Dobry duch – Frida Kahlo – „kulawa” Metyska

Dobry duch - Frida Kahlo
Frida Kahlo, fragment

Frida Kahlo

wł. Magdalena Carmen Frida Kahlo y Calderón

6 lipca 1907 – 13 lipca 1954
Dobry duch

Korowód dobrych duchów Bałwochwalnii rozpoczyna Frida Kahlo. Skąd ten wybór? Nie, tu wyboru nie było. Frida musiała być pierwsza z racji szczególnego związku z Bałwochwalnią. Kiedy rodził się projekt, artystka towarzyszyła temu na każdym kroku. Za sprawą książki Barbary Mujicy Frida, którą wówczas niżej podpisana czytała, będącej rodzajem zbeletryzowanej biografii malarki. Nie będę pisać o samej książce, bo nie miejsce na to (być może kiedyś wrócę do niej), wspomnę jedynie, że książka oddaje ducha artystki i jej twórczości – niepowtarzalny koloryt, na pierwszy rzut oka radosny, na drugi już tragiczny. I tak, za sprawą przypadku, a może przeznaczenia, zarysowując wizję Bałwochalnii, Frida stała tuż obok i podpowiadała… Inspirowała!

Powierzchnia

Frida Kahlo nie jest postacią nieznaną. Wręcz przeciwnie, ma swoją mocną pozycję w popkulturze. Wizerunek kolorowej artystki, o szczególnej urodzie, kaleki, komunistki, biseksualistki, żony Diego Rivery i kochanki Lwa Trockiego utrwalony jest na dobre. To niestety sprawia, że jest powszechnie znana tylko pozornie, że istoty się nie dotyka. Sama niekiedy łapię się na tym, że patrząc w wyobraźni na twarz malarki, zastanawiam się czy widzę rzeczywistą Fridę czy Salmę Hayek, która w popularnym swego czasu filmie wcieliła się w tę niepokorną postać. A na to przecież nie zasługuje.

Frida

Oczywiście o wyborze Fridy na dobrego ducha Bałwochwalnii nie zadecydował zbieg okoliczności, ale to kim była i jaka była. Frida uosabia zjawiska, które w gruncie rzeczy się wykluczają, są nie do połączenia. Bo jak można być wolnym i jednocześnie zniewolonym? Od dziecka chadzająca swoimi ścieżkami (jako mała dziewczynka była krnąbrna, miała zawsze swoje zdanie, zaś jako nastolatka była typem chłopczycy, mającym na koncie wybryki, których największy chuligan by się nie powstydził), szybko musiała zmierzyć się z ograniczeniami, których nie można było pokonać. Można było albo się poddać, albo zacisnąć zęby, zaakceptować i robić swoje. Oczywiście przy temperamencie Fridy pierwsza ewentualność w ogóle nie wchodziła w grę. Dla niej była tylko jedna możliwość – robić swoje mimo wszystko.

Życie i sztuka

Świadectwem tego są zachowane zdjęcia i oczywiście obrazy. Bo malarka nie dzieliła życia na prywatne i zawodowe. I obrazy, które tworzyła opowiadają jej świat, ten zewnętrzny i ten wewnętrzny. Wyczytamy z nich utożsamianie się z Meksykiem, jego kulturą, folklorem, dorobkiem, historią, także miłość do wielkiego Diega Rivery, doświadczenie polio i wypadku autobusowego (złamania kręgosłupa, miednicy i nóg), którego konsekwencje ponosiła przez całe życie, unieruchomienie ciała w gipsie, stale nawracający ból, dolegliwości pourazowe, kolejne operacje, poronienia, stawianie czoła rzeczywistości, czerpanie z życia.

Inspiracja

Frida to wolny umysł i zniewolone ciało. Jej świat stał się dla artystki bezdennym źródłem inspiracji. Jej dzieła to głównie autoportrety oddające wiernie nie tylko jej twarz, ale i duszę – osobiste, ekspresyjne, dokumentujące jej egzystencję. To intymny autoportret. Trudno być wobec nich obojętnym. Przykuwają uwagę. I wywołują raczej gęsią skórkę, niż wzruszenie ramion. Włos się na głowie jeży, widząc zderzenia kolorów, mocną kreskę, uproszczenie środków wyrazu tych, jak sama Frida określała, realistycznych obrazów. Inni uznawali je za surrealistyczne, ale malarka sprzeciwiała się temu. Mawiała, że nie maluje marzeń, snów tylko swoją rzeczywistość.

Istota

Jaka była? Można mówić bez końca. Bystra, zadziorna, zdeterminowana, spontaniczna, energiczna, uwodzicielska, inteligentna, zdolna, z ogromnym poczuciem humoru, o żywiołowych charakterze i wyrazistych poglądach, niewyczerpanej fantazji i wyobraźni. Zawsze odrębna, osobna, inna. Dumna, pewna siebie, zuchwała, silna, uparta, twarda, pełna pasji, namiętności, kochająca życie.

Uczęszczała do najlepszej szkoły w Meksyku, by w przyszłości zostać lekarzem. Została jednak malarką. Nie z wyboru, ale z nudów. Unieruchomiona i przykuta do łóżka po wypadku (który przekreślił jej plany na dobre), chcąc zabić ciągnący się w nieskończoność czas, leżąc, zaczęła malować. Podstawy już miała, gdyż jako córka fotografa, pomogła ojcu retuszować fotografie w jego pracowni. I tak te pierwsze próby doprowadziły tę meksykańską artystkę do Luwru.

Multi-kulti

I jeszcze jedno. Byłam, jestem – i nie powiem, że będę tylko dlatego, że nigdy nic nie wiadomo, więc lepiej się nie zarzekać – zwolenniczką wielokulturowości. Idea multi-kulti bez dwóch zdań jest słuszna, a że człowiek jest istotą, która wszystko potrafi zniszczyć, nawet coś, co wydaje się, że do zniszczenia nie jest, to już inna kwestia. Wracając do meritum, jako więc entuzjastka koegzystencji różnych kultur z uwagą przyglądam się tym, którzy dają temu przykład. I fakt, że Kahlo była Metyską, że miała korzenie niemiecko-węgiersko-żydowskie z jednej stron, z drugiej indiańsko-hiszpańskie, jest kimś takim.

Z pewnością pomieszanie tak różnych kręgów kulturowych miało wpływ na osobowość, wrażliwość i wyobraźnię artystki. Choć podkreślić należy, że to z Meksykiem, w którym się urodziła i w którym żyła, utożsamiała się. Frida była Meksykiem, a Meksyk Fridą. Mawiała nawet, że urodziła się nie w roku 1907 tylko w 1910 – w roku narodzin nowego Meksyku. Co nie przeszkadzało jej wyjść poza lokalność, nie przeszkadzało jej być uniwersalną.

Podglądanie egzystencji Fridy, jej poczynań jest fascynujące. Pobudzić może, może dodać energii, siły, odwagi, może być inspiracją do działania, do życia. A o to przecież chodzi! Dlatego ta „kulawa” Metyska musiała znaleźć się w Bałwochwalnii wśród gości honorowych!

Ps. Niektóre zdjęcia Fridy na długo zapadają w pamięć. Na mnie największe wrażenie zrobiły dwa ze szpitala w Nowym Jorku i tuż po operacji.

*Fot. Guillermo Kahlo (1871-1941) – Sotheby’s, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=32639240, dostęp 23.09.2016.


BIBLIOGRAFIA

O parszywym życiu. „Małe życie”– Hanya Yanagihara

Tytuł – „Małe życie”

Autor – Hanya Yanagihara

Tłumaczenie – Jolanta Kozak

Wydawnictwo – WAB

Rok – 2016

  • DLA KOGO – nie dla wrażliwców, nie dla nadwrażliwców, dla wrażliwców i nadwrażliwców, dla tych, którym przykazanie „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” nie jest obce
  • PO CO – by żyć głębiej, prawdziwiej, pełniej, intensywniej, barwniej
  • MOJA OCENA – 10/6
  • OSTRZEŻENIE – za bardzo boli, miażdży psychicznie, emocjonalnie
Nie à propos

Biorąc pod uwagę fakt, że jest to pierwsza notatka w Bałwochwalnii, to powinnam zacząć chyba nieco inaczej, bardziej à propos. Ale nie będzie, przecież nie musi, bo kto powiedział, że musi? Choć pewnie byłoby, gdyby nie okoliczności, które temu nie odpowiadają. Dni lata 2016 roku pulsowały w rytmie „Małego życia” Hanyi Yanagihary, definiując je, więc ta pierwsza nota nie może być czemuś innemu podporządkowana, bo przecież chodzi w końcu o blog książkowy.

Lato, wakacje, słońce… Radość, śmiech, zabawa, beztroska, lekkość, nicnierobienie… Na to jest czas. Co wcale nie znaczy, że człowiek na lato oddaje mózg do przechowalni. I nie myśli. I chce tylko pławić się w rozrywce odmóżdżającej. Ignorując cały wszechświat. Nawet w ten lekkomyślny okres w roku, potrzeba też czegoś zgoła innego, niekiedy odczuwa się wówczas głód, który musi być zaspokojony jak najszybciej, bo w innym wypadku nie dotrwa się do świtu.

W takiej desperackiej chwili można było sięgnąć po książkę… Ja chwyciłam wyżej wspomnianą autorki o egzotycznie brzmiącym nazwisku. Nazwisko to wkrótce nabrało realnych, też egzotycznych, rysów młodej, choć już nie podlotka (urodzonej w 1975 roku), twarzy amerykańskiej, dokładniej kalifornijskiej pisarki i dziennikarki o hawajsko-koreańskich korzeniach, od lat żyjącej w Nowym Jorku, wicenaczelnej „T: The New York Times Style Magazine”, autorki dwóch powieści, debiutanckiej „The People in the Trees” z 2013 roku (po polsku jeszcze się nie ukazała) i drugiej, „A Little Life”, wydanej w 2015 roku (w Polsce w 2016 pod tytułem „Małe życie”), która stała się bestsellerem.

Małe życie wielkie

I tegoroczne lato za sprawą lektury tejże książki nabrało innego wymiaru, innego koloru, wyrazistszego, głębszego, pełniejszego, intensywniejszego. A przecież o intensywność doznań w życiu przede wszystkim chodzi. Zawsze, a latem w szczególności.

A ciężka to lektura. W sensie każdym. Dosłownym – spory format, twarda okładka no i 813 stron. Opasłe więc tomisko. Metaforycznym – miażdży duszę, psychikę, trzewia.

Tuż po

Notę tę piszę tuż po lekturze. Na gorąco. Daleko więc będzie jej do obiektywizmu. Profesjonalnie postępując, należałoby odczekać, ochłonąć, nabrać dystansu i dopiero wtedy ruszyć z pisaniem. Ale książka wstrząsnęła moim światem wewnętrznym i chcę, żeby w sferze ducha pozostała, nie chcę, by przeszła do sfery intelektu, nie chcę zająć wobec niej profesjonalnego stanowiska, czytaj obiektywnego, racjonalnego. Bo to książka do przeżycia, do doświadczenia, do przeczytania, nie do analizy. Doświadczenie tejże książki, zepchnęło całą resztę na dalszy plan, pozbawiając ją niejako znaczenia. W związku z tym każde zdanie tego tekstu może mieć tylko osobisty ton. Może zbyt…

Życie po prostu

„Małe życie” opowiada o kilkudziesięciu latach życia czterech przyjaciół. Czterech chłopaków. Właściwie mężczyzn, ale o duszach wrażliwych, delikatnych jak te małych dzieci, którzy żyją sobie po prostu. Tak jak i każdy z nas. Zmagają się ze swoją codziennością, z tu i teraz, z przeszłością i przyszłością. Czegoś chcą, czegoś pragną, czegoś nie mogą, czegoś się boją, czegoś zazdroszczą, czegoś się wstydzą, coś niszczą, coś budują. Nic istotnego, ale czy życie w swych najrozmaitszych przejawach, czy to w sferze profanum czy nawet sacrum, nie jest banalne? Nawet w swej wyjątkowości?

Na tym należy poprzestać w zdradzaniu fabuły. Mówiąc więcej, pozbawimy potencjalnych czytelników przyjemności odkrywania kolejnych faktów, nawet tych najdrobniejszych – słowem odkrywania powieści. Zdanie więcej zbyt wiele zdradzi. Bo z „Małym życiem” jest jak z życiem, nie chodzi o dojście do celu, o finał, ale o drogę, którą kroczymy dzień po dniu, o każde kolejne przeczytane zdanie.

Czysty masochizm

Lektura ta sprawia, że odbiorca czuje się skatowany, jak to określił Michał Nogaś przeorany i przenicowany[1]. Emocjonalnie, duchowo, psychicznie, uczuciowo… Nie potrafi opuścić świata powieści. Zdania ściskają gardło, wywołują mdłości, dławią, wprawiają w przygnębienie, frustrację, odrętwienie itp., itd.

Tak, lektura „Małego życia” to masochizm (padło już hasło, że masochistyczne skłonności do czytania o traumie zadecydowały, że powieść stała się bestsellerem[2]). Z jednej strony każdy kolejny akapit książki tak bardzo boli, że nie jest się w stanie tego wytrzymać i pragnie się tylko jednego – by poszła z dymem, by zapomnieć o niej raz na zawsze, z drugiej zaś pragnie się więcej (tortur, ciosów, katuszy) i za nic nie można o niej zapomnieć, odrzucić.

Koniec bez oczekiwanej ulgi

Powieść angażuje czytelnika bez reszty, jakby mimochodem, więzi go, osacza, uzależnia, wiele kosztuje psychicznie, emocjonalnie. Koniec oznacza wyzwolenie, ukojenie z jednej strony, ale z drugiej ból rozstania. Świadomość, że ta przygoda (choć w tym kontekście nie jest to adekwatne słowo) już się skończyła, dojmującą tęsknotę. O ukojenie trudno, trzeba poczekać, licząc na niedoskonałą pamięć ludzką.

Przyjaźń bezkonkurencyjna

Niektórzy mają przyjaciół, niektórzy przyjaciół mieli, niektórzy sobie przyjaciół wyobrażają… A co jest cenniejszego od przyjaciół? Rodzina? Z nią może różnie być, wiadomo. Pieniądze? Każdy, kto pieniądze ma, wie, że może wiele za nie mieć, ale stanu nienasycenia nigdy się nie pozbędzie. Ten zaś kto ich nie ma, traci życie, chcąc je zdobyć, by w końcu przekonać się jedynie, że zmarnował dany mu czas. Zdrowie? Ono bywa kruche i nie zawsze od nas zależy. Życie samo? A i owszem, ale cóż nam po nim, gdy brak nam towarzystwa, z którym możemy się dzielić naszymi myślami, bólami, radościami?

Wychodzi więc, że najcenniejszy jest drugi człowiek! Tak zwany powszechnie przyjaciel (dziś pojęcie zdewaluowane, zbanalizowane). I właśnie powieść amerykańskiej pisarki kwestie przyjaźni porusza. Karolina Sulej wręcz uznała, że powieść ta jest definicją przyjaźni[3]. Sama zaś Yanagihara w udzielonym wywiadzie podkreślała potrzebę przywrócenia należnego miejsca przyjaźni i wagę przyjaciela, którego sami wybieram jako naszego towarzysza i związek ten światu ogłaszamy[4].

Trudna atrakcyjność XXI wieku

Dla autorki „Małe życie” jest złożonym

[…] hołdem pewnemu stylowi życia, który wiodę ja, moi przyjaciele i coraz więcej ludzi wokół nas, zwłaszcza w wielkich miastach: nie jesteśmy samotni, choć nie mamy stałych partnerów, małżonków, ani dzieci. Mamy jednak przyjaciół, bardzo bliskich przyjaciół – jest to życie, można to tak określić, »trzeciego wyboru«: nie życie samemu i nie życie w intymnym związku z drugą osobą, lecz życie, w którym nade wszystko liczą się bliskie, wieloletnie przyjaźnie, o które dbasz na co dzień[5].

Powyższe zdania mówią o czymś ważnym, co lektura powieści uzmysławia. O naszej współczesności, jakże złożonej, wielobarwnej.

Mamy XXI wiek, codzienność każdego z nas staje się coraz bardziej niekonwencjonalna i jest to zapewne jeden z nielicznych pozytywów tego czasu. Dzięki temu, upraszczając oczywiście, mamy więcej możliwości (czy z nich skorzystamy, to już inna sprawa) życia według naszych upodobań, preferencji. Jesteśmy wolni, teoretycznie przynajmniej, od opinii innych, wymogów, konwenansów, stereotypów. Praktycznie różnie bywa, ale od nas w dużej mierze zależy co i jak zrobimy – jak przeżyjemy nasze małe życie.

Powieść na wskroś humanistyczna

Nie jest to lektura łatwa ani przyjemna (i nie ze względu na formę, konstrukcję czy język). Jest wymagająca (w sensie emocjonalnym), wyczerpująca, przygnębiająca (w tym przypadku brzmi to dość eufemistycznie) i bardzo ciężka. Nie może być inna, skoro odsłania jak parszywe jest życie. Nawet w swych pięknych przejawach.

Kiedy wydaje się, że już gorzej być nie może, okazuje się, że jednak, że życie przewyższa wyobraźnię i pokazuje, że to jeszcze nie koniec. Powieść nie daje szansy na lekkość, radość, ratunek czy choćby chwilę ukojenia. Nie daje nadziei.

Wprost

Powieść mówi otwarcie, bez zbędnego sztafażu o bólu, emocjach, uczuciach, stanach, z którymi każdy się zmaga, ale mało kto wyraźnie i wprost je artykułuje nawet wobec samego siebie. Obnaża okrutną rzeczywistość i bezradnego człowieka, pokazuje tajemnice, które bywają, jak mówi Yanagihara, częścią naszej tożsamości[6]. To powieść dotykająca sedna, mądra, humanistyczna, uniwersalna, totalna.

Ps. 1. Polecam kilka cytatów z powieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – A Little Life, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Trójkowy znak jakości, „Małe życie” – opowieść o przyjaźni, życiu i Nowym Jorku, audycja radiowa, 29.04.2016, godz. 14:04, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[2] W informacji o spotkaniu „Czytaj, nie czekaj. Awantury o książki. Cykl spotkań Sylwii Chutnik” w Teatrze Nowym w Warszawie mamy taką sugestię, http://www.nowyteatr.org/pl/event/wyklady_chutnik, dostęp 02.09.2016.

[3] Barłóg literacki, Wuzetka, Warszawa, Nowy Jork, odcinek 6, opublikowano 15.05.2016, https://www.youtube.com/watch?v=S8lvHc1SHm4, dostęp 02.09.2016.

[4] Z najwyższej półki, Hanya Yanagihara o „Małym życiu”, audycja radiowa, 01.05.2016, godz. 22:00, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1614566,Hanya-Yanagihara-o-Malym-zyciu, dostęp 02.09.2016.

[5] Ibidem.

[6] Ibidem.