Podsumowanie sezonu – lato 2019 – rekomendacje czytelnicze

Czas najwyższy na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie sezonu!!!

Czas na sezonowe podsumowania czytelnicze, które w istocie jest rodzajem czytelniczych rekomendacji. Choć tym razem, będzie coś nadto!

Lato 2019

Lato, wakacje, słońce, radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie nie oznacza wcale, że człowiek oddał mózg do przechowalni. I nie myśli. I chce tylko pławić się w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. W ten lekkomyślny okres w roku, zmysły są przecież szczególnie wyczulone, a odciążony mózg niezwykle pojemny i chłonny. Odbiera się wszystko z większą intensywnością. Wręcz cierpi się na nadwrażliwość. I niekiedy odczuwa się głód, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do świtu.

Niestety, mnie tego lata nie było dane przeczytać czegoś tak mocnego. Nie trafiłam na nic takiego, a może po prostu trafić nie chciałam? Może potrzebowałam tym razem innego rodzaju intelektualnych i estetycznych stymulacji?

Sezon czytelniczy nie był więc zbyt bogaty, mimo wszystko z trzema tytułami warto się zmierzyć, gdyż zdaniem BJ warte są uwagi!

Poniżej będzie coś jeszcze. Coś, co przeczytałam, a raczej zmęczyłam… Lepiej poczytać Dickensa i Salingera.

Z przeszłości niedawnej

„Floryda” – Lauren Groff – zbiór jedenastu opowiadań, których akacja dzieje się głównie w jednym z najbardziej i najgęściej zaludnionych stanów USA. Bohaterami są głównie kobiety – matki, żony, pisarki, kobiety wykształcone – i to głównie ich punkt widzenia jest przedstawiony (od tych dwóch reguł są niewielkie odstępstwa). Podczas lektury poszczególne opowieści zatracają jednak swą osobność, poszczególne wydarzenia przestają mieć znaczenie, poszczególne postacie tracą swą indywidualność, tworząc zlewającą się w jedno opowieść z jednym bohaterem – Florydą, będącą już nie tylko miejscem na mapie Ameryki, ale stanem duszy, wewnętrznym stanem człowieka, który patrzy i słucha, który widzi i słyszy.

Będąc na Florydzie i we „florydzie”, człowiek zyskuje świadomość tego kim naprawdę jest – częścią natury a nie jej panem. Stan ten pozbawia go złudzeń. Na każdym kroku przekonuje się, że jest tylko częścią, jednym z wielu ogniw, elementów całości, nad którą nie jest wstanie zapanować. To nie on dyktuje tu warunki. Warunki są mu narzucane. Może jedynie poddać się temu – przeciwstawianie się z góry skazane jest na porażkę – i współistnieć w ciągłym poczuciu niepewności.

„Floryda” niepostrzeżenie kolonizuje odbiorcę. Przenika pod skórę i zagnieżdża się w najgłębszych zakamarkach wnętrza, pozbawiając spokoju, poczucia komfortu. Wprawia czytelnika w stan ciągłego, płynącego nie wiadomo skąd, zagrożenia, którego doświadczają podglądani przez Groff mieszkańcy pozornie rajskiej krainy.

Niewątpliwie siła tomu tkwi w języku. Bardzo celnym, precyzyjnym, konkretnym choć pozornie barokowym z zapadającą w pamięć metaforyką.

I faktem jest, że podczas lektury napięcie rosło z każdą chwilą, niestety wraz ze znużeniem. Czuło się jednak, oczekiwało, miało się nadzieję, więcej, było się pewnym, że zmęczenie będzie wynagrodzone, że finał będzie wybuchem, że musi być wybuchem. Niestety, nie był. Było nienasycenie…

„O zmierzchu” – Therese Bohman –niewielka powieść kampusowa, której kierunek ostrza satyry skierowany jest nie tam, gdzie się spodziewamy i powieść feministyczna pod prąd w jednym; powieść, która zwodzi, w której świat nie jest czarno-biały, która stawia pytania o współczesność, nie udzielając jednoznacznych odpowiedzi, opowieść z zaskakującym zakończeniem; monodram człowieka, która szuka własnego miejsca w nieprzyjaznym świecie.

Karolina Andersson to czterdziestokilkuletnia, pewna siebie, dość irytująca, nieco infantylna, niedojrzała emocjonalnie wielkomiejska przedstawicielka klasy średniej. Bezdzietna, niezależna, atrakcyjna nie tylko fizycznie profesor historii sztuki, żyjąca po swojemu wykładowczyni na uniwersytecie w Sztokholmie. Jest to więc kobieta sukcesu. Wszystko jak na singielkę przystało. Prawie. Bo Karolina wcale nie czuje się spełniona – co już singielce nie przystoi. Kobieta świadomie zdecydowała się na życie takie, a nie inne i dokonanych wyborów nie żałowała, nie zapewnia jej to jednak satysfakcji, radości, szczęścia. W gruncie rzeczy czuje się rozczarowaną, samotną, wyalienowaną i niespełnioną kobietą, której brak celu, którą przepełnia poczucie jałowości i pustki życia, która choć nie ulega presji otoczenia, to czuje się przez tę presję osaczona.

Znajduje się w momencie życia, w którym oczekuje odmiany. Właśnie, po zakończeniu długiego jałowego związku, wprowadziła się do nowego mieszkania. Zawodowo zaś na horyzoncie zaczął majaczyć fascynujący projekt, po którym wiele sobie obiecuje. Czekając więc na przełom, na rozwój wypadków przemierza Sztokholm, przyglądając się jego mieszkańcom i oddaje się schyłkowym nastrojom i dekadenckim refleksjom.

Powieść dotykająca wielu tematów – dotyczących makro- i mikroświata, tych uniwersalnych i tych z pierwszych stron dzisiejszych gazet, tych, które dotyczą każdego zakątka na ziemi i tych iście sztokholmskich, czy nieco szerzej skandynawskich – niestety potraktowanych niekiedy po macoszemu, zbyt powierzchownie, bez głębszej analizy.

Wątek sfabrykowanego doktoratu zaś wydaje się mocno naciągany, choć jego finał wart uwagi.

Z przeszłości dalszej, choć pozornie niedawnej

„Saharyjskie dni” – Sanmao –proza autobiograficzna napisana w 1976 roku, po kilku latach spędzonych przez autorkę na Saharze Hiszpańskiej.

Wykształcona, oczytana, inteligentna, bystra i ciekawa świata kobieta mając niespełna dwadzieścia lat, wyruszyła w nieznane, by poznać, odkryć, doświadczyć świata. Swe doznania, refleksje przelewała na papier, pozostawiając na trwałe ślad w historii literatury tajwańskiej.

Marzeniem Sanmao był podbój Sahary. Z czasem dopięła swego, czego pokłosiem są właśnie „Saharyjskie dni” – zbiór zabawnych i przejmujących historii, migawek, ilustracji, relacji, zapisków, not, scen, anegdot, momentów, fragmentów nie tylko z życia na pustyni autorki, ale i tamtejszej społeczności; relacja z tamtego czasu, zapis tamtych chwil. Ale i coś nadto.

Autorka/ narratorka nie jest tu turystą z Zachodu, który przybył popatrzeć i się nadziwić. Z całą świadomością bycia odmiennym od ludu Sahrawi, niebezkrytycznie, ale bez poczucia wyższości, ze zrozumieniem, otwartością i czułością snuje opowieść o saharyjskiej codzienności. I nie jest to tylko prywatna opowieść. Autorka wykracza daleko poza jej obręb. Poszczególne części – opowiadania – tworzą całość, która jest opowieścią o tamtejszej rzeczywistości – o stosunkach rodzinnych, sąsiedzkich, o relacjach pomiędzy kobietami a mężczyznami, o sytuacji kolonizowanego ludu.

Opowieści snute są z ogromnym poczuciem humoru, bez zachowania chronologii, jakby spontanicznie, przypadkiem, bez namysłu nad całością, co nadaje im lekkiego charakteru. I ta lekka forma, która wydawać by się mogło nie przystoi powadze i ciężarowi podejmowanych kwestii, sprawia, że niełatwe tematy mają większą siłę oddziaływania.

„Saharyjskie dni” to także autoportret niezwyczajnej kobiety, bliskiej, żyjącej w każdej, choćby gdzieś bardzo głęboko.

Coś nadto

„Szczygieł” – Donna Tartt – to „Oliver Twist” Dickensa, „Buszujący w zbożu” Salingera i „Harry Potter” Rowling w jednym; powieść rodem z XIX wieku i powieść sensacyjna, Bildungsroman i opowieść o przeznaczeniu bądź o przypadku, jak kto woli, opowieść o Nowym Jorku i Ameryce; wielka amerykańska powieść jak na nagrodzoną Pulitzerem narrację przystało. Uf…

Nowy Jork. Theo Decker, główny bohater i narrator powieści, wrażliwy trzynastolatek, wraz ze swoją matką, miłośniczką sztuki, samotnie wychowującą syna, pewnego ranka przypadkowo przekroczył próg Metropolitan Museum of Art, nie przeczuwając, że za chwile dojdzie w nim do zamachu terrorystycznego. Matka tuż przed śmiercią zdążyła pokazać pierworodnemu swój ukochany obraz – „Szczygła” – olej na desce przedstawiający złocistego ptaka przywiązanego łańcuszkiem do drążka – siedemnastowiecznego malarza holenderskiego i utalentowanego ucznia Rembrandta – Carela Fabritiusa.

Theo przeżył. Wybuch jednak przekreślił dotychczasowe, bezpieczne i spokojne życie chłopca, a kilka następnych chwil spędzonych w ruinach budynku zadecydowało o jego przyszłości. Spod gruzów bowiem wyszedł, tuż po spotkaniu z starszym umierającym mężczyzną, ze „Szczygłem” pod pachą i osobliwym pierścieniem na palcu. Wówczas to zaczęła się chłopięca odyseja… Przede wszystkim po Nowym Jorku, ale i po Las Vegas i Amsterdamie. Dokąd zaprowadziła?

Powieść językowo urzekająca. Fabuła niby wciągająca, choć gdyby tak było dwieście, a może i trzysta stron mniej, to może byłoby bez niby. Niby dla każdego (dla spragnionych przygód i wrażeń, dla koneserów sztuki, dla młodych i starych, dla tych o wyrafinowanym guście i tych, których gusta są nieco mniej wysublimowane) – w końcu powieść powstała ku uciesze tłumu. Autorka poszła na rękę odbiorcom na tyle, że mogą darować sobie nawet namysł – końcowe wnioski z powieści wyłożyła w kilku ostatnich akapitach. Wszystko jednak jakieś takie nieautentyczne, nieprzekonujące, za szybą.

Arcydzieło, które można sobie darować! Lepiej poczytać Dickensa i Salingera.

Jeden plus – opisy!!! Odsłaniają uroki rzeczywistości/ codzienności. Tej szarej, brudnej, zniszczonej, w której piękno skrywa się pod powierzchnią. Skupienie uwagi na przedmiocie, oglądanie rzeczy pod każdym kątem, zachwyt nad detalem może irytować. Mnie to jednak bliskie, więc delektowałam się, upajałam opisami.