Dobry duch – Emily Dickinson – eremitka z Nowej Anglii

Dobry duch - Emily Dickinson
Emily Dickinson, fragment

Emily Dickinson

10 grudnia 1830 – 15 maja 1886
Dobry duch

W korowodzie dobrych duchów Bałwochwalni obok „kulawej” Metyski i wiecznej studentki, idzie też Emily Dickinson. Ona, ta eremitka z Nowej Anglii, musiała tu zagościć. Dlaczego? Bo była niezależną umysłowo kobietą, wymykającą się, odważną, o nieprzeniknionym umyśle, która wyprzedzała swą epokę, kobietą widzącą znacznie szerzej i głębiej, która potrafiła dostrzec niuanse ludzkiej egzystencji i pojąć niepojęte prawa rządzące światem, która zapłaciła za to wszystko wysoką cenę, jeśli nie najwyższą. A tylko ktoś taki może inspirować, dodawać otuchy, popychać do działania, dawać siłę i odwagę!

Niebyt

Emily Dickinson za życia była anonimową autorką ledwie kilku wierszy! Bo tylko tyle zostało uznanych za warte publikacji przez konwencjonalnego wydawcę, choć i tak dopiero po retuszach edytorskich. Zaufani znali ich znacznie więcej, choć nie mieli pojęcia o ich istotności i wartości. Po śmierci poetki sprawy także nie potoczyły się dla niej zbyt pomyślnie – pośmiertne tomiki opublikowano bez przekonania co do ich wartości i geniuszu autorki, modyfikując je zgodnie z obowiązującymi wówczas regułami.

Zaistnienie

Pomyślny czas nadszedł dopiero w latach pięćdziesiątych XX wieku. Wówczas to doszło do kompletnego krytycznego wydania poezji tej jednej z największych, najbardziej utalentowanych, najoryginalniejszych i najciekawszych amerykańskich poetek – 1775 utworów. Wkrótce też doszło do wydania pełnej edycji listów poetki.

Emily

I choć to krytyczne wydanie pokazało czym w istocie jest ta twórczość, to Emily Dickinson wciąż jest „nieprzeniknioną zagadką”[1], wciąż otacza ją nimb tajemnicy, aura legendy i niekiedy stereotypowego myślenia.

Niewiadome

O poetce w istocie wiemy niewiele. Właściwie to nawet nie wiemy jak wyglądała w dorosłym życiu (jej wizerunek znamy jedynie z jednej uwierzytelnionej fotografii z lat młodości, dwie inne, które pojawiły się, zostały odrzucone po dokładnych badaniach, choć ostatnio pojawiła się fotografia, której ekspertyzy przemawiają za jej autentycznością, więc jeśli badania potwierdzą autentyczność dagerotypu, będziemy musieli swe wyobrażenie nieco zmodyfikować, gdyż to nie jest już postać nastolatki[2]). Niewyjaśniony też ostatecznie pozostaje przebieg i znaczenie pewnych, istotnych dla rozwoju twórczego poetki, wydarzeń (takich jak choćby nieszczęśliwa miłości). To wszystko sprawia, jak słusznie zauważył Stanisław Barańczak – tłumacz Dickinson i popularyzator jej twórczości – że portret poetki sprowadza się do obrazu mitycznej „mniszki z Nowej Anglii”, eremitki[3].

Powierzchnia

W powszechnej świadomości zakorzeniony jest obraz snującej się po swym pokoju na piętrze bądź pochylonej nad biurkiem kobiety o niezmiennej twarzy siedemnastolatki, zatopionej w swoim wewnętrznym świecie, kobiety bardziej ze snu niż z jawy, w białej sukni, z płomiennie rudymi włosami, która, pogrążona w swym staropanieństwie i niemalże całkowitej alienacji, pisała wiersze we własnoręcznie wykonanych maleńkich zeszycikach.

Istota

A przecież pozostawiła po sobie ku zaskoczeniu wszystkich twórczość autentyczną, dojrzałą, głęboką, ponadczasową, nowatorską, która otworzyła nową epokę w poezji języka angielskiego. Trudno więc w istocie uwierzyć w sentymentalny wizerunek Dickinson – potulnej i samotnej starej panny. Słuszne wydają się zatem domniemania, że autorka wiele mówiących miniatur poetyckich miała świadomość swego geniuszu, a jej odosobnienie było zarówno praktycznym wyborem, jak i wewnętrzną koniecznością[4].

Modus vivendi

Barańczak przybliżając poetkę mówi wprost, że egzystencja i twórczość Emily Dickinson to droga wycofania się, wyrzeczenia, odosobnienia, zamykania się. To niemalże programowo przyjęty modus vivendi[5]. Poetka w swej twórczości postawiła autodiagnozę, którą potwierdzają dostępne fakty. Wyłania się z tego „obraz konsekwentnie postępującego – i w tej konsekwencji przybierającego formę objawów wręcz psychopatologicznych – wycofywania się z otwartej przestrzeni w coraz szczelniejsze zamknięcie i z życia wśród ludzi w głąb własnego ››ja‹‹. Dusza w tym wypadku ››zatrzaskuje drzwi‹‹ wyjątkowo wcześnie, aby pozostawać odtąd w starannie ››dobranym towarzystwie‹‹ samej siebie”[6].

Unikanie kontaktu z ludźmi (nie schodziła do gości, ewentualnie rozmawiała z nimi z piętra przez uchylone drzwi sypialni) nie było, jak diagnozuje Barańczak, wynikiem nieśmiałości czy depresji, ale raczej atakiem paniki, „do którego opanowania Dusza niejednokrotnie po prostu nie posiada dość ››hartu‹‹”[7].

Zapowiedzi

Młodość poetki, co zauważa Barańczak, nie zapowiadała jej alienacji. Była pełną życia młodą osobą z ogromnym i nietuzinkowym poczuciem humoru, pomimo poważnej atmosfery domu rodzinnego i Amherst, purytańskiego miasteczka, w którym Dickinson się wychowywała. Rodzina należała do wielce szanowanych w mieście. Silna osobowość ojca dominowała nad jej życiem. Wychowanie dzieci odbywało się pod jego kontrolą, w duchu protestanckim (kalwińskim i purytańskim). Wymagał przy tym ich solidnego wykształcenie. Nie zaskakuje więc fakt, że siedemnastoletnia Emily, po ukończeniu miejscowej szkoły średniej, podjęła naukę w „seminarium żeńskim” oddalonym o parę mil od Amherst. Jednak z niewyjaśnionych powodów studia przerwała przed upływem roku i powróciła na łono rodziny. Pozostała tam już do końca życia, odbywając jedynie nieliczne podróże do Filadelfii, Waszyngtonu i Bostonu.

Młodość poetki to czas głębokich przyjaźni i miłości. O tych ostatnich wiadomo jednak niewiele i wciąż stanowią przedmiot spekulacji biografów, snujących niezliczone hipotezy. Jednak dociekania te do tej pory nie przyniosły żadnych jednoznacznych ustaleń. Pewność możemy mieć tylko do jednego faktu – do przeżycia przez poetkę wielkiej i nieszczęśliwej miłości.

Odchodzenie

Życie Dickinson od porzucenia studiów stopniowo zawężało się. Początkowo do rodzinnej miejscowości (jeszcze przez pewien czas brała czynny udział w życiu towarzyskim miasteczka), później do rodzinnego domy, na końcu zaś do swego pokoju na piętrze.

Mnożące się teorie

Barańczak wylicza, że według niektórych teorii wielka i nieszczęśliwa miłość mogła być przyczyną alienacji poetki. Według innych decydujący wpływ na to miało poczucie zdominowania przez ojca, który uniemożliwiał autentyczne porozumienie z drugim człowiekiem. Według jeszcze innych chodziło o poczucie winy z powodu braku więzi uczuciowej z matką (matka nie miała zbyt wielkiego wpływu na osobowość córki, więź emocjonalna między nimi prawie nie istniała, zrodziła się dopiero, gdy matka zniedołężniała i wymagała opieki córki).

Teorie psychoanalityczne sugerują natomiast silniejsze niż miłość siostrzana powiązania emocjonalne z bratem czy skłonności lesbijskie (Emily miała starszego brata i młodszą siostrę, z którymi była bardzo mocno związana). Chodziłoby tu o tłumienie libido ze względów obyczajowych, z czego się rodziłaby się frustracja, której efektem miałoby być odwrócenie się od świata. Feministyczne zaś kładą nacisk na czynnik socjologiczny, za główny motyw urazów i neuroz poetki mając podrzędną pozycję kobiety w systemie społecznym trwającej epoki. Istnieją też teorie, które w procesie wycofywania się i izolowania poetki upatrują reakcję na rozczarowania czysto literackie, wynikające z braku uznania i zrozumienia dla jej twórczości (faktem jest, że właściwe żaden z czytelników, nie był w stanie docenić jej nowatorstwa).

Wśród powstających teorii są też prozaiczne wyjaśnienie medyczne, tłumaczące, że przyczyną unikania kontaktów z ludźmi mogły być nasilające się symptomy choroby Brighta, na którą poetka cierpiała i na którą zmarła, oraz psychiatryczne, interpretujące chorobliwe domatorstwo jako symptom ostrej agorafobii[8]. Są i teorie wskazujące na zaburzenia dwubiegunowe, chorobę maniakalno-depresyjną, często występującą u osób o wybitnych zdolnościach twórczych. Wiele danych wskazuje na związek większej aktywności twórczej ze stanami maniakalnymi o umiarkowanym nasileniu[9].

Aż poezja

Jaka jest prawda? Tego już chyba nigdy się nie dowiemy… Możemy tylko puszczać wodze fantazji i wyobrażać sobie, że gdzieś czeka na odnalezienie dziennik bądź pamiętnik poetki, a w nim cuda – odpowiedzi na nurtujące nas pytania, utrwalone myśli, uczucia, stany, które zaspokoiłby wręcz niezdrową ciekawość… Rzeczywistość jest jednak inna. Mamy poezję – i wcale nie tylko poezję, ale aż poezję! To ona skrywa to, co najcenniejsze, co Dickinson chciała ocalić i przekazać.


[1] Stanisław Barańczak, Wstęp, w, Emiliy Dickinson, 100 wierszy, red. Stanisław Barańczak, Kraków 1990.

[2] Odkryto drugie zdjęcie Emily Dickinson?, opublikowano 06.12.2012, http://booklips.pl/newsy/odkryto-drugie-zdjecie-emily-dickinson/, dostęp 19.12.2017.

[3] Barańczak, op. cit.

[4] Anna Arno, Jeszcze nie w Polsce: Emily Dickinson, opublikowano 08.2011, http://www.dwutygodnik.com/artykul/2515-jeszcze-nie-w-polsce-emily-dickinson.html, dostęp 19.12.2017.

[5] Barańczak, op. cit.

[6] Ibidem.

[7] Ibidem.

[8] Ibidem.

[9] Janusz Rybakowski, Oblicza choroby maniakalno-depresyjnej, Poznań 2009.

BIBLIOGRAFIA
  1. Arno Anna, Jeszcze nie w Polsce: Emily Dickinson, opublikowano 08.2011, http://www.dwutygodnik.com/artykul/2515-jeszcze-nie-w-polsce-emily-dickinson.html, dostęp 19.12.2017.
  2. Barańczak Stanisław, Wstęp, w, Emily Dickinson, Wiersze wybrane, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016.
  3. Cicha namiętność, reż. Terence Davies, Belgia, Wielka Brytania 2016.
  4. Dickinson Emily, 100 wierszy, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 1990.
  5. Dickinson Emily, Drugie 100 wierszy, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 1995.
  6. Dickinson Emily, Listy do świata, red. i przekł. Danuta Piestrzyńska.
  7. Dickinson Emily, Wiersze wybrane, red. i przekł. Stanisław Barańczak, Kraków 2016.
  8. Historia literatury amerykańskiej w zarysie. Wiek XVII-XIX, oprac. Andrzej Kopcewicz, Marta Sienicka, Warszawa 1983.
  9. Odkryto drugie zdjęcie Emily Dickinson?, opublikowano 06.12.2012, http://booklips.pl/newsy/odkryto-drugie-zdjecie-emily-dickinson/, dostęp 19.12.2017.
  10. Rybakowski Janusz, Oblicza choroby maniakalno-depresyjnej, Poznań 2009.

Małżeński portret nieprzystający. „Fatum i furia” – Lauren Groff

Fatum i furiaTytuł – Fatum i furia

Autor – Lauren Groff

Tłumaczenie – Mateusz Borowski

Wydawnictwo – Znak

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla tych, którzy chcą w zgodzie z samym sobą współtworzyć dzisiejsze społeczeństwo, rzeczywistość, świat; dla tych, którzy pragną istnieć wspólnie, a nie obok siebie
  • PO CO – by zrozumieć siebie, innych; by mieć świadomość; by akceptować ułomność człowieka
  • MOJA OCENA – 6/6
  • OSTRZEŻENIE – odziera ze złudzeń, wyprowadza z równowagi, odbiera poczucie bezpieczeństwa, usuwa grunt spod nóg
By nie umknęło

Kilka miesięcy temu przeczytałam powieść, która zrobiła na mnie spore wrażenie, które, co ważniejsze, z czasem wcale nie uleciało. Dlatego dziś wracam do niej, by nie przepadła w odmętach dzieł wątpliwej wartości, by polecić ją Tobie – bałwochwalcy literatury przez wielkie L – jeśli doświadczenia tej lektury nie masz jeszcze za sobą (czego szczerze Ci zazdroszczę), by namówić Cię, przekonać, że warto.

Ból konwersacji

Zapewne nikomu nie jest obce uczucie irytacji, złości, ale przede wszystkim bezsilności, gdy podczas rozmów istotnych mówi się A, a interlokutor słyszy B, gdy mówi się jedno, a rozmówca słyszy drugie, gdy zdania wypowiadane mijają się, idą w próżnię, gdy sens nadany danym słowom, zupełnie nie pokrywa się z sensem danych słów rozmówcy… Nawet jeśli rozmawiają bliscy sobie ludzie…

Relacje międzyludzkie to temat bez dna. To też temat, który mnie najbardziej interesuje czy to w literaturze, czy w filmie. Bo chyba i to zagadnienie jest jednym z ciekawszych aspektów w ludzkiej egzystencji. Najbardziej zagadkowym, intrygującym, niejednoznacznym. I tematem chyba, który coraz intensywniej nurtuje twórców. W roku 2016 ukazały się dwie powieści, znakomite powieści, które w gruncie rzeczy są wiwisekcją związków międzyludzkich właśnie. O jednej z nich była już mowa w Bałwochwalni (Małe życie Hanyi Yanagihary), na drugą właśnie przyszedł czas.

Powieść Lauren Groff Fatum i furia*, bo o nią tu chodzi, doceniona została już chyba przez wszystkich (nawet przez Baracka Obamę 😉 ). Dla niektórych peany pochwalne stanowią zachętę do lektury, u mnie jednak wywołują raczej odruch obronny. Warto jednak niekiedy się przełamać. Sięgnęłam po nią niejako wbrew sobie, odrzucając wszystkie ochy i achy na jej temat, ze względu właśnie na problematykę. I szybko dołączyłam do grona entuzjastów.

Małżeńskie fatum i furie

Nie tylko co, ale i jak

Fatum i furia to przykład powieści, w której liczy się nie tylko co, ale i jak! Wychowałam się na twórcach, dla których forma była równie ważna co treść. Należę więc do tych, dla których odpowiedź na pytanie „jak?” jest jedną z zasadniczych kwestii. Dlatego czuję się powieścią Groff w pełni usatysfakcjonowana.

Autorka swoją opowieść o pewnym amerykańskim małżeństwie podzieliła na dwie części. Dzięki temu prostemu zabiegowi forma zazębia się z treścią. Pierwsza części to opowieść męża, druga – żony. Dopełnieniem tego jest symboliczny tytuł powieści, który w środku zostaje rozbity. Fatum staje się tytułem części pierwszej – jego, Furia zaś części drugiej – jej. Ten sposób narracji – niby banalnie prosty – wywołuje piorunujący efekt.

Małżeński portret nieprzystający

Fatum i furia to portret konkretnego małżeństwa, Mathilde i Lotta, na przestrzeni wielu lat, a ogólniej relacji dwojga ludzi. Portret ten odmalowany zostaje przez samych głównych bohaterów. W zasadzie otrzymujemy dwa szkice – jeden odmalowany z jego perspektywy, drugi z jej. I dopiero te dwa portrety, nałożone na siebie, tworzą ten jeden prawdziwy, faktyczny, ukazują jego realny charakter, jego istotę. Najistotniejsze, ale i najciekawsze jest właśnie to nakładanie na siebie tych dwóch wizerunków – dwóch perspektyw, jakże różnych, dwóch punktów widzenia, jakże odmiennych. Nakładanie owo, dzięki konstrukcji powieści, autorka pozostawia nam. To my scalamy, to my łączymy w jedno dwa, do tej pory połowiczne, nieobiektywne portrety. To nakładanie jest jest więc w istocie tworzeniem. I to autorka pozostawia nam!

A my, strona za stroną, coraz szerzej otwieramy oczy ze zdumienia. Bo, to nieprawdopodobne jak te dwa światy, które wydawałby się, że tworzą jeden spójny, nie przystają do siebie, jak bardzo są rozbieżne, wykluczające się wręcz, obce.

Dekonstrukcja i rekonstrukcja

Autorka pozbawia nas właściwie radości tworzenia. Bo tak naprawdę okazuje się, że to konstruowanie odbiorcy jest destrukcją, dekonstrukcją. Czego? W gruncie rzeczy naszego bezpieczeństwa, naszego wewnętrznego komfortu, poczucia posiadania życiowej mądrości. Groff wyrywa z tego kokonu, spod klosza, w którym w zasadzie sami siebie umieściliśmy, dla własnej przede wszystkim wygody psychicznej. Uświadamia nas, zmusza do zrewidowania naszego myślenie, najpierw burząc, a później rekonstruując.

A chodzi o relacje, tu konkretnego małżeństwa, ale przecież nie tylko, bo chodzi o relacje w ogóle, tak trudne, skomplikowane, nieodgadnione, nie do pojęcia.

Treści nadbudowane

Tytuł powieści już sugeruje, że jest zanurzona w tradycji. I rzeczywiście. Bo autorka na tytule nie poprzestaje. Cała powieść jest silnie zakorzeniona w tradycji antycznej i literackiej w ogóle. Tekst jest wręcz naszpikowany literackimi aluzjami, ale nie jest to obliczone na tani efekt, nie są to erudycyjne popisy dla samych popisów, nie jest to sztuka dla sztuki.

Te odwołania, nawiązania pokazują ciągłość, porządek świata, który choć ulega przemianie wciąż trwa. Już za sprawą samego tytułu nadbudowane zostały pewne treści. Fatum to przecież nic innego jak mitologiczne mojry – boginie przeznaczenia. Furie zaś to erynie – boginie zemsty, nienawiści. A przecież to nie wszystko. Czytając, szybko zorientujemy się, że to też antyczna tragedia, rozpisana na głosy głównych bohaterów i chóru. Tak, mamy u Groff chór! Dyskretny, cichy, ale znaczący. Dzięki któremu uniwersalność opowieści staje się namacalna.

Tragizm bohaterów, niczym w greckim dramacie, polega na ich uwikłaniu w sytuację, z której nie ma wyjścia, z góry skazani są na porażkę. I rzeczywiście, o rozumieniu drugiego, jakbyśmy bardzo się nie starali, mowy być nie może. Tu każdy poniesie klęskę, każdy skazany jest na samotność, obcość.

Cicha obecność tu i teraz

Powieść ma swój czas, ale ten element pozostaje niemalże niezauważalny, choć jest to tylko złudzenie. Współczesność jest skrycie obecna, trwa, otacza. Jest przyczajona i tylko pozornie nie wpływa na los bohaterów. Zgodzić się trzeba z Wojciechem Engelkingiem, że współczesność to „niedostrzegalny inaczej niżeli z perspektywy kilkudziesięciu lat proces przemiany myślenia społeczeństwa o samym sobie”[1]. A wypowiedzi wspomnianego chóru „można traktować jako specyficzny głos zmieniającego się świata”[2], który wskazuje na uczestnictwo bohaterów „w stopniowej przemianie obyczajów”[3].

Nadzieja

Autorka jednak daje nam nadzieję, choćby w komentarzu do swojej powieści:

Rilke napisał kiedyś bardzo pięknie o tym, że bycie z kimś w bliskim związku jest piękniejsze, kiedy akceptuje się dzielącą nas przestrzeń. Wierzę w to i uważam, że zachowanie autonomii w bliskiej relacji jest niezwykle ważne, jeśli chce się stworzyć z kimś jedność. Widzę to też na skali politycznej, nie tylko w odniesieniu do indywidualnego życia. Posiadanie tajemnic jest piękne. Bardzo ważne dla naszego życia duchowego jest zachowywanie tajemnic przed samym sobą. Nie podoba mi się koncepcja związku jako zbiorowej terapii, w trakcie której powinno się mówić partnerowi wszystko. To niebezpieczne. Gdyby powiedzieć partnerowi wszystko, co się o nim myśli, można by go zniszczyć. To mogłoby mieć fatalne konsekwencje. Tak wyobrażam sobie piekło. Zachowywanie autonomii i mrocznych tajemnic jest bardzo ważne[4].

Zatem pozostaje nam tylko pewne rzeczy, na które wpływu nie mamy, zaakceptować, nabrać powietrza w płuca i… żyć wspólnie!

Ps. Polecam kilka cytatów z tej intrygującej powieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – Fates and Furies, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Wojciech Engelking, Bo to był on; bo to byłem ja. O „Fatum i furii” Lauren Groff i „Małym życiu” Hanyi Yanagihary, http://kulturaliberalna.pl/2016/04/12/fatum-i-furia-male-zycie-wojciech-engelking-recenzja/, dostęp 27.11.2016.

[2] Ibidem.

[3] Ibidem.

[4] Trójkowy znak jakości, „Fatum i furia” Lauren Groff. Opowieść małżeńska, audycja radiowa, 21.03.2016, godz. 13:45, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1597124,Fatum-i-furia-Lauren-Groff-Opowiesc-malzenska, dostęp 27.11.2016.