Podsumowanie miesiąca – lipiec 2018

Podsumowanie miesiąca - lipiec

Czas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Nie radujesz się życiem? Nie cieszy cię, że możesz powiedzieć: to jestem ja, to jest moja ręka, moja noga, istnieję, naprawdę istnieję, żyję?! Nie sprawia ci to radości?!

– George Orwell Rok 1984

Niestety, ostatnie dni lipca przesłoniły wszystkie wcześniejsze. Bowiem świat polskiej kultury wielce zubożał…

Wydarzenia
  • Kora – 8 czerwca 1951 – 28 lipca 2018.
  • Tomasz Stańko – 11 lipca 1942 – 29 lipca 2018.

„Zwinął się Tomasz Stańko z ziemskiego padołu zaraz po Korze, jakby „poczekaj na mnie” zakrzyknął, jakby towarzystwa chciał jej dotrzymać. Poszli więc razem w ten weekend duszny i lepki. I już nie wrócą, choć będą przecież z nami do świata końca”[1].

Książki

W lipcu był czas na nowości wczorajsze i przedwczorajsze oraz na klasykę, powszechną i polską. Nowości nie przyniosły zbyt wielu uniesień ani estetycznych, ani intelektualnych na szczęście klasyka to zrekompensowała!!!

  • Grona gniewu – John Steinbeck – co jest cechą klasyki? Uniwersalność! A ta odyseja, za którą autor otrzymał National Book Award i Nagrodę Pulitzera, która przyczyniła się do przyznania mu Nagrody Nobla, jest bardzo na dziś. Powieść ta, pozbawiona nowatorskich technik narracyjnych, odwołująca się do klasycznego motywu wędrówki, znakomicie pokazuje czym w istocie jest emigracja – walką o godność. Więcej o tej przejmującej prozie będzie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu sięgnij po książkę.
  • Jedyna historia – Julian Barnes – cóż, jestem entuzjastką twórczości Barnesa. Za sprawą Poczucia kresu, Papugi Flauberta. Nawet i Zgiełku czasu, choć przyznam, że kontrowersje narosłe wokół polskiego tłumaczenia powieści wywołały niesmak, ale z tym autor przecież nie miał nic wspólnego. Czekałam więc na lekturę najnowszej powieści brytyjskiego pisarza z niecierpliwością. Pierwsze zdanie i konsternacja. Dalej zażenowanie. Niepokój, dokąd to zmierza? I powtarzanie sobie – spokojnie, nie ma obaw, przecież to Barnes! Jemu się ufa! Brnęłam więc, czekając na więcej, na coś, co pozwoli mi odetchnąć z ulgą. Jedyna historia to powieść inicjacyjna, to opowieść o dojrzewaniu, o miłości, ale tematem jest tu także opowieść sama w sobie, bo to opowieść o opowieści, co okazało się dla mnie sednem sprawy, którego się uczepiłam, by móc odetchnąć z ulgą. Gdybym bowiem poprzestała na samej fabule, na samej konwencjonalnej, prostej i przewidywalnej historii, to powieść rzuciłabym w kąt i Jedyna historia byłaby wielkim rozczarowaniem. Autor bowiem zajął się wyświechtaną kwestią, na temat której można wygłaszać już tylko truizmy i banały, puste frazesy. I z nich to właśnie pisarz zbudował swą opowieść. I tu moja cierpliwość by się skończyła. Nawet jeśli ta historia o miłości jest w jakiś sposób nietypowa, nawet jeśli to studium wielkiego uczucia, jego narodzin i upadku, nawet jeśli jest to opowieść z tłem, które odgrywa tu niebagatelną rolę (angielska prowincja w czasach sprzed rewolucji obyczajowej). Na szczęście autor na tym nie poprzestał. Na szczęście raz po raz puszcza do odbiorcy oko i wówczas fabuła schodzi na dalszy plan, by zrobić miejsce czemuś zgoła innemu, fundamentalnemu dla literatury. Bo przecież to Barnes twierdzi, że literatura to „[…] proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów”[2]. Zatem Jedyna historia to coś więcej niż konwencjonalne romansidło (podobno najpiękniejsza i najsmutniejsza opowieść miłosna XXI wieku[3]), ale znacznie mniej niż spodziewałabym się po Barnesie.
  • Nielegalny. Moje życie w RPA – Trevor Noah – lektura tejże publikacji wprawia w zdumienie, z każdym kolejnym zdaniem oczy otwierają się coraz szerzej, nawet przy znajomości tematu. Wyjaśnia bowiem coś, czego wyjaśnić się nie da, czego nie sposób pojąć, zrozumieć. A robi to w sposób szczególny – bez patosu, poprzez śmiech, kpinę. Poprzez prywatną historię autora, popularnego dziś telewizyjnego komika mieszkającego w USA, oglądamy realia życia osoby kolorowej, nielegalnej – owoc nieprawego związku czarnej matki i białego ojca (związki międzyrasowe były wówczas zakazane i karane) – w kraju segregacji rasowej, w czasie ostatnich lata apartheidu. Poznajemy absurdy życia w systemie zbudowanym przez białych osadników w RPA. To jednak nie wszystko, bowiem te wspomnienia to też opowieść o matce autora – o czarnej niepokornej kobiecie, która znała swoją wartość i wiedziała czego chce. Niewątpliwie ta autobiograficzna proza pokazuje nam kawał świata, naszego przecież, wspólnego, choć jakże odrębnego.
  • Przedwiośnie – Stefan Żeromski – ta powieść była i wciąż jest moją propozycją książki na tegoroczne lato, gdyż w ramach Narodowego Czytania 2018 to właśnie to dzieło czytamy – o „odradzającej się i odrodzonej Polsce”[4]. Ale to także powieść o buncie, o dojrzewaniu, poszukiwaniu. Dawno temu historia młodego Polaka, którego beztroskie życie wśród Ormian, Turków i Rosjan zburzyła rewolucja, wzbudzała we mnie wiele emocji. Do dziś z zainteresowaniem śledzę losy tego typu bohaterów – uwikłanych w dzieje świata, zaangażowanych, reagujących na bieżące wydarzenia. Więcej o tej prozie będzie wkrótce w osobnej nocie. Proszę o cierpliwość, a będzie dane. Albo po prostu sięgnij po książkę, odśwież, poznaj. Warto czytać polską klasykę!

Był też audiobook (w interpretacji Marii Seweryn):

  • Siła – Naomi Alderman – rozczarowanie roku 2018, niestety, bo oczekiwania były spore. Siła rażenia Opowieści podręcznej Margaret Atwood, odświeżona sukcesem serialu, rozbudziła apetyt – stale podsycany akcją „Metoo”, bieżącymi wydarzeniami z kręgu kultury i show-biznesu, o których informacje docierają niemalże każdego dnia, walką o rzeczywiste równouprawnienie kobiet – na eksplorowanie tematu, pogłębioną (?) nad nim refleksję. Alderman, brytyjska gwiazda młodego pokolenia powieściopisarzy, zaproponowała powieść wpisującą się w ten trend. I poszło… Powieść Siła została okrzyknięta jedną z najważniejszych książek 2017 roku, za którą głowę dają znani, cenieni… Bo bezkompromisowa, niepokojąca, szokująca, odważna, zmuszająca do zrewidowania dotychczasowych poglądów, intelektualne wyzwanie! Rzekomo! Jakże więc nie mieć wobec niej oczekiwań? Niestety, wszystko (i bohaterowie, i wizja, i globalna rewolucja) jest tu uproszczone, potraktowane stereotypowo, pełne oczywistości, pozbawione pogłębionej refleksji i psychologii postaci (to raczej wydmuszki, niż bohaterowie z krwi i kości). Opowieść jest szczątkowa, fragmentaryczna, bez wnikania pod skórę, pełna truizmów. Pierwsze akapity kazały mi „uczepić się” konwencji komiksowej, bym nie zakończyła swych zmagań, bym brnęła dalej. Bo faktem jest, że z Siłą męczyłam się, walczyłam i nieco łatwiej było mi przebrnąć przez tę opowieść, mając świadomość, że wspomniana konwencja ma swoje prawa. I chyba tylko to tę powieść ratuje.

Co uznaję za lekturę obowiązkową? Oczywiście, bez dwóch zdań Grona gniewu!!! Polecam także autobiografię Nielegalny, publikację przybliżającą nam zniuansowany świat czarnego lądu.

Serial

Po mundialowym maratonie należało znaleźć sobie coś, co wypełni powstałą pustkę 😉 Uznałam, że serial będzie najlepszym remedium!  I udało się!

  • Elementary – amerykański serial telewizyjny nadawany od 2012 roku, stworzony przez Roba Doherty na podstawie dzieł Arthura Conana Doyle’a o Sherlocku Holmesie, 5 sezonów, każdy po 24 odcinki – nie jestem entuzjastką powstałych ekranizacji prozy Doyle’a (poza serialem Dr House, którego bohater, wzorowany na Holmesie, nie tylko zajmuje się arcyciekawymi przypadkami chorobowymi, ale i rozwiązuje związane z nimi zagadki – Holmes na miarę naszych czasów), ale serial Elementary wciągnął mnie na dobre. Miejsce akcji – Nowy York, stara kamienica, czas akcji – XXI wiek, bohater – niejaki Sherlock Holmes, detektyw, konsultant nowojorskiej policji, aspołeczny narkoman i geniusz oraz doktor Watson – kobieta (!!!), Joan, a nie John, była chirurg, trenerka trzeźwości, na którą główny bohater zostaje niejako skazany (zatrudniona została przez wpływowego ojca detektywa, który jest właścicielem zamieszkiwanej przez Holmesa kamienicy). Większość odcinków nie jest ze sobą powiązana, każdy epizod przedstawia śledztwo nad inną sprawą. Jednak nie fabuła ujęła mnie, ale główny bohater. Sherlock Holmes odbiega tu nieco od wizerunku zapisanego w zbiorowej świadomości – flegmatycznego dżentelmena, dystyngowanego, grającego na skrzypcach, którego bronią jest cięta riposta. Był już podobno Holmes na miarę bohatera XXI wieku (???) – Sherlock Holmes, reż. Guy Ritchie, Niemcy, USA, 2009 i Sherlock Holmes: Gra cieni, USA, 2011 – działał on jednak w dekoracjach XIX wieku (ma to oczywiście swój urok) co w połączeniu z, jak na superprodukcję przystało, teledyskowym montażem, niekończącymi się efektami specjalnymi i bohaterem, który nigdy jakimś cudem nie ginie, przyniosło efekt… dla koneserów. Kino akcji plus staroświecka wiktoriańska baśń plus estetyka reżysera – nie dla mnie. Zaś Holmes (nowy stary) z brytyjskiego serialu Sherlock (emitowany od 2010), działający już pełną parą w wieku XXI (detektyw ma swoją stronę internetową, a jego wierny towarzysz nie pisze dziennika tylko prowadzi blog), choć znacznie mi bliższy, jest przerysowany, teatralny wielce. Zbyt ekspansywny, zaborczy. Tu natomiast wszystko zagrało. Elemenatry to alternatywna historia genialnego detektywa na miarę XXI wieku w dekoracjach XXI wieku, pozbawiona karkołomnych zestawień, zderzeń. Nawet pozornie kontrowersyjny pomysł jak doktor Watson w spódnicy okazał się naturalny, oczywisty i trafiony, gdyż wprowadza dodatkowy efekt – podtekst erotyczne, który niewątpliwie jest tu atutem. Holmes w tym wydaniu to postać charyzmatyczna przy całej swej nieprzystępności i niezwykle barwna. To człowiek dwojakiej natury, pedantyczny oryginał, ekscentryk, elegancki dziwak, powściągliwy, wycofany, niedostępny, bezlitośnie szczery, opryskliwy, cyniczny, sarkastyczny, małostkowy, złośliwy, neurotyczny, nadpobudliwy, nieprzewidywalny, narcystyczny, wyobcowany ze społeczeństwa, z którym nie umie znaleźć wspólnego języka, otoczenie ma więc za nic („ludzie to otyłe melepety”), mizogin nad mizoginami, a przy tym genialny narkoman, piekielnie inteligentny, atrakcyjny, z wyostrzonymi zmysłami, z ponadprzeciętnymi umiejętnościami dedukcyjnymi, głodny wiedzy i poznania, odkrywający najgłębsze tajemnice ludzkiej natury, łaknący za wszelką cenę wniknąć pod skórę (istny Sherlock Doyle’a i doktor House w jednym). Poza tym, to bardzo dobry serial detektywistyczny, dopracowany w każdym szczególe.

Podsumowując – lipiec roku 2018 zapisze się w pamięci BJ „duszno, lepko i śmiertelnie”! „Żaden dzień się nie powtórzy” można zaśpiewać za Korą, powtórzyć za Szymborską czy zakrzyknąć za Heraklitem – panta rhei.


[1] Mike Urbaniak, opublikowano 31.07.2018, Klejnoty rodowe, https://www.vogue.pl/a/klejnoty-rodowe, dostęp 02.08.2018.

[2] Sztuka powieści. Wywiady z pisarzami z „The Paris Review”, Wrocław 2016, s. 48.

[3] Juliusz Kurkiewicz, Najpiękniejsza powieść o miłości napisana w XXI w., czyli „Jedyna historia” Juliana Barnesa. Uwierz i poczuj, opublikowano 24.04.2018, http://wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,23309251,czy-wolelibyscie-kochac-mniej-i-mniej-cierpiec-pyta-julian.html, dostęp 04.08.2018.

[4] Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, http://www.prezydent.pl/aktualnosci/wydarzenia/art,904,przedwiosnie-lektura-narodowego-czytania-w-2018-roku.html, dostęp 04.08.2018.

Podsumowanie miesiąca – grudzień 2017

Podsumowanie miesiąca - grudzieńCzas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Przez kolejne grudnie, maje

Człowiek goni jak szalony

A za nami pozostaje

Sto okazji przegapionych

[…]

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy

Jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany

Jeszcze wiosenne deszcze obudzą ruń zieloną

Jeszcze zimowe śmiecie na ogniskach wiosny spłoną

Jeszcze w zielone gramy, jeszcze wzrok nam się pali

Jeszcze się nam pokłonią ci, co palcem wygrażali

My możemy być w kłopocie, ale na rozpaczy dnie

Jeszcze nie, długo nie

– Wojciech Młynarski Jeszcze w zielone gramy

Grudzień to taki dziwny dla mnie miesiąc! Feeria barw i fajerwerków, radości i śmiechu, wszystko to jednak podszyte jest myślą melancholijną – schyłkowością, świadomością mijającego czasu. Stąd też ten tekst Wojciecha Młynarskiego. Niby niesie nadzieję, niby ją odbiera – jak grudzień!

Grudzień to ostatni miesiąc roku! Z jednej strony żal za czasem, który nie chce się zatrzymać, że coś odchodzi, że coś się kończy, z drugiej zaś radość, bo przecież idzie nowe, pełne niespodzianek, nadziei, obietnic…  Z jednej strony to czas rozliczeń, wyrzutów sumienia, niespełnionych obietnic, niezrealizowanych planów, z drugiej zaś to czas kiedy do człowieka dociera, że już za chwil kilka znów dane mu będzie sięgać nieba – bo idzie nowe, pełne niespodzianek, oczekiwań, nadziei, obietnic, planów, przedsięwzięć, postanowień, pewności, że nadejdzie piękniejsze, bogatsze, istotniejsze, że idzie czas spełnienia.

Książki:

Jaki był grudzień książkowo? Szczególny!

Grudzień to miesiąc jeszcze wciąż należący do Jesiennego Rozkładu Jazdy, który jednak tym razem poszedł zupełnie w niepamięć… Bo potrzeba było czegoś zgoła innego!

A że zaczęła mnie prześladować poezja… Upominać się o swoje miejsce… Uświadomiłam sobie, że ostatnio bardzo rzadko sięgam po lirykę, ten najszlachetniejszy z rodzajów literackich. A przecież były czasy, kiedy poezją się żyło, oddychało! Uznałam więc, ze nadszedł czas na powrót do tego, co wyjątkowo działa na wyobraźnię i wrażliwość.

A że grudzień to miesiąc odmienny od pozostałych, to zachciało mi się lektur takich, które zawładną mną, które zdominują upływający czas, które nie pozwolą o sobie zapomnieć. Zaczęły się więc intensywne poszukiwania… I znalazłam! Emily Dickinson, która jest dobrym duchem Bałwochwalni, która dawno, dawno temu oczarowała mnie, teraz przypomniała o sobie. I tak oto, ta pustelnica z Nowej Anglii, podporządkowała sobie mój czas. W końcu też w pewnym sensie zmaterializowała się w Bałwochwalni. Niespieszna lektura jej poetyckich miniatur poprawia znaczne jakoś bycie w świecie, dlatego pewnie jeszcze na długo ze mną pozostanie.

W Grudniowym Rozkładzie Jazdy była tylko jedna pozycja! Ostatni tom trylogii Margaret Atwood MaddAddam. Przyznam, że czułam przesyt tym cyklem, ale postanowiłam nie dać się i dobrnąć do końca. Dobrze, że to nie tetralogia!

Grudzień to czas wyrzutów sumienia!!! Różnego rodzaju wyrzutów, też lekturowych. Chciało się tyle przeczytać… Nowość goni nowość, a pozycji do nadrobienia z przeszłości tylko przybywa… A mnie naszła chęć na czytanie spontaniczne. Zwykle rzadko pozwalam sobie na nieplanowaną lekturę, bo staram się zawsze mieć plan działania, który jest gruntownie przemyślany i podporządkowany pewnym kwestiom dla mnie istotnym. Zbieg okoliczności sprawił, że „dorwałam” tegoroczną powieść Siri Hustvedt Światło w płomieniach, która trafiła już na listę wyrzutów 2017. Lektura palce lizać. Więcej na jej temat wkrótce w osobnej nocie. Tymczasem, zaufajcie mi 😉 !!! Polecam!!!

Zatem:

  • MaddAddam – Margaret Atwood.
  • Światło w płomieniach – Siri Hustvedt.
  • Wiersze wybrane – Emily Dickinson.

Grudzień był zatem miesiącem niezapomnianych doznań czytelniczych. Literatura znów dostarczyła mi moc zachwytów, doznań estetycznych, intelektualnych, emocjonalnych i to na najwyższym poziomie!

Film:

W grudniu nie zabrakło filmów! Ale głównie takich, które mają swoje źródło w literaturze – biografii twórcy bądź dziele literackim. O ile fabularyzowana biografia Emily Dickinson (Cicha namiętność) i ekranizacje powieści Kazuo Ishiguro niemalże zachwyciły mnie, o tyle ostatnia ekranizacja klasycznej powieści Gustave’a Flauberta o jednej ze słynniejszych bohaterek literatury francuskiej wprawiła mnie wręcz w konsternację – chyba czytałam inną Panią Bovary niż twórcy filmu 😉 . Pozostałe obrazy to nowości – tym razem jednak bez uniesień i zachwytów. Choć francuska komedia nie zawiodła!!!

Zatem:

  • 50 wiosen Aurory – reż. Blandine Lenoir, Francja 2017.
  • Cicha namiętność – reż. Terence Davies, Belgia, Wielka Brytania 2016.
  • Nie opuszczaj mnie – reż. Mark Romanek, USA, Wielka Brytania 2010.
  • Okruchy dnia – reż. James Ivory, USA, Wielka Brytania 1993.
  • Pani Bovary – reż. Sophie Barthes, USA 2014.
  • Wojna płci – reż. Jonathan Dayton, Valerie Faris, USA, Wielka Brytania, 2017.

Puszczam w niepamięci ostatnią filmową wersję Pani Bovary. Pozostałe ekranizacje i fabularyzowana biografia jednej z największych amerykańskich poetek były warte poświęconego im czasu!

Serial:

Był tym razem i serial. Miniserial! Chyba łatwo odgadnąć jaki 😉 !

  • Grace i Grace.

Powieść Margaret Atwood Grace i Grace zachwyciła mnie! Z wielkim więc zaciekawieniem zasiadłam do miniserialu na podstawie tejże powieści. I co? Rewelacja!!!

Muzyka:

Grudzień był iście muzycznym miesiącem! I to nie za sprawą świątecznych przebojów! Brr… Gdzieś już zapowiedziałam, że grudzień będzie pod znakiem uwielbianej przeze mnie brytyjsko-francuskiej artystki – Charlotte Gainsbourg – z racji jej nowej płyty. A że w prezencie otrzymałam jej wcześniejszy krążek to nie miałam już wyjścia 😉 :

  • 5:55 – Charlotte Gainsbourg.
  • Rest – Charlotte Gainsbourg.

To jednak nie wszystko!!! Drugą połowę miesiąca zdominowały inne kobiety – bliźniaczki Diaz (córek Angi Diaza z Buena Vista Social Club) ze swoją eklektyczną muzyką, łączniczki pomiędzy światem swoich praprzodków, sztuką afrokubańską i nowymi bardzo rozległymi rozwiązaniami:

  • Ibeyi – Ibeyi.
  • Ash – Ibeyi.

Muzyka elektryzująca, pobudzająca, wciągająca, hipnotyzująca…

Podsumowując – grudzień roku 2017 był miesiącem bardzo bogatym w piękne i mądre słowa i myśli oraz w dźwięki, w rytm których egzystencja była bogatsza, barwniejsza. Tym razem nie zabrakło też filmów, znalazł się i miniserial, ale wszystkie obrazy były podyktowane światem literatury! Jednak mój grudzień zdominowała muzyka – poczułam się niemal uzależniona od niej!!! Musisz posłuchać!!!

Podsumowanie miesiąca – lipiec 2017

Podsumowanie miesiąca - lipiecCzas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Sierpień rozgościł się na dobre, dzień już znacznie krótszy, ciemność coraz wcześniej nas ogarnia (zauważyliście to?????????????), czas więc najwyższy na podsumowanie lipca, tego zachlapanego jak nigdy miesiąca!!! Deszcz robił sobie przerwy baaardzo krótkie. Trudno było nawet poczuć, że lato nadeszło i brnie… Nie wadziło to jednak oddawaniu się doznaniom estetycznym!!! Wręcz temu sprzyjało.

Wydarzenia:

Wydarzeń miało nie być, ale takie odejścia trzeba odnotować i zapamiętać:

  • Śmierć Julii Hartwig – jednej z ostatnich wielkich!!!
Książki:

Lipcowe plany obejmowały tylko dwie pozycje – powrót do klasyki polskiej i amerykańskiej. Odbyłam więc za sprawą Prusa podróż sentymentalną do Warszawy XIX wieku i na nowo zaznajomiłam się z tamtejszym światkiem, znów pokochałam Wokulskiego i szczerze mu współczułam. Pokochałam też tego łotra Gilberta z powieści Jamesa, a jego Isabel znów stała mi się baaardzo bliska. Lipic to był też czas wczorajszych nowości. Izraelski pisarz Dawid Grosman został laureatem Międzynarodowej Nagrody Bookera 2017 roku za powieść o tytule wiele obiecującym i z powodu tego tytułu sięgnęłam po tę publikację. Zaskoczyła mnie. Wciągnęła. Trzymała w napięciu od ostatnich zdań. No i powieść miesiąca – Wróżba – a może roku? Więcej o niej teraz słów nie będzie, bo wkrótce pojawi się osobna nota na temat tej szczególnej szwedzkiej powieści. A oto lista w kolejności alfabetycznej:

  • Lalka – Bolesław Prus.
  • Portret damy – Henry James.
  • Wchodzi koń do baru – Dawid Grosman.
  • Wróżba – Agneta Pleijel.

Wróżba MUST READ!!!

Serial:

Tak, tak!!! Tym razem nie film, bo filmu ani jednego w lipcu nie obejrzałam (choć już zasiadałam do Deszczowej piosenki, ale wyszło wieczorne słońce, więc szybko zmieniłam plany, by nie straszyć). Dlaczego? Z prostej przyczyny. Tak mnie wciągnął serial, że na żaden film nie miałam już ani czasu 😉 , ani ochoty. Z serialami jestem nieco na bakier, bo zawsze oglądam nie to, co wszyscy inni, a dwa w dodatku dziesięć lat po premierze! Poza tym nienawidzę tego rodzaju rozrywki!!! Bo nic bardziej nie pożera cennego czasu jak właśnie seriale! Przed z końcem zimy skończyłam oglądać ostatni sezon pewnego takiego, który skutki uboczne zaczęłam już odczuwać i postanowiłam, że wraz z nadejściem wiosny nie dam się wciągnąć w nic nowego!! Nawet jeśli starego!! I wiosnę przetrwałam. Nie złamałam się. Niestety, zachlapana letnia aura serialom sprzyjała i poddałam się. Bez reszty utonęłam. Cóż takiego mnie pochłonęło?

  • Downton Abbey

Wszyscy pewno dawno temu widzieli ten serial… No cóż, ja znów ignorantką byłam w tej kwestii i dopiero teraz rozsiadłam się przed ekranem, by dać się uwieść. I rzeczywiście poniosło mnie. W istocie jest to opowieść, która dotyka kwestii uniwersalnych, ale mnie tym razem wyjątkowo nie uniwersalizm pociągał, tylko przemiany, które zaszły w świecie i które w serialu znakomicie pokazano. Opowieść umieszczona jest w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni (arystokratyczna posiadłość na angielskiej prowincji na początku XX wieku) i mamy okazję obserwować jak stary wiktoriański porządek powoli odchodzi w przeszłości, jak zmienia się obyczajowość, mentalność, jak historia wpływa na losy poszczególnych ludzi. A to wszystko wśród wspaniałej scenografii, w pięknych kostiumach, z subtelnym humorem i dystansem. No i do tego barwni bohaterowie – z krwi i kości. Na marginesie dodam, że moja ulubienicą jest seniorka rodu – Violet Crawley, hrabina wdowa Grantham, w której postać wcieliła się Maggie Smith.

Jeśli ktoś serialu Downton Abbey jeszcze nie oglądał, to musi to nadrobić.

Muzyka:

Na lato najlepsza muzyka festiwalowa:

  • PJ Harvey

Daj się porwać tym dźwiękom!!!

Podsumowując – lipiec roku 2017 pozornie był pod psem, ale w istocie był to miesiąc pełen zachwytów, emocji, drgań. Dlatego polecam wszystko co powyżej, ze szczególnym wskazaniem oczywiście na PJ Harvej i Wróżbę, ale do tej powieści jak już wspomniałam jeszcze powrócę w jednej z najbliższych not, bo zasługuje ona na znacznie więcej uwagi.