Prymat skrzypiec nad fortepianem i saksofonem. „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” – Katarzyna Surmiak-Domańska

Ku Klux KlanTytuł – Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Autor – Katarzyna Surmiak-Domańska

Wydawnictwo – Czarne

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych historią USA, sprawami rasizmu, nacjonalizmu, dyskryminacji i nietolerancji, dla tych, którym nie są obojętne na sprawy współczesnego świata
  • PO CO – by rozumieć, by być czujnym
  • MOJA OCENA – 8/6
Prawda 1:1

Reportaż rzadko gości w Bałwochwalni. Co w cale nie znaczy, że nie jest ceniony. Faktem jednak jest, że Bałwochwalica Jedna częściej delektuje się prawdą wyrażoną nie wprost, czytaj fikcją literacką, niż tą 1:1, gdyż bliskie jest jej myślenie, że „literatura to proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów […]”[1].

Istotność polskiego reportażu

W Polsce ukazują się jednak reportaże tak istotne, że trudno o nich nie mówić. Ten, któremu niniejsza nota jest poświęcona do takich właśnie należy. I choć ukazał się w 2015 roku, to nie pozwala o sobie zapomnieć.

Sile oddziaływania reportażu Katarzyny Surmiak-Domańskiej z pewnością sprzyja moment historyczny, w którym się znaleźliśmy, w którym tkwimy. BJ sięgnęła po tę publikację z racji swych zainteresowań – rasizm, segregacja rasowa, dyskryminacja, nietolerancja, inność, odmienność, Północna Ameryka. Szybko jednak okazało się, że będzie to coś więcej, niż tylko zaspokojenie ciekawości w ramach zarysowanych zainteresowań.

Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość Katarzyny Surmiak-Domańskiej to nie tylko rzetelny i znakomity reportaż o „lokalnym” Ku Klux Klanie, to też nie tylko historia rasizmu w USA i jego mechanizmów. To coś znacznie bardziej uniwersalnego, globalnego i aktualnego. To opowieść o nienawiści, która jest usprawiedliwiana najbardziej wzniosłymi hasłami, w imię najwznioślejszych idei.

Amerykańska przygoda

Polska reporterka w 2013 roku udała się na dość specyficzną wyprawę do Ameryki – do  Harrison (w stanie Arkansas) na doroczny Krajowy Zjazd Partii Rycerzy Ku Klux Klanu, by zebrać materiał do książki o organizacji i wyżej wymieniona publikacja jest tej wyprawy pokłosiem.

Ku Klux Klan w XXI wieku

Niewtajemniczonym wydawać się może, że praca poświęcona tej formacji będzie tylko wycieczką do odległej dość przeszłości. Nic bardziej mylnego. KKK to nie tylko przeszłość. KKK to też teraźniejszość. W XXI wieku wciąż istnieje i działa. KKK przystosował się do wymogów współczesności. Doskonale asymiluje się, adaptuje do otoczenia i idzie naprzód z duchem czasów. I mamy tu raczej do czynienia z korporacją, niż z tajemniczym zakapturzonym bractwem z pochodniami, ale w istocie niewiele się zmieniło. Co prawda twarz dzisiejszego KKK nie zieje już nienawiścią i nie napawa strachem, jest ciepła, przyjazna, życzliwa, ale istota pozostała ta sama. Zmieniły się metody funkcjonowania, ale jej cel się nie zmienił.

Wszystkich organizacji występujących pod szyldem KKK jest około czterdziestu. Oddziałów zaś ponad sto. Członków szacunkowo od pięciu do ośmiu tysięcy. Wszystkie te organizacje mają różne strategie i wizerunki. Są takie, dla których liczy się siła fizyczna, agresywność, ale są i takie, które podpisują się pod tradycyjnymi amerykańskimi wartościami i walczą słowem – językiem miłości. I taką jest ta, o której Surmiak-Domańska zrobiła reportaż.

Narracja reportażu prowadzona jest dwutorowo. Teraźniejszość przeplata się z historią. Relacja z wyprawy reporterki na południe USA, przeplatana jest przedstawieniem dziejów KKK. Mało tego, całość jest dwupoziomowa – fakty, konkrety przeplatają się refleksjami natury obyczajowej, społecznej, politycznej i historycznej.

Ważne jest tu coś jeszcze – podejście autorki. Postawa reporterki jest życzliwa, otwarta, bez uprzedzeń i z góry przyjętych tez. Niemalże jak dziecko ciekawa, zdziwiona, przenikliwa, empatyczna, poznaje i nie ocenia tylko próbuje zrozumieć. Ma to tu istotne znaczenie, gdyż w efekcie uwydatnia absurdalność tego z czym mamy do czynienia.

Szalony pomysł

Sytuacja jest nietypowa. Reporterka do Ameryki nie pojechała incognito. Pojechała jako Katarzyna Surmiak-Domański, polska dziennikarka, która zainteresowana historią USA, głównie historią kształtowania się amerykańskiej tożsamości, chce zrobić reportaż o KKK. Plan był tyleż prosty, co niemalże niemożliwy do ziszczenia, wydawało się – wziąć gościnnie udział w Krajowym Zjeździ Partii Rycerzy Ku Klux Klanu. W tym celu autorka wysłała maila do dyrektora stowarzyszenia, w którym wyraziła swe zainteresowanie sprawą. Już ten początkowy kontakt odsłonił przyszłe zasady relacji – uprzejmość, życzliwość, otwartość. Dziennikarka jasno wyartykułowała swój cel – pragnienie uchwycenia współczesnego wizerunku KKK i poznanie perspektywy jego członków oraz argumentacji ich poglądów – i zaznaczyła co nią kieruje – zainteresowanie narastaniem świadomości rasowej i nurtów nacjonalistycznych, a nie chęć wstąpienia w szeregi bractwa, gdyż nie jest rasistką – co zostało odebrane ze zrozumieniem, wręcz zachęcająco (dawało okazję przecież do pokazania się w dalekim kraju na starym kontynencie). Pastor Thomas Robb, ów dyrektor stowarzyszenia, zapewnił wówczas, że nie będzie ingerował w ocenę tego, co zobaczy i usłyszy, ale pod jednym warunkiem – że będzie pisać tylko prawdę.

Nic więc autorce nie pozostało jak tylko ruszyć za ocean i zdać relację z tego doświadczenia oraz podzielić się pewnymi spostrzeżeniami i refleksjami.

Żyć w raju na ziemi

Przybyła więc na tereny pasa biblijnego – raju na ziemi, prawie w stu procentach zamieszkanego przez białych, którego broni się zawzięcie przed zniszczeniem, takim jakie dokonało się w innych regionach kraju.

W samym sercu USA powstała biała ojczyzna. Tworzą ją ludzie, którzy uciekli ze zdegradowanych stanów na wschodnim i zachodnim wybrzeżu. Tutaj budują katalizatory nowej świadomości. Tworzą podwaliny naszego narodowego i rasowego odrodzenia […]. (s. 45)*

Tu „żarliwa, fundamentalna religijność kontrastuje z zamierającą pobożnością reszty chrześcijańskiego świata” (s. 27). Ten połudnowo-wschodni i południowo-centralny region USA, odpowiada w głównej mierze terenom stanów, które zawiązały Konfederację i wystąpiły z Unii. Wojna z Północą przyniosła im jednak klęskę. I tu nigdy nie pogodzono się porażką z roku 1865. Te południowe stany nigdy nie zaakceptowały narzuconych im zmian po przegranej wojnie secesyjnej. I miasto Harrison jest ucieleśnienie ideału. Nie ma tu innych, obcych, są sami swoi, którzy do szczęścia niczego więcej nie potrzebują. Nie pragną odkrywać nieznanych lądów.

Czyhające wieczne zło

Kraina, w której przyszło im żyć zapewnia im wszystko. Zdają sobie jednak sprawę, że muszą o nią dbać, walczyć, muszą stać na jej straży, bo zagrożenie czai się ze wszystkich stron.

Zbliżamy się do kresu cywilizacji. Biała Ameryka umiera […]. Ameryka umiera na anemię. Anemia pochodzi od starogreckiego słowa oznaczającego brak krwi. Oczywiście w tym wypadku chodzi nie tylko o wyciek krwi, ile o przypływ krwi niebiałej. Niebiała krew zalała nasz układ krwionośny, rozregulowała go i uczyniła niezdolnym do produkowania dostatecznej ilości krwinek krwi białej, potrzebnej, żeby zwalczyć chorobę… (s. 44)

[…] czarni przejmą w końcu rządy i doprowadzą ten kraj do upadku. Przyjdzie dzień, kiedy biali nie będą mogli już udawać, że nic się nie dzieje. A naszym zadaniem jest stworzyć siatkę. Prawidłowo wychować dzieci i wnuki, uświadamiać przyjaciół, żebyśmy wszyscy byli w pogotowiu. I kiedy wszystko runie, biali stracą pracę, domy i zobaczą, że nie istnieje żadna organizacja, która przemówiłaby w ich imieniu, wtedy my się obudzimy. Staniemy, żeby ratować ten kraj.

– Upadek jest nieunikniony?

– Tak. I przyjdzie szybciej, niż się spodziewamy. Dlatego tak ważne jest, by chronić to, co najcenniejsze. Czystość. (s. 52-53)

Tam ich początek

To właśnie na tych terenach, w miasteczku Pulaski w stanie Tennessee, w roku 1865 lub 1866, sześciu młodych weteranów armii Południa – John C. Lester, James R. Crowe, John B. Kennedy, Calvin Jones, Richard Reed i Franc O. McCord – założyło klub.

Trudno uwierzyć w początki tej organizacji, znając choć powierzchownie jej działalność. Jeden z założycieli przyznał otwarcie, że narodziny te były przypadkiem, a rozwój komedią (s. 77).

Apatyczne miasteczko, a w nim apatyczni, nie potrafiący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, pozbawieni zajęcia i przyszłości ludzie. Czas spędzali wspólnie wspominając dawne czasy. „Chłopaki, załóżmy jakiś klub” – rzucił pewnego razu jeden z nich. I dla żartu, dla rozrywki, by zabawić się, urozmaicić szarą codzienność, by zabić nudę reszta przystała na tę propozycję. Wybrali nazwę klubu, która w istocie nic nie znaczyła, później zaczęli obmyślać strategię działania. W końcu na koniach, okryci nakrochmaloną pościelą, udali się w teren. Reakcja społeczności na maskaradę zakapturzonych postaci przeszła chyba ich najśmielsze oczekiwania. Co tylko wzmogło ich apetyt. Brnęli dalej. Z każdym dniem rozkręcali się coraz bardziej w tej dość nietypowej zabawie. Tajemniczość, tajność, obrzędowość, stroje, tytuły – to działało na wyobraźnię wszystkich. Założyciele opracowywali coraz dokładniej zasady działania KKK, jego strategie, organizując i rozszerzając jego struktury.

Przypadkowa misja dziejowa

W efekcie bractwo zaczęło jawić się jako budząca strach elitarna organizacja, która pełni tajemniczą dziejową misję. O jaką misję chodziło? W istocie początkowo o żadnej misji nie było mowy. Celem przecież była rozrywka. W zmieniającej się sytuacji na Południu kraju – okres tak zwanej Rekonstrukcji – (integracja rasowa, odwet Afroamerykanów za lata ucisku, ich bezkarność), bractwo zaczęło upatrywać szansę na posłannictwo KKK. Wówczas to dopiero niejako przypadkowo objawił im się ich cel – wymierzanie sprawiedliwości, „karanie tych Murzynów, którzy byli […] bezczelni wobec białych ludzi, ale czasem także białych, którzy […] wykazywali skłonność do bratania się z Murzynami” (s. 75). Ta zabawa w efekcie doprowadziła do tragedii. Przypisuje się KKK czasu Rekonstrukcji półtora tysiąca ofiar śmiertelnych.

Zawsze na straży

Tak to się zaczęło i nigdy nie skończyło. Jeden z szóstki założycieli KKK zauważył, że bractwo swoje istnienie zawdzięcza nienormalnym czasom (s. 77). Tylko w takich nienormalnych czasach tego typu twór miał szansę powstać. Szybko okazało się, że nienormalne czasy jeszcze nie raz mają nadejść. Wszelkie kryzysowe momenty, I i II wojna światowa, wojna w Wietnamie, wojna w Zatoce Perskiej, przybierające na sile imigracje, zamach 11 września, wojna w Iraku i Afganistanie, kryzys gospodarczy, wybór Baracka Obamy na prezydenta, jego reelekcja – tego typu okoliczności nakazywały i wciąż nakazują zakładać kaptury i palić krzyże, by Światło Chrystusa rozpędziło mrok (s. 34).

Czasy nie zawsze były dla KKK sprzyjające, ale w istocie nigdy nie aż tak niesprzyjające, by bractwo raz na zawsze przestało istnieć. Były lata, że odchodziło w cień, to prawda, ale jego duch nigdy nie umarł. Reportaż Surmiak-Domańskiej pokazuje dlaczego.

Pokłosie

Autorka zgłębia to szczególne zjawisko. Sięga do początków i powoli zmierza ku czasom nam współczesnym. Przywołuje i analizuje sytuacje, konteksty z przeszłości tej odległej i tej nieco bliższej, które pozwalają zrozumieć. Uświadamiają też, że nie mamy do czynienia z irracjonalnym działaniem. Opowieść o przeszłości zmierzająca ku teraźniejszości pokazuje, że stare dzieje, sięgające początków państwowości i wojny secesyjnej są źródłem współczesnego amerykańskiego rasizmu, dzisiejszej nietolerancji, ksenofobii, nienawiści, wrogości względem innego, wszelkich głęboko zakorzenionych uprzedzeń, urazów, frustracji, kompleksów i są pokłosiem tego, co przyszło Ameryce doświadczyć. Materiał, który serwuje nam dziennikarka jest bardzo bogaty i merytoryczny. Przywołanych faktów, historii, sytuacji jest mnóstwo. Zestawione, tworzą rozległą panoramę zjawiska. Obnażają jego mechanizm, przyczyny i skutki.

Tu i teraz

Największe jednak wrażenie robi opowieść o teraźniejszości, bo najdobitniej uzmysławia, że sprawy, którym poświęcona jest publikacja wcale nie są odległe, abstrakcyjne, dotyczące kwestii marginalnych. Uświadamia, że dotyczą też naszego tu i teraz. Mało tego, reportaż pokazuje też jak cienka jest granica między dobrem a złem.

Zjazd w Harrison, w którym dziennikarka wzięła udział, to rodzinno-sąsiedzki piknik, podczas którego można się zrelaksować, spotkać z przyjaciółmi, znajomymi, pomodlić się i porozmawiać o sprawach tych najistotniejszych. Wspólnota, którą tworzą broni tradycyjnych wartości i religii. Otwarcie też broni białej rasy – symbolicznego prymatu skrzypiec (instrumentu najszlachetniejszego, ponieważ jest instrumentem ludzi białych) nad fortepianem i saksofonem (instrumentów pospolitych, na których wirtuozerię z łatwością osiągają czarni).

Rozmowy autorki z członkami tejże wspólnoty, dumnymi, bo uznającymi się za wyjątkowych, delikatnie mówiąc budzą niepokój. To rozmowy ze zwykłymi, prostymi, gościnnymi, sympatycznymi i kulturalnymi ludźmi. Kochającymi i troskliwymi rodzicami, mężami, żonami, którzy szerzą miłość i głoszą Słowo Boże. To oni jednak, zafascynowani Hitlerem, domagają się czystości rasy. I w ich mniemaniu, w tej ich mentalności wcale nie ma sprzeczności – jest spójna i właściwa, a rasistowskie i nacjonalistyczne poglądy są uzasadnione.

Empatyczna czujność

Poznajemy historie poszczególnych osób, ich drogi do KKK. Autorka przedstawia ich sytuacje, punkt widzenia, motywacje i sposób myślenia. Pokazuje ich obawy. W pierwszym odruchu rozmówcy przekonują nas do siebie, przyjmujemy ich racjonalne przesłanki. I z jednej strony rozumiemy ich, a nawet możemy z nimi się zgodzić i przyznać im rację, z drugiej zaś, mając łeb na karku, włos na głowie zaczyna się jeżyć. W gruncie rzeczy mamy przecież do czynienia z ksenofobiczną społecznością, przesiąkniętą uprzedzeniami, zamkniętą mentalnie i odciętą od reszty świata, która skrywa swe ekstremalnie poglądy pod płaszczem otwartości, serdeczności i uśmiechu.

Groza miłości

Paradoksalnie nie agresja tylko właśnie miłość napawa grozą. Bo tu nie ma przecież mowy o nienawiści, mowa jest tylko o miłości, nikt nie jest nikomu przeciw, wszyscy są tylko za. Jednak pod tą przyjazną fasadą czyha nienawiść. To ona ich integruje i uzasadnia rację ich bytu. To jest istota skrywana pod maską chrześcijańskiego miłosierdzia, którą dziennikarka obnaża.

*Wszystkie cytaty pochodzą z tomu, Klux Klan. Tu mieszka miłość, Katarzyna Surmiak-Domańska, Wałowiec 2015.


[1] Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z „The Paris Review”, Wrocław 2016, s. 48.

Osobliwe czytanie. „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” – Anna Król

Iwaszkiewicz intymnieTytuł – Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie

Autor – Anna Król

Wydawnictwo – Wilk&Król

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską; dla wrażliwców; dla tych, którym wspólne dobro nie jest obojętne; dla ceniących pamięć, tradycję, przeszłość; dla entuzjastów życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć, zrozumieć, współbyć, współodczuwać
  • MOJA OCENA – 6/6
Igła w stogu siana

Ta książka długo musiała na swoją kolej czekać. Mimo że uznałam ją za pozycję obowiązkową, którą znać po prostu muszę, ze względów chociażby zawodowych, to leżała, bo pomysł powołania do życia takiej publikacji wydawał mi się po prostu naciągany, co skutecznie mnie zniechęcało. Nadszedł jednak moment, że postanowiłam odbębnić zaległą lekturę. Szybko przekonałam się, że będzie to piękna przygoda. Zrewidowałam też pogląd na temat tego typu publikacji. Że trzeba uważać, gdyż wśród nich, tych obliczonych jedynie na zysk, są takie książki jak Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie Anny Król – wartościowe, które nie są chwytem marketingowym.

Iwaszkiewicz intymnie

Anny Król czytanie intymne

Jarosław Iwaszkiewicz to pisarz zaczytany, zapisany można rzec dość dokładnie. To autor powszechnie znany. Prześwietlono jego życie i twórczość na wiele sposobów. Anna Król postanowiła zrobić to po swojemu. Zdecydowała się opowiedzieć o Iwaszkiewiczu przez pryzmat rzeczy, które twórca po sobie pozostawił. Ta jej metoda nie wydawała mi się dość oryginalna ani mająca uzasadnienie, rację bytu. Słowa „opowieść o Iwaszkiewiczu poprzez jego osobiste rzeczy” w zasadzie charakteryzują książkę Król i oddają jej sens, w istocie jednak tylko sprowadzają na manowce. I całe szczęście, bo otrzymujemy zgoła coś innego, coś więcej. Znacznie więcej.

Metoda, którą zastosowała autorka okazała się znacznie bardziej skomplikowana i uzasadniona, też wyjątkowa. I dzięki niej udało się osiągnąć niepowtarzalny efekt, którego mogą pozazdrościć inni, którzy żerują na cudze życie, czytaj biografowie.

W czym rzecz? Przymiotnik „intymnie” wydaje się tu kluczowy. Idzie o mniej formalne życie twórcy Brzeziny, intymne właśnie, ale i o intymność Anny Król, jej prywatny świat.

Debiut

Rzeczy czytałam jak literacki debiut pisarki, która musi wypowiedzieć kilka myśli, odcinając się od przeszłości, by móc ruszyć, by iść dalej. Debiut dobry, podkreślę, w myśl opinii Anny Marchewki, której zdaniem dobry debiut „to jest coś takiego, co sprawia, że przestaję być krytykiem a staję się znów czytelniczką, że chcę przeczytać jeszcze raz tę książkę i że coś się we mnie wydarzyło. Debiut przynosi coś nowego. Gdy rozmawiamy o debiucie, to mówimy o czymś wyjątkowym, czymś mocno dotykającym, poruszającym, o czymś, na co czekamy. Dobry debiut to jest coś, co mnie wytrąca z równowagi i sprawia, że przestaję pracować a zaczynam przeżywać”[1]. I ja, podczas lektury książki Król zapomniałam się. Całą sobą weszłam w opowiadany przez nią świat, w jej świat. Bo Iwaszkiewicz z kart Rzeczy, to nie Iwaszkiewicz obiektywnie pojmowany, tylko Anny Król. To ona na nowo, po swojemu, przez pryzmat swoich doświadczeń, swojej osobowości, tworzy go, zarysowuje jakże subiektywny, zindywidualizowany portret, lepi z fragmentów rozproszonych. Z rzeczy właśnie. Ale nie tylko. Bo i ze wspomnień, zdjęć, ze słów wypowiedzianych, zapisanych, z dialogów wyobrażonych, z miejsc, zwierząt  i ludzi.

Fabularyzowany zarys egzystencji

Z czym mamy do czynienia jeśli chodzi o przynależność gatunkową? Nie jest to dokument ani powieść sensu stricto. Bo choć są tam fakty, to są i zmyślenia. Dlatego chyba najtrafniejsze wydaje się określenie „fabularyzowana biografia”. Choć może „biografia” to za dużo powiedziane. Może lepiej „zarys egzystencji”, gdyż oddaje istotę przedsięwzięcia – w myśl samego Iwaszkiewicza, który w swych Dziennikach zanotował:

Pomyślałem sobie, że żaden biograf nie napisze dobrze mojej biografii ponieważ w swoim zwyczajnym szarym życiu – bez wielkich zdarzeń – nie weźmie pod uwagę intensywności moich przeżyć, która to intensywność nadaje barwę nawet najpospolitszym przebiegom[2].

Istnieją wprawdzie popularne fabularyzowane biografie, będące jednak tradycyjnie pojętym powieściami, których jestem wielką entuzjastką, to w tym przypadku mowa jest o czymś znajdującym się znacznie bliżej literatury non fiction, chociażby przez sam sposób prowadzenia narracji. Narratorką jest z jednej strony Anna Król, badaczka życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, która po reportersku przemierza Polskę, tropiąc ślady przeszłości i skrupulatnie wszystko notując, z drugiej zaś, jednocześnie, Anna Król, wielbicielka twórcy i niejako jego wychowanka, która daje wyraz swoim doświadczeniom, upust intymnym przeżyciom i doznaniom. I tytułowe rzeczy, które artysta po sobie pozostawił są dla niej tylko pretekstem, do indywidualnego odczytania jednego z największych polskich twórców XX wieku.

Iwaszkiewicz Król

Z tego czytania Iwaszkiewicza przez Król wyłania się postać człowieka – dyplomaty, światowca, prezesa Związku Literatów Polskich, redaktora naczelnego „Twórczości”, posła, poety, pisarza – z krwi i kości, bardzo złożonego, jednak chyba tylko pozornie pełnego sprzeczności. Dla którego bycie wybitnym twórcą i politykiem jednocześnie nie było zaprzedaniem duszy diabłu, tylko możliwością. Wyłania się postać człowieka czułego, wrażliwego, niepewnego, samotnego, nierozumianego, targanego namiętnościami, dalekiego od zimnego polityka, czy człowieka zdystansowanego, może nawet wyrachowanego. Dotykając intymnego świata Iwaszkiewicza, autorka odkrywa przed odbiorcami zakamarki jego duszy, byśmy go zrozumieli i mogli z nim współodczuwać.

Najbardziej ujmujące są te migawki z życia pisarza, które ukazują relację z innymi. Z żoną, kochankiem czy choćby z sekretarzem/ kierowcą. Odsłania się nam wówczas Iwaszkiewicz mąż, kochanek, przyjaciel, towarzysz. Fragmenty dotyczące romansu z Jerzym Bełczyńskim, romansu podszytego tragizmem (kochanek-gruźlik), są niezapomniane[3]. Te zaś odnoszące się do małżeństwa z Anną, małżeństwa także naznaczonego dramatem (powracająca choroba psychiczna żony), składają się niewątpliwie na jedną z ciekawszych opowieści o życiu literackim polskiego XX wieku.

Odchodzenie

Rzeczy, podobnie jak Mahatma Witkac Joanny Siedleckiej, jest nie tylko opowieścią o danym twórcy, jest też uniwersalną narracją o odchodzeniu. Otwiera ją śmierć pisarza i jego pogrzeb, by później, cofając się w przeszłość, tropić znaki przemijania. Przemijania ludzi, rzeczy, świata. Ich starzenia się. Istnienie naznaczone tragizmem, tak obecne w całej twórczości Iwaszkiewicza, obecne jest i tu, gdy choroba zżera kochanka, też krewnego – Karola Szymanowskiego, gdy umiera żona, gdy starzeje się ciało, umysł, gdy niszczeją rzeczy.

Misja

Anna Król swoją publikacją jakby mimochodem wypełnia swą misję. Autorka Rzeczy jest animatorką kultury, pomysłodawczynią i dyrektorką Big Book Festival, a przede wszystkim jest autorką projektów literackich i edukacyjnych promujących – tu jej misja – literaturę i czytanie. Jest przy tym entuzjastką życia i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza. I poprzez powołanie do życia Rzeczy niewątpliwie zaraża innych i Iwaszkiewiczem, i czytaniem w ogóle.


[1] O czym mówimy, kiedy mówimy o debiucie literackim?, zapis audycji radiowej, 22.04.2015, Radio Kraków, http://www.radiokrakow.pl/rozmowy/o-czym-mowimy-kiedy-mowimy-o-debiucie-literackim/, dostęp 30.04.2017.

[2] Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki, cyt. za, Anna Król, Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie, Warszawa 2015, s. 366.

[3] Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego, Warszawa 2017.

Ocalić od zapomnienia. „Mahatma Witkac” – Joanna Siedlecka

Mahatma WitkacTytuł – Mahatma Witkac

Autor – Joanna Siedlecka

Wydawnictwo – Prószyński i S-ka

Rok – 2005

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską; dla wrażliwców; dla tych, którym wspólne dobro nie jest obojętne; dla ceniących pamięć, tradycję, przeszłość
  • PO CO – by mieć świadomość, by wiedzieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Fakt

Dziś będzie krótko i konkretnie. Też nieco inaczej, gdyż książka, której ta nota jest poświęcona wyróżnia się spośród tych, które proponowałam do tej pory w Bałwochwalni. Różni się tym, że nie należy do literatury pięknej, tylko do literatury faktu.

Do tej publikacji wracałam kilkakrotnie. I wcale nie z zachwytu, a z potrzeby, nie tej wewnętrznej, a powiedzmy zawodowej. Słowem, przymus. I dobrze. Dzięki temu, za którymś tam razem, dane mi było odkryć jej wartość dodaną. Tę uniwersalną. Faktem jest, że pozycja ta, mająca przecież konkretny temat – Stanisław Ignacy Witkiewicz – jest popularna wśród zainteresowanych daną kwestią, czy to samym artystą, czy to historią literatury polskiej, historią sztuki polskiej, czy polską kulturą w ogóle, ale warto, by po nią też sięgnęli ci, których poszukiwania obejmują i inne tereny.

Odchodzi Mahatma Witkac

Książka ujrzała światło dzienne na początku lat dziewięćdziesiątych (w 1992). Od tamtej pory minęło więc sporo czasu i ukazały się kolejne jej wydania. To dobrze, bo… Do tego wkrótce dojdę.

Persony dobrze znane

Mahatma Witkac Joanny Siedleckiej – to wystarczy, by wiedzieć w czym rzecz. Bo i autorka i bohater książki to persony dobrze znane. I Witkacy, i Siedlecka są bohaterami na osobną notę. Ja jednak chcę pójść innym tropem, nie tak konkretnym.

Joanna Siedlecka, znana eseistka i reporterka, dekady temu postanowiła napisać książkę reporterską poświęconą pewnemu znanemu artyście, który zginął z początkiem końca… końca pewnej epoki – we wrześniu 1939 roku. Świadomie pomijam kim był ten „pewien znany artysta”, gdyż nie to jest tu istotne. Autorka chcąc przywołać jego świat udała się w podróż sentymentalną – do Polski sprzed II wojny światowej.

Podróż sentymentalna

Tę podróż Siedlecka oparła przede wszystkim na rozmowach z ludźmi, którzy owego artystę znali, którzy go jeszcze pamiętali. Nie byli to najbliżsi, gdyż ci już nie żyli, ale i im autorka oddała należny głos. Dostaliśmy tym sposobem, z subiektywnych i fragmentarycznych relacji, migawki z życia artysty. Mahatma to nie biografia przedstawiająca i analizująca kolejne etapy egzystencji twórcy Nienasycenia. To dotykanie chwil jego życia. Znający biografię artysty w gruncie rzeczy niczego nowego się nie dostają, a nieznający raczej poczują niedosyt, niezadowolenie albo zagubienie, gdyż nie otrzymają pełnego obrazu, a raczej obraz pełen białych plam. Nie wydaje mi się to jednak aż tak istotne. Gdyż otrzymaliśmy tym sposobem coś zgoła innego, coś według mnie bardziej istotnego i cennego.

Ocalić od zapomnienia

Świat Witkacego, owego pewnego znanego artysty, w istocie okazuje się pretekstem do opowiedzenia o czymś, na co nie możemy być obojętni, co, mając wartość największą, odchodzi w niebyt.

Mahatma to opowieść o świecie, którego właściwie już nie ma. Z różnych powodów, często nieuniknionych, ale też z powodu naszego ignoranctwa, głupoty, braku świadomości, samolubstwa, próżniactwa.

Każda kolejna rozmowa oddala nas od tamtego świata… Uświadamia, że to, czego wojenna pożoga nie zdołała zniszczyć, zniszczyły lata komunistyczne, a to, co ocalało profanuje wręcz teraz kapitalizm. I to najbardziej boli. Dzisiejsze pokolenie – nasze pokolenie – z wojną w sposób bezpośredni nie ma nic wspólnego, z komunizmem co najwyżej dzieciństwo. Ma więc usprawiedliwienie. Nie jest odpowiedzialne za przeszłość. Ale jest odpowiedzialne za teraźniejszość, za to, co dzieje się tu i teraz. I tu nie ma już usprawiedliwienia…

Najłatwiej zniszczyć, zapomnieć, odciąć się, ale co wówczas pozostanie? Kim wówczas będziemy?

Mahatma Witkac otwiera oczy! Jest „hymnem wzniesionym na cześć dawnego świata, zadeptanego przez wojnę i późniejszą sowiecką okupację. Lamentem nad śmiercią polskiej inteligencji i artystycznej bohemy. Płaczem po Zakopanym, magicznym niegdyś miejscu, wchłoniętym przez socrealistyczny kicz i szarość”[1].

Książka wywołuje dojmujący smutek, żal, sprawia, że boli. Uświadamia. Dlatego dobrze, że kolejne wydania się pojawiają. Może dzięki temu coś, choćby drobiazg, ocaleje…


[1] Michał Smyk, Mahatma Witkac. Joanna Siedlecka, Wydawnictwo MG 2014, opublikowano 11.12.2014, http://opetaniczytaniem.pl/recenzje/mahatma-witkac-joanna-siedlecka-wydawnictwo-mg-2014.html, dostęp 16.02.2017.