„Białe łzy” – Hari Kunzru

Hari Kunzru – brytyjski pisarz pochodzenia angielsko-hinduskiego, obecnie mieszkający w USA, mąż pochodzącej z Japonii amerykańskiej pisarki – Katie Kitamury, były dziennikarz muzyczny – popełnił książkę o bluesie. Nie byłby jednak sobą, gdyby bluesa potraktował tylko jako zjawisko muzyczne. Pisarz jest bowiem szczególnie zainteresowany kwestiami współistnienia kultur, ras, tradycji i z nich to czyni główny temat swego pisarstwa. Tak też jest i w wypadku „Białych łez”. Blues został więc tu potraktowany znaczniej szerzej, jako zjawisko społeczne, w którym zawiera się istota Ameryki – amerykańskiej tożsamości i jednego z najważniejszych amerykańskich problemów – rasizmu[1].

Wielowarstwowa opowieść

Główny temat powieści – niechlubna przeszłość Ameryki, która kładzie się cieniem na teraźniejszości – eksplorowany był już na wiele różnych sposobów, jednak ten, którym autor tu się posłużył, sprawił że „Białe łzy” odsłaniają przed odbiorcą obrazy, których istnienia do tej pory nie był świadomy.

Kunzru podszedł do tej trudnej kwestii od niecodziennej strony, od muzyki bowiem, od strony bluesa właśnie – muzyki niewolników, głosu ludzi uciskanych i wykluczonych – co zaowocowało powieścią wyrafinowaną, osobliwą, która uderza w struny delikatnie, ale niezwykle celnie i dotkliwie.

To jednak nie wszystko. Mamy bowiem do czynienia z powieścią wielowarstwową, której sensy odsłaniają się niespiesznie. „Białe łzy” są również opowieścią o młodości, pasji i przyjaźni. Jakby tego było mało, są także opowieścią uniwersalną, choć zakorzenioną w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni.

Hipnotyzujący początek

Choć zaczyna się niewinnie i lekko – zwariowana opowieść o młodości, przyjaźni, pasji, muzyce i Nowym Jorku – to jest to powieść ciężkiego kalibru.

To historia przyjaźni dwóch młodych zwariowanych na punkcie muzyki chłopaków, których dzieli to, co mogłoby przyjaźń uniemożliwić – status majątkowy i usposobienie. Pierwszy, ubogi i wycofany, półsierota, zafascynowany rejestrowaniem dźwięków ulicy, drugi, dusza towarzystwa z bogatej i wpływowej rodziny, która swą pozycję osiągnęła nie do końca szlachetnymi poczynaniami, kolekcjoner płyt, fan dawnej czarnej muzyki. Łączy ich jednak coś, co znosi wszelkie podziały, nierówności, granice – muzyka. Zakładają więc studio muzyczne – swoiste laboratorium, w którym eksperymenty z nagraniami, sprzętem, brzmieniem, głosem nie mają granic – które staje się ich sposobem na życie. Carter i Seth szybko okazują się producentami z perspektywą osiągnięcia niemałego sukcesu.

Gorzki wygłup

Pewnego dnia Seth przypadkowo rejestruje na słynnym nowojorskim Placu Waszyngtona mężczyznę śpiewającego bluesowy kawałek, który zachwyca Cartera. Po technicznej obróbce, nadającej utworowi brzmienie z początku XX wieku, przyjaciele wrzucają kawałek do sieci pod wymyślonym nazwiskiem wykonawcy – Charlie Shaw. Wkrótce dociera do nich wiadomość, że pewien człowiek o takim właśnie nazwisku nagrał tę piosenkę kilka dekad wcześniej, po czym zginął w niewyjaśnionych okolicznościach.

To punkt zwrotny opowieści. Ciąg dalszy wydarzeń jest niespodziewany. Zmienia życie obu bohaterów i odsłania rzeczy, których odbiorca się nie spodziewał.

Ów punkt zwrotny jest miejscem, w którym powieść zmienia swe oblicze. Do tej pory to opowieść o sile pasji, która jest ponad wszystko, o sile marzeń, które są w stanie pokonać wszelkie trudności i odmienić oblicze świata, o muzyce, która umożliwia oddychać, która nadaje egzystencji kolorytu, o przyjaźni, która może znieść wszelkie różnice, podziały, o młodości, dla której nie ma niemożliwego. Do tej pory to niespieszna, hipnotyczna, wręcz psychodeliczna opowieść, w której można się zatracić. Dość hermetyczna, ale i fascynująca. Będąca jednocześnie tylko rodzajem preludium, które nieco usypia czujność odbiorcy, by w kluczowym momencie, niespodziewanie, wyrwać go z błogiego niemalże stanu i ogłuszyć.

Przebudzenie

Tu narracja skręca w stronę kryminału, potem thrillera, z typowo amerykańskim krwawym morderstwem w motelu, a wreszcie horroru. Białe łzy” stają się powieścią z duchami[2].

Jest jak

[…] rozpędzony rollercoaster skręcający w nieprzewidywalnych kierunkach: zaczyna się jak powieść o wchodzeniu w dorosłość, przeradza się w thriller, a potem w podwójną, oniryczną powieść drogi[3].

Od tej pory „Białe zęby” to zupełnie inna opowieść. Pozbawiona już niewinności, lekkości. Od tej pory to okrutna opowieść o Ameryce, którą dziś mylnie utożsamia się, powierzchownie, z krajem spełnionych snów, wolności i dobrobytu. A wystarczy tylko uważniej się przyjrzeć, wystarczy tylko chcieć zobaczyć więcej.

Światy choć odległe, to tylko pozornie odmienne

Opowieść o przeszłości jest nieco oniryczna (co przywodzi na myśl słynną już Kolej podziemną Colsona Whiteheada, choć tu efekt jest znacznie bardziej przekonujący), która jednak pozostawia zupełnie realny ślad w teraźniejszości. Przenikają się tu różne porządki. Przeszłość i teraźniejszość splatają się ze sobą i granice pomiędzy nimi przestają istnieć. Uświadamia to, że dzisiejsza codzienność nie jest oderwana od tego, co było, że jest zbudowana na przeszłości, trudnej, bezwzględnej i wstydliwej, która nie pozwala o sobie zapomnieć – demony z minionych dekad wciąż się ujawniają. Oczom odbiorcy ukazują się światy choć odległe, to tylko pozornie odmienne. Bo to wciąż ta sama rzeczywistość, łaskawa tylko dla wybranych, w której wciąż żyją uciskający i uciskani, a pomiędzy nimi  istnieje przepaść nie do pokonania.

Blues wczoraj i dziś

Najlepszym tego wyrazem, symbolicznym, jest muzyka – współczesna, której fundamentem jest przecież stary blues. Autor odkrywa przed odbiorcą wrastanie tego gatunku w kulturę białych[4] – prowadzi go od pieśniarzy z delty Missisipi do dzisiejszych zblazowanych hipsterów, uświadamiając mroczne tego ścieżki.

Niewątpliwie „Białe łzy” to proza wyrafinowana i nie za prosta w odbiorze, choć jednocześnie intrygująca i wciągająca. Choć hipnotyzuje, to wyrywa z nieświadomości.

Ps. W klimat może wprowadzić odpowiednia muzyka – Spotify http://bit.ly/kunzru-spotify.

Tytuł – „Białe łzy”

Autor – Hari Kunzru

Tłumaczenie – Krzysztof Cieślik

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2018

  • DLA KOGO – dla wielbicieli literatury, kultury i historii amerykańskiej, dla zgłębiających kwestie współistnienia kultur, ras, tradycji, dla zainteresowanych kwestiami niewolnictwa, rasizmu, dyskryminacji wszelaką, dla fanów dobrej literatury po prostu
  • PO CO – by poznać, zrozumieć, uświadomić, by zbyt komfortowo nie było
  • MOJA OCENA – 7/6

* Tytuł oryginalny – White Tears, rok pierwszego wydania – 2017 , rok pierwszego wydania polskiego – 2018.


[1] Leszek Bugajski, Białe łzy, czarny ból, opublikowano 11.03.2018, https://www.wprost.pl/tygodnik/10110047/biale-lzy-czarny-bol.html, dostęp 15.11.2018.

[2] Anna S. Dębowska, „Białe łzy”: kolejna świetna powieść o rasizmie w USA. Oraz piękny hołd dla bluesa i kolekcjonerów płyt, opublikowano 27.03.2018, http://wyborcza.pl/7,75517,23173589,biale-lzy-kolejna-swietna-powiesc-o-rasizmie-w-usa-oraz.html, dostęp 15.11.2018.

[3] Juliusz Kurkiewicz, „Białe łzy” Hariego Kunzru, „Tamte dni, tamte noce” André Acimana, „Patrioci” Sany Krasikov, „Legenda o samobójstwie Davida Vanna. Kurkiewicz poleca książki, opublikowano 20.02.2018, http://wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,23040913,biale-lzy-hariego-kunzru-tamte-dni-tamte-noce-andre-acimana.htmldostęp 15.11.2018.

[4] Bugajski, op. cit.

Prymat skrzypiec nad fortepianem i saksofonem. „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” – Katarzyna Surmiak-Domańska

Ku Klux KlanTytuł – Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Autor – Katarzyna Surmiak-Domańska

Wydawnictwo – Czarne

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych historią USA, sprawami rasizmu, nacjonalizmu, dyskryminacji i nietolerancji, dla tych, którym nie są obojętne na sprawy współczesnego świata
  • PO CO – by rozumieć, by być czujnym
  • MOJA OCENA – 8/6
Prawda 1:1

Reportaż rzadko gości w Bałwochwalni. Co w cale nie znaczy, że nie jest ceniony. Faktem jednak jest, że Bałwochwalica Jedna częściej delektuje się prawdą wyrażoną nie wprost, czytaj fikcją literacką, niż tą 1:1, gdyż bliskie jest jej myślenie, że „literatura to proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów […]”[1].

Istotność polskiego reportażu

W Polsce ukazują się jednak reportaże tak istotne, że trudno o nich nie mówić. Ten, któremu niniejsza nota jest poświęcona do takich właśnie należy. I choć ukazał się w 2015 roku, to nie pozwala o sobie zapomnieć.

Sile oddziaływania reportażu Katarzyny Surmiak-Domańskiej z pewnością sprzyja moment historyczny, w którym się znaleźliśmy, w którym tkwimy. BJ sięgnęła po tę publikację z racji swych zainteresowań – rasizm, segregacja rasowa, dyskryminacja, nietolerancja, inność, odmienność, Północna Ameryka. Szybko jednak okazało się, że będzie to coś więcej, niż tylko zaspokojenie ciekawości w ramach zarysowanych zainteresowań.

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość Katarzyny Surmiak-Domańskiej to nie tylko rzetelny i znakomity reportaż o „lokalnym” Ku Klux Klanie, to też nie tylko historia rasizmu w USA i jego mechanizmów. To coś znacznie bardziej uniwersalnego, globalnego i aktualnego. To opowieść o nienawiści, która jest usprawiedliwiana najbardziej wzniosłymi hasłami, w imię najwznioślejszych idei.

Amerykańska przygoda

Polska reporterka w 2013 roku udała się na dość specyficzną wyprawę do Ameryki – do  Harrison (w stanie Arkansas) na doroczny Krajowy Zjazd Partii Rycerzy Ku Klux Klanu, by zebrać materiał do książki o organizacji i wyżej wymieniona publikacja jest tej wyprawy pokłosiem.

Ku Klux Klan w XXI wieku

Niewtajemniczonym wydawać się może, że praca poświęcona tej formacji będzie tylko wycieczką do odległej dość przeszłości. Nic bardziej mylnego. KKK to nie tylko przeszłość. KKK to też teraźniejszość. W XXI wieku wciąż istnieje i działa. KKK przystosował się do wymogów współczesności. Doskonale asymiluje się, adaptuje do otoczenia i idzie naprzód z duchem czasów. I mamy tu raczej do czynienia z korporacją, niż z tajemniczym zakapturzonym bractwem z pochodniami, ale w istocie niewiele się zmieniło. Co prawda twarz dzisiejszego KKK nie zieje już nienawiścią i nie napawa strachem, jest ciepła, przyjazna, życzliwa, ale istota pozostała ta sama. Zmieniły się metody funkcjonowania, ale jej cel się nie zmienił.

Wszystkich organizacji występujących pod szyldem KKK jest około czterdziestu. Oddziałów zaś ponad sto. Członków szacunkowo od pięciu do ośmiu tysięcy. Wszystkie te organizacje mają różne strategie i wizerunki. Są takie, dla których liczy się siła fizyczna, agresywność, ale są i takie, które podpisują się pod tradycyjnymi amerykańskimi wartościami i walczą słowem – językiem miłości. I taką jest ta, o której Surmiak-Domańska zrobiła reportaż.

Narracja reportażu prowadzona jest dwutorowo. Teraźniejszość przeplata się z historią. Relacja z wyprawy reporterki na południe USA, przeplatana jest przedstawieniem dziejów KKK. Mało tego, całość jest dwupoziomowa – fakty, konkrety przeplatają się refleksjami natury obyczajowej, społecznej, politycznej i historycznej.

Ważne jest tu coś jeszcze – podejście autorki. Postawa reporterki jest życzliwa, otwarta, bez uprzedzeń i z góry przyjętych tez. Niemalże jak dziecko ciekawa, zdziwiona, przenikliwa, empatyczna, poznaje i nie ocenia tylko próbuje zrozumieć. Ma to tu istotne znaczenie, gdyż w efekcie uwydatnia absurdalność tego z czym mamy do czynienia.

Szalony pomysł

Sytuacja jest nietypowa. Reporterka do Ameryki nie pojechała incognito. Pojechała jako Katarzyna Surmiak-Domański, polska dziennikarka, która zainteresowana historią USA, głównie historią kształtowania się amerykańskiej tożsamości, chce zrobić reportaż o KKK. Plan był tyleż prosty, co niemalże niemożliwy do ziszczenia, wydawało się – wziąć gościnnie udział w Krajowym Zjeździ Partii Rycerzy Ku Klux Klanu. W tym celu autorka wysłała maila do dyrektora stowarzyszenia, w którym wyraziła swe zainteresowanie sprawą. Już ten początkowy kontakt odsłonił przyszłe zasady relacji – uprzejmość, życzliwość, otwartość. Dziennikarka jasno wyartykułowała swój cel – pragnienie uchwycenia współczesnego wizerunku KKK i poznanie perspektywy jego członków oraz argumentacji ich poglądów – i zaznaczyła co nią kieruje – zainteresowanie narastaniem świadomości rasowej i nurtów nacjonalistycznych, a nie chęć wstąpienia w szeregi bractwa, gdyż nie jest rasistką – co zostało odebrane ze zrozumieniem, wręcz zachęcająco (dawało okazję przecież do pokazania się w dalekim kraju na starym kontynencie). Pastor Thomas Robb, ów dyrektor stowarzyszenia, zapewnił wówczas, że nie będzie ingerował w ocenę tego, co zobaczy i usłyszy, ale pod jednym warunkiem – że będzie pisać tylko prawdę.

Nic więc autorce nie pozostało jak tylko ruszyć za ocean i zdać relację z tego doświadczenia oraz podzielić się pewnymi spostrzeżeniami i refleksjami.

Żyć w raju na ziemi

Przybyła więc na tereny pasa biblijnego – raju na ziemi, prawie w stu procentach zamieszkanego przez białych, którego broni się zawzięcie przed zniszczeniem, takim jakie dokonało się w innych regionach kraju.

W samym sercu USA powstała biała ojczyzna. Tworzą ją ludzie, którzy uciekli ze zdegradowanych stanów na wschodnim i zachodnim wybrzeżu. Tutaj budują katalizatory nowej świadomości. Tworzą podwaliny naszego narodowego i rasowego odrodzenia […]. (s. 45)*

Tu „żarliwa, fundamentalna religijność kontrastuje z zamierającą pobożnością reszty chrześcijańskiego świata” (s. 27). Ten połudnowo-wschodni i południowo-centralny region USA, odpowiada w głównej mierze terenom stanów, które zawiązały Konfederację i wystąpiły z Unii. Wojna z Północą przyniosła im jednak klęskę. I tu nigdy nie pogodzono się porażką z roku 1865. Te południowe stany nigdy nie zaakceptowały narzuconych im zmian po przegranej wojnie secesyjnej. I miasto Harrison jest ucieleśnienie ideału. Nie ma tu innych, obcych, są sami swoi, którzy do szczęścia niczego więcej nie potrzebują. Nie pragną odkrywać nieznanych lądów.

Czyhające wieczne zło

Kraina, w której przyszło im żyć zapewnia im wszystko. Zdają sobie jednak sprawę, że muszą o nią dbać, walczyć, muszą stać na jej straży, bo zagrożenie czai się ze wszystkich stron.

Zbliżamy się do kresu cywilizacji. Biała Ameryka umiera […]. Ameryka umiera na anemię. Anemia pochodzi od starogreckiego słowa oznaczającego brak krwi. Oczywiście w tym wypadku chodzi nie tylko o wyciek krwi, ile o przypływ krwi niebiałej. Niebiała krew zalała nasz układ krwionośny, rozregulowała go i uczyniła niezdolnym do produkowania dostatecznej ilości krwinek krwi białej, potrzebnej, żeby zwalczyć chorobę… (s. 44)

[…] czarni przejmą w końcu rządy i doprowadzą ten kraj do upadku. Przyjdzie dzień, kiedy biali nie będą mogli już udawać, że nic się nie dzieje. A naszym zadaniem jest stworzyć siatkę. Prawidłowo wychować dzieci i wnuki, uświadamiać przyjaciół, żebyśmy wszyscy byli w pogotowiu. I kiedy wszystko runie, biali stracą pracę, domy i zobaczą, że nie istnieje żadna organizacja, która przemówiłaby w ich imieniu, wtedy my się obudzimy. Staniemy, żeby ratować ten kraj.

– Upadek jest nieunikniony?

– Tak. I przyjdzie szybciej, niż się spodziewamy. Dlatego tak ważne jest, by chronić to, co najcenniejsze. Czystość. (s. 52-53)

Tam ich początek

To właśnie na tych terenach, w miasteczku Pulaski w stanie Tennessee, w roku 1865 lub 1866, sześciu młodych weteranów armii Południa – John C. Lester, James R. Crowe, John B. Kennedy, Calvin Jones, Richard Reed i Franc O. McCord – założyło klub.

Trudno uwierzyć w początki tej organizacji, znając choć powierzchownie jej działalność. Jeden z założycieli przyznał otwarcie, że narodziny te były przypadkiem, a rozwój komedią (s. 77).

Apatyczne miasteczko, a w nim apatyczni, nie potrafiący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, pozbawieni zajęcia i przyszłości ludzie. Czas spędzali wspólnie wspominając dawne czasy. „Chłopaki, załóżmy jakiś klub” – rzucił pewnego razu jeden z nich. I dla żartu, dla rozrywki, by zabawić się, urozmaicić szarą codzienność, by zabić nudę reszta przystała na tę propozycję. Wybrali nazwę klubu, która w istocie nic nie znaczyła, później zaczęli obmyślać strategię działania. W końcu na koniach, okryci nakrochmaloną pościelą, udali się w teren. Reakcja społeczności na maskaradę zakapturzonych postaci przeszła chyba ich najśmielsze oczekiwania. Co tylko wzmogło ich apetyt. Brnęli dalej. Z każdym dniem rozkręcali się coraz bardziej w tej dość nietypowej zabawie. Tajemniczość, tajność, obrzędowość, stroje, tytuły – to działało na wyobraźnię wszystkich. Założyciele opracowywali coraz dokładniej zasady działania KKK, jego strategie, organizując i rozszerzając jego struktury.

Przypadkowa misja dziejowa

W efekcie bractwo zaczęło jawić się jako budząca strach elitarna organizacja, która pełni tajemniczą dziejową misję. O jaką misję chodziło? W istocie początkowo o żadnej misji nie było mowy. Celem przecież była rozrywka. W zmieniającej się sytuacji na Południu kraju – okres tak zwanej Rekonstrukcji – (integracja rasowa, odwet Afroamerykanów za lata ucisku, ich bezkarność), bractwo zaczęło upatrywać szansę na posłannictwo KKK. Wówczas to dopiero niejako przypadkowo objawił im się ich cel – wymierzanie sprawiedliwości, „karanie tych Murzynów, którzy byli […] bezczelni wobec białych ludzi, ale czasem także białych, którzy […] wykazywali skłonność do bratania się z Murzynami” (s. 75). Ta zabawa w efekcie doprowadziła do tragedii. Przypisuje się KKK czasu Rekonstrukcji półtora tysiąca ofiar śmiertelnych.

Zawsze na straży

Tak to się zaczęło i nigdy nie skończyło. Jeden z szóstki założycieli KKK zauważył, że bractwo swoje istnienie zawdzięcza nienormalnym czasom (s. 77). Tylko w takich nienormalnych czasach tego typu twór miał szansę powstać. Szybko okazało się, że nienormalne czasy jeszcze nie raz mają nadejść. Wszelkie kryzysowe momenty, I i II wojna światowa, wojna w Wietnamie, wojna w Zatoce Perskiej, przybierające na sile imigracje, zamach 11 września, wojna w Iraku i Afganistanie, kryzys gospodarczy, wybór Baracka Obamy na prezydenta, jego reelekcja – tego typu okoliczności nakazywały i wciąż nakazują zakładać kaptury i palić krzyże, by Światło Chrystusa rozpędziło mrok (s. 34).

Czasy nie zawsze były dla KKK sprzyjające, ale w istocie nigdy nie aż tak niesprzyjające, by bractwo raz na zawsze przestało istnieć. Były lata, że odchodziło w cień, to prawda, ale jego duch nigdy nie umarł. Reportaż Surmiak-Domańskiej pokazuje dlaczego.

Pokłosie

Autorka zgłębia to szczególne zjawisko. Sięga do początków i powoli zmierza ku czasom nam współczesnym. Przywołuje i analizuje sytuacje, konteksty z przeszłości tej odległej i tej nieco bliższej, które pozwalają zrozumieć. Uświadamiają też, że nie mamy do czynienia z irracjonalnym działaniem. Opowieść o przeszłości zmierzająca ku teraźniejszości pokazuje, że stare dzieje, sięgające początków państwowości i wojny secesyjnej są źródłem współczesnego amerykańskiego rasizmu, dzisiejszej nietolerancji, ksenofobii, nienawiści, wrogości względem innego, wszelkich głęboko zakorzenionych uprzedzeń, urazów, frustracji, kompleksów i są pokłosiem tego, co przyszło Ameryce doświadczyć. Materiał, który serwuje nam dziennikarka jest bardzo bogaty i merytoryczny. Przywołanych faktów, historii, sytuacji jest mnóstwo. Zestawione, tworzą rozległą panoramę zjawiska. Obnażają jego mechanizm, przyczyny i skutki.

Tu i teraz

Największe jednak wrażenie robi opowieść o teraźniejszości, bo najdobitniej uzmysławia, że sprawy, którym poświęcona jest publikacja wcale nie są odległe, abstrakcyjne, dotyczące kwestii marginalnych. Uświadamia, że dotyczą też naszego tu i teraz. Mało tego, reportaż pokazuje też jak cienka jest granica między dobrem a złem.

Zjazd w Harrison, w którym dziennikarka wzięła udział, to rodzinno-sąsiedzki piknik, podczas którego można się zrelaksować, spotkać z przyjaciółmi, znajomymi, pomodlić się i porozmawiać o sprawach tych najistotniejszych. Wspólnota, którą tworzą broni tradycyjnych wartości i religii. Otwarcie też broni białej rasy – symbolicznego prymatu skrzypiec (instrumentu najszlachetniejszego, ponieważ jest instrumentem ludzi białych) nad fortepianem i saksofonem (instrumentów pospolitych, na których wirtuozerię z łatwością osiągają czarni).

Rozmowy autorki z członkami tejże wspólnoty, dumnymi, bo uznającymi się za wyjątkowych, delikatnie mówiąc budzą niepokój. To rozmowy ze zwykłymi, prostymi, gościnnymi, sympatycznymi i kulturalnymi ludźmi. Kochającymi i troskliwymi rodzicami, mężami, żonami, którzy szerzą miłość i głoszą Słowo Boże. To oni jednak, zafascynowani Hitlerem, domagają się czystości rasy. I w ich mniemaniu, w tej ich mentalności wcale nie ma sprzeczności – jest spójna i właściwa, a rasistowskie i nacjonalistyczne poglądy są uzasadnione.

Empatyczna czujność

Poznajemy historie poszczególnych osób, ich drogi do KKK. Autorka przedstawia ich sytuacje, punkt widzenia, motywacje i sposób myślenia. Pokazuje ich obawy. W pierwszym odruchu rozmówcy przekonują nas do siebie, przyjmujemy ich racjonalne przesłanki. I z jednej strony rozumiemy ich, a nawet możemy z nimi się zgodzić i przyznać im rację, z drugiej zaś, mając łeb na karku, włos na głowie zaczyna się jeżyć. W gruncie rzeczy mamy przecież do czynienia z ksenofobiczną społecznością, przesiąkniętą uprzedzeniami, zamkniętą mentalnie i odciętą od reszty świata, która skrywa swe ekstremalnie poglądy pod płaszczem otwartości, serdeczności i uśmiechu.

Groza miłości

Paradoksalnie nie agresja tylko właśnie miłość napawa grozą. Bo tu nie ma przecież mowy o nienawiści, mowa jest tylko o miłości, nikt nie jest nikomu przeciw, wszyscy są tylko za. Jednak pod tą przyjazną fasadą czyha nienawiść. To ona ich integruje i uzasadnia rację ich bytu. To jest istota skrywana pod maską chrześcijańskiego miłosierdzia, którą dziennikarka obnaża.

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Klux Klan. Tu mieszka miłość, Katarzyna Surmiak-Domańska, Wałowiec 2015.


[1] Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z „The Paris Review”, Wrocław 2016, s. 48.