Było sobie życie. „Całe życie” – Robert Seethaler

Całe życieTytuł – Całe życie

Autor – Robert Seethaler

Tłumaczenie – Ewa Kochanowska

Wydawnictwo – Otwarte

Rok – 2017

  • DLA KOGO – dla mających dość opasłych tomów, dla lubiących rzeczy niepozorne, dla niespieszących się, dla tych, którzy w codziennym chaosie i hałasie chcą się wyciszyć, zatrzymać, delektować się tym co tu i teraz
  • PO CO – by się zatrzymać, spojrzeć, być
  • MOJA OCENA – 4/6
Niepozorność

Tej książki właściwie to nie ma już po co czytać, bo wszyscy zdążyli już powiedzieć o niej wszystko co tylko było możliwe. Tyle że smakoszom kawy nie wystarczy o kawie opowiadać, muszą poczuć jej aromat, muszą jej skosztować. I tak jest trochę z powieścią austriackiego pisarza, scenarzysty i aktora Roberta Seethalera Całe życie* z 2014 roku (nominowanej do nagrody The Man Booker International Prize 2016), która całkiem niedawno nakładem ukazała się na polskim rynku.

Niepozorne publikacje, czytaj niewielkich rozmiarów, przykuwają moją uwagę. Szczególnie teraz kiedy z każdej strony atakują opasłe tomy rodem z XIX wieku. Te skromne są zwykle dla nich przeciwwagą. Teoretycznie nie wymagają od odbiorcy poświęcenia (przebrnięcie przez 100-200 stron nie jest tak czasochłonne jak przez 600-800), wystarczy jeden krótki wieczór, ale niekiedy praktycznie wymagają znacznie większego zaangażowania, bo wielopoziomowego.

Całe życie jest niepozorną książką. Jest opowieścią rozpisaną na nieco ponad 150 stronach. Niewielkim rozmiarom odpowiada niewielki format książki i okładka – estetyczna bardzo, skromna, ale szlachetna – niekrzykliwa, twarda, z tłoczeniami. Tytuł powieści w zestawieniu z niepozornym wydaniem zaskakuje. Określenie „całe życie” niesie przecież ze sobą ogrom, ciężar… (przychodzi tu na myśl Hanya Yanagihara i jej słynna powieść Małe życie, choć odmienna w wymowie, to jej objętość i tytuł są jak w przypadku powieści Seethalera paradoksem – na 800 stronach rozpisane jest małe życie). I to zestawienie okazuje się kluczem do opowieści austriackiego pisarza.

Akcja powieści rozgrywa się w austriackich Alpach na przestrzeni całego XX wieku. Głównym bohaterem jest Andreas Egger, przynajmniej teoretycznie, gdyż praktycznie jest nim natura. Przyczajona, cicha, choć dzika i bezwzględna. To ona jest tu siłą sprawczą, to jej podporządkowane jest całe ludzkie życie.

Całe życie – 79 lat jak jeden dzień

Dzieciństwo

Na początku XX wieku, Andreas, o nieznanej nikomu dacie urodzenia, po śmierci matki, może jako czterolatek, trafił do swego wuja na wychowanie. Niestety, nie był to dla niego sielski czas. Nie był traktowany jak pełnoprawny członek rodziny. Tylko jak bękart, jak obcy. Nigdy też nie traktowano go nawet jak dziecko, tylko jak stworzenie, które przyjęto ze względu na zawartości sakiewki, którą miało przy sobie. Krewny, bogaty bauer, wykorzystywał chłopca do najcięższych prac w gospodarstwie, karząc dotkliwie nawet za najdrobniejsze przewinienia.

Podczas jednej z chłost chłopiec został na trwałe okaleczony. Kość udowa prawej nogi nie wytrzymała. Skąpstwo opiekuna-oprawcy nie pozwoliło na fachową pomoc. Chłopcem zajął się okoliczny nastawiacz kości. I wkrótce Andreas powrócił do pełni sił, ale już nigdy do pełni zdrowia – „od tej pory musiał iść przez życie kulawym krokiem” (s. 21)**.

Chłopiec szybko wyrósł na silnego mężczyznę, jakby natura chciała mu wynagrodzić doznane krzywdy. To dodało mu z pewnością odwagi, by po długich latach cierpliwie znoszonych upokorzeń powiedzieć swojemu dręczycielowi w końcu dość. Od tamtej chwili Andreas stał się panem swojego życia „i myślał o swojej przyszłości, która rozpościerała się przed nim tak nieskończenie rozległa, bo niczego po niej nie oczekiwał” (s. 32).

Młodość i wiek dojrzały

Niewątpliwie Egger to człowiek o szczególnych przymiotach charakteru. Prosty, zwyczajny, skromny, wrażliwy, uczciwy, szczery, pracowity, ale też wycofany, wyciszony, zamknięty w sobie, pełen spokoju, akceptacji, harmonii. Żyjący w zgodzie ze sobą, z innymi, z naturą, ze światem. Posiadał też jedną, raczej zwyczajną cechę, która jednak umożliwiała mu harmonijny żywot. Egger był powolny. „Myślał powoli, mówił powoli i chodził powoli, jednak każda myśl, każde słowo i każdy krok pozostawiały ślad i to dokładnie tam, gdzie takie ślady jego zdaniem winny pozostać” (s. 27).

Jego siła i tężyzna wzbudzały respekt, ale szybko też zyskiwał szacunek i sympatię innych, mimo że z czasem zaczęto go uważać za dziwaka. Był wśród społeczności cenionym i szanowanym człowiekiem, któremu można było zaufać, na którym można było polegać.

Dalsze losy bohatera powieści były zwyczajne, po prostu, takie jak każdego. Wpisane w rytm przyrody, dziejów historii i cywilizacji.

Mimo że Egger był kaleką, to był też silnym mężczyzną o odpowiednim usposobieniu, a to wystarczało do zapewnienia sobie bytu. Bo nie potrzebował wiele. „Postrzegał siebie jako wprawdzie mały, lecz wcale nie tak nieistotny trybik gigantycznej machiny zwanej postępem, i czasem przed zaśnięciem wyobrażał sobie, jak siedzi w brzuchu tej machiny, niepowstrzymanie torującej sobie drogę przez góry i lasy, i jak w pocie własnego czoła przyczynia się do jej ciągłego marszu naprzód” (s. 61).

Żył z dnia na dzień, egzystując całą pełnią w danej chwili, w tu i teraz. Najmował się więc do rozmaitych prac fizycznych. Później do budowy kolei górskich. Każdą z tych prac wykonywał rzetelnie, odpowiedzialnie, z pełnym poświęceniem. Z czasem „dorobił się majątku”, czyli skrawka ziemi i kawałka podłogi. Poznał też kobietę Marie, z którą wkrótce się ożenił.

Było sobie życie

Ale życie Eggera nie byłoby całym życiem, gdyby mógł ze swoją niedawno poślubioną żoną żyć długo i szczęśliwie. „Jak wszyscy ludzie także i on nosił w sobie przez całe życie wizje i marzenia. Niektóre z nich sam realizował, niektóre zostały mu dane. Wiele pozostało nieosiągalnych lub też, gdy po nie sięgnął, wydarto mu je z rąk (s. 145). Natura jest czujna i nie pozwala sobie nawet na chwilę nieuwagi. Całe życie musi wypełnić. Lawina, która spadała, cudem oszczędziła Andreasa. Nie oszczędziła jednak Marie i ich domu.

Później przyszła wojna, walka na froncie, były też i łagry. Później Grace Kelly i Nil Armstrong na Księżycu.

Z radzieckiej niewoli Egger powrócił do dawnych stron – do siebie. Dobrze znana rzeczywistość po powrocie okazała się zupełnie inna. Dawna wioska, oddalona od tętniącego życia, zmieniła się w głośną turystyczną miejscowość. I jej Andreas stawił czoła. Dostosował się do okoliczności – został przewodnikiem górskim, dającym uciechę beztroskiej gawiedzi.

Tak długo już żył na tym świecie, widział, jak się zmienia i z każdym rokiem wydaje kręcić się coraz szybciej, i czuł się jak ostaniec z dawno pogrzebanego czasu, kolczaste zielsko, które choćby ostatkiem sił stale wyciąga się ku słońcu. (s. 61)

Starość

Z czasem jego ciało odmówiło posłuszeństwa, więc Egger usunął się w cień, by doczekać końca swoich dni – „było nieco samotnie, ale nie uważał samotności za coś złego. Nie miał nikogo, lecz miał wszystko, czego potrzebował, i to wystarczało” (s. 142). Zmarł samotnie, w ciszy i spokoju.

Zgodnie z aktem urodzenia, który zresztą jego zdaniem nie był wart nawet tyle, co tusz do widniejącej na nim pieczęci, Egger miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Wytrzymał dłużej, niż sam by kiedykolwiek przypuszczał, i ogólnie rzecz biorąc, mógł być zadowolony. Przeżył dzieciństwo, wojnę i lawinę […]. Jego życie bezustannie dyndało na włosku między niebem a ziemią […]. Wedle jego rozeznania nie ciążyła na nim żadna poważna wina i nigdy nie uległ pokusom tego świata, pijaństwu, rozpuście ni obżarstwu. Zbudował dom […]. Kochał. I zaznał przedsmaku tego, dokąd ta miłość mogła zaprowadzić. Widział, jak kilku mężczyzn spacerowało po Księżycu. Nigdy nie zwątpił w Boga i nie bał się śmierci. Nie potrafił sobie przypomnieć, skąd pochodzi, a koniec końców nie wiedział też, dokąd zmierza. Jednak mógł bez żalu spoglądać na czas między tymi punktami, na swoje życie, z raptownym śmiechem i jednym wielkim zdumieniem. (s. 149-150)

Pochwała prostoty

Nic więc nadzwyczajnego. Mało tego, takich historii monady poszczególnej wpisanej w bieg dziejów świata jest wiele. Nie trzeba daleko sięgać. Powieści takie jak Wyznaję Jaume Cabré, Ósme życie Nino Haratischwili, czy cykl Genialna przyjaciółka Eleny Ferrante tym właśnie są.

Całe życie, to prosta historia. Po prostu życie. Zwyczaje, przyzwoite, z radościami i smutkami swoimi. Można fabułę powieści sprowadzić do trzech czasowników – narodził się, żył i umarł – w których zawarte jest to, co najistotniejsze, w których zawarty jest cały sens.

Ta prosta historia idzie w parze z prostą formą i prostym językiem – mamy tu kwintesencję tych trzech składników. Mamy tylko to, co niezbędne, nic ponad. Nic, co zasłaniałoby to, co najważniejsze, co sprowadzałoby na manowce. Powieść Seethalera dzięki temu zakrawa o dzieło szczególnej wagi. Wydaje się, że autor znalazł idealny sposób na oddanie istoty życia ludzkiego, które jest wpisane w koleje natury, historii, cywilizacji, że dotarł do sedna, do głębi problemu.

Wszystko jest tu też stonowane, powściągliwe, oszczędne, pełne umiaru. Nie ma szaleństwa, zrywów, namiętności. Dystans jest wszechobecny, jednego wobec drugiego, wobec wszystkiego. Też surowość, nie tylko natury i chłód, nie tylko powietrza.

Idea jedynie słuszna

Stoicyzm jest tu niewątpliwie ideą nadrzędną, która okazuje się jedynie słuszna, jedynie możliwa do przyjęcia, by przeżyć, gdyż przeciwstawianie się światu, naturze, życiu, walka z nimi, niczego nie zmienią. Z góry skazane są na porażkę. Jedynie akceptacja, przyjęcie do wiadomości, przystosowanie się mogą przynieść wewnętrzny spokój, ład, harmonię, a więc szczęście jako takie. Mogą uchronić przed popadnięciem w otchłań, czarną rozpacz, mogą pozwolić dostrzec sens ludzkiego żywota, jego istotę i poczuć się w odpowiednim czasie i miejscu.

Wszystko to truizmy, banały, o tym już było. Polskiej tradycji literackiej też nie jest to obce. Tę problematykę podejmowali ojcowie rodzimej literatury z Mikołajem Rejem i Janem Kochanowskim na czele, Stanisław Reymont w swojej epopei Chłopi, Maria Dąbrowska w Nocach i dniach:

Najważniejsze jest dobrze przeżyć swoje dni i noce, to znaczy wypełnić je pracą, życzliwością do drugiego człowieka, zgodnym współistnieniem, uczciwością, poczuciem godności i honoru[1].

Niedawno Karl Ove Knausgård zasłynął opowieścią o całym życiu sześciotomowym cyklem Moja walka (każdy tom ma średnio około 600 stron, a wiec całość 3600!!!). I o tym teraz też mówi Seethaler w Całym życiu. Mówi po swojemu. I ten jego sposób – ta maksymalna kondensacja (to niewątpliwy klucz do sukcesu) – sprawił, że powieść zyskała wymiar uniwersalny, co chyba jest osiągnięciem najcenniejszym.

Ta powieść teoretycznie nie wymaga od czytelnika wielkiego poświęcenia. Ani treść, ani forma, ani objętość nie stanowią przeszkód w brnięciu przez historię Eggera. Praktycznie wymaga jednak sporo – skupienia, wyciszenia, uwagi, zaangażowania, niespiesznego czytania i refleksji. I o to przecież w literaturze chodzi, tyle że mnie ten dojmujący chłód powieści nieco zmroził. Dystans udzielił się piszącej te słowa. Więc choć rozum mówi tak, to niestety, serce nie zaczyna szybciej bić.

Ps. Nota powstała przy współpracy z wydawnictwem Otwarte.

*Tytuł oryginalny – Ein ganzes Leben, rok pierwszego wydania – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – 2017.

**Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Całe życie, Robert Seethaler, Kraków 2017.


[1] Maria Dąbrowska, Noce i dnie, Warszawa, 1999.

Mądrość hippisa. „Lot nad kukułczym gniazdem”– Miloš Forman

Lot nad kukułczym gniazdem
Fragment kadru z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”

Lot nad kukułczym gniazdem – reż. Miloš Forman, USA, 1975

  • DLA KOGO – dla kinomaniaków, nie tylko dla koneserów; dla wrażliwców i buntowników, dla tych, którzy są zdania, że sztuka to nie letarg, ale świadomość; dla wielbicieli kultury amerykańskiej
  • PO CO – by zrozumieć, by wiedzieć, by żyć świadomiej, głębiej, mądrzej
  • MOJA OCENA – 10/6
Filmowe okładki książek

Nie lubię filmowych okładek książek. Poza jednym wyjątkiem… Poza tą z twarzą Jacka Nicholsona w „dokerce” – odtwórcy głównego bohatera powieści Kena Keseya Lotem nad kukułczym gniazdem. Dlaczego? Dlatego, że film na podstawie tego dzieła literackiego jest wybitny, stał się autonomicznym dziełem filmowym, odczytującym prozę Keseya na nowo, będąc przy tym jej niejako przedłużeniem. Ale po kolei..

Kultowy reżyser i kultowa powieść

Miloš Forman, autor adaptacji powieści Keseya, reżyser kina czeskiego i amerykańskiego, znany powszechnie z kilku znakomitych i kultowych filmów, był czołowym przedstawicielem czechosłowackiej Nowej Fali, ważnego kierunku w sztuce filmowej w środkowowschodniej Europie, będącego pokłosiem francuskiej Nowej Fali (franc. nouvelle vague) – awangardowego nurtu w kinie francuskim z końca lat pięćdziesiątych i połowy sześćdziesiątych, który odnowił sztukę filmową, a którego echa słychać po dziś dzień. Czynniki historyczne, ekonomiczne i technologiczne pozwoliły wówczas młodym twórcom na zmiany w sztuce filmowej i zbuntowaniu się przeciw ograniczeniom starych twórców. Efektem były filmy naznaczone piętnem jednej osobowości i jej oryginalnego stylu[1].

To, co dokonało się we Francji w owym czasie miało silny wpływ na kino w innych krajach. „Największe osiągnięcie socjalizmu z ludzką twarzą: narodziny kina o niespotykanym w tamtym czasie i w tej części Europy zakresie wolności i empatii dla zwykłego człowieka”[2] było efektem Nowej Fali w Czechosłowacji.

Wschodnia Europa o Ameryce

Forman, czołowy przedstawiciel tego nurtu, jest autorem sztandarowego dzieła czeskiej Nowej Fali – Miłość blondynki. I właśnie ten główny twórca awangardowego kierunku we wschodniej Europie, który pod koniec lat sześćdziesiątych wyjechał do Stanów Zjednoczonych i po praskiej wiośnie zdecydował się tam pozostać, w 1975 roku zrealizował film na podstawie kultowego dzieła, klasycznej już powieści kontrkultury amerykańskiej, która stała się „apoteozą buntu […], by upomnieć się o wolność – jedną z najważniejszych amerykańskich wartości”[3].

Film, który otrzymał 5 Oskarów (najlepszy film roku, najlepsza reżyseria, najlepszy scenariusz, najlepsza aktorka pierwszoplanowa, najlepszy aktor pierwszoplanowy), który okazał się wielkim sukcesem i zyskał uznanie zarówno widzów jak i krytyków, szybko, podobnie jak powieść, stał się dziełem klasycznym w ogóle, a w szczególności dla kultury amerykańskiej. Sam zaś reżyser stał się twórcą światowego formatu.

Film Formana stał się obroną „indywidualności i protestu wobec zinstytucjonalizowanego zniewolenia”[4] oraz wolności – synonimu wręcz Ameryki.

Film a powieść

Reżyser pozornie nie odbiegł daleko od pierwowzoru. Podczas seansu nie odczujemy dyskomfortu z powodu poczucia, że co innego czytaliśmy, a co innego oglądamy. Jednak autor dokonał pewnej drobnej, ale zasadniczej zmiany, niewielkiego przesunięcia – zarzucił subiektywną narrację Kesey’a na rzecz narracji obiektywnej. I choć głównym bohaterem jest wciąż McMurphy, to tu narratorem nie jest jeden z pacjentów tylko kamera, która pokazuje zakład psychiatryczny wraz ze pensjonariuszami i personelem w sposób realistyczny i obiektywny, a przez to uwypuklający główne idee.

Film był realizowany w prawdziwym szpitalu psychiatrycznym i brali w nim udział prawdziwi lekarze i pacjenci. Postać Indianina odegrał nieprofesjonalny aktor Will Sampson. Pozostali aktorzy, już profesjonalni, przed rozpoczęciem realizacji zdjęć przebywali w szpitalu, by zbudować jak najbardziej wiarygodne role. Kreacje czołowych bohaterów – Louise Fletcher jako siostra Ratched, o twarzy anioła i wcieleniu diabła oraz Jacka Nicholsona jako McMurphy, jedna z ważniejszych kreacji aktora, dla mnie niezapomniana, urastająca wręcz do symbolu walki o indywidualności – przeszły do historii kina. Pozostają w pamięci widzów jako poruszające, wiarygodne i autentyczne.

Lot nad kukułczym gniazdem
Fragment kadru z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”
Lot nad kukułczym gniazdem
Fragment kadru z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem”
Jednostka a społeczeństwo

Lot Formana, jak trafnie Zygmunt Machwitz zauważa, znakomicie pokazuje pensjonariuszy oddziału jako miniaturę społeczeństwa, a sam szpital jako instytucję tłumiąca indywidualność. Odsłania też problem podporządkowania jednostki społecznym normom, dotyka kwestii granic osobistej swobody i zagrożenia własnej tożsamości przez dostosowywanie się do ogółu. Ukazuje mechanizm działania aparatu represji instytucjonalnej, cichego totalitaryzmu zdolnego do niszczenia wszelkich przejawów niezależności. Wykreowany w szpitalu świat dla chorych, zdaniem jego twórców (siostry oddziałowej) – idealny, jest w istocie uniformizacją i tłumieniem indywidualności[5].

Dramat człowieka poszczególnego

I rzeczywiście świat prezentowany początkowo wydaje się oazą spokoju, azylem dla pogubionych. Wnętrza przyjazne, z kojącą muzyką, personel uprzejmy, pomocny, troskliwy, o twarzach miłych, uśmiechniętych, wyciszonych, głosach spokojnych. Wizyta w gabinecie lekarza jest wręcz spotkaniem towarzyskim, przebiegającą w przyjaznej atmosferze swobodną rozmową. Po kwadransie jednak wyczuwamy jakąś zadrę. Kamera, ten obiektywny narrator, jest bardzo blisko bohaterów. W sensie dosłownym. Dokładnie rejestruje mimikę twarzy, która ujawnia najwięcej. Twarze pacjentów zdradzają głęboko skrywany niepokój, lęk, smutek, ból, cierpienie, rozczarowanie, bezsilność, zmieszanie, niechęć, bezmyślność, zobojętnienie, otępienie, zaś twarze personelu władzę, nieustępliwość, zaciętość, siłę, przewagę, wrogość.

Spokojnie obserwowanie przez personel, rodzącej się awantury wśród podopiecznych, a nawet ciche nakłanianie ich do konfrontacji, upewnia tylko, że zło czyha. Od tej chwil napięcie powoli, ale systematycznie wzrasta. Dzieje się to w sposób niemalże niezauważalny. Emocje dawkowane są widzowi bardzo subtelnie. Kolejne sekwencje ujawniają jakiś detal, który nie pasuje do tej idealnej rzeczywistości. Są to drobiazgi, które niby uchodzą uwadze, pozostawiając jednak dyskomfort. Każde kolejne ujęcie odsłania fragment istoty świata przedstawionego. Wszystko to zmierza stopniowo do ukazania dramatycznej prawdy. Nie brak przy tym elementów komicznych, które pozornie rozładowują, gęstniejącą atmosferę, a w gruncie rzeczy podkreślającą tragizm. 

Opowieść obyczajowa o wydźwięku komediowym staje się satyrą, w której ujawnione zostają absurdy rzeczywistości, by w końcu pokazać tragizm losu ludzkiego, niczym z antycznej lub szekspirowskiej sztuki.

Alegoryczność

Należy podkreślić, że najważniejsza jest tu alegoryczność opowiadanej historii. W tym celu reżyser zastosował zabiegi wykrzywiające realny obraz. Przedstawiona historia naszpikowana jest groteskowymi, absurdalnymi, choć subtelnymi sytuacjami, obrazami. Bo nie chodzi tu o prawdę dosłowną (reżyserowi zarzucano brak adekwatności w ukazaniu realiów funkcjonowania ówczesnej amerykańskiej służby zdrowia). Wyolbrzymienie, przerysowanie, hiperbolizacja, wykrzywienie pozwalają na dotarcie do sedna, na odczytanie metafory. Dzięki temu alegoryczny przekaz staje się najistotniejszy.

Film Formana należy oglądać niewątpliwie w skupieniu, bo choć doskonale znamy przedstawianą opowieść, to forma, która podaje nam treść, nienachlana, aluzyjna, wyciszona i przyczajona dopowiada to, co najistotniejsze.

Ps. Notę na temat kultowej powieści opublikowano 26.02.2017.


[1] Hasło, nowa fala (kino francuskie)https://pl.wikipedia.org/wiki/Nowa_fala_(kino_francuskie), dostęp 19.03.2017.

[2]Zygmunt Machwitz, Nowa fala w Czechosłowacji, http://www.akademiafilmowa.pl/program,17,134,5,Nowa-fala-w-Czechoslowacji.html, dostęp 19.03.2017.

[3]Zygmunt Machwitz, Elia Kazan i Milos Forman. Emigranci patrzą na Amerykęhttp://www.akademiafilmowa.pl/program,18,95,6,Elia-Kazan-i-Milos-Forman.html, dostęp 19.03.2017.

[4] Ibidem.

[5] Ibidem.

Mądrości hippisa. „Lot nad kukułczym gniazdem” – Ken Kesey

Lot nad kukułczym gniazdemTytuł – Lot nad kukułczym gniazdem

Autor – Ken Kesey

Tłumaczenie – Tomasz Mirkowicz

Wydawnictwo – Albatros

Rok – 2015

  • DLA KOGO – nie tylko dla koneserów; dla wrażliwców i buntowników, dla tych, którzy są zdania, że sztuka to nie letarg, ale świadomość; dla wielbicieli literatury i kultury amerykańskiej
  • PO CO – by zrozumieć, by wiedzieć, by żyć świadomiej, głębiej, mądrzej
  • MOJA OCENA – 10/6
Ocalić od zapomnienia

Misją Bałwochwalni jest między innymi ocalenie od zapomnienia dzieł, których zapomnieć nie można, bo wyrządzi się ludzkości krzywdę, której nic nie zdoła naprawić; dzieł, które powstały lata temu, dekady temu, wieki temu, których dziś się nie zauważa, bo przysłania je szczelnie gruba warstwa nie tylko kurzu. Postanowiłam więc je wywlec, bo warto, gdyż są to rzeczy bezcenne, które wzbogacają nas i naszą rzeczywistość. Dziś pierwsza nota z tych realizujących bałwochwalnianą misję.

Amerykańska przygoda

Wraz z rokiem 2017 postanowiłam wprowadzić w swój świat literacki porządek! Do tej pory panował wielki miszmasz, który wywoływał u mnie poczucie dyskomfortu. Przy pomocy skomplikowanych narzędzi 😉 opracowałam więc strategię na najbliższych dwanaście miesięcy. Być może już wiesz, że górę w roku 2017 bierze literatura amerykańska, choć właściwie szerzej, bo cała kultura amerykańska. Odgrzebuję więc dzieła nazwijmy to umownie klasyczne, które powstały za oceanem, by na nowo w nich się zatopić, niektóre też, by dopiero je odkryć. Przy tej okazji sięgam też po nowsze publikacje i te całkiem świeże.

Lot nad kukułczym gniazdem Kena Keseya* otwiera tę amerykańską przygodę 2017. Dlaczego akurat ta powieść? Przygotowując propozycje choinkowe postanowiłam sięgnąć po tytuły, które po prostu warto czytać, znać, do których warto wracać, które warto mieć w swojej biblioteczce, bo wzbogacają i są idealne na prezent dla każdego!!!

Lot znalazł się w tym zestawieniu, a że brakowało tej powieści na moim regale, to postanowiłam swą biblioteczkę bałwochwalnianą o to dzieło uzupełnić i przy okazji ponownie zatopić się w lekturę tej poruszającej historii.

Stary hippis prawdę ci powie

Jest to powieść z połowy XX wieku, odsłaniająca amerykańską rzeczywistość tamtego czasu. Ale szybko stała się dziełem kultowym wręcz i przekroczyła granice oceanu. Dziś jednak wydaje się nieco zapomniana, bo odległa w czasie i przestrzeni i czytana raczej przez koneserów. A szkoda, bo rzecz warta jest powszechnej wręcz uwagi i pamięci, gdyż należy do tych dzieł, które poruszają, budzą, uświadamiają!

Lot to kontestacyjna powieść Kan Keseya (1935-2001), beatnika i hippisa, znanego z dość nonkonformistycznego sposobu egzystowania, która ukazała się w 1962 roku i stała się najgłośniejszym utworem Kesey’a. Zyskała uznanie i czytelników, i krytyków, szybko stając się klasyczną pozycją amerykańskiej kontrkultury i wchodząc na stałe do klasyki literatury współczesnej.

Czytana przeze mnie lata temu, weszła też do mojego prywatnego kanonu, stojąc w jednym rzędzie z Procesem Kafki, Rokiem 1984 Orwella, Nowym wspaniałym światem Huxleya, Dżumą Camusa czy dziełami Witkacego. I mogę śmiało powiedzieć, że to książka z tych, które miały wpływ na układ „klocków” w mojej głowie, na rodzaj mojej wrażliwości, na mój odbiór rzeczywistości. Teraz, po latach, gdy powróciłam do niej, znów czytałam ją z przejęciem. Znów wywarła na mnie tak silne wrażenie jak wtedy, za pierwszym razem. Wywołała też uczucie, eufemistycznie mówiąc, dyskomfortu. Bo wciąż jest tak bardzo aktualna. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jej uniwersalność dziś jeszcze bardziej uderza.

Lot nad Ameryką

Powieść Keseya zawiera treści znacznie przerastające jej nieskomplikowaną akcję.  

Narratorem i jednym z bohaterów powieści jest Indianin Wódz Bromden. To on opowiada historię Randle’a Patricka McMurphy’ego – w istocie głównego bohatera powieści.

Randle Patrick McMurphy

Na oddział dla umysłowo chorych przybywa na obserwację nowy pacjent – ów McMurphy – arogancki, pewny siebie szuler, zawadiaka, przestępca, anarchista, który symulując chorobę psychiczną, sądzi, że w ten sposób zdoła uchylić się od więzienia i ciężkiej pracy, słowem uważa, że w ten sposób uniknie kary. Szybko jednak przekonuje się, że szpital psychiatryczny pod rządami siostry Mildred Ratched nie jest miejscem, które może być przyjemną alternatywą.

Siostra miłosierdzia

Oddziałem kieruje pozornie miła w gruncie zaś rzeczy despotyczna siostra przełożona, która nie ma sobie równych we wprowadzaniu wojskowego drylu i udaremnia każdy ledwie zauważalny przejaw buntu. Jakikolwiek wyraz niesubordynacji przestaje mieć rację bytu, w obliczu wywieranej przez oddziałową presji przestaje po prostu mieć sens. Jej metody postępowania pozbawiają pacjentów najdrobniejszych przejawów wolności i indywidualności – podstawowych przejawów człowieczeństwa.

Wolność kontra system

McMurphy, ceniący sobie ponad wszystko szeroko pojętą wolność, postanawia nie dać się i tym samy pokazać współtowarzyszom niedoli, że nikt nie może ich pozbawiać podstawowych praw człowieka. Idzie więc na otwartą wojnę z oddziałową i jej systemem. Odnosi w tej walce zwycięstwo – rozsadza do środka oddział degradujący osobowość jednostki, ale cenę ponosi za to najwyższą – siostra oddziałowa zdążyła osiągnąć swój nadrzędny cel, zdążyła McMurphy’ego „wykastrować” – poddała go swoim zwyczajem zabiegowi lobotomii, którego celem była „redukcja procesów emocjonalnych, które zwykle towarzyszą procesom poznawczym – myślom i wspomnieniom”[1], a której efektem ubocznym była „utrata przez pacjenta poczucia ››ciągłości własnego ja‹‹, świadomości, że jest tą samą osobą, którą był wczoraj i będzie jutro”[2]. Zatem zdusiła w nim tym samym to, co dla człowieka najcenniejsze – jego godność. Mimo to, do McMurphy’ego będzie należało ostatnie słowo. To on zatriumfuje – nie da się systemowi, choć nie oznacza to wcale zbanalizowanego amerykańskiego happy endu.

Mechanizm idealny

Kesey odmalował w powieści obraz zamkniętego oddziału psychiatrycznego – sprawnie działającego mechanizmu, który oparty jest na żelaznych zasadach oddziałowej, regulujących każdy aspekt jego funkcjonowania. By reguły nie zostały złamane i granice przekroczone czuwa przełożona, która wypracowała sobie efektywny system, dzięki któremu wszystko działa jak w zegarku – tak jak trzeba, a wszyscy – włącznie z personelem, nawet tym teoretycznie wyżej postawionym w hierarchii, nie mówiąc już o pacjentach – tańczą tak jak im zagra. To ona, ten anioł miłosierdzia jak nazywają ją podopieczni, żelazną ręką sprawuje władzę wśród zniewolonych nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, zastraszanych i otumanianych lekami pacjentów.

Mechanizm ten obnażony zostaje w chwili pojawienia się niepokornego pacjenta, który zakłóca porządek na sprawnie funkcjonującym oddziale, wyrywa ze szpitalnej codzienności do tej pory pogrążonych w apatii pacjentów. Wówczas ujawnia się prawdziwe oblicze tego mechanizmu – oblicze oprawcy manipulującego swymi ofiarami. Niestety, McMurphy będący symbolem walki z reżimem, symbolem buntu – a przecież w myśl teorii Albarta Camusa człowiek, by istnieć musi się buntować[3], a więc i symbolem życia, istnienia – został unicestwiony i przerobiony na symbol istoty wegetującej, pozbawionej woli, indywidualności, istoty nieistniejącej.

Bliska antyutopia

Lot to metafora świata – kombinatu, który „naprawia” ludzi, formując ich na istoty uległe, poddane i podobne do siebie. To alegoryczny obraz świata zniewolonego przez systemy i nie ma tu znaczenia przez jakie. Przez system wszelkiego rodzaju. Kesey serwuje nam więc uniwersalną opowieść o zniewolonej jednostce.

Powieść ta, za sprawą swej istoty – funkcjonowanie jednostki w jakimś systemie – mimo zmieniających się realiów, bez względu na czas i przestrzeń, jest wciąż aktualna, co po ponad pół wieku od jej ukazania się wywołuje poczucie wspomnianego dyskomfortu. Budzi niepokój, gdyż uświadamia, że i dziś tkwimy w systemie, który próbuje nas „urobić” – ograniczyć naszą wolność, pozbawić indywidualizmu, osobowości, by zatriumfowały unifikacja i uniformizacja, by wszystko uległo ujednoliceniu, w myśl obaw Witkacego, mającego na tym punkcie wręcz obsesję i też Gombrowicz, mówiącego o formie, o dorabianiu gęby czy upupianiu[4].

Natura człowieka

Kesey znakomicie pokazuje istotę człowieczeństwa. Głównym bohaterem jest McMurphy i to on jest siłą napędową powieści. Ale mamy tu też wielu bohaterów drugoplanowych – pacjentów, których autor nam przybliża, pokazując ich indywidualne losy i dramaty.

Na oddziale tworzą jednak zunifikowaną masę, społeczność, w której wszystko funkcjonuje bez zakłóceń. Mechanizm działa sprawnie, a jego poszczególne elementy – ludzie – są spokojni i szczęśliwi. Nie chcą zmian. Niewiele jednak potrzeba, by się ocknęli, by poczuli, że są istotami, którym przysługują prawa, których im odmówiono. Pojawienie się kogoś takiego jak McMurphy sprawia, że w tych wegetujących, bezwolnych istotach budzi się człowiek – to, co jest jego naturą.

Instynktownie wręcz poszliby za nim w ogień – za drobnym przejawem buntu, wolności, indywidualności, tego wszystkiego, co uosabia nowoprzybyły. Wystarczył impuls, który zburzył tę pozorną szczęśliwość, ten sztuczny spokój, który sprawił, że już nic nie było takie jak do tej pory. Pacjenci szpitala psychiatrycznego odzyskali dzięki niemu poczucie wolnej woli, własnej wartości i godności.

Forma

Warto też zwrócić uwagę na formę powieści, która ma tu zasadnicze znaczenie. Pełna jest stereotypowych obrazów, komiksowych wręcz bohaterów i komiksowej rzeczywistości oraz adekwatnego języka. Wszystko to służy na wskroś symbolicznej wymowie. Sprawia, że ujawniają się kwestie fundamentalne dla człowieka, dotykające jego istoty, jego egzystencji.

Lot „technicznie” jest łatwą i przyjemną lekturą. Brnięcie przez kolejne strony nie sprawia trudności, bawi nawet. Ale jeśli tylko na chwilę człowiek zatrzyma się i zastanowi, to dojrzy pełnię tej opowieści, a wówczas poczucie komfortu i lekkości zejdzie na drugi plan, gdyż inne kwestię okażą się ważniejsze.

Ps. 1. Tę kultową powieść wziął na warsztat kultowy już reżyser, powołując do życia dzieło, które szybko stało się równie kultowym filmemO tym już wkrótce w Bałwochwalni!

Ps. 2. Polecam kilka cytatów z tej kultowej powieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – One Flew Over the Cuckoo’s Nest, rok pierwszego wydania – 1962, rok pierwszego wydania polskiego – 1981.


[1] Hasło, lobotomiahttps://pl.wikipedia.org/wiki/Lobotomia, dostęp 26.02.2017.

[2] Ibidem.

[3] Albert Camus, Człowiek zbuntowany, Warszawa 2006.

[4] Problematyka między innymi dramatu Szewcy Stanisława Ignacego Witkiewicza i powieści Ferdydurke Witolda Gombrowicza.

Powieść totalna. „Ósme życie (dla Brilki)” – Nino Haratischwili

Ósme życie

Tytuł – Ósme życie (dla Brilki) (t. 1-2)

Autor – Nino Haratischwili

Tłumaczenie – Urszula Poprawska         

Wydawnictwo – Otwarte

Rok – t. 1 – maj 2016, t. 2 – październik 2016

  • DLA KOGO – dla miłośników historii, dla miłośników Gruzji i Rosji, dla miłośników dzieł totalnych, monumentalnych, dla miłośników sag rodzinnych, dla miłośników opowieści z pełnokrwistymi bohaterami
  • PO CO – by zrozumieć, by wiedzieć, by żyć świadomiej, mądrzej
  • MOJA OCENA – 8/6
Daleki świat

Gruzja – kraj niby swój, ale wciąż odległy, egzotyczny. Mimo że coraz częściej zapuszczamy się w te rejony, że znamy już tamtejszy krajobraz, że delektujemy się już tamtejszą kuchnią i tamtejszym winem, że już przekonaliśmy się czym jest gruzińska gościnność, to wciąż jest to znajomość bardzo powierzchowna. Dlatego wszelkie próby przybliżenia tego wielobarwnego kraju, próby coraz gęściejsze i obejmujące coraz to nowe dziedziny życia, są zawsze wyczekiwane, a powieść taka jak Ósme życie Nino Haratischwili* była wręcz pożądana.

Gruzja po niemiecku

Młoda autorka, Gruzinka, urodzona w latach osiemdziesiątych, dziś mieszkająca w Hamburgu, jest uznaną i nagradzaną reżyserką teatralną i dramatopisarką. Dorastała w Gruzji, ale jeszcze jako dziecko opuściła z matką swój rodzinny kraj i przybyła do Niemiec, by już jako dorosła osoba osiąść tu na dobre. Reżyserię studiowała i w Tbilisi i Hamburgu. Jej debiutancka powieść Juja ukazała się w 2010 roku, zaś rok później Mój łagodny bliźniak. W 2014 roku światło dzienne ujrzała saga rodzinna Ósme życie. Wszystkie trzy powieści zostały napisane po niemiecku i wszystkie trzy otrzymały niemieckie prestiżowe wyróżnienia literackie. Ostatnia została w Niemczech książką roku 2014.

Dziś Haratischwili zaliczana jest do grona najbardziej utalentowanych niemieckich pisarzy młodego pokolenia (czytając Ósme życie aż trudno w młody wiek autorki uwierzyć, prędzej w jej sto lat). Powieść Ósme życie co ważne olśniewa tych wszystkich, których pragnienia, oczekiwania i gusty zazwyczaj się mijają – czytelników, krytyków i historyków[1]. Uznano ją za najwyższej klasy opowieść o losach sześciu pokoleń gruzińskiej rodziny, dostrzeżono jej rzetelność i wiarygodność w oddawaniu historycznych realiów tamtego czasu, porównywano ją z arcydziełami literatury światowej takimi jak Sto lat samotności Gabriela Garcii Márqueza czy Dom duchów Isabel Allende[2].

Z pewnością te wszystkie ochy i achy mogą być rodzajem prowokacji, mogą wzbudzić ciekawość tych potencjalnych odbiorców, którzy chcą przekonać się sami czym jest i jaka jest to powieść, którzy chcą wyrobić sobie własne zdanie. Jednak mogą też skutecznie odstraszyć tych czytelników, którzy czytają z miłości, którzy chcą oddać się czystej przyjemności lektury, a nie kalkulacji. Oby machnęli oni ręką na te dowody uznania i sięgnęli po Ósme życie, bo sądzę, że będzie im dane doświadczyć czegoś wyjątkowego i przejmującego.

Dano nam ósme życie

W Polsce powieść ukazała się w dwóch tomach – pierwszy w połowie, drugi pod koniec roku 2016 – mających przepiękne okładki, z tak lubianymi przeze mnie wstążeczkami-zakładkami. Intensywna kolorystyka tomów, jej nasycenie, dość ostro ze sobą kontrastująca może już sugerować to, co odnajdziemy w środku – piękno i tragizm.

Ja sięgnęłam po powieść jak już w komplecie była na polskim rynku. Słyszałam o niej wcześniej, ale tylko dołożyłam do listy MUST READ jak wiele innych. Aż pewnego dnia przeczytałam gdzieś jakiś fragment, który zrobił na mnie tak duże wrażenie, że musiałam po powieść sięgnąć nie w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale już, teraz, natychmiast.

Powieść totalna

Tak też uczyniłam. I szybko dołączyłam do grona bałwochwalców powieści Ósme życie. Dla mnie to jedna z najlepszych powieści, które ukazały się na rynku wydawniczym w ostatniej dekadzie, która rzeczywiście może ubiegać się o swoje miejsce w tak zwanym światowym kanonie. Jest to powieść totalna, czyli taka, „[…] która zdolna jest przedstawić summę rzeczywistości, jednocześnie noszącej znamiona utworu tradycyjnego i nowoczesnego, lokalnego i powszechnego, wyobraźniowego i realistycznego”[3].

To „epicka opowieść rozgrywająca się na tle zmieniającej się Europy […]”[4].

„Początek XX wieku. Mroźna zima. Na świat przychodzi Stazja, córka najsłynniejszego w carskiej Rosji gruzińskiego wytwórcy czekolady. Wraz ze Stazją i kolejnym pokoleniami rodziny Jaszich zanurz[asz] się w gąszcz historii najkrwawszego ze stuleci. Od pierwszej wojny światowej przez rewolucję październikową i drugą wojnę światową do początku XXI wieku. Od gruzińskich wybrzeży Morza Czarnego po Berlin, Paryż i Londyn”[5].

Saga rodzinna

Ósme życie to opowieść o kilkupokoleniowej gruzińskiej rodzinie, która uwikłana jest w historię jak się okazuje nie tylko swego kraju, nawet nie tylko Europy, ale świata. Tu rzetelność historyczna i faktograficzna łączy się z literacką fikcją. Na 1300 stronach rozpisane jest życie kilku osób.

Opowieść płynnie przechodzi od bohatera do bohatera. Począwszy od wspomnianego słynnego na terenie Gruzji i carskiej Rosji fabrykanta czekolady, który marzył o podbiciu świata swą czekoladową miksturą, której receptura jest jego największą tajemnicą, poprzez jego córki, przyrodnie siostry – Stazję i Kristine – pierwszą niepokorną i marzącą o karierze tancerki na paryskich scenach, na drodze której stanęła miłość do porucznika armii rosyjskiej Simona, drugą piękną, marzącą o bogactwie i beztrosce, poprzez dzieci Stazji – Kittię i Kostię – córkę, z którą życie bestialsko się obeszło i syna, który jak ojciec wybrał służbę armii, poprzez wnuczkę Stazji, córkę Kostii – Elenę – która będąc oczkiem w głowie ojca, przysparzała mu samych trosk, skończywszy na prawnuczkach Stazji, przyrodnich córkach Eleny – Darii i Nice – którym tak trudno było się odnaleźć w zastanej rzeczywistości i przystosować. Opowieść dociera do Brilki, córki Darii, praprawnuczki Stazji, siostrzenicy Nici, która wchodzi dopiero w życie. I tu opowieść się urywa. Konica nie ma.

Teraźniejszość sięga po przeszłość dla przyszłości

Głos zabiera Nica – praprawnuczka fabrykanta czekolady, która w młodości wyjechała ze swej rodzinnej Gruzji do Niemiec – niejako sprowokowana zachowaniem niepokornej Brilki, swej siostrzenicy, przedstawicielki najmłodszego pokolenia rodziny. To Nica bierze na siebie obowiązek, a może raczej na Nicę obowiązek ten spada, opowiedzenia o losach tej kilkupokoleniowej rodziny na tle zmieniającego się globu. To ona jest narratorką w powieści, to ona jest nadawcą opowieści, zaś adresatką jest Brilka, która chyba w nie do końca uświadomiony sposób potrzebuje tej historii, by móc iść dalej. Mamy więc opowieść o ośmiu życiach, choć to ósme, dane Brilce jest tylko zasygnalizowane, tylko odnotowane, że istnieje, pozostaje więc niewiadomą – koniec powieści zatem jest otwarty, bo to ósme życie wciąż trwa.

Bohaterowie pierwszego i drugiego planu

Mamy też kilku znaczących bohaterów drugoplanowych, odgrywających jednak ogromną rolę, bo wpływających na życie głównych postaci opowieści i to w sposób bezpośredni – przyjaciół rodziny, ale i jej oprawców, bo wśród nich są najbardziej znane gruzińskie postacie historyczne – Józef Stalin czy Ławrientij Beria, jeden z najbardziej zaufanych ludzi dyktatora, jego prawa ręka.

Bohaterowie powieści, poszczególni członkowie rodziny, ich przyjaciele, są wyraziści, wielowymiarowi, z krwi i kości, nie są czarno-biali. Czujemy z nimi silny związek. Ich losy nie są nam obojętne. Współodczuwamy, jesteśmy razem z nimi, uczestniczymy w ich doświadczeniu. Stają się naszymi bliskimi, krewnymi, a my stajemy się częścią opisywanej historii.

Swoisty koloryt

Po narracjach snutych z perspektywy zachodniej, narracja wschodnia, gruzińska zapewnia nam nieco inny koloryt, który zasygnalizowany zostaje w detalach, jakby mimochodem. W rozchodzącym się zapachu kawy, herbaty czy czekolady, soczystych miąższach spożywanych owoców albo zarysie mentalności tego kaukaskiego kraju.

Tło nie jest tu tylko dekoracją

Punktem wyjścia jest fikcyjna historia pewnej rodziny od końca XIX wieku do czasów nam współczesnych, do dziś, ale w efekcie to historia Gruzji, kraju, który jednak nie jest i nigdy nie był odizolowany od reszty świata, co sprawia, że mamy do czynienia z historią powszechną. Bo tu ludzkie życie zależne jest od dziejów świata, jest uwikłane w historię, splata się z nią bardzo mocno. Wielka historia stale obecna jest w życiu bohaterów powieść, przeplata się tu z codziennym życiem. Dramatyczne wydarzenia, które miały miejsce w XX wieku, ale i na początku XXI autorka przybliża wiarygodnie w swoisty sposób. Tło historyczno-polityczne nie jest tu tylko dekoracją, ono definiuje poszczególne istnienia, które dzięki temu nie są monadami, które lawirują bezwiednie w czasoprzestrzeni, pozbawionymi celu i sensu.

Mogłaby to być opowieść o szczęśliwych ludziach, gdyby nie fakt, że przyszło im żyć w najcięższych dla ludzkości czasach.

Piękno i tragizm

Na początku wspomniałam, że Ósme życie, jak sugerują już same okładki, przynosi nam piękno i tragizm. Przypomina, jak już ktoś zauważył, baśń, piękną i okrutną jednocześnie, którą czyta się w napięciu, z zapartym tchem. To powieść pokazująca siłę opowieści, której autorka ma świadomość[6], której tak dziś złaknieni jesteśmy. Bo wiele wskazuje na to, że tęsknimy po prostu za opowieścią, dzięki której poczujemy się bezpieczniej, pewniej, we wspólnocie (przypomnijmy sobie rolę i siłę mitów czy legend). Haratischwili dbając o formę oraz dopracowując fabułę, posługuje się pięknym prostym językiem, pokazując, że nie potrzeba żadnych eksperymentów formalnych, wystarczy odrobina realizmu magicznego.

Wspólna przyszłość

To bardzo mądra powieść, która porusza tematy ponadczasowe, uniwersalne, która prowokuje do myślenia o wspólnej europejskiej przeszłości, ponad podziałami, niezależnie od tradycji, narodowości, wyznania czy mentalności i poglądów. To także swoista lekcja historii i co bardzo istotne „to jeden z […] dręczonych przeszłością głosów młodego pokolenia przypominający o wciąż nieodrobionej lekcji historii Europy”[7].

Ps. 1. Polecam wywiad Anny Dziewit-Meller z Nino Haratischwili.

Ps. 2. Polecam kilka cytatów z tej wciągającej powieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – Das achte Leben (Für Brilka), rok pierwszego wydania – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Ewelina Tondys, Literacki Berlin: Nino Haratischwili – wschodząca gwiazda niemieckiej literatury, opublikowano 20.03.2015, https://bookeriada.pl/literacki-berlin-nino-haratischwili-wschodzaca-gwiazda-niemieckiej-literatury/, dostęp 22.01.2017.

[2] Ibidem.

[3] Cyt. za, Monika Sakowska, Wysypisko popkultury. „Balladyny i romanse” Ignacego Karpowicza, „Polisemia” 2011, nr 1,  http://www.polisemia.com.pl/numery-czasopisma/numer-12011-5/numer-1-2011-5/wysypisko-popkultury, dostęp 22.01.2017. Zob.,  Marcin Kurek, Powieść totalna. Wokół narracyjnych teorii Ernesta Sábato i Maria Vargasa Llosa, Wrocław 2003, s.144.

[4] Oficjalna strona Wydawnictwa Otwarte, http://otwarte.eu/book/osme-zycie-dla-brilki, dostęp 22.01.2017.

[5] Ibidem.

[6] Inse Wilke, Wywiad: Zapomnienie jest złudzeniem. Rozmowa z Nino Haratischwili, opublikowano 06.05.2016, https://bookeriada.pl/wywiad-zapomnienie-jest-zludzeniem-rozmowa-z-nino-haratischwili/, dostęp 22.01.2017.

[7] Czytelnia: Nino Haratischwili, „Ósme życie”, opublikowano 04.05.2016, https://bookeriada.pl/czytelnia-nino-haratischwili-osme-zycie/, dostęp 22.01.2017.

BIBLIOGRAFIA

Jane Austen 2017

Jane Austen
Jane Austen, 1873*

Rok 2017 – czas Jane Austen!!!

Mija bowiem dwieście lat od śmierci autorki Emmy

Jane Austen jest nie tylko powszechnie uznana, ale i powszechnie czytana. Ale… Są jednak też i tacy, do których wykreowana przez pisarkę rzeczywistość nie przemawia. W przypadku tej twórczości przekonanych przekonywać nie trzeba, a nieprzekonanych przekonać się nie da. Ale można próbować… Entuzjaści nie wyobrażają sobie swej egzystencji tu i teraz bez świata Austen, pozostali zaś – mówiąc eufemistycznie sceptycy – zżymają się, twierdząc, że nie ma tu nad czym się pochylać.

Jane Austen tylko w złych bibliotekach!?

Dobrą bibliotekę poznaje się ponoć po tym, że nie ma w niej ani jednej książki Jane Austen, choćby miało to oznaczać, że nie ma w niej ani jednej książki[1]. Hm… U mnie na regale stoi komplet, więc moja biblioteka nie jest dobra 😉 . A że jestem zbieraczem, to bym nie pogardziła też nowy wydaniem tych powieści, które proponuje jedno z wydawnictw z okazji dwustu lat pisarki. Czy u Ciebie na półce również widnieje Austen? Jeśli tak, to nie martw się, Virginia Woolf zapewne też miała swoje osobiste egzemplarze, które stale wertowała i analizowała[2]. Należmy zatem do zacnego grona posiadaczy złej biblioteki 😉 .

Ja zżymam się 😉 na wspomnianych sceptyków! I ośmielę się przypuszczać, że po prostu brak tu ich dobrej woli. Bo odrobina chęci, przełamanie dumy i pokonanie uprzedzeń oraz rozważne, ale i romantyczne podejście pozwoli dostrzec wartości, które cenione są u największych twórców.

Istota człowieczeństwa

W tej twórczości odnajdziemy definicję ludzkiej egzystencji. Nie tylko w tych najsłynniejszych powieściach Austen, ale też tych mniej poczytnych. Owszem, jakby w nieco przykurzonych dekoracjach, którym jednak wystarczy otwarcie okna, by powiew świeżego powietrza pozwolił dostrzec to, co niezmienne w czasie i przestrzeni.

Jeśli jesteś już entuzjast(k)ą tego „bawialnianego” pisarstwa, to zachęcam do ponownej lektury – przyjemność i tak gwarantowana. Jeśli jednak nie dała(e)ś się do tej pory porwać tej narracji, nie dała(e)ś się uwieść przez ten bogaty w subtelności i detale świat, to zrób mi tę przysługę i daj szansę! Sobie przede wszystkim!

*Na podstawie rysunku siostry Jane – Cassandry – University of Texas Libraries Duyckinick, Evert A. Portrait Gallery of Eminent Men and Women in Europe and America. New York: Johnson, Wilson & Company, 1873, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=183628, dostęp 12.01.2017.


[1] Emily Auerbach,„A Barkeeper Entering the Kingdom of Heaven”: Did Mark Twain Really Hate Jane Austen?, opublikowano 12.12.2003, http://www.vqronline.org/essay/barkeeper-entering-kingdom-heaven-did-mark-twain-really-hate-jane-austen, dostęp 12.01.2017.

[2] Virginia Woolf, Własny pokój, w, Własny pokój. Trzy gwinee, Warszawa 2002.