Więcej niż epopeja. „Genialna przyjaciółka” – Elena Ferrante

Genialna przyjaciółkaTytuł – Genialna przyjaciółka

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Alina Pawłowska-Zampino

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2014

 

Genialna przyjaciółkaTytuł – Historia nowego nazwiska

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Lucyna Rodziewicz-Doktór

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2015

 

Genialna przyjaciółka

Tytuł – Historia ucieczki

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Lucyna Rodziewicz-Doktór

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2016

 

Genialna przyjaciółkaTytuł – Historia zaginionej dziewczynki

Autor – Elena Ferrante

Tłumaczenie – Lucyna Rodziewicz-Doktór

Wydawnictwo – Sonia Draga

Rok – 2016

 

  • DLA KOGO – dla kobiet ciekawych siebie; nie tylko dla kobiet (dowód: zachwyt Marcina Mellera 😉 )
  • PO CO – by poszerzać horyzonty empatii
  • MOJA OCENA – 6/6
Sza…

Cykl powieści Eleny Ferrante, którego całość nosi tytuł Genialna przyjaciółka* (zwany cyklem neapolitańskim, czy tetralogią neapolitańską), składa się z czterech części – tom 1 – Genialna przyjaciółka, tom 2 – Historia nowego nazwiska, tom 3 – Historia ucieczki, tom 4 – Historia zaginionej dziewczynki – i na naszym rynku zaczął pojawiać się od roku 2014. Wiosną zaś 2016 roku dobiegł końca.

Dwie pierwsze części umknęły mi, nie zostały przeze mnie zauważone (jak przez wielu, bo nie dano nam na to szansy). Dopiero, gdy ukazał się tom trzeci, dotarły do mnie na ten temat jakieś wieści. Nie wiedząc na czym polega cykl i sugerując się opinią Justyny Sobolewskiej[1], która jest zdania, że nie trzeba wcale cyklu zaczynać od początku, sięgnęłam od razu po tom jeszcze ciepły, czyli po Historię ucieczki. No i rzeczywiście nie odczułam podczas lektury tego trzeciego tomu dyskomfortu nieznajomości wcześniejszych części. I gdybym moją przygodę z Ferrante na tym zakończyła, nie byłoby sprawy. Ale że powieść Historia ucieczki zaintrygowała mnie na tyle, że chciałam więcej i sięgnęłam po tom pierwszy, to wraz z jego lekturą przekonałam się, że nie podzielam opinii wspomnianej krytyk literackiej.

Kolejne tomy, całość, tylko mnie w tym utwierdziły. Owszem, każda powieść cyklu jest pełna, autonomiczna, skończona, ale tylko razem, tylko w zestawieniu, w ciągu, ujawniają czym są w istocie. Co sprawia, że cykl neapolitański po prostu zachwyca. Osobno są to po prostu dobre powieści, razem ukazują fenomen Ferrante, fenomen tej tetralogii.

Genialna przyjaciółka razy dwa

Więcej niż epopeja

No, dobrze, ale czym w istocie jest ta seria? Najpierw jednak zarys fabuły:

Sześćdziesięcioletnia Elena Greco dowiaduje się, że Lila, jej przyjaciółka z czasów dzieciństwa, zniknęła bez śladu. Elena przypuszcza, że przyjaciółka wprowadziła w życie swoje odwieczne pragnienie zniknięcia ze świata, w którym żyła, usunąwszy przedtem wszelkie ślady swego istnienia. Chcąc znaleźć wytłumaczenie dla tego gestu, Elena postanawia opowiedzieć niezwykłą historię ich przyjaźni. I tu rozpoczyna się podróż w przeszłość, która przeniesie czytelnika w lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku, na przedmieścia Neapolu[2].

Ten krótki cytat niby doskonale mówi o czym jest cykl – epopeją jak nic, a zatem utworem przedstawiającym obraz społeczeństwa w przełomowych momentach historycznych[3].

To wszystko prawda, ale jakby wypowiedziana tylko do połowy, gdyż nie ujawnia tego, co w gruncie rzeczy najistotniejsze. A najistotniejsze według mnie nie tylko w tej serii, ale i najistotniejsze dla mnie w literaturze w ogóle. W tym przypadku w owej „historii ich [kobiet] przyjaźni” skrywa się sedno.

Co mnie w opowieściach najbardziej interesuje? Ludzie! A dokładniej? Relacje międzyludzkie! A jeszcze bardziej ukonkretniając – relacje między kobietami. Nie spodziewałam się, że w tej epopei znajdę tak dokładną, głęboką i fascynującą analizę tego zjawiska. A wszystko to z historią w tle, historią powojennych Włoch, w dekoracjach głównie neapolitańskich. Mnie niczego więcej nie potrzeba, dlatego zachęcam od lektury tej epopei, bo „serce roście”.

Jakby tego było mało, powieści te mówią o czymś jeszcze, co znajduje się w kręgu moich czytelniczych zainteresowań. Opowiadają o tym, jak człowiek staje się pisarzem, a takie kulisy to dla mnie prawdziwe rarytasy (bo jak już przy innej okazji wspomniałam jestem pasożytem 😉 , który tylko czeka na takie smaczki), którymi się delektuję bez opamiętania 😉 .

Ferrantowska powieść

Cykl Genialna przyjaciółka (używam tego tytułu w odniesieniu do całości, a nie do pierwszego tomów) ma charakter nieco autobiograficzny czy quasi-autobigraficzny. Zaciera się tu bowiem granica między autorem a narratorem. Pisany jest w pierwszej osobie, a główna bohaterka – narratorka – ma na imię Elena oczywiście, która na naszych oczach staje się pisarzem. I tu mogę już wspomnieć o porównaniach z Moją walką Karla Ove Knausgårda czy z – co jest największym chyba z możliwych komplementów, największą nobilitacją – W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta[4]. To dla niektórych może być dodatkową zachętą, ale należy mieć na uwadze fakt, że ta proza jest na wskroś Ferrantowska. 

Realizm odnowiony

Nastał dla opowieści znów dobry czas (znów, bo przecież tak już kiedyś było), co jest ciekawym zjawiskiem, rzekłabym nawet, że paradoksalnym, bo wydawałoby się, że czasy sprzyjają raczej migawkom, błyskom, fragmentom, skrawkom, a nie narracjom, które ciągną się przez setki stron (cykl Ferrante liczy ponad dwa tysiące), co wymaga samozaparcia, samodyscypliny, zaangażowania i sporego poświęcenia. Widać potrzeba nam jakiejś stałości, punktu constans, zakorzenienia po prostu, pewności, a to wszystko przecież sprowadza się do jednego, do poczucia bezpieczeństwa, którego teraz jest jak na lekarstwo. Tego chyba poszukują i dzisiejsi twórcy, i dzisiejsi książkoholicy, choć podejrzewam, że większość, że każdy, jeśli nawet nie do końca to sobie uświadamia.

I opowieść o dwóch przyjaciółkach, początkowo dziewczynach później kobietach, urodzonych w latach czterdziestych XX wieku, które razem wychowały się na peryferiach Neapolu, jest odpowiedzią na te poszukiwania. Odpowiedzią idealną. Odpowiedzią, która przyczynia się do odnowienia realizmu[5].

Wspólnota korzeni

Wróćmy jednak do fabuły. Nie będę tu rozbijać cyklu na poszczególne powieści – tomy – gdyż dla mnie to po prostu jedna wielka powieść. Zatem… Ferrante snuje opowieść o dwóch genialnych przyjaciółkach, które połączyło dzieciństwo na przedmieściach Neapolu. Z czasem ich drogi się rozeszły, ale przyjaźń wciąż trwała.

Pewnego dnia, ta, która pozostała w Neapolu – Raffaella Cerullo zwana Lilą – w wieku 66 lat zniknęła. Jej syn nie znalazł najdrobniejszego śladu po istnieniu matki. Jakby nigdy nie żyła. Elena (narratorka), poinformowana o tym fakcie, podejrzewając, że przyjaciółka w końcu wcieliła w życie swój plan – nie być, poczuła się sprowokowana do tego, by opowiedzieć o łączących je relacjach.

Rywalizacja

Relacjach jakże szczególnych, niejednoznacznych. I tu zaczyna się ta właściwa i fascynująca opowieść o historii przyjaźni dwóch kobiet, które z jednej strony wszystko łączyło, z drugiej zaś wszystko dzieliło. Pochodzenie, status majątkowy, szkoła, rodzina, ambicje, marzenia – obu jednakowe. Widzenie rzeczywistości, jej percepcja, usposobienie – już zgoła odmienne. 

Elena skrupulatnie, rok po roku, w kronikarski niemalże sposób, przedstawia nam ich dzieje. Po co? Akt ten jest podyktowany tym, co determinowało tę przyjaźń – rywalizacją. Czyje tym razem będzie na wierzchu, kto wygra. Mamy tu opowieść o tym wszystkim, co dzieje się w życiu człowieka w ogóle, a kobiety w szczególności. Zatem zabawy wczesnego dzieciństwa, naukę w szkole, relacje z rówieśnikami, stosunki rodzinne, dojrzewanie, pierwsze miłości, fascynacje, odkrywanie siebie, stawanie się sobą, zyskiwanie tożsamości, małżeństwo, macierzyństwo, rozwój zawodowy. Słowem każdy etap ludzkiej egzystencji. To wszystko w konkretnym czasie i w konkretnej przestrzeni – na tle Włoch drugiej połowy XX wieku, które stale się przeobrażają (z politycznymi rozgrywkami lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, z rewolucją obyczajową, lewicowym terroryzmem, narodzinami ruchu feministycznego).

Cała ta narracja Eleny osnuta jest w gruncie rzeczy na antagonizmie i jednocześnie, paradoksalnie, symbiozie. Bo te dwie kobiety, przez prawie całe swe życie, bo od najmłodszych lat, toczyły ze sobą walkę. Ich relacja to ciągła rywalizacja. Rywalizacja najbliższych przecież sobie osób. Nawet wtedy, gdy już każda poszła w swoją stronę, gdy wydawało się, że są już niezależnymi, dobrze usytuowanym kobietami.

Symbioza idzie w parze z antagonizmem

Ale to nie wszystko, bo też faktem jest, że jedna bez drugiej nie mogła się obejść. Na każdym etapie swojego życia, przy najistotniejszych dla siebie wydarzeniach, najważniejszych chwilach. Były od siebie uzależnione, jedna drugą stymulowała do życia. Potrzebowały siebie nawzajem po to, by móc przetrwać trud codzienności, ale też obecność drugiej, czy to dosłowna czy duchowa, była wręcz nie do zniesienia.

Ich wspólną historię poznajemy z jednego punktu widzenia – z relacji jednej z nich. Dlatego to właśnie ona – Elena – wysuwa się na plan pierwszy. Ona przez to staje się główną bohaterką powieści (mówiąc „powieść”, podkreślam, że mam na myśli cały cykl). To z jej punktu widzenia poznajemy obie przyjaciółki. To sprawia, że opowieść nie jest obiektywna. Okazuje się jednak, że właśnie dzięki temu jest bardziej realna, bo pokazuje w sposób bardziej wiarygodny na czym ta przyjaźń polegała.

Relacja z bycia kobietą

Z opowieści tej wyłaniają się precyzyjne i wnikliwe psychologicznie portrety tych dwóch konkretnych kobiet, a w ogólności kobiety w ogóle. Dopełniają to pozostałe bohaterki, bo powieść Ferrante rozsadzają wręcz kobiety. Za Eleną i Lilą stoi cały ich tłum – różnorodny, barwny, silny, choć niekiedy bezradny (można to potraktować nawet jako osobny temat cyklu). Dlatego ta opowieść o relacji kobiet, a raczej po prostu relacja z bycia kobietą, relacja z tego, co jest istotą kobiety, zyskuje cechy uniwersalności – zatem wartość bezcenną.

Kobiety pochodziły z najbiedniejszej i najgorszej części miasta, ale były zdolnymi, inteligentnymi, ambitnymi i najlepszymi uczennicami w szkole. Były nierozłączne. Tyle że jedna z nich – Lila – była silna, agresywna, dzika, żywiołowa, bezkompromisowa, uparta, pewna siebie, zawsze z podniesioną głową i zawsze pierwsza, Elena zaś, uległa, niepewna, nieco z boku, ze spuszczonym wzrokiem, zawsze krok za Lilą, z obsesją, by nie stać się taką jak matka.

Niejednoznaczna przyjaźń kobiet

Elena podziwiała swą przyjaciółkę, choć podziw ten miał swego wiernego towarzysza – smutek. Bo choć kochała swą towarzyszkę życia, to kierowała nią zawiść, zazdrościła jej pierwszego miejsca, tego jak radzi sobie z innymi, tego że bez wahania przekraczała kolejne wyznaczone przez otoczenie granice, łamała konwenanse, reguły, że zawsze zdobywała to, czego zapragnęła. Uznanie dla Lili wiązało się więc ze smutkiem Eleny, bo była inna – gorsza. Szczerze więc nienawidziła Lili, bo przez nią nie mogła oddychać, żyć po swojemu, wolna i swobodna. Lila zawsze była obecna w życiu Eleny, nawet wtedy, kiedy była odległa fizycznie i często mentalnie. Zawsze jak cień wędrowała za nią i oceniała jej poczynania, jej wybory. Zawsze krytycznie, bez najcichszej pochwały. Stale więc Elena czuła się przez przyjaciółkę upokarzana, przez to gorsza i w ciągłym poczuciu niższości wobec tej, którą podziwiała, której paradoksalnie tak potrzebowała. Dramatycznie wręcz brzmi refleksja Eleny:

Czy zawsze musi robić to co ja, wcześniej i lepiej ode mnie? Zostawiać mnie z tyłu, gdy gonię za nią albo deptać mi po piętach, żeby zaraz potem mnie przeskoczyć? (Genialna przyjaciółka, s. 191)

Przyjaciółki rywalizowały ze sobą na każdym etapie swojego życia – o wszystko. Uogólniając można pokusić się nawet o stwierdzenie, że ich życie podporządkowane było jednemu celowi – pokazaniu, że jest się lepszą od tej drugiej. Rywalizacja determinowała tę ich trudną, osobliwą więź. Ona to tę przyjaźń definiowała.

Stać się kimś

Opowieść o genialnych przyjaciółkach jest też opowieścią o stawaniu się kimś. I Elena, i Lila był nad wyraz ambitnymi dziewczynkami później kobietami. Marzyły, by wyrwać się ze tej tłamszącej je dzielnicy. Obie chciały od życia więcej niż to, co oferowały peryferia Neapolu. Ich działania były tymi pragnieniami podyktowane. Lili nie udało się jednak wyrwać, co wcale nie oznaczało porażki. Stała się kimś cenionym, szanowanym, powszechnie podziwianym, autorytetem dla całej dzielnicy – stała się więc kimś. Elena natomiast została sławną pisarką. Swoją pracowitością, gorliwością, determinacją i ambicją pokonała wszelkie przeciwności, by móc zrealizować nie tylko swoje, ale i przecież Lili marzenia.

Dzięki temu, że narracja należy do Eleny, możemy przekonać się na czym proces stawania się kimś, tu twórcą, polega, jak przebiega i czym w istocie jest. To szereg porażek i stałe upokorzenie, ciągłe poczucie niższości, zmaganie się z otoczeniem i z samym sobą przede wszystkim. W nagrodę zaś można usłyszeć jedynie uwagę matki „nie jesteś taka jak Lila, bierz z niej przykład”.

Neapol

Tetralogia neapolitańska ma jeszcze jednego bohatera. Jest nim Neapol – miejsce przeklęte, znienawidzone, ale i kochane. To w jego dekoracjach, raczej wulgarnych, aroganckich, agresywnych, brudnych, zniszczonych, toczy się życie XX wieku. Ono też determinuje niewątpliwie życie obu kobiet. Lila tkwiła w nim całe życie, Elena szybko, jak tylko nadarzyła się okazja, z niego uciekła, mimo to nie zdołała wyplenić z siebie dzielnicy (jak przyjaciółki nazywały przedmieścia Neapolu – miejsca swego urodzenia, dzieciństw i życia).

I jeszcze jedno. Ta neapolitańska seria paradoksalnie przywraca też, podobnie jak Małe życie, wartość przyjaźni, tu tej szczególnie zdewaluowanej, zdegradowanej do banalnej powierzchowności, odartej współcześnie z tego, co cenne, bo łączącej kobiety. Po tej lekturze, słowo „przyjaciółka” można wypowiadać bez dyskomfortu. Dumnie znów jest być przyjaciółką, dumnie znów jest mieć przyjaciółkę.

Anonimowość twórcy

I na koniec… Tożsamość Eleny Ferrante jest już legendą[6] i nie będę jej tu przywoływać, bo przyznam, że kwestia ta po pierwsze nieco mnie już nudzi (mimo że jestem wścibskim odbiorcą kultury i podglądanie twórców to mój chleb powszedni 😉 ), a dwa wydaje mi się po prostu marginalna. Faktem jest, że nikt nie wie kim Elena Ferrante jest. Autor(ka) neapolitańskiego cyklu wybrał(a) anonimowość. Każe żyć swym powieściom swoim życiem, usuwając się w cień, bo wszystko co miał(a) do powiedzenia, zawarła w Genialnej przyjaciółce. I nie ma ochoty wychodzić na przeciw masowych potrzebom. Nie ma ochoty stać się pożywką dla powierzchowności współczesnej kultury i zgodnie z ideą postmodernistycznych teoretyków wykonał(a) przekorny gest, bo w pewnym sensie uśmiercił(a) autora[7].

Estetyka

Na sam koniec odniosę się do polskiego wydania cyklu, który mnie zachwyca. Lubię książki ładnie wydane, które jednocześnie spełniają moje praktyczne potrzeby. I neapolitańska tetralogia spełnia moje oczekiwania i estetyczne i użyteczne – odpowiedni format, waga, tzw. zintegrowane okładki. Właśnie, okładki. Mówią, że tandetne, jak na romansidła przystało. Nie dla mnie. Dla mnie ich przytłumiona barwa odziera je z kiczowatości, zdradza drugie dno.

A i jeszcze jedno… Nie, już nie będzie ani jednego… Bo tak można w tym przypadku bez końca. Sam(a) sobie przeczytaj  😉 !

Ps. Cytaty, które wkrótce się pojawią zdradzą urok serii.

*Tytuły oryginalne – t. 1 – L’amica geniale, t. 2 – Storia del nouvo cognome, t. 3 – Storia di chi fugge e di chi resta, t. 4 – Storia della bambina perduta, rok pierwszego wydania – t. 1 – 2011, t. 2 – 2011, t. 3 – 2013, t. 4 – 2014, rok pierwszego wydania polskiego – t. 1 – 2014, t. 2 – 2015, t. 3 – 2016, t. 4 – 2016.


[1] Justyna Sobolewska, Moja walka kobiet, „Polityka” 23 lutego 2016, http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/ksiazki/1651488,1,recenzja-ksiazki-elena-ferrante-historia-ucieczki.read, dostęp 16.12.2016.

[2] Oficjalna strona wydawnictwa Sonia Draga, http://www.soniadraga.pl/produkt/2199/genialna-przyjaciolka-pakiet.html, dostęp 16.12.2016.

[3] Hasło, epopejaSłownik terminów literackich, red. Janusz Sławiński, Wrocław 2002.

[4] Juliusz Kurkiewicz, Homer z Neapolu, „Gazeta Wyborcza” 2016, nr 44.

[5] Ibidem.

[6] Włoski dziennikarz ujawnił prawdziwą tożsamość Eleny Ferrante?, opublikowano 3.10.2016, http://booklips.pl/newsy/wloski-dziennikarz-ujawnil-prawdziwa-tozsamosc-eleny-ferrante/, dostęp 16.12.2016.

[7] Kurkiewicz, op. cit.

Choinkowe propozycje 2016

Choinkowe propozycje

Czas najwyższy na choinkowe propozycje Bałwochwalicy Jednej!!!

Dałam już wyraz temu, co myślę o książkowych prezentach. Mimo wszystko, będę obstawać za tym, by takie upominki czynić. Sobie i komu się tylko da! Były już mikołajkowe propozycje, wcześniej jesienne, podyktowane tym, co w mijającym roku pojawiło się na polskim rynku. Dlatego teraz będzie inaczej, bardziej uniwersalnie. Proponuję dzieła, które – oczywiście według Bałwochwalicy Jednej – po prostu warto czytać, znać (nie tylko miłośnikom literatury, czy tak zwanym molom książkowym), do których warto stale wracać, by odkrywać je na nowo, które warto mieć w swoim domu, mieszkaniu, na swojej półce. Bo po prostu wzbogacają. Dlatego są idealne na prezent dla każdego!!!

Pozycji jest 52 – tyle ile według moich obliczeń tygodni w roku 2017 – zatem na każdy tydzień nowego roku (bo to już tuż, tuż) wykwintna strawa dla ducha. Cóż za uczta!? Z tej obfitości można więc wybrać (można też nie wybierać i zakupić komplet 😉 ) wspaniały prezent dla kogoś albo dla siebie. 

Kolejność alfabetyczna:

  1. Alicja w Krainie Czarów – ‎Lewis Carroll.
  2. Anna Karenina – Lew Tołstoj.
  3. Antygona – Sofokles.
  4. Boska komedia – Dante Alighieri.
  5. Buszujący w zbożu – Jerome David Salinger.
  6. Chłopi – Władysław Stanisław Reymont.
  7. Cudzoziemka – Maria Kuncewiczowa.
  8. Czekając na Godota – Samuel Beckett.
  9. Dziady – Adam Mickiewicz.
  10. Dzienniki – Witold Gombrowicz.
  11. Dziwne losy Jane Eyre – Charlotte Brontë.
  12. Dżuma – Albert Camus.
  13. Faktotum – Charles Bukowski.
  14. Ferdydurke – Witold Gombrowicz,
  15. Gra w klasy – Julio Cortázar.
  16. Granica – Zofia Nałkowska.
  17. Jezioro Bodeńskie – Stanisław Dygat.
  18. Kartoteka – Tadeusz Różewicz.
  19. Katedra Najświętszej Marii Panny w Paryżu – Victor Hugo.
  20. Król Edyp – Sofokles.
  21. Lalka – Bolesław Prus.
  22. Lolita – Vladimir Nabokov.
  23. Lord Jim – Joseph Conrad.
  24. Lot nad kukułczym gniazdem – Ken Kesey.
  25. Mały książę – Antoine de Saint-Exupéry.
  26. Medea – Eurypides.
  27. Mistrz i Małgorzata – Michaił Bułhakow.
  28. Nieznośna lekkość bytu – Milan Kundera.
  29. Noce i dnie – Maria Dąbrowska.
  30. Nowy wspaniały świat – Aldous Huxley.
  31. Pani Bovary – Gustave Flaubert.
  32. Pani Dalloway – Virginia Woolf.
  33. Pasja życia – Irving Stone.
  34. Pianistka – Elfriede Jelinek.
  35. Piesek przydrożny – Czesław Miłosz.
  36. Piękni dwudziestoletni – Marek Hłasko.
  37. Popiół i diament – Jerzy Andrzejewski.
  38. Pornografia – Witold Gombrowicz.
  39. Powieści Jane Austen.
  40. Proces – Franz Kafka.
  41. Quo vadis – Henryk Sienkiwicz.
  42. Rok 1984 – George Orwell.
  43. Sto lat samotności – Gabriel García Márquez.
  44. Szklany klosz – Sylvia Plath.
  45. Śniadanie u Tiffany’ego – Truman Capote.
  46. Świat według Garpa – John Irving.
  47. Tango – Sławomir Mrożek.
  48. Uczta – Platon.
  49. Wilk stepowy – Hermann Hesse.
  50. Wizyta starszej pani – Friedrich Dürrenmatt.
  51. Zazdrość i medycyna – Michał Choromoński.
  52. Zbrodnia i kara – Fiodor Dostojewski.

Ekscytujących Świąt Bożego Narodzenia!!!

Ps. Oczywiście lista nie ma w sobie za grosz obiektywności, jest subiektywna i to baaardzo subiektywna, mimo że wygląda nieco jak kanon (jeśli coś takiego jeszcze istnieje 🙄 ). Ta lista, to cała ja  😉 !!!

Podsumowanie miesiąca – listopad 2016

Podsumowanie miesiąca - listopadCzas na Bałwochwalicy Jednej podsumowanie miesiąca!

Niedługo przyjdzie pora na wielkie podsumowanie, ale na razie czas na małe. No, szału nie ma! Faktem jest, że listopad wysysa ze mnie życie i śpię, no, nie dosłownie, ale w istocie  😉 !!!

Wydarzenia:

Niestety i w tym miesiącu zdarzyło się coś smutnego, co sprawi, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Pocieszeniem musi być, że artyści żyją wiecznie!

  • Śmierć Leonarda Cohena – bez względu na upodobania muzyczne, każdy docenia jego artyzm.

I jedno małe, prywatne:

  • Błyski – krok w rozwoju Bałwochwalni.
Książki:

Książki z listopada to głównie nowości, jedna była zaległość, którą wpisałam do listopadowego rozkładu jazdy i udało mi się ten punkt harmonogramu zrealizować 😛 (kolejność alfabetyczna):

  • Głosy Pamano – Jaume Cabré.
  • Kobiety Witkacego. Metafizyczny harem – Małgorzata Czyńska.
  • Król – Szczepan Twardoch.
  • Pociąg linii M – Patti Smith.

Gorąco polecam książkę Smith, ma w sobie niepowtarzalny urok. Resztę można sobie darować!

Filmy:

To był miesiąc całkiem niezłych filmów (kolejność alfabetyczna):

  • Geniusz – reż. Michael Grandage, USA, Wielka Brytania, 2016.
  • Głośniej od bomb – reż. Joachim Trier, Dania, Francja, Norwegia, USA, 2015.
  • SzczęścieDziękujęProszęWięcej – reż. Josh Radnor, USA, 2010.
  • Tajemnice Manhattanu – reż. Brian DeCubellis, USA, 2016.

Polecam szczególnie pierwszy z powyższej listy i drugi od końca. Warto!!!

Muzyka:

Coś jakby i do tańca, i do różańca:

  • Sorry Boys!

Sprawdź!

Podsumowując – listopad 2106 nie zmienił oblicza najgorszego miesiąca w roku 🙁 . Ale dobrze, zgadzam się, nie każdy czas musi być pod względem uniesień estetycznych i intelektualnych spektakularny, czy chociażby interesujący. Oby na jednym miesiącu w roku się skończyło!!! 

Filmy jednak – dwa wyróżnione powyżej – gorąco polecam!

inicjaly02

Małżeński portret nieprzystający. „Fatum i furia” – Lauren Groff

Fatum i furiaTytuł – Fatum i furia

Autor – Lauren Groff

Tłumaczenie – Mateusz Borowski

Wydawnictwo – Znak

Rok – 2016

  • DLA KOGO – dla tych, którzy chcą w zgodzie z samym sobą współtworzyć dzisiejsze społeczeństwo, rzeczywistość, świat; dla tych, którzy pragną istnieć wspólnie, a nie obok siebie
  • PO CO – by zrozumieć siebie, innych; by mieć świadomość; by akceptować ułomność człowieka
  • MOJA OCENA – 6/6
  • OSTRZEŻENIE – odziera ze złudzeń, wyprowadza z równowagi, odbiera poczucie bezpieczeństwa, usuwa grunt spod nóg
By nie umknęło

Kilka miesięcy temu przeczytałam powieść, która zrobiła na mnie spore wrażenie, które, co ważniejsze, z czasem wcale nie uleciało. Dlatego dziś wracam do niej, by nie przepadła w odmętach dzieł wątpliwej wartości, by polecić ją Tobie – bałwochwalcy literatury przez wielkie L – jeśli doświadczenia tej lektury nie masz jeszcze za sobą (czego szczerze Ci zazdroszczę), by namówić Cię, przekonać, że warto.

Ból konwersacji

Zapewne nikomu nie jest obce uczucie irytacji, złości, ale przede wszystkim bezsilności, gdy podczas rozmów istotnych mówi się A, a interlokutor słyszy B, gdy mówi się jedno, a rozmówca słyszy drugie, gdy zdania wypowiadane mijają się, idą w próżnię, gdy sens nadany danym słowom, zupełnie nie pokrywa się z sensem danych słów rozmówcy… Nawet jeśli rozmawiają bliscy sobie ludzie…

Relacje międzyludzkie to temat bez dna. To też temat, który mnie najbardziej interesuje czy to w literaturze, czy w filmie. Bo chyba i to zagadnienie jest jednym z ciekawszych aspektów w ludzkiej egzystencji. Najbardziej zagadkowym, intrygującym, niejednoznacznym. I tematem chyba, który coraz intensywniej nurtuje twórców. W roku 2016 ukazały się dwie powieści, znakomite powieści, które w gruncie rzeczy są wiwisekcją związków międzyludzkich właśnie. O jednej z nich była już mowa w Bałwochwalni (Małe życie Hanyi Yanagihary), na drugą właśnie przyszedł czas.

Powieść Lauren Groff Fatum i furia*, bo o nią tu chodzi, doceniona została już chyba przez wszystkich (nawet przez Baracka Obamę 😉 ). Dla niektórych peany pochwalne stanowią zachętę do lektury, u mnie jednak wywołują raczej odruch obronny. Warto jednak niekiedy się przełamać. Sięgnęłam po nią niejako wbrew sobie, odrzucając wszystkie ochy i achy na jej temat, ze względu właśnie na problematykę. I szybko dołączyłam do grona entuzjastów.

Małżeńskie fatum i furie

Nie tylko co, ale i jak

Fatum i furia to przykład powieści, w której liczy się nie tylko co, ale i jak! Wychowałam się na twórcach, dla których forma była równie ważna co treść. Należę więc do tych, dla których odpowiedź na pytanie „jak?” jest jedną z zasadniczych kwestii. Dlatego czuję się powieścią Groff w pełni usatysfakcjonowana.

Autorka swoją opowieść o pewnym amerykańskim małżeństwie podzieliła na dwie części. Dzięki temu prostemu zabiegowi forma zazębia się z treścią. Pierwsza części to opowieść męża, druga – żony. Dopełnieniem tego jest symboliczny tytuł powieści, który w środku zostaje rozbity. Fatum staje się tytułem części pierwszej – jego, Furia zaś części drugiej – jej. Ten sposób narracji – niby banalnie prosty – wywołuje piorunujący efekt.

Małżeński portret nieprzystający

Fatum i furia to portret konkretnego małżeństwa, Mathilde i Lotta, na przestrzeni wielu lat, a ogólniej relacji dwojga ludzi. Portret ten odmalowany zostaje przez samych głównych bohaterów. W zasadzie otrzymujemy dwa szkice – jeden odmalowany z jego perspektywy, drugi z jej. I dopiero te dwa portrety, nałożone na siebie, tworzą ten jeden prawdziwy, faktyczny, ukazują jego realny charakter, jego istotę. Najistotniejsze, ale i najciekawsze jest właśnie to nakładanie na siebie tych dwóch wizerunków – dwóch perspektyw, jakże różnych, dwóch punktów widzenia, jakże odmiennych. Nakładanie owo, dzięki konstrukcji powieści, autorka pozostawia nam. To my scalamy, to my łączymy w jedno dwa, do tej pory połowiczne, nieobiektywne portrety. To nakładanie jest jest więc w istocie tworzeniem. I to autorka pozostawia nam!

A my, strona za stroną, coraz szerzej otwieramy oczy ze zdumienia. Bo, to nieprawdopodobne jak te dwa światy, które wydawałby się, że tworzą jeden spójny, nie przystają do siebie, jak bardzo są rozbieżne, wykluczające się wręcz, obce.

Dekonstrukcja i rekonstrukcja

Autorka pozbawia nas właściwie radości tworzenia. Bo tak naprawdę okazuje się, że to konstruowanie odbiorcy jest destrukcją, dekonstrukcją. Czego? W gruncie rzeczy naszego bezpieczeństwa, naszego wewnętrznego komfortu, poczucia posiadania życiowej mądrości. Groff wyrywa z tego kokonu, spod klosza, w którym w zasadzie sami siebie umieściliśmy, dla własnej przede wszystkim wygody psychicznej. Uświadamia nas, zmusza do zrewidowania naszego myślenie, najpierw burząc, a później rekonstruując.

A chodzi o relacje, tu konkretnego małżeństwa, ale przecież nie tylko, bo chodzi o relacje w ogóle, tak trudne, skomplikowane, nieodgadnione, nie do pojęcia.

Treści nadbudowane

Tytuł powieści już sugeruje, że jest zanurzona w tradycji. I rzeczywiście. Bo autorka na tytule nie poprzestaje. Cała powieść jest silnie zakorzeniona w tradycji antycznej i literackiej w ogóle. Tekst jest wręcz naszpikowany literackimi aluzjami, ale nie jest to obliczone na tani efekt, nie są to erudycyjne popisy dla samych popisów, nie jest to sztuka dla sztuki.

Te odwołania, nawiązania pokazują ciągłość, porządek świata, który choć ulega przemianie wciąż trwa. Już za sprawą samego tytułu nadbudowane zostały pewne treści. Fatum to przecież nic innego jak mitologiczne mojry – boginie przeznaczenia. Furie zaś to erynie – boginie zemsty, nienawiści. A przecież to nie wszystko. Czytając, szybko zorientujemy się, że to też antyczna tragedia, rozpisana na głosy głównych bohaterów i chóru. Tak, mamy u Groff chór! Dyskretny, cichy, ale znaczący. Dzięki któremu uniwersalność opowieści staje się namacalna.

Tragizm bohaterów, niczym w greckim dramacie, polega na ich uwikłaniu w sytuację, z której nie ma wyjścia, z góry skazani są na porażkę. I rzeczywiście, o rozumieniu drugiego, jakbyśmy bardzo się nie starali, mowy być nie może. Tu każdy poniesie klęskę, każdy skazany jest na samotność, obcość.

Cicha obecność tu i teraz

Powieść ma swój czas, ale ten element pozostaje niemalże niezauważalny, choć jest to tylko złudzenie. Współczesność jest skrycie obecna, trwa, otacza. Jest przyczajona i tylko pozornie nie wpływa na los bohaterów. Zgodzić się trzeba z Wojciechem Engelkingiem, że współczesność to „niedostrzegalny inaczej niżeli z perspektywy kilkudziesięciu lat proces przemiany myślenia społeczeństwa o samym sobie”[1]. A wypowiedzi wspomnianego chóru „można traktować jako specyficzny głos zmieniającego się świata”[2], który wskazuje na uczestnictwo bohaterów „w stopniowej przemianie obyczajów”[3].

Nadzieja

Autorka jednak daje nam nadzieję, choćby w komentarzu do swojej powieści:

Rilke napisał kiedyś bardzo pięknie o tym, że bycie z kimś w bliskim związku jest piękniejsze, kiedy akceptuje się dzielącą nas przestrzeń. Wierzę w to i uważam, że zachowanie autonomii w bliskiej relacji jest niezwykle ważne, jeśli chce się stworzyć z kimś jedność. Widzę to też na skali politycznej, nie tylko w odniesieniu do indywidualnego życia. Posiadanie tajemnic jest piękne. Bardzo ważne dla naszego życia duchowego jest zachowywanie tajemnic przed samym sobą. Nie podoba mi się koncepcja związku jako zbiorowej terapii, w trakcie której powinno się mówić partnerowi wszystko. To niebezpieczne. Gdyby powiedzieć partnerowi wszystko, co się o nim myśli, można by go zniszczyć. To mogłoby mieć fatalne konsekwencje. Tak wyobrażam sobie piekło. Zachowywanie autonomii i mrocznych tajemnic jest bardzo ważne[4].

Zatem pozostaje nam tylko pewne rzeczy, na które wpływu nie mamy, zaakceptować, nabrać powietrza w płuca i… żyć wspólnie!

Ps. Polecam kilka cytatów z tej intrygującej powieści, one przemówią najlepiej.

*Tytuł oryginalny – Fates and Furies, rok pierwszego wydania – 2015, rok pierwszego wydania polskiego – 2016.


[1] Wojciech Engelking, Bo to był on; bo to byłem ja. O „Fatum i furii” Lauren Groff i „Małym życiu” Hanyi Yanagihary, http://kulturaliberalna.pl/2016/04/12/fatum-i-furia-male-zycie-wojciech-engelking-recenzja/, dostęp 27.11.2016.

[2] Ibidem.

[3] Ibidem.

[4] Trójkowy znak jakości, „Fatum i furia” Lauren Groff. Opowieść małżeńska, audycja radiowa, 21.03.2016, godz. 13:45, pr. III PR, http://www.polskieradio.pl/9/874/Artykul/1597124,Fatum-i-furia-Lauren-Groff-Opowiesc-malzenska, dostęp 27.11.2016.

Błyski – „Pociąg linii M” – Patti Smith

Idzie nowe!!!

Bałwochwalica Jedna na dzień dobry przyjęła zasadę, że w Bałwochwalni będą pojawiać się noty o książkach, filmach, płytach, które są albo dobre, albo bardzo dobre – jej zdaniem oczywiście – i nic poniżej tego poziomu. Szybko jednak przekonała się, że istnieją książki, filmy, płyty, które nie są bardzo dobre, ani nawet dobre, a o których dwa słowa rzec musi, bo inaczej się udusi 😉 . Postanowiła więc zamieszczać też noty, które będą kontra. Mało tego, postanowiła też, że wprowadzi nowy cykl notatek – Błyski* – które pozwolą dać upust jej wewnętrznym potrzebom. Błyski będą pojawiać się pod wpływem impulsu, niespodziewanie, wtedy kiedy coś porazi, dotknie, błyśnie po prostu. Zatem do rzeczy!

Pociąg linii M – Patti Smith**

Listopadowy długi weekend spędziłam w doborowym towarzystwie, bo Patti Smith. A to za sprawą Pociągu linii M. Był to czas poruszający i inspirujący. Nie jest to książka dobra, żeby nie powiedzieć, że jest to książka po prostu zła. Ale mnie ujęła, poruszyła, dotknęła.

Patti Smith może wszystko i niczego też nie musi. Na pewno nie ze względu na innych, nie ze względu na swych odbiorców. Może ewentualnie ze względu na siebie. I Pociąg chyba właśnie ze względu na samą siebie popełniła – z wewnętrznej potrzeby, czy wręcz przymusu. I musiało jej wyjść to znakomicie, skoro poruszyła. Bo książka jest naprawdę przejmująca.

Z jednej strony trudno brnąć przez kolejne strony, bo to tekst irytujący, nieznośny wręcz, a z drugiej tego właśnie chcesz.

Wczoraj i dziś

Historia sześćdziesięciokilkuletniej kobiety, która tropi oznaki – coraz gęściej usiane – upływającego czasu, wciąga, interesuje. Bohaterka ta, narratorka i autorka w jednym, nie bardzo wie (choć nie jest to chyba do końca uświadomione) co ma ze sobą począć. Każdego więc dnia zmaga się ze swą codziennością. Każdy dzień jest też zderzeniem z tym, co albo należy już do przeszłość, albo powoli do niej odchodzi. Pozostały tylko samotność, pustka i wspomnienia. A z rzeczy materialnych – kawa, aparat fotograficzny, jakieś kartki do notatek, coś do pisania i płaszcz.

Czytelnik jest w tej codzienności głównej bohaterki zanurzony całkowicie. Karmi z nią jej koty, śni jej sny, oddaje się jej lekturom, snuje jej myśli, razem z nią wspomina, razem z nią podróżuje, razem z nią robi setki zdjęć, razem z nią wypija litry kawy, razem z nią je, razem z nią włóczy się po mieście, odwiedza bary, groby… I ściska go w środku. Z żalu, tęsknoty, bólu, jej bólu. Zastanawia go też spokój bijący ze stron tekstu, brak rozpaczy. Gdzie bunt? Dlaczego nie ma go? Jest akceptacja czy nieświadomość…? 

W Pociągu liczy się tu i teraz, teraźniejszość, ale ta skąpana w przeszłości, która choć odchodzi, to namacalnie trwa.

Pociąg linii M Patti Smith to książka w swym charakterze iście listopadowa! Polecam gorąco!

*Tytuł cyklu odnosi się bezpośrednio do tomu poetyckiego Julii Hartwig. Zob., Julia Hartwig, Błyski, Warszawa 2002.

**Patti Smith, Pociąg linii M, Wołowiec 2016, tytuł oryginalny – M Train, rok pierwszego wydania – 2015.