Podsumowanie sezonu – jesień 2019 – rekomendacje czytelnicze

Czas na sezonowe podsumowania czytelnicze, które w istocie są rodzajem rekomendacji.

Jesień 2019

Jesień to czas szarości, burości, siąpiącego stale deszcz, przeszywającego wiatru. To czas na melancholię, na spadek nastroju, depresję! Hm… Na coraz dłuższe wieczory, na ciepłe skarpety i koc, na litry parującej herbaty z dodatkami o niebiańskim smaku, na dania rozgrzewające, na spowolnienie, na zatrzymanie, na spokojny wdech i wydech!

Jesienią przeczytałam to i owo. Jak zawsze coś starego i coś nowego. I choć przygoda ze starym była tym, czym czytanie między innymi być powinno, to jesień stała pod znakiem nowego.

Sezon uznaję za… niespełniony.

Bałwochwalnia jednak z bałwochwalcami literatury chciałaby się podzielić tym i owym.

Swego czasu świat Bałwochwalnii wypełniała literatura polska. Było dobrze, dopóki była to literatura sprzed roku 1989, dopóki nie nadszedł czas na literaturę najnowszą – wówczas z przełomu wieków (dwie dekady). Początkowe zainteresowanie i zaciekawienie szybko przerodziło się w zmęczenie i znudzenie (choć były/ są wyjątki oczywiście). W końcu porzucenie tego terenu eksploracji. I tylko rejestrowało się nowe nazwiska, nowe tytuły, nowe tendencje, które pojawiały się, by zaraz zniknąć w odmętach literackich i okołoliterackich światów.

Niby się dzieje. Nazwiska, tytuły mnożą się. Wszystko rzekomo zasługuje na uwagę. Czy rzeczywiście? Trudno nadążyć za tymi rewelacjami. Żywotność każdej równa jest żywotności płatka śniegu. Był i już go nie ma. Przepadł bez śladu. Chwilowe/ sezonowe trwanie.

Dziś o polskiej literaturze najnowszej mówi się dużo. Niewielkie oficyny wydawnicze polują na rokujących debiutantów, a światek literacki nagradza te wyróżniające się spośród rokujących.

W końcu więc przełamałam swój opór i sięgnęłam po kilka najnowszych tytułów. I przyznam, że zaciekawiło, przejęło, zdumiało nawet i zajęło głowę.

Nie tylko debiuty

Paweł Sołtys w „Mikrotykach” odmalował obrazy z mojego podwórka, z mojej rzeczywistości sprzed lat, z mojej przeszłości, w „Nieradości”  zaś moich lęków i niepokojów wywołanych marnością, ulotnością, przemijaniem, moich strachów o jutro, o przyszłość. Trafnie,  sprawnie, sentymentalnie, lekko, z „nieradością” podszytą poczuciem humoru, świeżo, choć znajomo.

Lektura „Lekcji kwitnienia” Katarzyny Pochmary-Balcer przypominała senny koszmar, w którym pojawiające się nie wiadomo skąd głosy artykułują treści, które człowiek wypiera. Nie, że jest słaby, że sobie nie radzi, że jest podatny na manipulacje, że lada chwila wpadnie w szpony charyzmatycznego i przebiegłego guru, tylko, że doszedł do ściany, że nie ma alternatywy. Koncept, struktura, treść przekonują.

Katarzyna Wiśniewska w „Tłuczkach” natomiast odmalowała „puzzlowy” portret wielopokoleniowej rodziny, której każdy z członków niejeden grzech ma na sumieniu, czy nieco szerzej – wspólnoty religijnej, której życie zdaje się, że polega na pogłębianiu przepaści pomiędzy teorią a praktyką. Znane z telewizji, prasy, literatury… Przewidywalne.

Barbara Sadurska nakreśliła „Mapę” światów nieodgadnionych, wyznaczając ścieżki, którymi człowiek podąża, nie mając pojęcia dokąd go zaprowadzą.

Ile z tego przetrwa?

Z perspektywy czasu, niedługiego przecież, nie czuję się w usatysfakcjonowana. Mam nawet poczucie może nie zmarnowanego czasu, ale źle wykorzystanego, i może szkoda, że nie poświęciłam go na przykład nowemu tłumaczeniu „W poszukiwaniu straconego czasu” Marcela Prousta!?