Opowieść o każdym. „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki” – Agneta Pleijel

Tytuł – „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki

Autor – Agneta Pleijel

Tłumaczenie – Justyna Czechowska

Wydawnictwo – Karakter

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla wielbicieli literatury szwedzkiej, dla tych, którzy cenią kunszt słowa, dla fanów gatunków literatury użytkowej, dla amatorów biografii, dzienników, listów, pamiętników, wspomnień, autobiografii, dla fanów dobrej literatury po prostu, dla koneserów mistyfikacji i kreacji, dla ludzi różnego pokroju
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, by zrozumieć
  • MOJA OCENA – 8/6

Opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu nie tylko dziewczynki

„Wróżba. Wspomnienia dziewczynki” Agnety Pleijel na polskim rynku ukazała się wczesną jesienią 2016 roku. Nie wiedziałam właściwie czego się spodziewać po tej opowieści, poza tym, że czegoś dobrego. Świadomie omijałam wszelkie recenzje, posiłkując się jedynie własnym doświadczeniem związanym z twórczością Pleijel, czyli lekturą wcześniejszej publikacji autorki. Powieść „Lord Nevermore” z roku 2003 czytałam z otwartymi ustami. Bezpośrednim tego powodem był jeden z jej bohaterów – Stanisław Ignacy Witkiewicz (powieść ta bazuje na biografii artysty), pośrednim zaś była z pewnością talent autorki. Przypuszczałam więc, że i „Wróżba” może być dobrą literaturą, mimo to pierwsze strony były dla mnie sporym zaskoczeniem.

Zachwyt i konsternacja

Proza ta wprawia jednocześnie w zachwyt i konsternację. Z każdym zdaniem odbiorca zapada się coraz bardziej, kuli się w sobie, ma ochotę schować się do mysiej nory i zabrać ze sobą tę straszną opowieść, by nikt go nie mógł znaleźć, by nie odkrył powiązań między bohaterką „Wróżby” a nim. Tak, bo to rzecz o nim. I pewno by się do tego głośno nie przyznał, gdyby inni przed nim tego nie zrobili. Ufff… To nie tylko jego opowieść, ale i innych.

Doświadczenie wspólne

„Wróżba” to proza autobiograficzna, prywatna i bardzo intymna. Są to błyski, migawki – wspomnienia autorki przywołujące świat jej dzieciństwa i młodości. Powieść Pleijel umieszczona w konkretnym czasie i konkretnej przestrzeni – Szwecja końca lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, opowiadająca o losach konkretnego bohatera, dziewczynki – wychodzi jednak poza zarysowane ramy. Wyznaczone granice tracą na ostrości, rozmywają się, by w końcu utracić rację bytu i przestać istnieć. By stać się uniwersalną opowieścią o każdym – o doświadczeniu wspólnym.

Utrata kontroli nad procesem twórczym

Początkowo miało to być opowiadanie o osobie, która w dzieciństwie autorki odegrała szczególną rolę[1] – ciotce, która zaznała w życiu metafizyki, czegoś poza racjonalnym rozumowaniem – spełniła się szczęśliwa wróżba, którą jej przepowiedziano. Jednak praca wymknęła się pisarce spod kontroli. Niespodziewanie wyłonił się nowy bohater – ciotka zeszła na drugi plan, a główną rolę zaczęła odgrywać mała dziewczynka – ta, którą pisarka przed laty była. Ciotka Ricka, która miała być główną bohaterką powstającego tekstu, stała się w efekcie tylko pretekstem niejako do zaistnienia opowieści o samej autorce.

Ona wczoraj, ja dzisiaj, ja jutro

Autorka opowiedziała o swej przeszłości z dzisiejszej perspektywy. Pleijel zastosowała pewien formalny chwyt, który znakomicie oddaje tego istotę. Zmiana narracji, jej rozdwojenie – płynne przechodzenie z narracji trzecioosobowej na pierwszoosbową, niekiedy nawet w tym samym zdaniu – najlepiej uwypukla problematykę „Wróżby”. Narratorka w jednej chwili zdaje relację z życia bohaterki, stojąc z boku, by w następnej robić to samo, będąc już samą bohaterką.

Początkowo wywołuje to dezorientację. Bo w jednej chwili narratorka mówi o sobie, w drugiej jakby o kimś inny, a przecież nie. Mowa za każdym jest o tej samej postaci. Ta zmiana perspektywy, nieco schizofreniczna, wprowadza podział na ona sprzed lat i ja teraz. W efekcie tego zabiegu wyłania się ktoś trzeci, łączący w sobie te dwie postacie, kompletny. By mogło do tego dojść, należało stanąć obok, nabrać dystansu, spojrzeć na siebie z okresu dzieciństwa i młodości z zewnątrz, jak na kogoś zupełnie obcego i skonfrontować to ze sobą teraz, z teraźniejszością.

Pleijel w jednym z udzielonych wywiadów podkreśliła, że początkowo trudno było jej identyfikować się ze swoją bohaterką[2], co podczas lektury wyraźnie odczuwamy – dystans jest ogromny. Wyczuć możemy nawet brak sympatii, by nie powiedzieć antypatię. Zbliżając się ku końcowi opowieści ta identyfikacja powoli następuje i wyłania się ktoś skończony, zsumowany. Taki sposób przepracowania swej przeszłości, siebie, relacji z matką, z ojcem, z rodziną, skonfrontowanie się z otaczającą rzeczywistością, z sobą, mogło zaowocować tylko jednym – nazwaniem, definiowaniem, zrozumieniem, pogodzeniem się z sobą, zaakceptowaniem i polubieniem siebie.

Terapeutyczna moc

Mamy więc do czynienia z literaturą, której tworzenie było rodzajem autoterapii. I autorka wcale tego nie ukrywa. Dla niej w ogóle proces twórczy ma ten dodatkowy istotny sens – pozwala pomóc samemu sobie. W tym przypadku zachodzi proces samopoznania, uporządkowania, rozumienia i też, przy okazji niejako, ocalenia od zapomnienia.

Nieszczęśliwa rodzina na swój sposób

Dzieciństwo bohaterki niczym się nie wyróżniało. Wszystko było na swoim miejscu. Wszystko było zwyczajne, normalne. Ze swoimi problemami, cieniami nie odstawało od reszty. Nie było idealne, ale przez brak idealności w istocie jest idealne właśnie. Nie było tu mowy o jakiejś patologii, o jakimś rodzinnym piekle. Ojciec był matematykiem, naukowcem, nauczycielem akademickim. Matka zajmowała się trzema córkami, mężem i domem, na rzecz tego zrezygnowała z kariery pianistki.

Jednak jak każda rodzin ma swe problemy i ta też miała. I wcale nie chodziło o jakieś demony zamknięte w szafie ani o rodzinne traumy czy rodzinne piekiełko skrzętnie skrywane przed wzrokiem sąsiadów w czterech ścianach. Nie. Chodziło o zmaganie się z prozą życia, która szczęściu nie dawała szansy. Ciągłe przeprowadzki związane z pracą ojca wiązały się z poczuciem samotności i niepewności dziewczynki, z niemożnością nawiązania bliższych relacji z kimkolwiek, wyobcowaniem, odrzuceniem, brakiem akceptacji. Nieszczęśliwa zaś matka, która porzuciła muzykę – swą pasję – wywoływała poczucie winy dziewczynki. Narastający zaś konflikt pomiędzy rodzicami, który doprowadził do rozejścia się małżonków, wywołał poczucie odpowiedzialności za tę nieznośną sytuację.

Dziecko wśród ruin

To wszystko sprawiało, że atmosfera domu rodzinnego była trudna do zniesienia. Pretensje, żal, frustrację z każdym dniem narastały. Nikt nie czuł się na swoim miejscu. Każdy lawirował gdzieś poza ze swym niezrozumieniem i samotnością – dość czuły, ale bierny ojciec egzystował w abstrakcyjnym świecie liczb, niedostępna i niemalże wroga matka w swoim niespełnieniu, młodsze siostry były jakby w ogóle nieobecne, Neta  zaś wrzucona w sam środek tej nieszczęśliwej rodziny, nieszczęśliwej na swój sposób.

Nieznośna ciekawość

Do tego cielesność, która budziła ciekawość i wywoływała niepokój. I nasuwające się stale jakże niemądre (!!!) pytania o świat, o życie, o Boga, o kobietę i o mężczyznę (symbolicznie różnice zostały pokazane, stawiając naprzeciw siebie naukę i sztukę, matematykę i muzykę), o człowieka, o nierówności, o niesprawiedliwość.

Wszystko prowokowało wrażliwą dziewczynkę, nastolatkę do analizy, do przemyśleń, do rozkładania na czynniki pierwsze. Wrażliwa, uważna i logicznie myśląca Neta pragnęła pojąć, zrozumieć. Niestety, każde nowe doświadczenie, poznanie, każdy krok do przodu, w życie przynosił rozczarowanie. Dodatkowo, Neta była z tym wszystkim sama. Ukojenie zapewniała jedynie literatura, później sztuka w ogóle, a niezależna mentalnie ciotka (ktoś wyidealizowany, wręcz symboliczny, uosabiający wolność i szczęście, kto nie lekceważył dziewczynki i odpowiadał na jej niepraktyczne (!!!) pytania) i jej życie dawały radość i nadzieję, że pewnego dnia nadejdzie lepsze.

Katharsis

Przywoływane obrazy są niekiedy ledwie muśnięte, nieco poszarpane, wystrzępione, oderwane, fragmentaryczne. Zdania są oszczędne, ascetyczne, choć pełne emocji, od których wręcz pulsują, wypowiadane są z zaciśniętym gardłem, przez zęby, z kumulowaną złością, agresywne. Tłumione były latami, by któregoś dnia mogły zostać wypowiedziane, wykrzyczane, żeby w końcu poczuć ulgę, zrzucić ciężar, który nosiło się od zawsze, ale od chwili samoświadomości z coraz większym trudem. Przeszłość musiała zostać przepracowana, by można było w końcu zacząć oddychać pełną piersią, nawet jeśli pierwszą młodość ma się już za sobą.

Historia tyleż prywatna, intymna, co uniwersalna

Powieść tę można odczytywać jako krytykę szwedzkiej obyczajowości lat pięćdziesiątych XX wieku, patriarchalnego społeczeństwa czy też jako próbę rozliczenia się w ogóle z ówczesną rzeczywistością[3]. Ale w istocie jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu człowieka w ogóle – nie tylko konkretnej szwedzkiej dziewczynki tamtego czasu. Zatem, nawet jeśli będziemy próbować interpretować „Wróżbę” Pleijel jako „subtelny manifest feministyczny”[4], to nie możemy zapomnieć, że to historia tyleż prywatna, intymna, co uniwersalna.

Proza ta jest rozliczeniem z najtrudniejszym i jednocześnie najważniejszym okresem w życiu każdego – dzieciństwa i młodości – czasu kształtowania siebie, wykluwania się dorosłego człowieka, który po latach musi spojrzeć wstecz, by móc zrozumieć swoją przeszłość i zaakceptować siebie dziś.

Istota wspomnień

Pamiętać też należy, że proza ta, to nie obiektywny ogląd całości. To wspomnienia, które przecież nie są rzeczywistością. Wspomnienia są rzeczywistością zniekształconą przez to, co w międzyczasie się zdarzyło, czego człowiek doświadczył, są rzeczywistością przefiltrowaną, patchworkiem. Mimo swej fikcyjności są czymś niezbędnym, niezastąpionym. One to przecież na nas się składają, na to kim jesteśmy.

Autentyczna fikcja

Przygodna z „Wróżbą” pomiesza nieco dwa porządki – ten autentyczny i ten fikcyjny. Przystępując do lektury odbiorca wie, że mam w ręku literaturę autobiograficzną, czyli literaturą non-fiction (choć nieco zniekształconą za sprawą wspomnień, które rządzą się swoimi prawami). Jednak już z końcem pierwszej strony zapomina o tym. I dopiero po lekturze, gdy zaczyna trawić przeczytaną opowieść, przypomina sobie o tym fakcie.

Pleijel, wyjaśniając kwestie, które wpłynęły na decyzję o powołaniu do życia „Wróżby”, zaznaczyła, iż uznała, że „nadszedł czas, żebym zachowała się lojalnie wobec tej dziewczynki, że teraz to jej muszę oddać głos”[5] i, co istotne, opowiedzieć „JEJ wersję”[6]. „Czy to, co opisuję, naprawdę się wydarzyło, czy to tylko triki mojej pamięci?”[7] – zastanawiała się. Zatem…

Istotność fikcji

Nie ma nic bardziej inspirującego niż drugi człowiek. Jak pisałam we Wstępie, w istocie „takie, jakby nie było, podglądanie ludzi, podsłuchiwanie, śledzenie ich poczynań, nieco pasożytnicze wręcz żerowanie na egzystencji innych jest fascynującym zajęciem, ale przede wszystkim pobudzającym, dającym energię, sprawiającym, że krew zaczyna szybciej krążyć, słowem inspirującym do życia. W przypadku twórców i intelektualistów pole rażenia zwykle jest jeszcze większe”.

Tyle że niekiedy, wtedy kiedy mamy do czynienia z listami, pamiętnikami, dziennikami, autobiografiami, powieściami z kluczem czy właśnie wspomnieniami twórców zawęża się pole interpretacji. Niekiedy nie sposób oderwać danego tekstu gatunku wyżej wspomnianego od jego genezy, mimo iż wiemy, że mamy do czynienia, jakby nie było, z aktem kreacji. W przypadku jednak „Wróżba” istnieje taka możliwość. Opowieść ta wręcz się o to prosi. A wówczas otrzymamy coś znacznie większego, istotniejszego.

Ps. 1. Polecam wywiad z Agnetą Plaijel w WyliczankaTV.

Ps. 2. Polecam kilka cytatów z tej intymnej opowieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – Spådomen. En flickas memoarer, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Agnieszka Jucewicz, Agneta Pleijel: Kochanka ojca była przyjaciółką mojej matki, opublikowano 28.01.2017, http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,21300056,agneta-pleijel-kochanka-ojca-byla-przyjaciolka-mojej-matki.html?disableRedirects=true, dostęp 14.07.2017.

[2] Ibidem.

[3] Justyna Szklarczyk, Agneta Pleijel: Codziennie myślę o tym, co zrobić, żeby nie zepsuć świata, opublikowano 04.12.2016, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1685562,1,agneta-pleijel-codziennie-mysle-o-tym-co-zrobic-zeby-nie-zepsuc-swiata.read, dostęp 14.07.2017.

[4] Ibidem.

[5] Jucewicz, op. cit.

[6] Ibidem.

[7] Ibidem.

BIBLIOGRAFIA
  1. Czechowska Justyna, Raj na ziemi nie istnieje, opublikowano 16.09.2013, https://www.tygodnikpowszechny.pl/raj-na-ziemi-nie-istnieje-20512, dostęp 14.07.2017.
  2. Jucewicz Agnieszka, Agneta Pleijel: Kochanka ojca była przyjaciółką mojej matki, opublikowano 28.01.2017, http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,21300056,agneta-pleijel-kochanka-ojca-byla-przyjaciolka-mojej-matki.html?disableRedirects=true, dostęp 14.07.2017.
  3. Sokół Grzegorz, Miłość to samotność. Rozmowa z Agnetą Pleijel, szwedzką poetką i pisarką, autorką powieści „Lord Nevermore”, opublikowano 18.09.2003, http://wyborcza.pl/1,75410,1673956.html, dostęp 14.07.2017.
  4. Szklarczyk Justyna, Agneta Pleijel: Codziennie myślę o tym, co zrobić, żeby nie zepsuć świata, opublikowano 04.12.2016, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1685562,1,agneta-pleijel-codziennie-mysle-o-tym-co-zrobic-zeby-nie-zepsuc-swiata.read, dostęp 14.07.2017.
  5. Wróbel Olga, Wszystkie dzieci są na swój sposób samotne [rozmowa], opublikowano 10.12.2016, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/wszystkie-dzieci-sa-na-swoj-sposob-samotne/, dostęp 14.07.2017.

Baśń o ludziach z Nowego Jorku. „Poniedziałkowe dzieci” – Patti Smith

Tytuł – „Poniedziałkowe dzieci”

Autor – Patti Smith

Tłumaczenie – Robert Sudół

Wydawnictwo – Czarne

Seria – Amerykańska

Rok – 2012

  • DLA KOGO – dla wrażliwców i nadwrażliwców, dla fanów Patti Smith i Roberta Mappelthorpe’a, dla wielbicieli fotografii, muzyki, sztuki i kultury amerykańskiej, dla tych, którzy chcą się na to wszystko otworzyć, dla fanów literatury faktu, dla koneserów literatury autobiograficznej
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, barwniej
  • MOJA OCENA – 6/6
Potrzeby czytelnika poszczególnego

Wydawnictwo Czarne niewątpliwie należy do jednego z ciekawszych wydawnictw w Polsce, a Seria Amerykańska wychodzi potrzebom wielu czytelników naprzeciw:

W „Serii Amerykańskiej” ukazują się książki opisujące kulturę i historię Stanów Zjednoczonych, biografie buntowników, awangardowych artystów, opowieści o miejscach i czasach, w których powstawał mit wolnej i niepokornej Ameryki[1].

I w tej właśnie serii ukazały się książki Patti Smith. Jedna z nich, „Pociąg linii M”, całkiem niedawno i nota na jej temat pojawiła się w cyklu Błyski, druga zaś, „Poniedziałkowe dzieci”, już jakiś czas temu, w 2012 roku. I o ile do „Pociągu” można mieć pewne zastrzeżenia, o tyle „Poniedziałkowe dzieci” pochłania bez uwag.

Poniedziałkowa córka

Smith to jedna z ważniejszych postaci amerykańskiej sceny muzycznej, a w istocie kultury amerykańskiej w ogóle. Wręcz symbol Ameryki, jej ikona, jej ucieleśnienie. Choć dziś nieco w cieniu, bo teraz kulturą rządzą jednak inne prawa, prym wiodą inne priorytety, to wciąż nie do zdetronizowania.

Wobec takich publikacji należy być sceptycznym, nieufnym. I istnieje bowiem możliwość, że takie działania podyktowane są egotyzmem czy po prostu chęcią zysku. W tym przypadku szybko jednak, już po kilku stronach, można się przekonać , że nie jest to proza „gwiazdy” znanej tylko z tego, że jest znana, czyli z niczego. To proza wrażliwego i utalentowanego naocznego świadka i uczestnika pewnych wydarzeń, który ten tekst musiał popełnić!

„Poniedziałkowe dzieci” jawią się jako naturalna kolej rzeczy. Ta książka musiała być powołana do życia, musiała się ukazać. Inaczej wydaje się, że pozostałaby luka w dziejach kultury. Bo jest to opowieść o życiu dwojga młodych ludzi w pewnym czasie i pewnej przestrzeni, będąca dokumentem, dowodem na ich istnienie, ale też na istnienie takiego, a nie innego świata. Dziś ukazującego się jako fikcja wręcz, fantazmat, jako niemożliwość, utopia, senne marzenie, baśń, coś z pogranicza jawy i snu. Możliwość tylko dla pokoleń młodzieży niedzisiejszej.

„Poniedziałkowe dzieci” to autobiograficzna proza Smith, opowiadająca w gruncie rzeczy o inicjacji dwojga młodych ludzi – „poniedziałkowych dzieci” – w wielkim świecie Nowego Jorku. To Patti Smith i Robert Mapplethorpe, dwoje przyjaciół i kochanków, towarzyszy i współlokatorów, są właśnie bohaterami tego kawałka amerykańskiej historii. Mimo że jest to opowieść bardzo intymna, to daje nam ogląd znacznie szerszy – panoramę tamtego czasu i miejsca – i to sprawia, że proza ta, tak bardzo wciąga.

Poniedziałkowe dzieci

Bohaterami są dwie ikony amerykańskiej kultury – Patti Smith (1946-) – amerykańska wokalistka, autorka piosenek i poetka, gwiazda rocka, ikona undergroundu, która wniosła do punk rocka feministyczny i intelektualny punkt widzenia; uważana za jedną z najważniejszych kobiet w historii rocka[2] – oraz Robert Mapplethorpe (1946-1989) – zmarły na AIDS amerykański fotograf, jeden z najbardziej znanych i kontrowersyjnych artystów XX wieku, osobowość nowojorskiej bohemy i gejowska ikony, którego specjalnością były wielkoformatowe wystylizowane czarno-białe portrety, zdjęcia kwiatów oraz męskie akty[3].

Smith opowiada ich historię od chwili, gdy szczyt nie był jeszcze osiągnięty, gdy dopiero im majaczył, w przeddzień sławy zatem. A mówiąc wprost, gdy byli jeszcze w zasadzie dzieciakami, więc u zarania siebie – w chwili narodzin tych mentalnych. Zatem na naszych oczach rodzą się artyści. Widzimy więc jak szukają swego miejsca na ziemi, siebie, swej tożsamości, tego kim naprawdę są, własnej drogi, sposobu wyrażenia siebie, jak dochodzą do bycia tym, kim w końcu się stali.

Obserwujemy ich jak są jeszcze dzieciakami, „Jasiem i Małgosią” (s. 270) „z klanu Piotrusia Pana, którzy ruszyli w ciemny las” (s. 18). Patti, dwudziestoletnia dziewczyna marząca o byciu artystką, opuściła prowincję rodzinnych stron i wyruszyła do mekki bohemy artystycznej – Nowego Jorku – szukać szczęścia. Tam przypadkiem poznała dwudziestoletniego chłopaka. Szybko okazało się, że połączył ich nie przypadek, ale że połączyło ich coś znacznie ważniejszego, mistycznego wręcz, bo przeznaczenie.

Bliźniacze dusze

Nie mieli nic poza marzeniami. I chyba odwagą, może naiwną, ale jeśli nawet taką, to niezbędną, by mogli iść naprzód. Byli bardzo zdeterminowani. Wiedzieli czego chcą, wiedzieli, że chcą tworzyć, że chcą być artystami. Czuli, że są do tego powołani. Choć na precyzyjniejsze tego określenie zdobyć się nie umieli, bo zwyczajnie jeszcze nie wiedzieli. Ich poczynania w tym kierunku nie przypominały jednak dążenia po przysłowiowych trupach do upragnionego celu, były raczej celebracją codzienności, której oboje nadawali artystyczny entourage.

Od tamtego pozornie przypadkowego spotkania, razem, te dwie bliźniacze dusze, o androgynicznej urodzie, identyczni niemalże, jak dwie krople wody, romantyczni „piękni dwudziestoletni” w nieoczywisty sposób, zachwycający jednakże, bez grosza włóczyli się po mieście, w dekoracjach wnętrz artystycznej cyganerii i undergroundowych klubów, wśród największych nie tylko tamtego czasu, zagubieni, jak dzieci we mgle, jakby spóźnieni w przyjściu na świat prawie o sto lat, jakby rodem z XIX wieku, poszukujący i za nic nie chcący dorosnąć, chcący wciąż być naiwnymi ludźmi, pełnymi miłości, nadziei, wiary, ufności i marzeń.

Zakochani w sobie, namiętni, przez lata stale razem, choć później już osobno. Bo z czasem, gdy znaleźli swoją drogę w świecie sztuki, swoich mężów i kochanków, fizycznie odlegli, mentalnie jednak wciąż najbliżej jak tylko można.

Spełnienie obietnicy

Smith napisała tę autobiograficzną książkę, ten podwójny portret, po dwudziestu latach od śmierci przyjaciela (Mapplethorpe zmarł w 1989, a książka ukazała się w 2010 roku). Spełniła w ten sposób daną mu obietnicę. I niewątpliwie jest to hołd przyjacielowi złożony. To elegia, „list miłosny, to pieśń pożegnalna, nekrolog”[4], to „refleksyjne i kronikarskie” pożegnanie[5]. Może hagiografia. Ale czy coś w tym złego? Owszem, brak jest obiektywizmu, ale nie możemy go oczekiwać w przypadku autobiograficznej prozy. Mowa przecież o towarzyszu życia, kochanku, przyjacielu, a nie obcym artyście, którego poczynania śledzi się z odpowiedniego dystansu.

Oryginalny tytuł tej prozy brzmi „Just Kids”, polski odmienny, ale jakże sugestywny. Bohaterowie tej opowieści urodzili się w pierwszym dniu tygodnia w tym samym roku, w kilkutygodniowym odstępie. Można więc przyjąć, że to już ich naznaczyło, przeznaczyło sobie.

Trzy portrety

Poniedziałkowe dzieci to opowieść składająca się jakby z trzech wątków. Pierwszy to portret relacji dwóch osób – Patti i Roberta, bardzo trudnych, nietypowych, ekscytujących, bo dotyczących ludzi nietuzinkowych, wewnętrznie pogmatwanych, niejednoznacznych, wrażliwych i utalentowanych, którzy od życia pragnęli więcej niż inni, którzy inspirowali siebie na wzajem, pobudzali do życia; to portret niekonwencjonalnego związku kobiety z mężczyzną, który wówczas zmagał się ze swoją seksualnością, który odkrywał właśnie swój homoseksualizm. Drugi to portret bohemy artystycznej, składającej się z największych – Allena Ginsberga, Janis Joplin, Boba Dylana. Trzeci zaś to obraz Nowego Jorku lat 60. i 70. XX wieku, w którym było wówczas jak w tyglu. Te trzy wątki składają się na całość opowieści Smith, na którą możemy patrzeć z kilku różnych punktów widzenia, co pozwala nam zobaczyć znacznie więcej.

Pisarstwo Smith charakteryzuje się prostotą (choć oniryczną), która chyba pozwoliła oddać ducha tamtych czasów i tamtego świata, ducha pokolenia. Dzięki temu wchodzimy nie tylko w jej świat, nie tylko w jego świat, ale w świat tamtej epoki.

*Wszystkie cytaty z publikacji pochodzą z tomu, Poniedziałkowe dzieci, Patti Smith, Wałowiec 2012.

**Tytuł oryginalny – Just Kids, rok pierwszego wydania – 2010, rok pierwszego wydania polskiego – 2012.


[1] Oficjalna storna Wydawnictwa Czarne, https://czarne.com.pl/katalog/serie/amerykanska, dostęp 21.03.2017.

[2] Hasło, Patti Smith, https://pl.wikipedia.org/wiki/Patti_Smith, dostęp 21.03.2017.

[3] Hasło, Robert Mapplethorpe, https://pl.wikipedia.org/wiki/Robert_Mapplethorpe, dostęp 21.03.2017.

[4] Karolina Sulej, „Poniedziałkowe dzieci”. Patti Smith spisała historię swojej miłości do Roberta Mapplethorpe’a i Nowego Jorku, opublikowane 20.09.2012, http://natemat.pl/32133,poniedzialkowe-dzieci-patti-smith-spisala-historie-swojej-milosci-do-roberta-mapplethorpe-a-i-nowego-jorku, dostęp 21.03.2017.

[5] Bartek Chaciński, Dzieci sztuki, opublikowano 04.09.2013, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/ksiazki/1530025,1,recenzja-ksiazki-patti-smith-poniedzialkowe-dzieci.read, dostęp 24.03.2017.

Błyski – „Pociąg linii M” – Patti Smith

Idzie nowe!!!

Bałwochwalica Jedna na dzień dobry przyjęła zasadę, że w Bałwochwalni będą pojawiać się noty o książkach, filmach, płytach, które są albo dobre, albo bardzo dobre – jej zdaniem oczywiście – i nic poniżej tego poziomu. Szybko jednak przekonała się, że istnieją książki, filmy, płyty, które nie są bardzo dobre, ani nawet dobre, a o których dwa słowa rzec musi, bo inaczej się udusi 😉 . Postanowiła więc zamieszczać też noty, które będą kontra. Mało tego, postanowiła też, że wprowadzi nowy cykl notatek – Błyski* – które pozwolą dać upust jej wewnętrznym potrzebom. Błyski będą pojawiać się pod wpływem impulsu, niespodziewanie, wtedy kiedy coś porazi, dotknie, błyśnie po prostu. Zatem do rzeczy!

Pociąg linii M – Patti Smith**

Listopadowy długi weekend spędziłam w doborowym towarzystwie, bo Patti Smith. A to za sprawą Pociągu linii M. Był to czas poruszający i inspirujący. Nie jest to książka dobra, żeby nie powiedzieć, że jest to książka po prostu zła. Ale mnie ujęła, poruszyła, dotknęła.

Patti Smith może wszystko i niczego też nie musi. Na pewno nie ze względu na innych, nie ze względu na swych odbiorców. Może ewentualnie ze względu na siebie. I Pociąg chyba właśnie ze względu na samą siebie popełniła – z wewnętrznej potrzeby, czy wręcz przymusu. I musiało jej wyjść to znakomicie, skoro poruszyła. Bo książka jest naprawdę przejmująca.

Z jednej strony trudno brnąć przez kolejne strony, bo to tekst irytujący, nieznośny wręcz, a z drugiej tego właśnie chcesz.

Wczoraj i dziś

Historia sześćdziesięciokilkuletniej kobiety, która tropi oznaki – coraz gęściej usiane – upływającego czasu, wciąga, interesuje. Bohaterka ta, narratorka i autorka w jednym, nie bardzo wie (choć nie jest to chyba do końca uświadomione) co ma ze sobą począć. Każdego więc dnia zmaga się ze swą codziennością. Każdy dzień jest też zderzeniem z tym, co albo należy już do przeszłość, albo powoli do niej odchodzi. Pozostały tylko samotność, pustka i wspomnienia. A z rzeczy materialnych – kawa, aparat fotograficzny, jakieś kartki do notatek, coś do pisania i płaszcz.

Czytelnik jest w tej codzienności głównej bohaterki zanurzony całkowicie. Karmi z nią jej koty, śni jej sny, oddaje się jej lekturom, snuje jej myśli, razem z nią wspomina, razem z nią podróżuje, razem z nią robi setki zdjęć, razem z nią wypija litry kawy, razem z nią je, razem z nią włóczy się po mieście, odwiedza bary, groby… I ściska go w środku. Z żalu, tęsknoty, bólu, jej bólu. Zastanawia go też spokój bijący ze stron tekstu, brak rozpaczy. Gdzie bunt? Dlaczego nie ma go? Jest akceptacja czy nieświadomość…? 

W Pociągu liczy się tu i teraz, teraźniejszość, ale ta skąpana w przeszłości, która choć odchodzi, to namacalnie trwa.

Pociąg linii M Patti Smith to książka w swym charakterze iście listopadowa! Polecam gorąco!

*Tytuł cyklu odnosi się bezpośrednio do tomu poetyckiego Julii Hartwig. Zob., Julia Hartwig, Błyski, Warszawa 2002.

**Patti Smith, Pociąg linii M, Wołowiec 2016, tytuł oryginalny – M Train, rok pierwszego wydania – 2015.