Dobry duch – Frida Kahlo – „kulawa” Metyska

Dobry duch - Frida Kahlo
Frida Kahlo, 1932*

Frida Kahlo

wł. Magdalena Carmen Frida Kahlo y Calderón

6 lipca 1907 – 13 lipca 1954
Dobry duch

Korowód dobrych duchów Bałwochwalni rozpoczyna Frida Kahlo. Skąd ten wybór? Nie, tu wyboru nie było. Frida musiała być pierwsza z racji szczególnego związku z Bałwochwalnią. Kiedy rodził się projekt, artystka towarzyszyła temu na każdym kroku. Za sprawą książki Barbary Mujicy Frida, którą wówczas niżej podpisana czytała, będącej rodzajem zbeletryzowanej biografii malarki. Nie będę pisać o samej książce, bo nie miejsce na to (być może kiedyś wrócę do niej), wspomnę jedynie, że książka oddaje ducha artystki i jej twórczości – niepowtarzalny koloryt, na pierwszy rzut oka radosny, na drugi już tragiczny. I tak, za sprawą przypadku, a może przeznaczenia, zarysowując wizję Bałwochalni, Frida stała tuż obok i podpowiadała… Inspirowała!

Powierzchnia

Frida Kahlo nie jest postacią nieznaną. Wręcz przeciwnie, ma swoją mocną pozycję w popkulturze. Wizerunek kolorowej artystki, o szczególnej urodzie, kaleki, komunistki, biseksualistki, żony Diego Rivery i kochanki Lwa Trockiego utrwalony jest na dobre. To niestety sprawia, że jest powszechnie znana tylko pozornie, że istoty się nie dotyka. Sama niekiedy łapię się na tym, że patrząc w wyobraźni na twarz malarki, zastanawiam się czy widzę rzeczywistą Fridę czy Salmę Hayek, która w popularnym swego czasu filmie wcieliła się w tę niepokorną postać. A na to przecież nie zasługuje.

Frida

Oczywiście o wyborze Fridy na dobrego ducha Bałwochwalni nie zadecydował zbieg okoliczności, ale to kim była i jaka była. Frida uosabia zjawiska, które w gruncie rzeczy się wykluczają, są nie do połączenia. Bo jak można być wolnym i jednocześnie zniewolonym? Od dziecka chadzająca swoimi ścieżkami (jako mała dziewczynka była krnąbrna, miała zawsze swoje zdanie, zaś jako nastolatka była typem chłopczycy, mającym na koncie wybryki, których największy chuligan by się nie powstydził), szybko musiała zmierzyć się z ograniczeniami, których nie można było pokonać. Można było albo się poddać, albo zacisnąć zęby, zaakceptować i robić swoje. Oczywiście przy temperamencie Fridy pierwsza ewentualność w ogóle nie wchodziła w grę. Dla niej była tylko jedna możliwość – robić swoje mimo wszystko.

Życie i sztuka

Świadectwem tego są zachowane zdjęcia i oczywiście obrazy. Bo malarka nie dzieliła życia na prywatne i zawodowe. I obrazy, które tworzyła opowiadają jej świat, ten zewnętrzny i ten wewnętrzny. Wyczytamy z nich utożsamianie się z Meksykiem, jego kulturą, folklorem, dorobkiem, historią, także miłość do wielkiego Diega Rivery, doświadczenie polio i wypadku autobusowego (złamania kręgosłupa, miednicy i nóg), którego konsekwencje ponosiła przez całe życie, unieruchomienie ciała w gipsie, stale nawracający ból, dolegliwości pourazowe, kolejne operacje, poronienia, stawianie czoła rzeczywistości, czerpanie z życia.

Inspiracja

Frida to wolny umysł i zniewolone ciało. Jej świat stał się dla artystki bezdennym źródłem inspiracji. Jej dzieła to głównie autoportrety oddające wiernie nie tylko jej twarz, ale i duszę – osobiste, ekspresyjne, dokumentujące jej egzystencję. To intymny autoportret. Trudno być wobec nich obojętnym. Przykuwają uwagę. I wywołują raczej gęsią skórkę, niż wzruszenie ramion. Włos się na głowie jeży, widząc zderzenia kolorów, mocną kreskę, uproszczenie środków wyrazu tych, jak sama Frida określała, realistycznych obrazów. Inni uznawali je za surrealistyczne, ale malarka sprzeciwiała się temu. Mawiała, że nie maluje marzeń, snów tylko swoją rzeczywistość.

Istota

Jaka była? Można mówić bez końca. Bystra, zadziorna, zdeterminowana, spontaniczna, energiczna, uwodzicielska, inteligentna, zdolna, z ogromnym poczuciem humoru, o żywiołowych charakterze i wyrazistych poglądach, niewyczerpanej fantazji i wyobraźni. Zawsze odrębna, osobna, inna. Dumna, pewna siebie, zuchwała, silna, uparta, twarda, pełna pasji, namiętności, kochająca życie.

Uczęszczała do najlepszej szkoły w Meksyku, by w przyszłości zostać lekarzem. Została jednak malarką. Nie z wyboru, ale z nudów. Unieruchomiona i przykuta do łóżka po wypadku (który przekreślił jej plany na dobre), chcąc zabić ciągnący się w nieskończoność czas, leżąc, zaczęła malować. Podstawy już miała, gdyż jako córka fotografa, pomogła ojcu retuszować fotografie w jego pracowni. I tak te pierwsze próby doprowadziły tę meksykańską artystkę do Luwru.

Multi-kulti

I jeszcze jedno. Byłam, jestem – i nie powiem, że będę tylko dlatego, że nigdy nic nie wiadomo, więc lepiej się nie zarzekać – zwolenniczką wielokulturowości. Idea multi-kulti bez dwóch zdań jest słuszna, a że człowiek jest istotą, która wszystko potrafi zniszczyć, nawet coś, co wydaje się, że do zniszczenia nie jest, to już inna kwestia. Wracając do meritum, jako więc entuzjastka koegzystencji różnych kultur z uwagą przyglądam się tym, którzy dają temu przykład. I fakt, że Kahlo była Metyską, że miała korzenie niemiecko-węgiersko-żydowskie z jednej stron, z drugiej indiańsko-hiszpańskie, jest kimś takim.

Z pewnością pomieszanie tak różnych kręgów kulturowych miało wpływ na osobowość, wrażliwość i wyobraźnię artystki. Choć podkreślić należy, że to z Meksykiem, w którym się urodziła i w którym żyła, utożsamiała się. Frida była Meksykiem, a Meksyk Fridą. Mawiała nawet, że urodziła się nie w roku 1907 tylko w 1910 – w roku narodzin nowego Meksyku. Co nie przeszkadzało jej wyjść poza lokalność, nie przeszkadzało jej być uniwersalną.

Podglądanie egzystencji Fridy, jej poczynań jest fascynujące. Pobudzić może, może dodać energii, siły, odwagi, może być inspiracją do działania, do życia. A o to przecież chodzi! Dlatego ta „kulawa” Metyska musiała znaleźć się w Bałwochwalni wśród gości honorowych!

Ps. Niektóre zdjęcia Fridy na długo zapadają w pamięć. Na mnie największe wrażenie zrobiły dwa ze szpitala w Nowym Jorku i tuż po operacji.

*Fot. Guillermo Kahlo (1871-1941) – Sotheby’s, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=32639240, dostęp 23.09.2016.


BIBLIOGRAFIA

O parszywym życiu. „Małe życie”– Hanya Yanagihara

Małe życieTytuł – Małe życie

Autor – Hanya Yanagihara

Tłumaczenie – Jolanta Kozak

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2016

  • DLA KOGO – nie dla wrażliwców, nie dla nadwrażliwców; tylko dla wrażliwców i tylko dla nadwrażliwców; dla tych, którym przykazanie „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” nie jest obce; dla wrogów
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, barwniej
  • MOJA OCENA – 10/6
  • NIE POLECAM – za bardzo boli
  • OSTRZEŻENIE – miażdży psychicznie, emocjonalnie; książka tak intensywna, że każda następna może być już tylko rozczarowaniem
Nie à propos

Biorąc pod uwagę fakt, że jest to pierwsza notatka na blogu, to powinnam zacząć chyba nieco inaczej, powinnam zacząć bardziej à propos. Ale nie będzie, przecież nie musi, bo kto powiedział, że musi? Choć pewnie byłoby, gdyby nie okoliczności, które temu nie odpowiadają. Bo okoliczności są nadzwyczajne. Moje dni lata 2016 roku pulsowały w rytmie Małego życia Hanyi Yanagihary* (właściwie wciąż pulsują), więc i ta pierwsza nota może tylko temu być podporządkowana.

Lato, wakacje, słońce… Radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie… Na to był/ jest czas. Co wcale nie znaczy, że człowiek na lato oddaje mózg do przechowalni. I nie myśli. I chce tylko pławić się w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. Nawet w ten lekkomyślny okres w roku, potrzeba też czegoś zgoła innego, niekiedy odczuwa się wówczas głód, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do światu.

Ja w takiej desperackiej chwili sięgnęłam po książkę, która od jakiegoś już czasu widniała na moim horyzoncie. Nie mogę sobie przypomnieć jak ją namierzyłam. Ale kilka dobrych tygodni chodziła za mną, mimo że nie bardzo pamiętałam cóż to jest, wiedząc jedynie, że coś podobno godnego uwagi.

Wielkie małe życie

Okładka, choć dość ciekawa, to zniechęcała dopiskiem wydawnictwa, nakazującym podziwiać jeszcze przed przeczytaniem (o zgrozo!!!). Do tego intrygujące egzotycznie brzmiące nazwisko, które wkrótce nabrało realnych, choć też egzotycznych rysów młodej, choć już nie podlotka (urodzonej w 1975 roku), twarzy amerykańskiej, dokładniej kalifornijskiej pisarki i dziennikarki o hawajsko-koreańskich korzeniach, od lat żyjącej w Nowym Jorku, wicenaczelnej „T: The New York Times Style Magazine”, autorki dwóch powieści, debiutanckiej The People in the Trees z 2013 roku (po polsku jeszcze się nie ukazała) i drugiej, A Little Life, wydanej w 2015 roku (w Polsce w 2016 pod tytułem Małe życie), która stała się bestsellerem.

I moje tegoroczne lato za sprawą lektury tejże książki nabrało innego wymiaru, innego koloru, wyrazistszego, głębszego, pełniejszego, intensywniejszego. A przecież o intensywność doznań w życiu przede wszystkim chodzi. Zawsze, a latem w szczególności.

Waga ciężka

Niedawno, podczas książkowych rozmów, jeden z interlokutorów skarżył się na wagę (w sensie dosłownym) jakiegoś tam tomu. Ubolewał, że trudno mu przebrnąć przez lekturę właśnie z powodu fizycznych rozmiarów książki. Nie mógł jej zawsze mieć pod ręką, by móc w każdej wolnej chwili przeczytać choćby kilku stron. Ja nie miewałam takich problemów, gdyż nigdy nie odpowiadało mi czytanie „w biegu”. Lubiłam wyłuskiwać z codzienności chwile spokojności, podczas których mogłam oddać się bez reszty lekturze i nie miałam potrzeby noszenia książek w kieszeni.

„Ziarenkowa lala”

Do czasu jednak. W końcu trafiła kosa na kamień! Gdy byłam małą dziewczynką miałam maleńką szmacianą laleczkę, wypchaną ziarnem jakimś, na pudełeczku której widniał napis „Noś mnie zawsze przy sobie”.

Ziarenkowa lala przypomniała mi się przy lekturze Małego życia. Bo to jest właśnie książka, którą zawsze chciałabym mieć przy sobie. I dopiero teraz zrozumiałam, co mój rozmówca miał na myśli, mówiąc o gabarytach woluminu. Ja z tego powodu nie miałam problemu z przebrnięciem przez lekturę (moje zwyczaje czytelnicze się nie zmieniły), ale ubolewałam nad faktem, że nie mogę mieć tej książki pod ręką w każdej chwili, by móc wracać do istotnych fragmentów, tak jak wraca się do istotnego wiersza z tomiku poezji, który ma się w kieszeni czy torbie. Znalazłam jednak rozwiązanie. Nie jest idealne, ale lepsze niż żadne. Czytnik ebooków ma się zwykle przy sobie, więc teraz już i Małe życie. Ale zacznijmy od początku.

Małe życie Hanyi Yanagihary to ciężka lektura. W sensie każdym. Dosłownym – spory format, twarda okładka no i 813 stron. Opasłe więc tomisko. Metaforycznym – miażdży duszę, psychikę, trzewia. 

Tuż po

Notę tę piszę tuż po lekturze. Na gorąco. Uznałam, że tak muszę. Choć, co oczywiste, daleko mi będzie w ten sposób do obiektywizmu. Profesjonalnie postępując, należałoby odczekać, ochłonąć, nabrać dystansu i dopiero wtedy ruszyć z pisaniem. Ale zdecydowałam się na coś zgoła przeciwnego. Bo? Bo, po pierwsze, sądzę, że wobec tej pozycji nigdy nie będę potrafiła zająć profesjonalnego stanowiska, czytaj obiektywnego, racjonalnego, i tylko reakcja na gorąco ma sens, bo tylko wtedy odda istotę sprawy, a po drugie – NIE CHCĘ. Książka wstrząsnęła moim światem wewnętrznym, moją psychiką, moją duszą i chcę, żeby w sferze ducha pozostała, nie chcę, by przeszła do sfery intelektu. W związku z tym każde zdanie niniejszego tekstu może tylko mieć i ma bardzo osobisty ton. Może zbyt, ale innego wyjścia nie widzę.

Bezradność

Lektura ta ujawniła bezzasadność autora nawet à la recenzji. Zasiadając do niniejszego tekstu, czułam się bezradna. Może właśnie dlatego, że powieść ta jest poza sferą intelektu. Wydaje się, że jakakolwiek próba jej omówienia, nawet najbardziej udana, będzie porażką, wręcz niemożnością.

To nie jest książka do jakiejkolwiek recenzji. Dlaczego? Chociażby dlatego, że każde zdanie czegoś takiego może jedynie odkryć coś, nawet jeśli drobnego, to znaczącego, co w istocie będzie po prostu rodzajem spoilera. Chcąc zanalizować tu cokolwiek, podamy informacje, które nie są pożądane. Krytykowi literackiemu, recenzentowi czy innemu specowi bądź dyletantowi zwyczajnie brakuje odpowiednich narzędzi badawczych, by mógł sprostać wyzwaniu. Bo to książka do przeżycia, do doświadczenia, do przeczytania, do dyskusji, nie do recenzji.

Małe życie

Małe życie opowiada o kilkudziesięciu latach życia czterech przyjaciół. I na tym sądzę, że należy poprzestać w zdradzaniu fabuły. Mówiąc więcej, pozbawimy potencjalnych czytelników przyjemności odkrywania kolejnych faktów, nawet tych najdrobniejszych – słowem odkrywania powieści. Zdanie więcej zbyt wiele zdradzi. Bo z Małym życiem jest jak z życiem, nie chodzi o dojście do celu, o finał, ale o drogę, którą kroczymy dzień po dniu, o każde kolejne przeczytane zdanie.

Swoiste doświadczenie

Małe życie to moja książka życia! Jak nic! Ale nie w myśl hasła z etykietki „NAJWAŻNIEJSZE KSIĄŻKI ŻYCIA”. Nie, nie. To książka z zupełnie innej kategorii. Żyjąc już na tym świecie nieco, przeczytawszy już nieco książek, wiele takich, które zachwyciły, odmieniły, też poraziły, nigdy nie doświadczyłam czegoś podobnego do tego, z czym przyszło mi się zmierzyć podczas lektury powieści Yanagihary. Doświadczenie to nowe, jedyne w swoim rodzaju, bezcenne, nie często się przytrafiające – jeśli w ogóle – sprawiło, że powieść tę umieściłam właśnie w kategorii książek życia.

Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdemu przy tej lekturze dane będzie doświadczyć tego, czego doświadczyłam ja – wiele zależy od czytelnika (jego nastawienia, empatii, przekonań, ograniczeń, doświadczeń, oczekiwań), przecież on jest współautorem dzieła, więc w jego rękach jest też siła sprawcza – ale książka ma wiele walorów formalnych, które jednak zostały mi przysłonięte przez owo swoiste doświadczenie. Ono to zepchnęło całą resztę na dalszy plan, pozbawiając ją niejako znaczenia, choć co oczywiste, doświadczenie wspomniane tylko dzięki tej nieco zmarginalizowanej całej reszcie można było zdobyć.

Czysty masochizm

Lektura ta sprawiła, że czuję się skatowana, jak to określił Michał Nogaś przeorana i przenicowana[1]. Zgwałcona emocjonalnie, duchowo, psychicznie, uczuciowo… Nie potrafię opuścić świata powieści. Pierwszy raz zdarzyło mi się odkładać książkę w połowie zdania, bo musiałam złapać oddech (powieść nam na to nie pozwala nawet w najbardziej wyciszonych fragmentach), bo nie dawałam rady – tortury były nie do wytrzymania. Zdania ściskały gardło, wywoływały mdłości, przyspieszenie pulsu, ustanie tętna, dławiły, wprawiały w przygnębienie, frustrację, odrętwienie itp., itd. Niekiedy, po solidnej dawce, musiałam ochłonąć, odpocząć, co trwało wiele dni.

Tak, lektura Małego życia to masochizm (padło już hasło, że masochistyczne skłonności do czytania o traumie zadecydowały, że powieść stała się bestsellerem[2]). Z jednej strony każdy kolejny akapit książki tak bardzo boli, że nie jesteś w stanie tego wytrzymać i pragniesz tylko jednego – by poszła z dymem, by zapomnieć o niej raz na zawsze, z drugiej zaś pragniesz więcej, jeszcze (tortur, ciosów, katuszy), i za nic nie potrafisz o niej zapomnieć ani jej odrzucić.

Koniec bez oczekiwanej ulgi

Powieść angażuje czytelnika bez reszty, jakby mimochodem, więzi go, osacza, uzależnia, wiele kosztuje psychicznie, emocjonalnie. Koniec oznaczał dla mnie ulgę, wyzwolenie, ukojenie z jednej strony, ale z drugiej ból rozstania. Świadomość, że ta przygoda (choć w tym kontekście nie jest to adekwatne słowo) już się skończyła, że nie mogę zasiąść i brnąć dalej, dojmującą tęsknotę. Pozostaje tylko ponowna lektura. Ale to za chwilę. Najpierw trzeba uśmierzyć ból. Ale czy ukojenie po przeżyciu czegoś takiego może w ogóle przyjść?

Przyjaźń bezkonkurencyjna

Niektórzy mają przyjaciół, niektórzy przyjaciół mieli, niektórzy sobie przyjaciół wyobrażają… Dzięki Małemu życiu można mieć ich więcej. A co jest cenniejszego od przyjaciół? Rodzina? Z nią może różnie być, wiadomo. Pieniądze? Każdy kto je ma, wie że za nie można wieeeele mieć, ale nie to, co najcenniejsze, co bezcenne, co tak naprawdę jest istotą egzystencji. Ten kto zaś ich nie ma, traci życie, chcąc je zdobyć, a tak naprawdę, by w końcu jedynie przekonać się, że zmarnował dany mu czas. Zdrowie? Ono bywa kruche i nie zawsze od nas zależy. Życie samo? A i owszem, ale cóż nam po nim, gdy brak nam towarzystwa, z którym możemy się dzielić naszymi myślami, bólami, radościami?

Wychodzi więc, że najcenniejszy jest drugi człowiek! Tak zwany powszechnie przyjaciel (dziś pojęcie zdewaluowane, zbanalizowane). I właśnie powieść amerykańskiej pisarki kwestie przyjaźni porusza. Karolina Sulej wręcz uznała, że powieść ta jest definicją przyjaźni[3]. Sama zaś Yanagihara w udzielonym dla radiowej Trójki wywiadzie podkreśliła potrzebę przywrócenia należnego miejsca przyjaźni i wagę przyjaciela, którego sami wybieram jako naszego towarzysza i związek ten światu ogłaszamy[4].

Trudna atrakcyjność XXI wieku

Autorka o Małym życiu powiedziała jeszcze coś, dziś bardzo istotnego, mianowicie że jej powieść

[…] jest […] hołdem pewnemu stylowi życia, który wiodę ja, moi przyjaciele i coraz więcej ludzi wokół nas, zwłaszcza w wielkich miastach: nie jesteśmy samotni, choć nie mamy stałych partnerów, małżonków, ani dzieci. Mamy jednak przyjaciół, bardzo bliskich przyjaciół – jest to życie, można to tak określić, »trzeciego wyboru«: nie życie samemu i nie życie w intymnym związku z drugą osobą, lecz życie, w którym nade wszystko liczą się bliskie, wieloletnie przyjaźnie, o które dbasz na co dzień[5].

Słowa te, bliskie są moim konkluzjom – jakby staroświeckim – dotyczącym istotności w życiu przyjaciela. Zacytowane zdania mówią jednak o czymś jeszcze, równie ważnym, co lektura powieści uzmysławia. O naszej współczesności, jakże złożonej, wielobarwnej.

Mamy XXI wiek, codzienność każdego z nas staje się coraz bardziej niekonwencjonalna i jest to według mnie jeden z nielicznych pozytywów tego czasu. Dzięki temu, upraszczając oczywiście, mamy więcej możliwości (czy z nich skorzystamy, to już inna sprawa) życia według naszych upodobań, preferencji. Jesteśmy wolni, teoretycznie przynajmniej, od opinii innych, wymogów, konwenansów, stereotypów. Praktycznie różnie bywa, ale od nas w dużej mierze zależy co i jak zrobimy – jak przeżyjemy nasze małe życie.

Życie po prostu

Wraz z lekturą grono bliskich powiększyło się o czterech chłopaków. Właściwie mężczyzn, ale o duszach wrażliwych, delikatnych jak te małych dzieci, którzy żyją sobie po prostu. Tak jak i każdy z nas. Zmagają się ze swoją codziennością, z tu i teraz, z przeszłością i przyszłością. Czegoś chcą, czegoś pragną, czegoś nie mogą, czegoś się boją, czegoś zazdroszczą, czegoś się wstydzą, coś niszczą, coś budują.

Truizm, banał, ale czy życie w swych najrozmaitszych przejawach, czy to w sferze profanum czy nawet sacrum, nie jest banalne? Nawet w swej wyjątkowości? Z czasem dwaj z nich rozpierzchli się. Choć nie zrywając kontaktów. Dwaj pozostali stali się bliscy niemalże jak nikt nigdy wcześniej. Stali się częścią mojego życia, sprawili, że nawiązałam z nimi niemal intymny kontakt, poznałam ich wewnętrzny świat, ścieżki, którymi podążają ich myśli, praźródło ich uczuć, zachowań, motywacji. Jeden z nich wkrótce stał się… Tobą, mną.

Powieść na wskroś humanistyczna

Nie jest to lektura łatwa ani przyjemna (i nie ze względu na formę, konstrukcję czy język). Jest wymagająca (w sensie emocjonalnym), wyczerpująca, przygnębiająca (w tym przypadku brzmi to dość eufemistycznie) i bardzo ciężka. Bo jak może być inna, skoro odsłania jak parszywe jest życie? Nawet w pięknych swych przejawach.

Kiedy wydaje się, że już gorzej być nie może, okazuje się, że jednak, że życie przewyższa wyobraźnię i pokazuje figę, udowadnia, że to jeszcze nie koniec. Powieść nie daje szansy na lekkość, radość, ratunek czy choćby chwilę ukojenia. Nie daje nadziei.

Wprost

Mówi otwarcie, bez zbędnego sztafażu o bólu, emocjach, uczuciach, stanach, z którymi każdy się zmaga, ale mało kto wyraźnie i wprost je artykułuje nawet wobec samego siebie. Obnaża okrutną rzeczywistość i bezradnego człowieka, pokazuje tajemnice, które bywają, jak mówi Yanagihara, częścią naszej tożsamości[6]. To powieść głęboka, dotykająca sedna, mądra, humanistyczna, uniwersalna, totalna. Na Nobla (jeśli ktoś przywiązuje wagę do etykietek czy idei).

Ps. 1. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej. Nie są to dla mnie najistotniejsze fragmenty, nie są to też według mnie fragmenty najważniejsze. Bo wyboru nie sposób dokonać. Umieściłam te, które pierwsze, podczas przeglądania mojego pobazgranego egzemplarza powieści, pobudziły.

Ps. 2. Pierwszym kilkudziesięciu stronom towarzyszyła myśl, że to wymarzona powieść do ekranizacji, że zekranizowana być musi. Z każdą kolejną jednak stroną docierało do mnie przekonanie, że nawet najlepsze tego typu przedsięwzięcie może okazać się tylko porażką. I mając nadzieję (czy raczej łudząc się, bo świadoma byłam, że pokusa może być wielka), że moje obawy się nie ziszczą, dotarła do mnie informacja o… miniserialu[7]. Takiej ewentualności nie brałam pod uwagę. Znów rzeczywistość przeskoczyła wyobraźnię.

*Tytuł oryginalny – A Little Life, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Trójkowy znak jakości, „Małe życie” – opowieść o przyjaźni, życiu i Nowym Jorku, audycja radiowa, 29.04.2016, godz. 14:04, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[2] W informacji o spotkaniu „Czytaj, nie czekaj. Awantury o książki. Cykl spotkań Sylwii Chutnik” w Teatrze Nowym w Warszawie mamy taką sugestię, http://www.nowyteatr.org/pl/event/wyklady_chutnik, dostęp 02.09.2016.

[3] Barłóg literacki, Wuzetka, Warszawa, Nowy Jork, odcinek 6, opublikowano 15.05.2016, https://www.youtube.com/watch?v=S8lvHc1SHm4, dostęp 02.09.2016.

[4] Z najwyższej półki, Hanya Yanagihara o „Małym życiu”, audycja radiowa, 01.05.2016, godz. 22:00, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[5] Ibidem.

[6] Ibidem.

[7] Scott Rudin chce nakręcić miniserial na podstawie „Małego życia” Hanyi Yanagihary, opublikowano 25.08.2016, http://booklips.pl/adaptacje/film/scott-rudin-chce-nakrecic-miniserial-na-podstawie-malego-zycia-hanyi-yanagihary/, dostęp 02.09.2016.