ustanie tętna, dławiły, wprawiały w przygnębienie, frustrację, odrętwienie itp., itd. Niekiedy, po solidnej dawce, musiałam ochłonąć, odpocząć, co trwało wiele dni.

Tak, lektura Małego życia to masochizm (padło już hasło, że masochistyczne skłonności do czytania o traumie zadecydowały, że powieść stała się bestsellerem[2]). Z jednej strony każdy kolejny akapit książki tak bardzo boli, że nie jesteś w stanie tego wytrzymać i pragniesz tylko jednego – by poszła z dymem, by zapomnieć o niej raz na zawsze, z drugiej zaś pragniesz więcej, jeszcze (tortur, ciosów, katuszy), i za nic nie potrafisz o niej zapomnieć ani jej odrzucić.

Koniec bez oczekiwanej ulgi

Powieść angażuje czytelnika bez reszty, jakby mimochodem, więzi go, osacza, uzależnia, wiele kosztuje psychicznie, emocjonalnie. Koniec oznaczał dla mnie ulgę, wyzwolenie, ukojenie z jednej strony, ale z drugiej ból rozstania. Świadomość, że ta przygoda (choć w tym kontekście nie jest to adekwatne słowo) już się skończyła, że nie mogę zasiąść i brnąć dalej, dojmującą tęsknotę. Pozostaje tylko ponowna lektura. Ale to za chwilę. Najpierw trzeba uśmierzyć ból. Ale czy ukojenie po przeżyciu czegoś takiego może w ogóle przyjść?

Przyjaźń bezkonkurencyjna

Niektórzy mają przyjaciół, niektórzy przyjaciół mieli, niektórzy sobie przyjaciół wyobrażają… Dzięki Małemu życiu można mieć ich więcej. A co jest cenniejszego od przyjaciół? Rodzina? Z nią może różnie być, wiadomo. Pieniądze? Każdy kto je ma, wie że za nie można wieeeele mieć, ale nie to, co najcenniejsze, co bezcenne, co tak naprawdę jest istotą egzystencji. Ten kto zaś ich nie ma, traci życie, chcąc je zdobyć, a tak naprawdę, by w końcu jedynie przekonać się, że zmarnował dany mu czas. Zdrowie? Ono bywa kruche i nie zawsze od nas zależy. Życie samo? A i owszem, ale cóż nam po nim, gdy brak nam towarzystwa, z którym możemy się dzielić naszymi myślami, bólami, radościami?

Wychodzi więc, że najcenniejszy jest drugi człowiek! Tak zwany powszechnie przyjaciel (dziś pojęcie zdewaluowane, zbanalizowane). I właśnie powieść amerykańskiej pisarki kwestie przyjaźni porusza. Karolina Sulej wręcz uznała, że powieść ta jest definicją przyjaźni[3]. Sama zaś Yanagihara w udzielonym dla radiowej Trójki wywiadzie podkreśliła potrzebę przywrócenia należnego miejsca przyjaźni i wagę przyjaciela, którego sami wybieram jako naszego towarzysza i związek ten światu ogłaszamy[4].

Trudna atrakcyjność XXI wieku

Autorka o Małym życiu powiedziała jeszcze coś, dziś bardzo istotnego, mianowicie że jej powieść

[…] jest […] hołdem pewnemu stylowi życia, który wiodę ja, moi przyjaciele i coraz więcej ludzi wokół nas, zwłaszcza w wielkich miastach: nie jesteśmy samotni, choć nie mamy stałych partnerów, małżonków, ani dzieci. Mamy jednak przyjaciół, bardzo bliskich przyjaciół – jest to życie, można to tak określić, »trzeciego wyboru«: nie życie samemu i nie życie w intymnym związku z drugą osobą, lecz życie, w którym nade wszystko liczą się bliskie, wieloletnie przyjaźnie, o które dbasz na co dzień[5].

Słowa te, bliskie są moim konkluzjom – jakby staroświeckim – dotyczącym istotności w życiu przyjaciela. Zacytowane zdania mówią jednak o czymś jeszcze, równie ważnym, co lektura powieści uzmysławia. O naszej współczesności, jakże złożonej, wielobarwnej.

Mamy XXI wiek, codzienność każdego z nas staje się coraz bardziej niekonwencjonalna i jest to według mnie jeden z nielicznych pozytywów tego czasu. Dzięki temu, upraszczając oczywiście, mamy więcej możliwości (czy z nich skorzystamy, to już inna sprawa) życia według naszych upodobań, preferencji. Jesteśmy wolni, teoretycznie przynajmniej, od opinii innych, wymogów, konwenansów, stereotypów. Praktycznie różnie bywa, ale od nas w dużej mierze zależy co i jak zrobimy – jak przeżyjemy nasze małe życie.

Życie po prostu

Wraz z lekturą grono bliskich powiększyło się o czterech chłopaków. Właściwie mężczyzn, ale o duszach wrażliwych, delikatnych jak te małych dzieci, którzy żyją sobie po prostu. Tak jak i każdy z nas. Zmagają się ze swoją codziennością, z tu i teraz, z przeszłością i przyszłością. Czegoś chcą, czegoś pragną, czegoś nie mogą, czegoś się boją, czegoś zazdroszczą, czegoś się wstydzą, coś niszczą, coś budują.

Truizm, banał, ale czy życie w swych najrozmaitszych przejawach, czy to w sferze profanum czy nawet sacrum, nie jest banalne? Nawet w swej wyjątkowości? Z czasem dwaj z nich rozpierzchli się. Choć nie zrywając kontaktów. Dwaj pozostali stali się bliscy niemalże jak nikt nigdy wcześniej. Stali się częścią mojego życia, sprawili, że nawiązałam z nimi niemal intymny kontakt, poznałam ich wewnętrzny świat, ścieżki, którymi podążają ich myśli, praźródło ich uczuć, zachowań, motywacji. Jeden z nich wkrótce stał się… Tobą, mną.

Powieść na wskroś humanistyczna

Nie jest to lektura łatwa ani przyjemna (i nie ze względu na formę, konstrukcję czy język). Jest wymagająca (w sensie emocjonalnym), wyczerpująca, przygnębiająca (w tym przypadku brzmi to dość eufemistycznie) i bardzo ciężka. Bo jak może być inna, skoro odsłania jak parszywe jest życie? Nawet w pięknych swych przejawach.

Kiedy wydaje się, że już gorzej być nie może, okazuje się, że jednak, że życie przewyższa wyobraźnię i pokazuje figę, udowadnia, że to jeszcze nie koniec. Powieść nie daje szansy na lekkość, radość, ratunek czy choćby chwilę ukojenia. Nie daje nadziei.

Wprost

Mówi otwarcie, bez zbędnego sztafażu o bólu, emocjach, uczuciach, stanach, z którymi każdy się zmaga, ale mało kto wyraźnie i wprost je artykułuje nawet wobec samego siebie. Obnaża okrutną rzeczywistość i bezradnego człowieka, pokazuje tajemnice, które bywają, jak mówi Yanagihara, częścią naszej tożsamości[6]. To powieść głęboka, dotykająca sedna, mądra, humanistyczna, uniwersalna, totalna. Na Nobla (jeśli ktoś przywiązuje wagę do etykietek czy idei).

Ps. 1. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej. Nie są to dla mnie najistotniejsze fragmenty, nie są to też według mnie fragmenty najważniejsze. Bo wyboru nie sposób dokonać. Umieściłam te, które pierwsze, podczas przeglądania mojego pobazgranego egzemplarza powieści, pobudziły.

Ps. 2. Pierwszym kilkudziesięciu stronom towarzyszyła myśl, że to wymarzona powieść do ekranizacji, że zekranizowana być musi. Z każdą kolejną jednak stroną docierało do mnie przekonanie, że nawet najlepsze tego typu przedsięwzięcie może okazać się tylko porażką. I mając nadzieję (czy raczej łudząc się, bo świadoma byłam, że pokusa może być wielka), że moje obawy się nie ziszczą, dotarła do mnie informacja o… miniserialu[7]. Takiej ewentualności nie brałam pod uwagę. Znów rzeczywistość przeskoczyła wyobraźnię.

*Tytuł oryginalny – A Little Life, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Trójkowy znak jakości, „Małe życie” – opowieść o przyjaźni, życiu i Nowym Jorku, audycja radiowa, 29.04.2016, godz. 14:04, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[2] W informacji o spotkaniu „Czytaj, nie czekaj. Awantury o książki. Cykl spotkań Sylwii Chutnik” w Teatrze Nowym w Warszawie mamy taką sugestię, http://www.nowyteatr.org/pl/event/wyklady_chutnik, dostęp 02.09.2016.

[3] Barłóg literacki, Wuzetka, Warszawa, Nowy Jork, odcinek 6, opublikowano 15.05.2016, https://www.youtube.com/watch?v=S8lvHc1SHm4, dostęp 02.09.2016.

[4] Z najwyższej półki, Hanya Yanagihara o „Małym życiu”, audycja radiowa, 01.05.2016, godz. 22:00, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[5] Ibidem.

[6] Ibidem.

[7] Scott Rudin chce nakręcić miniserial na podstawie „Małego życia” Hanyi Yanagihary, opublikowano 25.08.2016, http://booklips.pl/adaptacje/film/scott-rudin-chce-nakrecic-miniserial-na-podstawie-malego-zycia-hanyi-yanagihary/, dostęp 02.09.2016.