Dzień Dziecka – przekraczanie rzeczywistości

Dzień Dziecka

I zrozumiałem, że już nie ma krainy mego dzieciństwa. Że żyje ona tylko we mnie i razem ze mną rozsypie się w proch którejś nadbiegającej z nicości godziny[1].

Kraina lat dziecinnych

Dzień Dziecka to kolejne święto, które jest pobudką do tropienia w tekstach kultury śladów wiążących się z tematem, znów, tak jak w przypadku Dnia Matki, złożonym, trudnym, bogatymi i jakże fascynującym. Jednym z tych istotnych, z którym artyści na różne sposoby się mierzą, który eksplorują, badają pod różnym kątem, któremu przyglądają się z różnych stron. Który dla niektórych twórców stanowi nawet zasadniczy problem egzystencjalny i czynią z niego główny temat swej twórczości.

Śladów nie trzeba daleko szukać… Najwięksi dali temu wyraz, stwarzając dzieła jedyne w swoim rodzaju, oryginalne, autonomiczne, uniwersalne. Dzięki nim mamy punkt zaczepienia, mamy od czego się odbić.

Literatura – Sklepy cynamonowe Brunona Schulza* – dzieciństwo zaklęte w słowach

Sklepy cynamonowe Brunona Schulza – jedno z największych i najbardziej oryginalnych dzieł literatury polskiej, mające charakter autobiograficzny – są tego najlepszym przykładem. Oczywiście, księga to przebogata w wątki i tematy najrozmaitsze, ale ten dotyczący świata lat najmłodszych wiedzie prym, jemu podporządkowana jest cała wielowarstwowa reszta.

Dzień Dziecka - Sklepy cynamonoweBohaterem cyklu i zarazem narratorem jest głównie chłopiec, pochodzący z niewielkiego przedwojennego miasteczka w Galicji, z kupieckiej żydowskiej rodziny, która przeżywa finansowy upadek i likwidację sklepu. Wątła fabuła nie ma tu większego znaczenia. Znaczenie ma rzeczywistość widziana oczyma dziecka. Chłopiec z ciekawością i fascynacją odkrywa otaczającą go rzeczywistość, odbiera świat, który znajduje się w szczególnym momencie, w chwili przeobrażeń – zderzenia się dwóch, jakże odmiennych i nieprzystających do siebie rzeczywistości – starej, dziewiętnastowiecznej zastałej stabilizacji mieszczańskiej i dwudziestowiecznej nowoczesności[2], po swojemu, w sposób szczególny. Realia zostają przetworzone w wyobraźni chłopca, czego efektem są nowe światy – jakże wzbogacone i ubarwione.

Fantazjotwórstwo, mitomania chłopca o nadwrażliwej psychice i wybujałej wyobraźni sprawiają, że najbardziej zwyczajne postacie, rzeczy codziennego użytku, prozaiczne wydarzenia urastają do rangi herosów, cudów, symboli. Prowincja staje się metropolią, służąca groźnym bóstwem, które opiekuje się rodziną. Zwyczajny powrót chłopca do domu, codzienny spacery uliczkami małego miasteczka czy zwykłe snucie się po strychu, pokojach i korytarzach mieszkania oglądamy dziecka oczami, dla którego te wyprawy urastają do wielkich, niezapomnianych, bo jedynych w swoim rodzaju eskapad. Dla nas zaś, odbiorców, te wojaże są spoza tego świata, są przekroczeniem tej rzeczywistości.

Ta nowa, wykreowana przez Schulza rzeczywistość, jest w gruncie rzeczy wyidealizowanym światem dzieciństwa, mitologizacją tego czasu, jako najistotniejszego okresu w życiu każdego człowieka. Ten nowy świat jest z pogranicza jawy i snu. Oniryczna konwencja jest tu szczególna. Nikt tu jednak nie śni, gdyż proza w całości przypomina po prostu sen, wzorowana jest na jego mechanizmach. Jest konkretna, materialna i jednocześnie fantastyczna i pełna metamorfoz. Mało tego, z jednej strony jest sprzeczna z zasadami logiki, z drugiej zaś tę zasadę sprzeczności ignoruje, niczym w surrealizmie[3]. Ta wykreowana rzeczywistość jest nie tylko oniryczna. Jest też mityczna czy mitopodobna[4].

Autor nadał elementom świata przedstawionego znaczeń sakralnych, upodobnił wykreowaną rzeczywistości, pozbawioną konkretności, do wyobrażeń mitycznych, wpisanych w ludzką świadomość[5]. Co ważne, ta mitologia nie jest tylko mitologią prywatną. Autor sięga tu do mitów biblijnych i helleńskich. A istotą jest tu odtworzenie pierwotnej wiedzy o świecie, prawd dawniej wspólnych dla całej ludzkości wyrażanych za pomocą mitów. Okresem egzystencji człowieka, w którym mityczne poznanie prawd może być człowiekowi najbliższe, jest jego początek czyli dzieciństwo właśnie[6].

Film – Fanny i Alexander Ingmara Bergmana** – dzieciństwo zaklęte w obrazach

Jeden z największych filmowców – Ingmar Bergman – ostatni swój kinowy obraz, jeden z istotniejszych, poświęcił właśnie dzieciństwu, poruszając przy tym główne wątki swojej twórczości – „zmagania i samotność artysty, jego stosunek do Boga i ludzi, moc wyobraźni i siły próbujące ją unicestwić”[7]. Co istotne, autor wykorzystał tu wątki autobiograficzne, gdyż film oparty jest na wspomnieniach reżysera z lat najmłodszych.

Fanny i Alexander to historia rodziny Ekdahlów. Tytuł każe przyglądać się dwójce dzieci (rodzeństwu), które początkowo gubią się w tłumie postaci, stając się z czasem głównymi bohaterami tej wyrafinowanej, dopracowanej w każdym detalu, opowieści o dzieciństwie.

Dzień Dziecka - Fanny i AlexanderEkdahlowie to liczna, kilkupokoleniowa szczęśliwa i zamożna rodzina, umiejąca korzystać z życia, z jego zmysłowych rozkoszy, potrafiąca cieszyć się urokami swego mikroświata, nieprzestrzegająca konwenansów, nieobawiająca się „bratać z ludem”, wolna i otwarta, której czas upływa na świętowaniu i celebrowaniu życia. Wodzirejem jest tu ukochana matka i babcia. Życie jej wnuków, ich dzieciństwo to czas lekkości, beztroski i radości, zabaw i wygłupów. To szczęśliwy okres dla bystrego i nadwrażliwego Alexandra, o przenikliwym umyśle, zatopionego w swoich myślach i fantazjach, – porte-parole reżysera (ja widzę nawet fizyczne podobieństwo), który może swobodnie, bez najmniejszy ograniczeń i konsekwencji korzystać z pokładów swej wyobraźni.

Niestety, ten sielski czas niespodziewanie zostaje przerwany. Umiera ojca dzieci, a owdowiała matka wkrótce ponownie wychodzi za mąż, za człowieka, który jest przeciwieństwem jej pierwszego męża – dyrektora teatru, aktora. Drugi małżonek, surowy luterański duchowny, organizuje życie swojej nowej rodzinie według własnych zasad. Od tej chwili życie Alexandra, jego siostry i matki, staje się przeciwieństwem ich dotychczasowej egzystencji. Znamienne wręcz wydają się tu słowa ojczyma skierowane do pasierba, które symbolicznie oddają sens zachodzącej przemiany w życiu chłopca:

Fantazja jest wielką siłą. To wspaniały dar boży, ale gdy władają nią artyści, poeci, muzycy.

Alexander, stale bytujący na graniczy jawy i snu, według ojczyma ma wadę charakteru – nie odróżnia kłamstwa od prawdy. Zauważa, że jest jednak jeszcze dzieckiem i jego kłamstwa (tak ocenia fantazje chłopca biskup) choć wstrętne, to na szczęście są tylko dziecinne. Ostrzega jednak, że niebawem stanie się dorosły i poniesie za to karę, gdyż życie bezlitośnie karze kłamców.

Z chwilą poślubienia przez wdowę duchownego, następuje odcięcie całej trójki od radosnego życia, które do tej pory wiedli, życia, które teraz odchodzi już do przeszłości. Poślubiona kobieta i jej dzieci przeprowadzają się do domu biskupa zupełnie „nadzy”, wchodzą w nowe życie jak nowo narodzeni – bez żadnego dobytku, bez strojów, biżuterii, mebli, bez przyjaciół, zwyczajów i myśli, bez poprzedniego życia, bez zabawek, lalek, książek.

Na szczęście ten mroczny okres szybko dobiegł końca i Alexander wraz z matką i siostrą powrócił na łono ukochanej rodziny, by znów cieszyć się urokami dzieciństwa.

Fanny i Alexander jest uniwersalną, też oniryczną, nostalgiczną i symboliczną opowieścią o dzieciństwie. Stanowi również rodzaj pożegnania artysty z własnym dzieciństwem czy nawet rodzaj rozliczenia się z nim. Bergman pokazał tu czar tego okresu w życiu człowieka, ale też jego mroki – tajemne siły, które walczą o duszę dziecka[8].

Podsumowując

Powrót do krainy dzieciństwa tych dwóch wybitnych twórców zaowocował szczególnymi dziełami, jedynymi w swoim rodzaju. W swojej estetyce, za pomocą sobie właściwych zabiegów formalnych stworzyli dzieła, które choć dotykające rzeczywistości konkretnej, to w efekcie tę konkretność przekraczające. Autonomiczność ich i uniwersalność pozwala nam wejść w ich świat wykreowany, cieszyć się nim, zachwycać i poczuć się jak u siebie! Nic tylko dać porwać Schulzowskim i Bergmanowskim wizjom!

*Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe. Sanatorium pod klepsydrą, Warszawa 1999, rok pierwszego wydania – 1933.

**Fanny i Alexander, reż, Ingmar Bergman, Szwecja, Francja, RFN, 1982, tytuł oryginalny – Fanny och Alexander.


[1] Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa, Warszawa 2016.

[2] Jerzy Kwiatkowski, Dwudziestolecie międzywojenne, Warszawa 2003, s. 341.

[3] Ibidem.

[4] Ibidem.

[5] Elżbieta Olinkiewicz, Katarzyna Radzymińska, Halina Styś, Słownik encyklopedyczny: Język polski, Wrocław 2002.

[6] Kwiatkowski, op. cit, s. 342.

[7] Panorama kina najnowszego 1980–1995. Leksykon, red. Barbara Kosecka, Anita Piotrowska, Wojciech Kocołowski, Kraków 1997.

[8] Ibidem.

BIBLIOGRAFIA
  • Jarzębski Jerzy, Prowincja centrum. Przypisy do Schulza, Kraków 2005.
  • Kłopotowski Krzysztof, „Fanny i Aleksander”, czyli suma ludzkiego życia, opublikowano 06.06.2013, http://film.interia.pl/wiadomosci/news-fanny-i-aleksander-czyli-suma-ludzkiego-zycia,nId,1812647, dostęp 31.05.2017.
  • Konwicki Tadeusz, Mała apokalipsa, Warszawa 2016.
  • Kwiatkowski Jerzy, Dwudziestolecie międzywojenne, Warszawa 2003.
  • Olinkiewicz Elżbieta, Radzymińska Katarzyna, Styś Halina, Słownik encyklopedyczny: Język polski, Wrocław 2002.
  • Panorama kina najnowszego 1980–1995. Leksykon, red. Barbara Kosecka, Anita Piotrowska, Wojciech Kocołowski, Kraków 1997.

Dzień Matki – bez lukru

Dzień Matki

Wszystkie matki kochają swoje dzieci; takie są prawa natury. Nawet kotka. Albo koza. Nawet matki kryminalistów i morderców. Nawet matki nazistów. Nawet matki śliniących się dzieci specjalnej troski. Nawet matki potworków[1].

Rzeczywistość bezlitosna

Wszyscy dobrze wiemy, że prawa natury prawami natury, a człowiek na każdym kroku musi sobie i innym udowadniać, że potrafi! Oz też wiedział. Dalej pisał:

Fakt, że tylko mnie kochać się nie dało, że to ode mnie matka uciekła, dowodzi niezbicie, że mnie po prostu nie ma za co kochać. Że mnie miłość się nie należy. Coś ze mną jest nie tak, musi być we mnie coś paskudnego i okropnego, do tego stopnia odrażającego, że trudniej to znieść niż kalectwo, upośledzenie czy chorobę psychiczną. Musi we mnie być coś obmierzłego, czego nie da się naprawić, rzecz tak obrzydliwa, że nawet moja matka, dobra i wrażliwa kobieta, która umiała miłością darzyć ptaki, żebraków na ulicy czy zagubione szczenięta – nawet ona nie mogła mnie już ścierpieć i musiała w końcu uciec ode mnie najdalej, jak się da. Jest takie arabskie powiedzenie: […] każda małpa w oczach swojej matki jest gazelą. Tylko nie ja[2].

Matka jest tylko jedna

Skąd taki cytat? Oczywiście Dzień Matki stał się tu pobudką. W istocie jednak nie chodzi o samo święto, ale o temat. Tak złożony, trudny, bogaty i jakże fascynujący. I teksty kultury tego dowodzą. Niekiedy aż dech zapiera…

Twórcy wyposażeni w odpowiednie radary dostarczają nam sporo ujęć tego zagadnienia. Współcześnie dalekie są one od patosu, chyba dość charakterystycznego dla przeszłości i wyidealizowaniu, bliskie zaś pragnieniu odczarowywania, odarcia z lukru. Ukazują świat zniuansowany, wieloaspektowy, o wielu odcieniach szarości.

Daleko tym narracjom literackim do opowieści o matkach uosabiających elementarny ład świata, świata, w którym wszystko jest tak jak być powinno, w którym nie ma miejsca na ambiwalencję, na szarości właśnie. W tym świecie wiadomo co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne. Utrata zaś matki, jej śmierć, jest amputacją. Odbiera człowiekowi wszystko to, co pozwala mu trwać, wyrywa go i wrzuca w pustkę, nicość. Od tej chwili będzie już tylko on sam. Blisko zaś tym narracjom do opowieści o ohydzie i okrucieństwie człowieka.

Literatura – Pianistka Elfride Jelinek* – kreacyjna dekonstrukcja

Gdy myślę o literackich matkach to widzę tę z Pianistki Elfride Jelinek. Tam, teoretycznie, matka nie jest główną bohaterką, tą jest córka, ale praktycznie, w istocie, to właśnie matka jest tu centralną postacią, gdyż to ona jest siłą sprawczą, kreatorką świata przedstawionego.

Dzień Matki - PianistkaPowieść ta ukazała się ponad trzy dekady temu, w 1983 roku. Po niej powołano do życia powieści, bardzo dobre powieści, oscylujące wokół postaci matki, ale każda z nich przy zestawieniu z Pianistką blednie. Pępowina Majgull Axelsson, Mam na imię Lucy Strout Elizabeth, Skóra Toni Morrison, czy ta o tytule, który już wywołuje gęsia skórkę – Oby cię matka urodziła Vedrany Rudan, to powieści z ostatnich pięciu lat (trzy ostatnie z 2016 roku, pierwsza z 2013), które portretują matkę, pozbawiając ją lukru – Kinga Dunin pochylając się nad tymi powieściami bardzo sugestywnie zatytułowała swój tekst – Matka jest jedna, o jedną za dużo[3] – ale nie są to portrety już tak zapadające w pamięć jak ten Jelinek.

Nic właściwie dziwnego. Świat przedstawiony Pianistki poraża, wstrząsa, szokuje. Autorka wyznała kiedyś, że jej kreatywność bierze się z tego, co negatywne. I rzeczywiście, tu mamy tego dowód[4]. Rozczarowana światem postanowiła swym pisarstwem zdemaskować prawdę o nim, o nas. Czytelnik, który zdecyduje się stawić czoła tej prozie (co nie jest łatwe) dozna bólu, i fizycznego, i psychicznego. Będzie chciał zapomnieć i zapomnieć nie będzie mógł. Czytelnik, który zdecyduje się stawić czoła tej prozie zostanie wytrącony z równowagi. Złość bijąca z każdego słowa udzieli się i jemu. To powieść brutalna, ironiczna, sarkastyczna, groteskowa, absurdalna, przejaskrawiona, pełna bólu, oskarżeń, wściekłości i nienawiści. Postacie przerysowane wywołują niesmak, dyskomfort, odrazę. Ale poklei…

Powieść austriackiej noblistki porusza wiele tematów, ale najważniejszy chyba jest ten, który wydaje się najistotniejszy w życiu każdego, bo „ustawia” go na całe życie – relacje matki z dzieckiem, tu relacje matki z córką.

Teoretycznie, jak już zaznaczyłam, główną bohaterką jest ukochana córka – dobijająca do czterdziestki Erika Kohut, niespełniona pianistka, nauczycielka gry na fortepianie w wiedeńskim konwersatorium, żyjąca z ukochaną matką pod jednym dachem, wciąż od niej zależna (mentalnie i duchowo) i niespełniająca jej oczekiwań. Ta relacja z matką zdefiniowała jej całe życie.

W chwili narodzin już córka „usunęła się” w cień, a matka wyszła na plan pierwszy. Bo to ona, matka, postanawia, że jej ukochane dziecko będzie najwspanialsze i będzie żyło najwspanialszym życiem. Już ona o to zadba! Jak postanowiła, tak też zrobiła. W swych działaniach była nieugięta, nie pozwalała sobie na chwilę nieuwagi, była cierpliwa, wytrwała, skrupulatna, stała stale na straży. Co mogło przynieść tylko piorunujący efekt.

Akt kreacji udał się znakomicie – nastąpiła całkowita dekonstrukcja. Ukochane dziecko, wprawdzie nie zostało światowej sławy pianistką (to już nie matki wina, tylko świata, który nie poznał się na jej talencie, też córki, która temu nie sprostała), ale udało się matce osiągnąć coś, na czym w gruncie rzeczy znacznie bardziej jej zależało – udało się zapobiec wymknięciu się córki.

Nadopiekuńcza czy raczej zaborcza matka zniewoliła dziecko, które wyrosło na upośledzoną emocjonalnie kobietę. Od najmłodszych lat, indoktrynując, wyznaczała granice świata swojej jedynej córki, oddzielając ją od normalnego życia, wpływając na każdą jego sferę. I od tamtego czasu nic się nie zmieniło.

Erika, już jako dorosła kobieta, poważna pani profesor konwersatorium, przekazująca swoim uczniom tajniki gry na fortepianie, wciąż jest pod kontrolą matki, która stale nadzoruje każdy krok córki – dokąd wychodzi, o której wraca, z kim się spotyka, na co wydaje swoje pieniądze, w co się ubiera itd. Wymagając przy tym bezwzględnego posłuszeństwa, zabraniając na najdrobniejszy przejaw samodzielności. Każda niesubordynacja zaś jest pretekstem do awantury. Dochodzi wówczas do rękoczynów, słów ostatecznych, histerii, lamentu, płaczu, oskarżeń, pretensji, a w konsekwencji i do wyrzutów sumienia, błagań, przeprosin.

Świat Eriki jest wypaczony, wypaczona jest i wewnętrznie ona sama. Jest emocjonalną kaleką. Nienawidzi swej matki, ale nie potrafi wyzwolić się spod jej wpływów, co tylko pokazuje jakiego spustoszenia psychiczno-emocjonalnego dokonała matka – jak doskonale wykonała zadanie, do którego przed samą sobą się zobowiązała. Erika nie potrafi nawiązać zdrowych relacji z innymi. Pogardza nimi, czuje wobec nich wyższość. Jest nieprzyjemna i niedostępna. Wręcz znęca się nad swoimi podopiecznymi. Swe erotyczne pragnienia zaspokaja w sposób dość perwersyjny. Przyjemność czerpie z podglądania par uprawiających seks w parku czy samookaleczeń.

Erika ma tego wszystkiego świadomość. Sfrustrowana, obolała, cierpiąca, zredukowana, zdekonstruowana, marzy skrycie o życiu innym, takim jak żyje większość ludzkości. Niestety…

W przypadku twórczości Jelinek forma idzie w parze z treścią. I w przypadku Pianistki nie jest inaczej. Autorka idealnie dostosowała formę do treści zawartych w powieści, uwydatniając je tym samym. W języku noblistki zawarty jest cały dramat.

Kończąc ten wątek, wspomnę jedynie, że na podstawie Pianistki Jelinek, Michaela Haneke, rodak pisarki, nakręcił w 2001 roku film pod takim samym tytułem. Z ekranizacjami wiadomo, bywa różnie, zwykle jednak wypadają znacznie gorzej niż literackie pierwowzory, tutaj jednak mamy do czynienia ze znakomitym i autonomicznym dziełem, co w przypadku tego reżysera wcale nie dziwi.

Film – Zabiłem moją matkę Xaviera Dolana** – pragnienie obcości

Temat matczyny nie jest też obojętny też filmowcom. Wystarczy wspomnieć filmy trzech reżyserów z ostatnich dwóch lat – komediodramat The Meddler (reż. Lorene Scafaria, USA, 2015) – przemilczę karkołomny polski tytuł – znakomity dramat Matka jest tylko jedna (reż. Paul Duddridge, USA, 2016) oraz słynny już obraz Julieta (reż. Pedro Almodovar, Hiszpania, 2016) – w których twórcy to właśnie zagadnienie po swojemu odsłaniają.

Dzień Matki - Zabiłem moją matkę

Xavier Dolan, francusko-kanadyjski reżyser młodego pokolenia, jest także autorem filmów oscylujących wokół tego problemu (na marginesie dodam, że film Pianistka jest ulubionym filmem jednego z ulubionych reżyserów Dolana). W 2009 roku nakręcił wymowny film o sugestywnym tytule – Zabiłem moją matkę. Po kilku latach, w 2014, stworzył inny obraz pod tytułem Mama, idącym krok dalej w porównaniu z pierwszą opowieścią, będącym swego rodzaju jej powtórzeniem czy przedłużeniem albo kolejną jej wariacją.

Zabiłem moją matkę jest debiutem reżyserskim i opowiada o konflikcie pokoleń na przykładzie relacji nastolatka (w tej roli sam Dolan) z matką. I nie są to proste relacje, jednoznaczne. Są zaś bardzo intensywne, burzliwe, histeryczne.

Film opowiada historię w zasadzie jakich wiele, niczym nie wyróżniającą się, to narracja o ludziach zwykłych, żyjących zwyczajnym życiem, o sytuacjach codziennych, znanych każdemu – samotna matka, oddająca się całkowicie swemu dziecku i zbuntowany nastolatek, mający pretensje do wszystkich o wszystko i ich codzienny byt, ich zmaganie się ze sobą.

Twórca zdecydował się pokazać problem dobrze znany, przerobiony i rozpoznany, ale zrobił to po swojemu, w swojej, dopiero co zarysowującej się estetyce. I wyszło mu to, przy wielu mankamentach, rewelacyjnie. To, co widzimy na ekranie nie jest nam obojętne. Współodczuwamy wraz z bohaterami, rozumiemy ich, kibicujemy im. Obrazy na długo pozostają w naszych głowach.

Gdy Hubert był małym chłopcem wszystko było tak jak trzeba, bo liczyła się tylko mama i jej miłość, i te jego pragnienia były zaspokajane, teraz zaś, jak twierdzi, już nie ma z matką nic wspólnego. Robi z niej swojego największego wroga. Sądzi, że jest złą, najgorszą matką, że nie powinna mieć dzieci.

Ten zbuntowany, egocentryczny i narcystyczny nastolatek wstydzi się swojej matki, samotnej kobiety, urzędniczki spędzającej wolny czas na oglądaniu seriali, układaniu pasjansa, która poświęciła życie swemu dziecku. Pogardza nią. Krytykuje ją na każdym kroku. Za jej gust, sposób zachowania, nawyki, mentalność. Z zazdrością patrzy na matki rówieśników – nowoczesne, atrakcyjne, pożądane, które rozumieją swe nastoletnie dzieci i traktują je po partnersku. On, jak twierdzi, na zrozumienie matki liczyć nie może, dlatego też dystansuje się od niej, nie mówi jej o swych życiu, nie pyta ją o jej życie, podważa jakikolwiek z nią związek. Pragnie nie autonomii, niezależności, przerwania pępowiny, tylko bycia obcymi dla siebie. Co paradoksalnie umożliwiłoby, według Huberta, ich miłość.

W istocie Hubert jest dobrym chłopakiem, dobrym dzieckiem, wrażliwym, utalentowanym, lubianym, potrzebującym wsparcia, zrozumienia, kogoś bliskiego, zaufanego, kochającego. Zwykle jest wobec matki okrutny, ale wydaje się, że jest to podyktowane tylko okresem buntu, buntu który jest charakterystyczny dla danego wieku, wieku, w którym jest właśnie Hubert, a nie rzeczywistymi przesłankami, okolicznościami, faktami, które by usprawiedliwiały takie zachowanie, tłumaczyły, wyjaśniały. Z zasady więc zachowuje się tak a nie inaczej – odgrywa pewną rolę, którą mu nastoletni wiek narzuca.

Choć chce odciąć się od matki, symbolicznie nawet ją uśmierca, to matkę czyni główną bohaterką swojego życia – to jej poświęca uwagę w swym dzienniku, to ona jest w centrum jego wizji czy wynurzeń przed kamerą. Jego życie podporządkowane jest matce, tak samo jak matki życie podporządkowane jest jemu.

Matka nie wydaje się ani zaborcza, ani toksyczna, ani nadopiekuńcza. Po prostu jest matką, dla której syn jest najważniejszy, bo poza nim nie ma nikogo. Słowa krótkiego dialogu na długo w widzach pozostają:

– Co byś zrobiła, gdybym dzisiaj umarł?

– Umarłabym jutro.

I wcale nie jest tak, że matka nie rozumie Huberta. Wręcz przeciwnie, tyle że on nie dopuszcza jej do siebie, nie daje jej szansy. Mało tego, nie tylko matka jest pełna zrozumienia, pełen zrozumienia jest także syn, który to głęboko skrywa. Słowa pełne złości i nienawiści tak często przez niego wypowiadane brzmią nieszczerze, jak właśnie wyuczone kwestie odgrywanej roli. Zdarzają się jednak sytuacje, w których przełamuje się. Jego wypowiedzi są wtedy pełne zrozumienia, życzliwości i miłości. Wówczas, jakby wychodząc z roli, staje się naprawdę wiarygodny, szczery. Wierzymy mu, przekonuje nas. To z jego ust padają znamienne słowa – Czcij ojca swego i matkę swoją.

Świat przedstawiony i bohaterowie filmu Dolana są zarysowani w sposób dość powierzchowny i schematyczny, co tu okazuję się jednak zaletą, gdyż to nie wywołuje poczucia braku wiarygodności, tylko poczucie ich uniwersalności.

Podsumowując

Powieść Jelinek i film Dolana to dwie narracje, które ukazują ten sam problem, rolę matki (demonicznej?) w życiu swoich dzieci – wręcz archetyp matki. Obie bardzo emocjonalne, rozhisteryzowane, bardzo charakterystyczne dla swoich autorów, opowiedziane zindywidualizowanym językiem. Łącz je coś jeszcze. Obie mają znamiona autobiograficzne. Twórcy wzięli na warsztat swoje życie i po swojemu, przepuszczając je przez swoją wrażliwość i wyobraźnię, opowiedzieli historię na ten sam temat – w pierwszym przypadku otrzymaliśmy brutalną, przerysowaną, wykrzywioną opowieść o toksycznej relacji matki z dorosłą córką, z wyrazistym portretem tej pierwszej, w istocie portretem tyrana, w drugim zaś nieco zmanieryzowaną i schematyczną, choć i zahaczającą o coś bardziej uniwersalnego, opowieść o relacji pełnej miłości i nienawiści matki i nastoletniego syna. Obie szczególne i fascynujące! Obie warte uwagi!

*Elfride Jelinek, Pianistka, tłum. Warszawa, WAB, 2004, tytuł oryginalny – Die Klavierspielerin, rok pierwszego wydania – 1983, rok pierwszego wydania polskiego – 1997.

**Zabiłem moją matkę, reż. Xavier Dolan, Kanada, 2009, tytuł oryginalny – J’ai tué ma mère.


[1] Amos Oz, Opowieści o miłości i mroku, Poznań 2016.

[2] Ibidem.

[3] Kinga Dunin, Matka jest jedna, o jedną za dużo, „Krytyka Polityczna”, opublikowano 10.06.2010, http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/kinga-dunin-czyta/matka-jest-jedna-o-jedna-za-duzo/, dostęp 25.05.2017.

[4] Agnieszka Kobroń, Twórczość Jelinek – pisać o sobie i dla siebie, http://www.afiszteatralny.pl/2016/07/tworczosc-jelinek-pisac-o-sobie-i-dla.html, dostęp 25.05.2017.

BIBLIOGRAFIA

Kartoteka 21

Kartoteka 21 - Herman Melville - przedstawiciel literatury amerykańskiej
Herman Melville*

Herman Melville

1 sierpnia 1819 – 28 września 1891

Amerykański pisarz, poeta, eseista, autor słynnej powieść o białym kaszalocie – Moby Dick.


*Autor nieznany, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=64669, dostęp 22.05.2017.

Bitwa o siebie. „Wojna Witkacego” – Krzysztof Dubiński*

Wojna WitkacegoTytuł – Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach. 

Autor – Krzysztof Dubiński

Wydawnictwo – Iskry

Rok – 2015

  • DLA KOGO – dla zainteresowanych literaturą, sztuką i kulturą polską, historią Rosji oraz historią wojskowości; dla entuzjastów życia i twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza, dla wielbicieli literatury polskiej, dla lubiących literaturę faktu, dla zaczytujących się w biografiach, też dla ignorantów
  • PO CO – by wiedzieć
  • MOJA OCENA – 6/6
Witkacowski bzik

Być może ktoś już dostrzegł, że Witkacy to twórca Bałwochwalicy Jednej szczególnie bliski. Wprawdzie nie obnosiłam się z tym faktem za bardzo, ale dałam temu sygnał już w chwili powołania Bałwochwalni do życia. Bo nie mogło być inaczej. Z jednej strony marzę tylko o wyrwaniu się z jego macek, dlatego nie mówię zbyt wiele o moich pozablogowych wycieczkach badawczych, z drugiej przesiąkłam nim na tyle, że uciec już nie sposób. Niech więc będzie…

Stale, od lat okazuje się, że witkacologa nie jest dziedziną badań zamkniętą, jest wciąż żywa, gdyż kolejni badaczy zabierają w tej sprawie głos i nie chcą powtarzać treści Jana Błońskiego, Janusza Deglera, Anny Micińskiej, Konstantego Puzyny. Ich ambicją jest pokazanie, że jeszcze nie wszystko powiedziano, że to, co już powstało należy do przeszłości, a trwające dziś domaga się nowego, innego, świeżego spojrzenia, czytania, uaktualnienia treści znanych, zinterpretowania adekwatnego do teraźniejszości czy nawet obalenie opinii tego znamienitego grona. Dowodem na to są kolejne publikacje, czy inicjatywy, jak powołanie do życia półrocznika „Witkacy” Państwowego Instytutu Wydawniczego.

Wojna Witkacego o siebie

Książka należąca do Krzysztofa Dubińskiego, dziennikarza i politologa, speca od wojskowości, nie dotyczy twórczości artysty spod Tatr, nie jest pracą z zakresu literaturoznawstwa czy historii sztuki, tylko jego biografii.

Wydawać się może, że publikacja tej kwestii poświęcona jest zupełnie zbędna, ponieważ życie Witkacego jest prześwietlone w każdy calu, udokumentowane, zbadane pod każdym kątem i powszechnie znane, więc nie ma potrzeby znów o tym pisać, gdyż będzie to wtórne, gdyż będzie to tylko powtarzanie znanych treści.

Istota sprawy

Dubiński udowadnia, że nic bardziej mylnego. Jego Wojna Witkacego wychodzi naprzeciw tym, którzy zdają sobie sprawę, że jest w biografii autora Szewców coś, co zbywa się zwykle jednym krótkim określeniem, niczego bliżej nie wyjaśniającym i całej reszcie dyletantów, która myślała, że na ten temat wie już wszystko.

Witkacy w Rosji

Wojna Witkacego czyli kumbuł w galifetach, bo tak brzmi pełny tytuł rozprawy, o której mowa, jest monografią poświęconą niewielkiemu odcinkowi życia twórcy, który, mimo że uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów, bo przełomowych, to jednak tajemniczy, w istocie zaś znany tylko powierzchownie, nawet wśród witkacologów, na temat którego mnożą się domniemywania i spekulacje.

Temu czteroletniemu okresowi – od 1914 do 1918 czyli pobytowi Witkacego w Rosji, a zatem, gdy jako żołnierz elitarnego Pawłowskiego Pułku Lejbgwardii walczył na froncie I wojny światowej, a potem przebywał w ogarniętej rewolucją Rosji – Dubiński poświęcił swą pracę, będącą bardzo drobiazgowym i rzetelnym kompendium wiedzy na temat życia artysty tamtego czasu.

Posiłkując się rosyjską i polską dokumentacją wojskową oraz bazując na opracowaniach historycznych i literaturze wspomnieniowej, autor niemalże dzień po dniu zrekonstruował pobyt Witkacego w Rosji, przebieg jego służby wojskowej, odsłaniając przy tym prawdę o tamtym czasie, niejasne i niezrozumiałe kwestie, czy odkłamując pewne sprawy – weryfikuje mity, legendy, wyjaśnia zagadki, prostuje fakty. Dlatego publikacja Dubińskiego nie jest pracą odtwórczą, powtarzającą znane treści, jest pracą, która wnosi coś nowego do badań nad Witkacym, pomimo wielu hipotez, gdyż faktem jest, że skrupulatne badania autora nie przyniosły odpowiedzi na wszystkie pojawiające się pytania. Nie zmienia to jednak faktu, że mamy do czynienia z istotnym źródłem wiedzy o życiu jednego z ważniejszych polskich twórców.

Tę stosunkowo obszerną (bo zakres problemu jest przecież bardzo wąski) monografię tworzy osiemnaście rozdziałów, które odpowiadają poszczególnym etapom pobytu Witkiewicza w Rosji. Wprowadzając, autor przypomina genezę podjętej przez artystę decyzji i wszelkie związane z tym okoliczności. Dalej, niezwykle skrupulatnie odtwarza kolejne dni, tygodnie, miesiące, lata tego intensywnego czasu, by zamknąć opowieść powrotem artysty w rodzinne strony.

Geneza

Zakopiańska tragedia – samobójstwo narzeczonej – i jej konsekwencje – wyjazd u boku starego przyjaciela Bronisława Malinowskiego do Australii, który miał przywrócić równowagę psychiczną rozpaczającemu mężczyźnie – poprzedziły wybuch I wojny światowej. Wojna, można rzec, wybuchła dla Witkacego w najbardziej odpowiednim momencie, gdyż przy niemożności znalezienia ukojenia w tropikach zaczęła artyście jawić się jako jedyna szansa na ratunek – uzasadnienie sensu życia. Artysta uznał, że tylko udział w walce może nadać jego życiu godności. Nie zwlekając więc, podjął decyzję o powrocie do Europy.

Rosja

Tu zaczyna się zasadnicza część pracy Dubińskiego. W kolejnych rozdziałach autor bierze pod lupę epizod z życia Witkacego, który choć bezdyskusyjnie uznawany jest za jeden z ważniejszych momentów tej biografii, to tu dopiero naprawdę poznajemy jego genezę, sens i znaczenie.

Począwszy od opuszczenia ziemi australijskiej autor idzie krok w krok za Witkiewiczem, przypomina powzięte przez niego decyzje, odkrywa fakty i szuka uzasadnień jego poczynań. Przywołuje carski Petersburga, do którego przybył Witkacy po długiej podróży z tropików, opisuje starania artysty wstąpienia do lejbgwardii, dalej jego pobyt w elitarnej Pawłowskiej Szkole Wojskowej, następnie życie w mundurze porucznika lejbgwardii, dowodzenie oddziałem, koszarową codzienność, walki na froncie i ich skutki, walki uliczne w ogarniętej rewolucją stolicy oraz ucieczkę z bolszewickiej już Rosji.

W poszczególnych rozdziałach Dubiński mierzy się z odkrytymi przez siebie faktami, ustaleniami, zestawiając je z stanem dotychczasowej wiedzy na ten temat. Dzięki temu otrzymujemy pełny obraz rosyjskiego fragmentu biografii Witkacego, niejako ostatecznie uporządkowany, nawet jeśli z miejscami, których nie udało się wyjaśnić, to z dokładnie nakreślonymi i wyznaczonymi, co satysfakcjonuje i nie pozostawia niesmaku niepełności.

Obiektywizm, prostowanie faktów, obalenie mitów, odzieranie z legendy

Dubieński mierzy się także ze znamienitym gronem witkacologów, zwracając uwagę na ich przemilczenia czy pewne skróty myślowe, a niekiedy nawet ignorancję. Ma za złe, że biografowie artysty uważniej przyglądają się kolorom jego garderoby niż postaciom, które w pamięci twórcy Pożegnania jesieni wpisały się z pewnością nie bez powodu. Prostuje też pewne fakty. Jak chociażby te dotyczące źródła zmiany jaka zaszła w stosowanej przez Witkiewicza technice rysunku (pastel zastąpił węgiel), tzw. kompozycji astronomicznych czy te dotyczące rzekomej bratobójczej walki.

Obala mity na temat zdemoralizowanej armii tamtego czasu, popełnianych przez oficerów samobójstw, narkotycznych seansów, czy dekadenckich gier w kukułkę, także te na temat odniesionych ran czy kontuzji, udziału w rewolucji rosyjskiej czy te dotyczące komisarza politycznego.

Autor utrwala też portret artysty odarty z legendy – poważnego, racjonalnego człowieka, twardo stąpającego po ziemi, głęboko odczuwającego rzeczywistość, który musiał być zawsze, jak mawiał, zapięty na ostatni guzik, i taki też jawi się jako uczeń pawłowskiej szkoły, jako porucznik i oficer carskiego wojska czy odpowiedzialny i odważny dowódca oddziału.

Warto odnotować, że Dubiński jawi się w swej publikacji jako badacz, który obiektywnie podchodzi do przedmiotu swych dociekań. Witkacy jest twórcą, który od zawsze wywołuje skrajne opinie i trudno tu o bezstronną postawę, tym bardziej ceni się obiektywną, bez poczynionych z góry założeń, niepodkolorowaną analizę jego biografii, której efektem jest właśnie Wojna Witkacego.

Konsekwencje

Powszechnie wiadomo, że rosyjski okres odcisnął się na życiu Witkacego w sposób zasadniczy, że to w jego życiu cezura, która oddziela młodego jeszcze nie w pełni ukształtowanego mężczyznę, od dojrzałego już artysty i człowieka. Dubiński z pasją i niemalże detektywistycznym zacięciem odrywa co to w istocie znaczyło, na czym poległo, gdyż sam artysta niewiele na ten temat ujawnił. Lektura Wojny Witkacego pozwala zrozumieć i docenić wyjątkowe znaczenie tego okresu dla przyszłości artysty na podstawie, co istotne, wniosków wysnutych z zebranych przez autora faktów. Dlatego publikacja jawi się jako podstawa do badań nad genezą Witkacego, jako punkt wyjścia.

Publikacja poświęcona jest w konkretnemu człowiekowi, szybko jednak przekonamy się, że w istocie jest czymś więcej. Bowiem możemy też potraktować Witkacego jako pretekst samego autora do odmalowania portretu carskiej armii, jej losów, od powołania jej do życia, do jej unicestwienia, odsłonięcia charakteru służby, panujących obyczajów, przedstawienia udziału jej w I wojnie światowej i roli jaką odegrała podczas rosyjskich rewolucji. Dubieński nie poprzestał na przedstawieniu losów głównego bohatera swej publikacji. Przedstawił je, nie pozbawiając ich kontekstu, tła. Dzięki temu otrzymaliśmy obraz umiejscowiony w realiach tamtego czasu, miejsca, tamtych okoliczności, a nie oderwany od rzeczywistości, abstrakcyjny wręcz. Zatem Wojna Witkacego nie jest pracą hermetyczną, tylko dla znawców czy entuzjastów Witkacego, jest publikacją dla odbiorców o szeroko zakrojonych zainteresowaniach.

*Niniejszy tekst w wersji zmienionej i uzupełnionej wkrótce ukaże się w jednym z czasopism humanistycznych.